Jestem już duchem... Fragment książki „Wschód księżyca"

Data: 2019-10-11 11:00:56 Autor: Sławomir Krempa
News - Jestem już duchem... Fragment książki „Wschód księżyca

Wschód księżyca to przejmujący thriller psychologiczny z elementami metafizyki, ukazujący złożoność ludzkich postaw i wyborów. Magdalena Zimniak głęboko wchodzi w psychikę bohaterów, buduje atmosferę napięcia i hipnotyzuje czytelnika.

W Tatrach, za Czarnym Stawem, młoda kobieta rzuca się w przepaść. Jej ówczesny kochanek żeni się, zakłada szczęśliwą rodzinę. Dwadzieścia lat po tragedii mężczyzna przyjeżdża do Zakopanego, aby spędzić z żoną rocznicę ślubu. Nie wie, że w drodze na Zawrat wciąż czeka na niego dziewczyna – demon, zaborcza miłość sprzed lat. Spirala zła się rozkręca. Kolejne osoby ulegają demonicznej sile. Czy uda się powstrzymać falę nadciągającego mroku?

Do lektury nowej powieści Magdaleny Zimniak zaprasza Wydawnictwo Prozami. Dziś w naszym serwisie prezentujemy jej pemierowe fragmenty: 

Prolog

Maj 1978 r.

Marcin myślał o Annie. W podstawówce bawiła się z chłopakami w wojnę i wdrapywała na drzewa. Traktował ją jak kumpla; w czwartej i piątej klasie siedzieli razem w ławce. Poszła do innego liceum, ale nadal się spotykali. Zapuściła włosy, zaczęła poruszać się jakoś inaczej. Kilka miesięcy przed maturą był przez nią bliski zrezygnowania z pomysłu zostania księdzem. Do dziś wspomnienie, gdy odprowadził ją z kina, trzymając za rękę, a pod blokiem całował w usta, było jednym z najważniejszych w jego życiu. Spędził potem noc na klęczkach, wsłuchując się w głos Boga. Być może inni powiedzieliby, że rozmawia sam ze sobą, ale on rozumiał. Ofiarował ziemską miłość i ziemskie szczęście Chrystusowi. Anna pozostała przyjaciółką. Był w kościele, gdy przysięgała wieczną miłość innemu, poszedł na wesele, śmiał się, tańczył. Na szczęście nie wpadła na pomysł, żeby to on udzielał jej ślubu. Czasem się zastanawiał, jak by było znaleźć się na miejscu jej męża, wsunąć obrączkę na palec ukochanej, a później odbyć z nią noc poślubną. Wyrzucał te myśli z głowy, ale one wracały, czasem bardziej, czasem mniej natrętne. Mąż Anny nie zapisał się do partii, więc szanse na awans na głównego księgowego były bliskie zeru, ale i tak zarabiał przyzwoicie. Nie pił, nie palił. Dobry mąż. W domu pomagał niewiele, ale bez szemrania wykonywał wszystkie drobne naprawy i samodzielnie przeprowadził remont mieszkania. Z powierzchowności silny facet w stylu amerykańskich westernów. W konwersacji inteligentny i dowcipny. Zdeklarowany antyklerykał, określał się jako wierzący niepraktykujący, co nie przeszkodziło mu złożyć w świątyni przysięgi małżeńskiej. Marcin go polubił. Polubił nawet ich dyskusje na temat roli kościoła. Ich córkę pokochał jak własne dziecko – największą miłością, do jakiej zdolny jest człowiek. Może nawet bardziej niż Annę. Dziewczynka też go kochała. Mniej niż rodziców, ale tak powinno być. Nazywała go wujkiem i powierzała mu wiele dziecięcych sekretów, których strzegł z całą powagą. Niedawno skończyła dwanaście lat i powoli przeistaczała się w podlotka. Mimo że wyraźnie zarysowane usta i wysokie czoło odziedziczyła po ojcu, była bardzo podobna do matki. Miała taki sam kolor oczu.

Zadzwonił telefon. To była Anna, zupełnie jakby ściągnął ja myślami. Odczuł radość pomieszaną ze wstydliwym podnieceniem, które jednak zmieniły się w strach, gdy zrozumiał, że jej głos drży od łez.

