Gdy świat, który znaliśmy, przestał istnieć. „W piekle pandemii" Jolanty Kosowskiej

Data: 2020-08-06 14:28:04 Autor: Piotr Piekarski

Oliwia i Marcello wyruszyli na wakacje, nie wiedząc, że wkrótce świat, który znali, przestanie istnieć. Oboje cieszą się zimą, jeżdżą na nartach, gdy tymczasem Włochy, skąd pochodzi Marcello, ogarnia chaos, gdy nieznany dotąd wirus z Wuhan prowadzi do choroby, a nawet śmierci kolejnych osób. Wówczas wszystko się zmienia. 

Obrazek w treści

W piekle pandemii to opowieść o życiu w cieniu śmiertelnie niebezpiecznego wirusa. To historia, której akcja toczy się w Bergamo, Dreźnie, Wenecji, Wrocławiu, a także na Lawendowym Wzgórzu w Toskanii. Gdzie bohaterowie znajdą schronienie? Czy uda im się uniknąć groźnej choroby? Aby się o tym przekonać, trzeba sięgnąć po nową powieść Jolanty Kosowskiej. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś w naszym serwisie prezentujemy premierowy fragment książki W piekle pandemii:

Świat już nigdy nie będzie taki sam – przeczytałam krzykliwy tytuł w Internecie. Chciałam przejrzeć swoją skrzynkę e-mailową. Dawno do niej nie zaglądałam. Dopiero dzisiaj rano podłączono tutaj Internet. Mój telefon nie ma zasięgu. Kończy się on tuż za Volterrą. Od czasu do czasu docierają jakimś cudem pojedyncze SMS-y, najczęściej wysłane parę dni wcześniej. Marcel dzwoni na telefon stacjonarny. Zaganiany, zapracowany, wiecznie zajęty – zwykle pyta o babcię. Telewizor nie działa. Radio odbiera tylko jeden program. Bez końca nadają muzykę poważną. Ciągle Bach, Beethoven, Mozart, Vivaldi… Cztery pory roku Vivaldiego słyszę kilka razy dziennie. Ostatnio już po pierwszych taktach wyłączyłam odbiornik. Wolę świergot ptaków, szum wiatru, monotonne tykanie zegara. Trudno uwierzyć, że istnieją jeszcze takie miejsca, w których czas płynie leniwie, myśli zwalniają, a życie toczy się niezależnie od szalonej rzeczywistości, pędzącej gdzieś zaledwie kilkanaście kilometrów stąd.

Miejsca jakby wyjęte z teraźniejszości, pochodzące z innego świata, rządzące się własnymi prawami. W takim miejscu tkwiłam od trzech tygodni. Przyjechałam zaopiekować się babcią Marcela. Brakowało mi kontaktu ze znajomymi, wieści ze świata. W końcu udało mi się zdobyć dostęp do Internetu. Chciałam przeczytać swoją pocztę, otworzyłam przeglądarkę i wtedy mój wzrok przykuł tamten tytuł – Świat już nigdy nie będzie taki sam. Obok niego były inne, równie przerażające doniesienia: Coraz więcej nowych przypadków, Zachorowania stwierdzono w ponad stu krajach świata, Nowe ogniska pandemii, Pierwszy zgon spowodowany zakażeniem koronawirusem w Polsce, W Niemczech w przerażającym tempie wzrasta liczba zakażonych osób, Ponad jedenaście tysięcy zgonów na świecie, Słowenia i Szwajcaria zamknęły granice z Włochami, Szybko rośnie liczba zgonów we Włoszech…

Szybko rośnie liczba zgonów we Włoszech? Co to za bzdury? Tutaj jest cicho, leniwie i spokojnie.

* * * 

Zaczęłam czytać i ogarnęło mnie przerażenie. Weszłam na włoskie strony internetowe. Było jeszcze gorzej. Jeszcze więcej informacji, jeszcze więcej szczegółów. Wiało grozą, rozpaczą, beznadziejnością. Liczba zgonów we Włoszech na dzień dwunasty marca przekroczyła tysiąc. Liczba chorych wynosiła piętnaście tysięcy. Już przed tygodniem zamknięto szkoły i uniwersytety. Przed pięcioma dniami kwarantanną objęto Lombardię i czternaście miast prowincji w północnych Włoszech, obszar zamieszkały przez szesnaście milionów osób. Na liście miast objętych kwarantanną pojawiły się między innymi Mediolan, Bergamo, Wenecja i Padwa. Wprowadzono zakaz wjazdu i opuszczania obszaru zamkniętego, zakaz imprez zbiorowych, w tym uroczystości religijnych, pogrzebów i ślubów. Zamknięto wszystkie obiekty publiczne. Wprowadzono karę pozbawienia wolności za złamanie kwarantanny… Czytałam z wypiekami na twarzy. Serce biło mi coraz szybciej. Świat wirował. Litery zlewały mi się przed oczami. Coś chwyciło mnie za gardło i zaczęło dusić. Jak to jest możliwe? – myślałam przerażona. – Jeszcze przed trzema tygodniami, jadąc do Toskanii, zastanawialiśmy się, czy nie skręcić do Wenecji. Zrezygnowaliśmy w ostatniej chwili.

