Grupa nastolatków atakuje bezdomnego, a całą sytuację nagrywają smartfonem, po czym wrzucają filmik do internetu. Nie mają pojęcia, jakie konsekwencje przyniesie ta nierozważna decyzja.
Prokurator Antonina Gawrońska, komisarz Marcin Podolski i lekarz medycyny sądowej Sabina Rybakowska próbują ustalić przyczynę śmierci mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na wysypisku.
W tym samym czasie dochodzi do tragedii – nastoletnia Daria spada z balkonu i ginie na miejscu. Podczas zdarzenia nie była sama, towarzyszyła jej przyjaciółka Blanka. Śledczy ustalają, że obie dziewczyny należały do internetowej grupy TotalPsycho, której członkowie inicjowali i nagrywali ryzykowne sytuacje, filmiki zaś udostępniali w sieci.
Patrol policji znajduje bezdomnego będącego pod wpływem alkoholu i fentanylu. Mężczyzna twierdzi, że ktoś wbrew jego woli podał mu narkotyk, czy to jednak okaże się prawdą? Czy może w Koszalinie zaczyna dziać się coś, co zmieni oblicze tego miasta?
Co łączy syna prokurator Gawrońskiej z grupą TotalPsycho? Kim są młodzi ludzie, którzy podejmują się ryzykownych wyzwań i jak daleko jeszcze się posuną, by zaistnieć w gronie rówieśników? A przede wszystkim - czy śledczym uda się odpowiedzieć na pytanie, kto tak naprawdę stoi za tajemniczymi wydarzeniami, których przypadkowymi bohaterami niespodziewanie stają się ludzie z marginesu społecznego?
Aleksandra Przytarska zaprasza was do świata, gdzie nic nie jest oczywiste, a sekrety z przeszłości kładą się cieniem na życiu wielu osób.

Do przeczytania powieści Challenge zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Challenge. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
ROZDZIAŁ 2
Zatrzymałam czarną Hondę CRV na placu przed wysypiskiem śmieci zlokalizowanym w dzielnicy położonej niecałe sześć kilometrów od centrum Koszalina. Na parkingu stało kilka radiowozów. Sięgnęłam po torebkę leżącą na fotelu pasażera, wrzuciłam do niej telefon i wysiadłam z auta. Wiatr rozwiał moje sięgające ramion, gęste, rude włosy. Nasunęłam pasek torebki na ramię i dłońmi zebrałam niesforne kosmyki w koński ogon, ujarzmiając je ściągniętą z nadgarstka gumką. Choć była dopiero szesnasta, powoli się ściemniało. Ciężkie, szare chmury pokrywały całe niebo, a wilgotne powietrze potęgowało odczuwany chłód. Wsunęłam ręce do kieszeni płaszcza i wyciągnęłam z nich skórzane rękawiczki, które nałożyłam na zziębnięte dłonie.
W oddali, tuż przy budce portiera, dostrzegłam kłębiących się policjantów. Przeszłam przez bramę wjazdową, kierując się w głąb zakładu. Zimne, przeszywające podmuchy wiatru skłoniły mnie do podniesienia kołnierza płaszcza. Żałowałam, że nie wzięłam czapki. Z chęcią mocno nasunęłabym ją na uszy. Od przejmującego chłodu zaczęły mnie boleć zatoki. Unosząc ramiona, starałam się schować głowę jak najgłębiej w wełnianym trenczu.
– Co tu mamy? – zapytałam stojącego przy portierni otyłego policjanta z sumiastym wąsem.
– Okaleczone ciało – odpowiedział, pocierając zziębnięte, zaczerwienione dłonie, po czym wsunął je do kieszeni kurtki. Cholera wie, jak długo tu leżało. Na oko co najmniej miesiąc, ale może i dłużej.
– Wiadomo coś więcej? Kto to był?
– Na razie nie – powiedział aspirant, pociągając nosem. Z czynnościami czekaliśmy na panią.