– Możesz przyjechać do szpitala na Niekłańskiej? Z Moniką jest bardzo źle.

Widział Monikę wczoraj, tryskała zdrowiem i energią. Stach potężniał.

– Zaraz tam będę.

Wypadł z domu, powtarzając słowa modlitwy. Boże, pomóż jej. Co stało się temu dziecku?

Zobaczył Annę, kiedy tylko przekroczył próg szpitala. Chodziła po korytarzu, spuchnięta od płaczu. Jej mąż siedział na ławce z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Jesteś! – zawołała. – Nie chcą mnie wpuścić, a ona… ona… – Głos Anny się załamał.

– Ona walczy o życie – powiedział Zygmunt, podnosząc głowę. – Ma operację.

Marcin milczał. Gdyby odezwał się od razu, zacząłby krzyczeć, a obiecał sobie, że zachowa spokój ze względu na Annę.

– Co się stało? – zapytał w końcu.

Anna wciągnęła spazmatycznie powietrze. Zygmunt tylko pokręcił głową. Duchowny zrozumiał, że nie uzyska od nich odpowiedzi. Podszedł do okienka rejestracji.

– Co się stało? – powtórzył pytanie.

Dwie młode kobiety, jedna w fartuchu i czepku pielęgniarskim, druga ubrana po cywilnemu, zaczęły mówić jednocześnie. Marcin zrozumiał, że Monika została zgwałcona i pobita w parku, kiedy wracała ze szkoły. Zrobiło to dwóch drabów, których spłoszyła grupka licealistów. To oni zawiadomili pogotowie i milicję.

– Jej stan jest bardzo ciężki – zakończyła kobieta bez fartucha.

– Mogę do niej wejść?

– Nie teraz – odpowiedziała pielęgniarka. – Trwa operacja. Nic już nie mówił. Modlił się, z całej siły, żarliwie. Anna w końcu usiadła.

– Mówiłam jej… mówiłam, żeby nie chodziła przez park. Za mało… O Boże..

Zygmunt ujął jej rękę i umilkła. Żadne z nich nie wypowiedziało już ani słowa, dopóki nie pojawił się lekarz. Cała trójka wbiła w niego wzrok.

– I co, panie doktorze? – zapytał Marcin.

– Powinna żyć. Robimy, co w naszej mocy. – Głos lekarza był wyprany z wszelkich emocji.

– Możemy do niej wejść? – zapytał Zygmunt.

– Nie. Potrzebuje teraz odpoczynku.

Doktor zaczął się oddalać. Marcin go dogonił.

– Ona potrzebuje rodziców.

– Nie – powtórzył surowo lekarz. – Nie wolno wchodzić do osób w takim stanie. Co chwila traci przytomność. Odwrócił się jeszcze do Anny i Zygmunta. – Jeśli jej stan jutro się polepszy, będą ją państwo mogli odwiedzić. Rozważał coś przez chwilę, po czym dodał ściszonym głosem: – Ksiądz może wejść. Nie wiadomo, czy… – urwał, patrząc na rodziców.

Marcin wszedł na salę. Dziewczynka leżała z zamkniętymi oczyma, oddychając ciężko. Serce załomotało mu pragnieniem zemsty, kiedy spojrzał na jej twarz, podrapaną, z wielkim siniakiem na prawym policzku. Usiadł i ujął jej rękę. Podniosła powieki, raczej jedną powiekę. Prawe oko się nie otwierało, lewe było mocno spuchnięte i przekrwione. Kolor tęczówek, który wzruszał Marcina za każdym razem, teraz był prawie niewidoczny.

– Wujek…

Wydawało mu się, że jej palce na moment zacisnęły się na jego dłoni.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Dobrze. Tylko… wiesz… jestem już duchem. Przyszedł dziś do mnie anioł i powiedział, że jestem duchem w ciele, ale to nie moje ciało. A może to nie był anioł, może to sam Bóg mi powiedział? To dobrze, prawda?

Słuchał przerażony. Do sali wsunęła się pielęgniarka.

– Niech ksiądz się pospieszy – powiedziała szorstko. Skinął głową i ponownie spojrzał na Monikę. Znów miała zamknięte oczy.

– Monika – szepnął.