– Wenecja o tej porze roku nie jest taka piękna – odradzał Marcel. – Duża wilgotność powietrza powoduje, że odczuwa się przenikliwe zimno. Po listopadowej powodzi jest jeszcze więcej wilgoci niż zwykle. Dzwoniłem wczoraj wieczorem do Antonia. Oni z Lucią dwa dni temu wrócili do Wenecji. Mówił, że woda w kanałach jest mętna. Odór stęchlizny jest paskudny. Wieje męczący, przeszywający, zimny wiatr.

– To nie jedźmy – przerwałam mu. – Wolę pamiętać Wenecję ciepłą i piękną.

– Pojedziemy latem – powiedział Marcel. Uśmiechnął się, położył dłoń na mojej ręce. – Pojedziemy latem – powtórzył. – Tak jak wtedy.

Też już nie chciałam jechać. Chciałam zachować Wenecję w pamięci taką, jaką ujrzałam po raz pierwszy. Tamtej naszej Wenecji nigdy nie zapomnę. Błękitu laguny i tańczących na tafli wody złotych promieni słońca. Już na zawsze będzie kojarzyła mi się z naszą miłością.

Byliśmy tam razem przed dwoma laty. Wyruszyliśmy do Wenecji wczesnym rankiem promem z Punta Sabbioni. Wiał lekki wiatr. Poranek był rześki. Narzuciłam sweter na ramiona, bo było mi chłodno. Wybraliśmy pierwszy prom, żeby zobaczyć miasto otulone porannymi mgłami, jeszcze bardziej tajemnicze niż zwykle. Długo było widać tylko przepływające obok nas łodzie i motorówki. W świetle budzącego się dnia wody laguny wydawały się zimnoszare, pofałdowane gdzieniegdzie białymi grzywami fal. Słychać było monotonny szum silnika. I nagle gdzieś w oddali pojawiło się zamglone, nierzeczywiste, bajkowe i nierealne miasto. W pierwszej chwili zobaczyłam Pałac Dożów, którego bladoróżowe fasady z marmuru opierają się o balkon biegnący wzdłuż całych murów, wsparty o arkady z białego kamienia, z tej odległości tak lekki, jakby był koronkowy. Obok strzelająca w górę i królująca ponad wszystkim ceglasta kampanila, z zielonym dachem w kształcie piramidy, zakończonym złotą postacią archanioła. Tuż obok okrągłe kopuły bazyliki Świętego Marka, wznoszące się wysoko ponad murami Pałacu Dożów. Naprzeciw neoklasycystyczny budynek biblioteki. Umilkły rozmowy. Szum silnika mieszał się z cichymi stuknięciami migawek aparatów. 

Nie tylko nas zauroczył ten widok. Niespodziewanie po lewej stronie burty wyłoniła się otulona w poranną mgłę, nierzeczywista i bajkowa wyspa San Giorgio Maggiore, z majestatycznym benedyktyńskim klasztorem. Na wodzie kołysało się kilka przycumowanych łodzi. Niektóre z nich okrywały chabrowe płachty. Już po chwili wyspa została z tyłu. My płynęliśmy dalej. Minęliśmy początek Canal Grande. Za nami, gdzieś z tyłu, została monumentalna barokowa świątynia, bazylika Santa Maria della Salute. Budził się nowy dzień. Niebo z zimnej szarości powoli przechodziło w ciepły błękit. Zmienił się kolor laguny. Promienie słoneczne rozpraszały snującą się jeszcze gdzieniegdzie mgłę. Nagle laguna ożyła. Wszystko zmieniło się w okamgnieniu. Błękitna woda zaczęła odbijać światło, mienić się, podkreślać kształty. W jednej chwili zobaczyłam kolory Wenecji: mury Pałacu Dożów stały się bardziej różowe, złota postać archanioła Gabriela błyszczała w słonecznych promieniach, dach kampanili był bardziej zielony, ściany wyraźniej ceglaste, czerwone flagi ze złotym, skrzydlatym lwem świętego Marka wydawały się nie powiewać, a płynąć na wietrze. Stojące przy brzegu gondole ukrywały się pod chabrowymi płachtami, takimi samymi jak łodzie przy San Giorgio Maggiore. Wybudowane wzdłuż wybrzeża pałace czarowały kremowymi, żółtymi i czerwonymi tynkami. Wenecja żyła w promieniach porannego słońca, mamiła i przyciągała.