Policjant wyjął z kieszeni chusteczkę higieniczną i wytarł nos.
– W takim razie proszę zaprowadzić mnie na miejsce – poleciłam zdecydowanym tonem.
– To prawie na końcu wysypiska – uprzedził i ruszył szybkim marszem, narzucając mi tempo.
Podążając za policjantem, rozglądałam się wokół. W przedniej części zakładu znajdowały się wielkie kontenery i sortownia śmieci przeznaczonych do recyklingu. W głębi wysypiska po dwóch stronach szutrowej drogi straszyły wielkie hałdy starego sprzętu elektronicznego i sprasowanych samochodów. Niemal na samym końcu zrzucano śmieci niesortowane. W powietrzu unosił się odór rozkładających się resztek. Wilgotne powietrze wręcz osiadało w nozdrzach.
Szliśmy w milczeniu, zmierzając ku rozproszonym wąskim snopom świateł latarek. Przy wysokim usypisku, na tekturowej podstawce leżącej na klepisku, ubrana w krótką, pikowaną kurtkę z kapturem, klęczała Sabina Rybakowska. Pochylona, w skupieniu przyglądała się czemuś znajdującemu się wśród śmieci. Obok niej kilku policjantów oświetlało latarkami interesujący ją teren, a technik kryminalistyki zabezpieczał leżące nieopodal skrawki zielonkawego materiału.
– Cześć – zwróciłam się do czterdziestotrzyletniej patomorfolog, która niedawno ukończyła specjalizację z medycyny sądowej. – Cholernie zimno jak na końcówkę października – stwierdziłam.
– Nic nie mów, piździ jak w kieleckim. – Rybakowska wyprostowała się i strzepnęła z kolan piasek. – Ogólnie nic tu po mnie. Trzeba wyciągnąć umarlaka spod tych śmieci i przewieźć ciało do zakładu medycyny sądowej. W tej chwili nawet nie jestem w stanie stwierdzić ze stuprocentową pewnością, czy to kobieta, czy mężczyzna – powiedziała, odwracając twarz w moim kierunku. – Jedynie po resztkach ubioru mogę domniemywać, że to mężczyzna.
Rybakowska była smukłą, wysoką brunetką o ostrych rysach twarzy. Jej oliwkowa cera zdradzała włoskie korzenie. Gdyby nie kontuzja kolana, zapewne zostałaby zawodową siatkarką. Jako nastolatka zdobyła brąz w mistrzostwach Polski. Wtedy jeszcze nie przypuszczała, że zamiast na boisku będzie brylować na sali sekcyjnej. Kiedy tuż przed maturą zerwała więzadło krzyżowe, jej świat runął. Choć sport stanowił jej pasję, po kontuzji zrozumiała, że musi skupić się na innej drodze kariery. Najpierw skończyła więc studia medyczne i specjalizację w Warszawie, a potem, skuszona wizją kierowania Zakładem Patomorfologii i Medycyny Sądowej w Koszalinie, przeniosła się tutaj.
– Ciało w znacznym stopniu rozkładu, zgon nastąpił około czterech tygodni temu.
– Coś więcej?
– Na razie niewiele. Dopóki nie wyciągną ciała, nie mam nawet jak zrobić pobieżnych oględzin.
– A co w ogóle wiadomo? – zwróciłam się z tym pytaniem do młodego policjanta stojącego najbliżej nas.
Starszy posterunkowy Michał Cysewski, wysoki blondyn o ciemnych oczach, odchrząknął i spojrzał na mnie, skupiając się na odpowiedzi.
– Jakąś godzinę temu dozorca składowiska próbował przywołać swojego psa. Kiedy ten nie przybiegał, poszedł go szukać i znalazł tutaj. Uparcie obwąchiwał jakieś szmaty. – Policjant wskazał palcem na wgłębienie w stosie śmieci. – Początkowo dozorca był przekonany, że to tylko stare ubrania, ale kiedy dostrzegł sczerniałą głowę, od razu zadzwonił na sto dwanaście.
Starałam się rozruszać skostniałe palce. Nieocieplone skórzane rękawiczki chroniły przed zimnem, ale nie rozgrzewały. Potarłam zgrabiałe dłonie i wcisnęłam je głęboko do kieszeni płaszcza.
– Gdzie ten dozorca? – zapytałam zniecierpliwiona.
– W portierni, z chłopakami z prewencji.
– Trzeba go przesłuchać, zabezpieczyć monitoring, o ile tu jakiś mają. Ustalić, kto może wchodzić na teren zakładu – wyliczyłam i wytarłam nos w wyciągniętą z kieszeni chusteczkę.
– Dobra, na razie nic tu po mnie. Wy tu róbcie swoje, a ja pójdę do portierni i tam poczekam na dalszy rozwój wydarzeń poinformowała Rybakowska, ściągając niebieskie, lateksowe rękawiczki. – Może załapię się na jakąś kawę.
– Szczęściara – odparłam z nieskrywaną zazdrością.
Lekarka medycyny sądowej narzuciła na plecy czarny, nieco podniszczony plecak i przeszła szutrową drogą w kierunku stróżówki. Po chwili zniknęła w ciemności i jedynie światło jej czołówki podrygiwało w oddali.
Trzech policjantów przyniosło kilka reflektorów. Ustawili je na ścieżce i w końcu wokół zapanowała jasność. Kucnęłam przy okaleczonym ciele. Czarna skóra pokrywająca czaszkę niewiele zdradzała. Z oczodołów ziała pustka, rozchylone usta odsłaniały zmienione próchnicą zęby. Ciało zostało pozbawione prawej stopy, prawa ręka kończyła się na wysokości stawu łokciowego. Z kikuta wystawała kość. Nie wiedziałam, czy ktoś ją odciął, czy jakieś zwierzęta zdążyły dobrać się do zwłok. Nic się nie dało powiedzieć o tej połowie ciała, która skrywała się pod stertą przeróżnych odpadów. Trzeba było je stamtąd jakoś wyciągnąć.
Wyprostowałam się i ponownie mocniej otuliłam kołnierzem. Zimny wiatr nie ustawał. Smagane chłodem zaczerwienione policzki piekły niemiłosiernie.
– Zrobiłeś już zdjęcia? – zapytałam technika kryminalistyki. Krzysztof Kiełbasiński vel Kiełbasa z aparatem przewieszonym przez ramię zbliżył się do mnie i pokazał ostatnie fotografie. Doświetlone, trudno dostępne miejsca zdradzały daleko posunięty rozkład zwłok.
– Tak. Na razie utrwaliłem to, co zastaliśmy. Jak wyciągną tego zgniłka, pstryknę jeszcze kilka fotek. Udokumentuję też wszystko, co może się z nim wiązać. Na razie nie wiemy, co da się stamtąd wygrzebać. Aż strach tę piramidę śmieci ruszać. Najgorzej, jak ten nasyp się zsunie….
– Nawet nie strasz – mruknęłam, zastanawiając się, jak ten problem rozwiązać.
Spojrzałam z zazdrością na Kiełbasińskiego. Ubrany w zimową puchową kurtkę, z mocno naciągniętym na głowę kapturem, zdawał się wcale nie odczuwać chłodu. Dłonie zabezpieczały niebieskie lateksowe rękawiczki, a dodatkowo miał na sobie szczelnie zapięty kombinezon. Jego śnieżna biel wybijała się na tle mroku.
– Skoro skończyliśmy wstępne oględziny, to wyciągnijmy go z tej dziupli, nim noc nas zastanie – powiedziałam zniecierpliwiona.
