Czas odcisnął piętno na malowniczym dworku Bogdanowiczów w Łaziskach. To właśnie tutaj, w cieniu modrzewiowej alei, rozkwitło zakazane uczucie córki miejscowego stolarza – Wandy Tarkowiak – i młodego hrabiego Michała Bogdanowicza.
Ich nieśmiałe marzenia o wspólnej przyszłości przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Michał został uznany za zaginionego, a Wandą zainteresował się niemiecki kapitan, Jurgen Kloss. Dziewczyna nie przeczuwała, że ta relacja stanie się początkiem drogi pełnej niebezpiecznych wyzwań, walk i dotkliwych strat…
Wiele lat później utalentowana i zadziorna prawniczka Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik tajemniczej Wandy. Zafascynowana jej historią, postanawia poznać prawdę o przeszłości swojej rodziny.
Śledztwo prowadzi ją do dworku Bogdanowiczów – miejsca, gdzie wciąż rozbrzmiewają echa dawnych namiętności, inspirujące do odkrywania miłości na nowo…

Do przeczytania powieści Aleksandry Brody Modrzewiowa aleja zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać premierowy fragment książki Modrzewiowa aleja. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Barbara Makowska weszła do wieżowca wściekła. Dmuchnęła gwałtownie na długi kosmyk czarnych włosów, który spadł na ogromne ciemne okulary, zasłaniające niemal połowę jej drobnej twarzy.
Nie mogła odsunąć go ręką. W jednej dłoni trzymała tekturowy kubek z gorącą kawą, która parzyła ją niemiłosiernie. Drugą zaś rozwścieczona grzebała zawzięcie w przepastnej skórzanej czarnej torbie w poszukiwaniu karty wejściowej do bramek prowadzących do wnętrza szklanego wieżowca.
Przerzucała telefon, portfel, kluczyki od samochodu, długopisy, leki, chusteczki i rozmaite kartki, karteczki i stare paragony, które nie miały prawa znajdować się w jej torebce, a jednak ją zaśmiecały i uniemożliwiały odnalezienie karty.
W duchu przeklinała się za pomysł kupienia kawy na wynos. Teraz ledwie trzymała gorący kubek. Miała wrażenie, że tektura aż przepala jej skórę. Z nerwów spociła się pod nową obcisłą czarną marynarką. Czarną, bowiem Barbara innych kolorów poza czernią i bielą raczej nie tolerowała.
Przeklinała się także za głupotę i brak wyczucia czasu. Była już mocno spóźniona do pracy, nie po raz pierwszy zresztą. Ostatnio zdarzało jej się to coraz częściej, żeby nie powiedzieć: codziennie.
Najpierw zwlekała ze wstaniem. Budzik dzwonił i pomimo że widziała, jak upływa czas, nie robiło to na niej wrażenia, dopóki błogo leżała w pościeli, obejmując ramionami poduszkę. Do czasu. Gdy zostawało jej tylko pół godziny do rozpoczęcia pracy, zrywała się jak oparzona, wiedząc już, że i tak nie zdąży.
Biegała chaotycznie po mieszkaniu, nalewając psu wody, myjąc zęby, nakładając makijaż, bo przecież nie mogła pokazać się w pracy zaniedbana. Spóźniona – owszem, ale zaniedbana – nigdy. Kiedy w pośpiechu nakładała czarne materiałowe spodnie i białą elegancką bluzkę, zastanawiała się, dlaczego codziennie to sobie robi i nie może wstać wcześniej.
Śniadania nie zjadła. Po tym, jak szybko wyprowadziła na dwór suczkę Pralinkę, king charles spaniela o czarno-białym umaszczeniu, swoje imię zawdzięczającej wielkim, ciemnym niczym płynna czekolada oczom, którymi wpatrywała się z uwielbieniem we właścicielkę.
Barbara wróciła, szybko rozczesała włosy, w biegu łapiąc torbę.
Energicznie kręciła kluczem w zamku, po czym rzuciła się w stronę windy. W pośpiechu zakładała na siebie czarną marynarkę. Tupała przy tym nerwowo, jakby miało to przyspieszyć pojawienie się windy. Wydawało jej się, że ta jedzie całe wieki, a przecież była już spóźniona. Powinna właśnie wchodzić do pracy.
W końcu, po strąbieniu kilku jadących jej zdaniem zbyt wolno kierowców i wymuszeniu pierwszeństwa, udało jej się dojechać na Rondo ONZ pod jeden z wielu szklanych wieżowców. Mieściła się w nim kancelaria prawna, w której Barbara pracowała na stanowisku starszego prawnika.
Zerknęła z ukosa na ochroniarza siedzącego przy okazałym podświetlonym kontuarze recepcji budynku.
Codziennie mnie widzi, a nie może mi otworzyć bramki – pomyślała ze złością w stronę staruszka w służbowym uniformie ochroniarza.
Barbara westchnęła ponownie i postawiła na kontuarze recepcji kubek z kawą, tuż przed nosem zdumionego ochroniarza. Nie zważając na jego skonfundowaną minę, wyciągnęła z torby na kontuar kolejne rzeczy. I tak przed mężczyzną pojawiły się: notes, kodeks cywilny, papierowa torebka z maślanymi rogalikami, błyszczyk w jasnym różowym odcieniu i etui na okulary.
Ochroniarz nie zdołał wydusić słowa.
Barbara oparła się łokciem o kontuar i zdjęła ciemne okulary. Wbiła w ochroniarza świdrujące spojrzenie. Nie odwróciła wzroku od zdumionego mężczyzny ani na moment.
Ochroniarz odchrząknął.
– Może otworzyć pani bramkę? – wydusił w końcu.
Barbara posłała mu złośliwy uśmieszek.
– Gdyby był pan tak uprzejmy.
Książkę Modrzewiowa aleja kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