Byliśmy coraz bliżej i bliżej. Wszystko stawało się bardziej wyraziste i kolorowe. Można było dostrzec coraz więcej szczegółów. Widziałam Ponte dei Sospiri, kolumny Świętego Marka i Świętego Teodora, stragany ustawione na nabrzeżu, kolorowe maski na straganach, gondolierów w kapeluszach na głowach, ubranych w białe bluzy i pasiaste błękitno-białe koszule…

Przybiliśmy do Nabrzeża Słowiańskiego. Wyruszyliśmy na zwiedzanie Wenecji. Kiedy doszliśmy do Ponte Rialto to było już bardzo ciepło. Miałam wrażenie, że powietrze w wąskich uliczkach pomiędzy wysokimi domami drży z gorąca. Mury domów nagrzewały się coraz bardziej. Wiatr znad laguny nie docierał do wąskich uliczek prowadzących w kierunku Canal Grande i Ponte Rialto. Wydawało mi się, że umrę. Wypiliśmy jeden mrożony sok, później drugi. Nic nie pomagało. Bielizna kleiła mi się do ciała. Pot spływał po plecach, kapał z twarzy i włosów. Miałam wrażenie, że zaraz upadnę. Wylałam sobie na głowę butelkę wody mineralnej. Woda spłynęła mi po włosach, zrobiła ciemne plamy na sukience. Było mi wszystko jedno, jak wyglądam. Nic nie pomogło. Szumiało mi w uszach. Ten szum z minuty na minutę był coraz głośniejszy. Z czasem zastąpił wszystkie dźwięki. Miałam mroczki przed oczami. Kręciło mi się w głowie. Świat wokół mnie wirował. Wydawało mi się, że zaraz upadnę. I do tego jeszcze wszędzie było ciasno, wszędzie tłumy ludzi. Niektórzy uśmiechnięci, inni sfrustrowani męczącą powolną wędrówką wąskimi uliczkami miasta, którymi nie dało się iść inaczej niż gęsiego. Nagle ktoś chlusnął wodą z drugiego piętra na tłum przesuwających się ulicą ludzi. Odskoczyliśmy jak oparzeni. Weszliśmy do jednego sklepiku, potem do drugiego. Mimo klimatyzacji było w nich gorąco. Kiedy usiedliśmy na schodach prowadzących do małego kościółka, miałam wrażenie, że minuty mojego życia są już policzone. Nisko opuściłam głowę. Pomyślałam, że nie nadaję się na wędrówki latem po Wenecji. Na chwilę szum w uszach zelżał. Poczułam się lepiej. Jakiś męski głos przebił się przez moje myśli.

– Może chcą państwo popłynąć gondolą?

Stający nade mną mężczyzna był ubrany w czarne spodnie i koszulkę w biało-niebieskie pasy. Na głowie miał słomkowy kapelusz z niebieską wstążką wokół ronda.

– Widzę, że jesteście zmęczeni. Z przyjemnością zabiorę państwa na przejażdżkę.

Spojrzałam na niego nieprzytomnym wzrokiem. Pomyślałam, że znoszenie upału i duchoty to musi być kwestia przyzwyczajenia. On wyglądał rześko. Mówił ciepło. Uśmiechał się serdecznie.

– Nie wiem, czy mam siłę – mruknęłam pod nosem. – Upał mnie zabija.

– Przejażdżka gondolą to coś zupełnie innego niż przepychanie się w tłumie – powiedział. – Na pewno chcielibyście porozmawiać. Ludzie często przyjeżdżają do Wenecji, żeby porozmawiać o czymś ważnym. W tłoku się nie da – uśmiechnął się szeroko, patrząc na Marcela. – W trattoriach brakuje miejsc… Schody prowadzące do kościołów są okupowane przez turystów… A pewne rzeczy najłatwiej jest powiedzieć w Wenecji. Pewne słowa są tutaj czymś naturalnym, od wieków należą do tego miasta …

– Jest pan wolny? – zaczepił go angielskojęzyczny turysta.

– Nie – odpowiedziałam pospiesznie za niego. Nagle przybyło mi sił, a pomysł przejażdżki gondolą wydał się cudowny.

Książkę W piekle pandemii kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
W piekle pandemii
Jolanta Kosowska2
Okładka książki - W piekle pandemii

Kiedy Oliwia i Marcello wyjeżdżają na długo wyczekiwany urlop, nic nie zapowiada chaosu, w jakim już wkrótce pogrąży się cały świat. Zakochani wraz...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo