Czas odcisnął piętno na malowniczym dworku Bogdanowiczów w Łaziskach. To właśnie tutaj, w cieniu modrzewiowej alei, rozkwitło zakazane uczucie córki miejscowego stolarza – Wandy Tarkowiak – i młodego hrabiego Michała Bogdanowicza.
Ich nieśmiałe marzenia o wspólnej przyszłości przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Michał został uznany za zaginionego, a Wandą zainteresował się niemiecki kapitan, Jurgen Kloss. Dziewczyna nie przeczuwała, że ta relacja stanie się początkiem drogi pełnej niebezpiecznych wyzwań, walk i dotkliwych strat…
Wiele lat później utalentowana i zadziorna prawniczka Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik tajemniczej Wandy. Zafascynowana jej historią, postanawia poznać prawdę o przeszłości swojej rodziny.
Śledztwo prowadzi ją do dworku Bogdanowiczów – miejsca, gdzie wciąż rozbrzmiewają echa dawnych namiętności, inspirujące do odkrywania miłości na nowo…

Do przeczytania powieści Aleksandry Brody Modrzewiowa aleja zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać premierowy fragment książki Modrzewiowa aleja. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Smolnikowa wprowadziła Wandę do dworskiej kuchni, która zdominowana była przez wielki piec. W całym pomieszczeniu na stołach, blatach i w kredensie piętrzyły się garnki, garnuszki, talerze i misy. Jedynie ogromny drewniany stół pośrodku pomieszczenia nie był niczym zastawiony, stanowił bowiem miejsce pracy dla kucharek i podkuchennych. Z pieca zwisały sznury suszonych ziół, grzybów i cebuli. Wanda rozglądała się dookoła. To był zupełnie inny świat, takiej kuchni do tej pory nie widziała w żadnym z domów na wsi. Po raz kolejny nie pożałowała, że przyszła z ojcem do dworu. Zawsze było tu coś niezwykłego do zobaczenia. W dodatku w tej kuchni z innego świata obłędnie pachniało. W powietrzu unosiło się tyle zapachów, że Wanda nie potrafiła wszystkich rozróżnić. Czuła suszone grzyby, świeże pieczywo, suszony rumianek i miętę, bo także jej babka trzymała w chałupie zioła i parzyła we wrzątku, gdy zaszła potrzeba.
Smolnikowa dała Wandzie wielką pajdę chleba, grubo posmarowaną masłem i miodem.
– Masz, dziecko, na zdrowie!
Wanda wzięła od kucharki poczęstunek, pisnęła nieśmiało podziękowanie, gdyż ojciec zawsze przykazywał jej, by podziękowała, ilekroć coś dostanie.
Kiedy jadła, Smolnikowa przyglądała jej się uważnie. Lubiła tę małą, chociaż różniła się od pozostałych chłopskich dzieci. Jadła powoli, chociaż inne dzieciaki, gdyby znalazły się na jej miejscu, gwałtownie rzuciłyby się na jedzenie.
Może – miarkowała Smolnikowa. – Nie ma się co dziwić. W domu Stanisława niczego bowiem nie brakowało, jedzenia także. Wanda nie chodziła więc głodna, jak inne dzieci z wioski. Zresztą, w całych Łaziskach gadali już, chociaż Wanda wciąż była mała, że Stanisław córkę na panią szykuje. Gadali, że umyślił dla niej zamążpójście za nie byle kogo. Może i prawda w tym gadaniu ludzkim, że ją Stanisław na panią szykuje – rozmyślała Smolnikowa. – Może się Stanisławowi zamarzyło, że wyda kiedy córkę za jakiego urzędnika z Ciepielowa. To by dopiero było! Może i to Stanisławowi roi się. Wtedy, rzecz zrozumiała, potrzebne obycie i kultura, nie może żona urzędnika miejskiego zachowywać się jak dziewka ze wsi, nawet jak dziewką ze wsi jest. Może to dlatego Stanisław ją tutaj do dworu ze sobą zabiera i stara się jej wpoić część zasad wychowania pańskich dzieci.
Smolnikowa westchnęła głęboko.
Prawdę powiadali ludzie, że po śmierci żony Stanisław lekko zdziwaczał. Córkę chował odmiennie od ziomków. Wanda już się od nich odróżniała i nie była z nimi zżyta. Wyglądało więc na to, że Stanisławowi marzył się awans społeczny córki, kolejnej żony nie chciał, gospodarkę przez to na zatracenie oddaje, bo kto się ziemią zajmie, skoro Wandę na panienkę szykuje?
Co pierwsze rzucało się w niej w oczy na tle pozostałych dzieci, to jej dość blada skóra. Wanda była nieco bardziej opalona od potomstwa hrabiostwa Bogdanowiczów, czego nie dało się uniknąć na wsi nikomu, była jednak zdecydowanie bledsza od dzieci z wioski. Nic dziwnego, cała wieś huczała od plotek, że Stanisław przestrzegał córkę, aby nie spędzała zbyt dużo czasu w ostrym słońcu i aby zakrywała twarz, bo zrobią jej się piegi. Mieszkańcy Łazisk ryczeli ze śmiechu, bo choć Stanisław jako zdolny stolarz i bogaty gospodarz miał wśród ludzi poważanie, nie mogli podarować sobie drwin za jego plecami, że panienkę w chałupie trzyma.
Wanda była dzieckiem bardzo spokojnym i cichym. Właściwie w niczym nie przypominała swoich rozbrykanych rówieśników. Kucharka podejrzewała, że zachowanie Wandy spowodowane było także brakiem matki, a co za tym idzie, brakiem rodzeństwa.
– No, pojadła? – zagadnęła dziewczynkę, gdy ta skończyła jeść. Widząc kiwnięcie głową i nieśmiały uśmiech, wstała i wyciągnęła rękę do Wandy. – To chodź, zapytamy, czy jaśnie pani pozwoli się pobawić z panienką albo z paniczem.
Wanda posłusznie ruszyła za Smolnikową w głąb dworu. Przez jakiś czas szły wąskim korytarzem o szarych ścianach z wieloma drzwiami po obu stronach. W końcu Smolnikowa otworzyła jedne z nich.
Przeszły nimi i znalazły się na kolejnym korytarzu, lecz całkowicie odmiennym od poprzedniego. Tutaj ściany były jasne, a na jasnobrązowym parkiecie przeplatanym w ciemnobrązowe romby przez całą długość korytarza ciągnął się purpurowy dywan. Na ścianach wzdłuż korytarza wisiały obrazy, najczęściej olejne pejzaże albo portrety rodzinne Bogdanowiczów. Spośród szerokich, zdobionych w misterne esy-floresy złotych ram na Wandę surowo spoglądali wąsaci przodkowie rodu. Niektórzy zostali uwiecznieni w gronostajach, inni dumnie prężący się na rumakach.
Wanda zadrżała. Miała wrażenie, jakby srogie oblicza przodków dziedziców śledziły każdy jej krok.
Książkę Modrzewiowa aleja kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