– Pani prokurator… – zaczął niepewnie wąsaty policjant. Nie ma szans na zdjęcie z niego tych śmieci. Postaramy się go stamtąd jakoś wyjąć, ale nie mamy gwarancji, że…
– Że co? – Rozdrażnienie w moim głosie przybierało na sile. – Niech pan to z siebie wykrztusi.
– Że nie dojdzie do jeszcze większych uszkodzeń ciała – wydukał.
Westchnęłam wymownie i ganiącym wzrokiem spojrzałam na funkcjonariusza.
– Wolałabym, żeby został wyciągnięty stamtąd w całości. Nie interesuje mnie, jak to zrobicie, ale nie mam zamiaru wyłuskiwać trupa spomiędzy śmieci kawałek po kawałku, a potem składać go jak puzzle.
Przechodziły mnie zimne dreszcze. Potarłam dłonią zaczerwieniony, lodowaty nos. Zapadł zmrok, a nas czekało jeszcze sporo pracy i nie zapowiadało się na rychły koniec.
– Spróbujmy wyciągnąć go z tego stosu, zachowując większy margines – zaproponowałam. – Sami nie dacie rady, potrzebujemy cięższego sprzętu.
– Ale skąd mamy go wziąć? Nie dysponujemy takim… przyznał zrezygnowany wąsaty aspirant, szukając wzrokiem ratunku u pozostałych.
Otwierałam usta, by dać upust frustracji, ale nie zdążyłam się odezwać.
– Już wezwałem na pomoc straż pożarną. – Usłyszałam zza pleców męski, niski głos.
Odwróciłam się, ale z tej odległości widziałam jedynie zarys ciemnej postaci. Spojrzałam na Kiełbasę.
– A to kto? – zapytałam.
– Nowy dochodzeniowiec – odparł.
Mężczyzna podszedł do mnie, wyciągając rękę na powitanie. Miał mocny, zdecydowany uścisk. Nasze oczy spotkały się jedynie na chwilę. W piwnych tęczówkach odbijało się światło reflektorów. Przyjrzałam się mu dyskretnie. Był mniej więcej w moim wieku. Ciemne włosy zaczesane na prawą stronę przywodziły na myśl grzecznego ucznia. Kłóciło się to jednak z hardym wyrazem twarzy, zaciśniętymi wąskimi ustami i zmarszczonymi brwiami. Gęsty, co najmniej kilkudniowy zarost tylko pogłębiał wrażenie, że mam do czynienia z gliniarzem z krwi i kości, a nie jakimś wypicowanym lalusiem.
– Komisarz Marcin Podolski, wydział kryminalny – przedstawił się.
– Antonina Gawrońska, prokurator.
Puściłam jego dłoń i szybko ukryłam rękę w kieszeni płaszcza. Wiatr nie ustępował, a wręcz miałam wrażenie, że przybierał na sile. Marzyłam o schowaniu się w jakiejś kanciapie i wzięciu kilku łyków gorącej herbaty.
Marcin Podolski chłodnym wzrokiem omiótł zebranych. Światło reflektorów nieco raziło go w oczy. Zmrużył je i ponownie spojrzał na stojących obok nas policjantów. Kiedy zauważył Kiełbasę, podszedł do niego i się przywitał.
– Wiadomo, kiedy straż tu dotrze? – zwróciłam się z pytaniem do Podolskiego.
– Powinni dojechać w ciągu kwadransa. Był wypadek na wylocie na Mielno. Gdy dzwoniłem, to już tam kończyli. – Odchrząknął i zapiął kurtkę pod szyją. – Bez ciężkiego sprzętu nic tu po nas. Jeśli sami zaczniemy wyciągać zwłoki, mocno ryzykujemy ich rozczłonkowanie, ale też zawalenie nasypu. – Podolski zbliżył się do ciała i wyjętą z kieszeni latarką oświetlił wnękę, w której znajdowały się zwłoki. – Ustaliłem z komendantem straży, że przyjadą i pomogą nam bezpiecznie wyciągnąć ciało. Postarają się zachować duży margines, by móc zabezpieczyć też rzeczy leżące obok denata.
