Czas odcisnął piętno na malowniczym dworku Bogdanowiczów w Łaziskach. To właśnie tutaj, w cieniu modrzewiowej alei, rozkwitło zakazane uczucie córki miejscowego stolarza – Wandy Tarkowiak – i młodego hrabiego Michała Bogdanowicza.
Ich nieśmiałe marzenia o wspólnej przyszłości przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Michał został uznany za zaginionego, a Wandą zainteresował się niemiecki kapitan, Jurgen Kloss. Dziewczyna nie przeczuwała, że ta relacja stanie się początkiem drogi pełnej niebezpiecznych wyzwań, walk i dotkliwych strat…
Wiele lat później utalentowana i zadziorna prawniczka Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik tajemniczej Wandy. Zafascynowana jej historią, postanawia poznać prawdę o przeszłości swojej rodziny.
Śledztwo prowadzi ją do dworku Bogdanowiczów – miejsca, gdzie wciąż rozbrzmiewają echa dawnych namiętności, inspirujące do odkrywania miłości na nowo…

Do przeczytania powieści Aleksandry Brody Modrzewiowa aleja zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Modrzewiowa aleja:
Pod stopami Wandy, obutymi w nowe trzewiki, wznosiły się kłęby pyłu z piaszczystej drogi, na której koła wozów państwa Bogdanowiczów wyżłobiły dwa pasy. Nad jej jasnowłosą głową wznosiły się rozłożyste korony modrzewi, pomiędzy którymi przebijały skrawki mlecznobiałych chmur, płynących powoli po błękicie letniego nieba.
Wanda wiele razy widziała modrzewiową aleję. Za każdym razem ten widok zapierał jej dech w piersi. Wydawało jej się, że nie było nic piękniejszego na świecie niż aleja, mimo że w okolicy rozciągały się też inne wspaniałe widoki. Pola usiane zbożami ciągnęły się aż po horyzont, a wśród nich tysiące kłosów kołysało się w równym rytmie, jak tancerze, którym przygrywał wiatr. Kłosy błyskały w promieniach słońca jak złoto, które Wanda widywała tylko na ołtarzu w kościele albo na pierścionku pani dziedziczki. Zboża falowały też czerwienią maków i błękitem chabrów, spomiędzy których wychylały się białe główki rumianków. Pośrodku zbóż i kolorowych wysp kwiatów rosło samotne drzewo z powykręcanymi ze starości gałęziami, na których rozkładała się korona. Drzewo niepodzielnie królowało nad zbożami i dworską łąką.
We wsi był także las, który podobał się Wandzie równie mocno, co pola i łąki. Gęsty, ciemnozielony bór zamykał Łaziska od strony Leszczyn. Wandzie podobała się ta naturalna granica, dająca opał zimą, a jagody latem, choć jednocześnie ogrom lasu i tajemnice, które z pewnością skrywały się w jego gęstwinie, przyprawiały ją o dreszcze.
Nic jednak nie było w stanie przyćmić uroku modrzewiowej alei. Wandzie wydawało się, że prosta droga z obu stron porośnięta modrzewiami ciągnie się w nieskończoność. Zagłębiała się coraz dalej w ciąg drzew wzdłuż podjazdu do dworu. Kiedyś próbowała policzyć, ile modrzewi rośnie po obu stronach alei, ale nigdy jej się to nie udało. Gubiła się w rachunkach i tym bardziej miała wrażenie, że ciąg drzew nie ma końca. I gdy już tak tonęła w modrzewiowym tunelu, na jego końcu zauważała nieduży kwadrat z przybudówką. Wpatrywała się w te kształty tak długo, aż z każdym kolejnym krokiem przybierały bardziej realny wygląd. Wreszcie na końcu modrzewiowej alei wyłaniał się dwór.
Tego dnia było tak samo. Wanda usilnie wpatrywała się przed siebie i czekała na moment, gdy daleki kształt przemieni się w uroczy dworek.
Dzielnie szła obok ojca trzymającego ją za rękę, kiedy mijali kolejne modrzewie. W drugiej dłoni Stanisław niósł drewnianą skrzynię z narzędziami. Jako że był stolarzem, często posyłano po niego, aby dokonał drobnych napraw w dworze albo w innych częściach majątku. Ilekroć mógł, zabierał ze sobą córkę. Wanda lubiła chodzić z ojcem do dworu, a Stanisław lubił, gdy towarzyszyła mu jedyna córka. Właściwie – jedyne jego dziecko.
Stanisław widział, jak Wandę ciekawi dwór i życie państwa Bogdanowiczów. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego zabierał ją ze sobą. Liczył, że córka z czasem zdobędzie zaufanie zarówno państwa, jak i ich dzieci, dzięki czemu w przyszłości mogłaby zostać zatrudniona jako służąca czy podkuchenna. Stanisława znali i cenili za jego uczciwość i staranność, co mogłoby kiedyś pomóc Wandzie. Państwo nie izolowali swoich dzieci od dzieci chłopskich, dlatego stolarz korzystał z tego i kiedy tylko mógł, zabierał córkę ze sobą. Marzył, jak by to było, gdyby kiedyś Wandzia dostała tu pracę. Wtedy i mężczyzna porządny by się dla niej znalazł, bo nie dość, że była jedynym dzieckiem bogatego gospodarza i do tego wziętego stolarza, to jeszcze jako jedna z nielicznych dziewcząt ze wsi miałaby posadę w dworze. Może wtedy też żaden nie podniósłby na nią ręki, gdyby przynosiła do chałupy trochę zarobionego grosza.
Stanisław zerknął na córkę i widząc, że włożyła palce do ust, puścił na chwilę jej rękę i stanowczo wyciągnął piąstkę z buzi. Nie raz widział, jak opiekunka dworskich dzieci próbuje je oduczyć podobnych nawyków. Co prawda państwo nie bronili swoim dzieciom kontaktu z dziećmi z wioski, Stanisław chciał jednak, aby widzieli, że Wanda, mimo że z chłopskiego domu, potrafi się odpowiednio zachowywać.
Nim się obejrzał, byli już pod dworem. Zerknął na Wandę, która jak urzeczona wpatrywała się w jasny jednopiętrowy budynek z wysuniętym do przodu gankiem o dwustronnie spadzistym dachu. Pod drzwi znajdujące się u frontu dworu Stanisławowi nigdy nie przyszłoby do głowy podejść. Mimo że państwo mieli dość liberalne poglądy i pomagali chłopom, a nawet pomimo że cenili Stanisława i byli zadowoleni z jego pracy, stolarz znał swoje miejsce. Lekko pociągnął małą Wandzię za rękę. Nadal zapatrzona była w fasadę dworu. Skierował kroki na tyły domostwa do wejścia dla służby. Wanda posłusznie podreptała za nim.
Stanisław zapukał do podniszczonych kuchennych drzwi, zerkając czujnie na córkę. Po chwili otworzyły się. Stanęła w nich Irenka Smolnikowa, pulchna kucharka państwa Bogdanowiczów, wycierająca jednocześnie ręce w czystą ścierkę. W dworze nie można było sobie pozwolić na używanie brudnych, jak nieraz zdarzało się to w chłopskich chatach.
– A niech będzie pochwalony! Pan Stanisław, jak dobrze, że jesteście. Te krzesła to całkiem się porozpadały, sam zaraz Stanisław zobaczy. Jużeśmy myśleli, że po nich, no ale jeszcze Stanisław może co pomoże. No, wchodźta.
Książkę Modrzewiowa aleja kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