– Albo denatki – wtrącił wąsaty aspirant. – Na razie nie mamy pewności, czy to kobieta, czy mężczyzna.
Wytrącony nieco z rytmu Podolski spojrzał na niego z dezaprobatą, po czym ponownie zwrócił się do mnie i Kiełbasy:
– Rozmawiałem z portierem i według jego przypuszczeń ciało trafiło tu wraz ze śmieciami z kontenerów. Na razie nie był w stanie podać żadnych szczegółów, bo musi przejrzeć księgę wjazdów, ale moim zdaniem to trzymałoby się kupy.
– Jest to całkiem możliwe, bo przecież nasz denat sam nie wykopał sobie tu norki – odparł technik, zakładając osłonę na obiektyw aparatu.
Najgorsze, że zamiast skupiać się na pracy, myślałam tylko o tym, jak skombinować szal i czapkę. Zimno dawało mi się we znaki. Miałam zbyt daleko do domu, by móc na moment wyskoczyć. Musiałam zostać, aż zakończymy oględziny miejsca zdarzenia.
W oddali rozległ się dźwięk syreny, a po chwili teren rozświetliły zbliżające się światła samochodu. Kiedy wóz strażacki zaparkował, wyskoczyło z niego czterech postawnych mężczyzn. W końcu pojawiła się szansa na szczęśliwe zakończenie wieczoru. Sterczałam tu od ponad godziny, a nie wykonaliśmy nawet podstawowych czynności.
– To gdzie jest to ciało? – zapytał strażak, gdy podszedł bliżej.
– Tam – powiedział Podolski, wskazując dłonią punkt nieopodal niego. – Nie mamy odpowiedniego sprzętu do wyciągnięcia zwłok. Jakiś pomysł?
Strażak potarł twarz dłonią i chwilę się zastanawiał. Wziął od Podolskiego latarkę i oświetlił dokładnie miejsce znalezienia ciała. Następnie omiótł wzrokiem hałdę śmieci i cmoknął niezadowolony.
– No… Szczerze? Myślałem, że to nie wygląda tak gównianie. Nie damy rady go stamtąd wyciąć. To trzymetrowe zwałowisko ma niepewną konstrukcję, jest tu masa drobnych śmieci. Jeśli to ruszymy, na pewno się zawali.
– To co proponujesz? – zwrócił się do niego Podolski.
Strażak westchnął, zacisnął usta i zmarszczył brwi. Najwidoczniej sam nie bardzo wiedział, jak się do tego zabrać.
– Macie ciężki sprzęt? Koparkę? – zapytałam.
– Nie, ale to nie problem. Na pewno znajdziemy tu, na zakładzie. Mam uprawnienia, więc można by zgarnąć górną część łychą, a potem użyć podręcznego sprzętu burzącego.
– A co to? – dopytałam, zaintrygowana enigmatyczną fachową nazwą.
Dowódca machnął do młodszego kolegi.
– Tomek! Pokaż pani prokurator nasz specjalistyczny sprzęt! krzyknął szef zmiany.
Chłopak przytaknął i zniknął za wozem strażackim. Po chwili podszedł do nas, niosąc łopatę i kilof. Trochę mnie to zaskoczyło. Spodziewałam się jakiegoś skompilowanego sprzętu, urządzeń elektrycznych, a nie łopaty. Na mojej twarzy z pewnością odmalowało się zdumienie, bo strażak uśmiechnął się rozbawiony.
– Pani prokurator się nie martwi. Mamy jeszcze topór, łom i nożyce ręczne – powiedział pocieszającym tonem. – Ogarniemy temat. Przywieźliśmy też dwa trzymetrowe maszty oświetleniowe. Rozstawimy je i najpierw koparką zgarnę kilka warstw śmieci, a potem delikatnie usuniemy resztę łopatami.
Książkę Challenge kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