Nie reagowała. Nie był pewien, czy zasnęła, czy też straciła przytomność. Namaścił ją, czując, że w nim samym coś umiera. Bał się spojrzeć w głąb siebie, zastanowić, co ginęło. Dopiero wieczorem, klęcząc i błagając Boga o zmiłowanie dla dziewczynki, zrozumiał. Umierała w nim miłość do człowieka. Podniósł się z przerażeniem i rozpoczął pieszą wycieczkę wzdłuż pokoju. Jak on, wypełniony nienawiścią, mógł rozmawiać z Bogiem? Czy Bóg może wysłuchać kogoś takiego? Księdza, który powinien dawać przykład miłości bliźniego. Powinien modlić się nawet za zbirów, którzy jej to zrobili. Tymczasem nienawiść była otchłanią bez dna.

– Nie! – Znowu upadł na kolana. – Nie mogę, nie mogę. Spraw, abym przestał ich nienawidzić. Boże, nie odrzucaj mojej modlitwy nawet teraz. Boże, zrób to ze względu na nią. Boże, Boże, Boże.

Spędził noc na klęczkach. Rano podniósł się wymęczony, wyprany z energii. Spełniał obowiązki duszpasterza, nie będąc w stanie naprawdę w nich uczestniczyć. Myślał już tylko o dziewczynce w szpitalnym łóżku, bez ustanku błagając Boga, żeby nie zważał na jego grzechy i ją wybawił. Bóg jest miłością – powtarzał sobie. – On zrobi to dla niej. A jednak przerażony patrzył w mrok własnej duszy i bał się, że może to wpłynąć na los Moniki.

– Mogę zadzwonić? – zapytał chorego, którego odwiedzał.

– Ależ proszę bardzo. – Mężczyzna ledwie mówił, ale miał ochotę przychylić nieba ukochanemu kapłanowi.

Marcin najpierw wykręcił biurowy numer Anny, ale został poinformowany, że koleżanka jest na zwolnieniu. Zadzwonił do domu i odczekał dziesięć sygnałów. Nikt nie odbierał. Pewnie byli w szpitalu. Cholera – klął w duchu. Nie znał numeru.

– Ma pan książkę telefoniczną? – zwrócił się do starego mężczyzny.

Gospodarz pokręcił głową.

– Nie, proszę księdza.

Jak zwykle dodzwonienie się do informacji okazało się niemożliwością. Opanował się. Poprawił panu Antoniemu poduszkę, zrobił mu herbaty.

– Kiedy przychodzi córka? – spytał, starając się uśmiechnąć.

– Pewnie wieczorem, ale ja już lepiej się czuję. Ksiądz to zawsze potrafi człowieka wprowadzić w lepszy nastrój.

Dlaczego – pomyślał – zaciskając zęby, nie potrafię siebie w ten lepszy nastrój wprowadzić?

Pożegnał się i pobiegł na pocztę. Wiedział, że spóźni się na następną wizytę, ale przestał już o to dbać. Rejestratorka szpitalna się rozgadała, powiedziała, że to chyba cud, mała szybko odzyskuje siły, jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo i można ją odwiedzać. Następny telefon wykonał do księdza proboszcza i odwołał wszystko tego dnia. Rozłączył się, zanim szef zdołał zaprotestować.

Monika była przytomna, ale się nie odzywała. Marcin miał wrażenie, że dziewczynka robi grzeczność dorosłym, słuchając ich paplaniny. Nadal wyglądała źle, ale prawe oko już odrobinę się otwierało. Kiedy pielęgniarka powiedziała, że czas zostawić pacjentkę, Monika zwróciła się do Marcina:

– Wujku, zostań na chwilę, muszę ci coś powiedzieć. Marcin poczekał, aż Anna i Zygmunt znaleźli się za drzwiami.

– Co, kochanie?

– Nie mów nic rodzicom, dobrze?

– Dobrze, ale o czym?

– O tym, że jestem duchem, a to ciało – podniosła rękę i przypatrywała jej się chwilę w skupieniu – tak naprawdę nie jest moje. To dla niepoznaki. Pewnie by się martwili i nie zrozumieliby o aniele ani o Bogu. Ty rozumiesz, prawda?

Opadła na poduszkę zmęczona.

– Rozumiem – powiedział cicho. Chciał dodać: „Teraz odpoczywaj”, ale głos uwiązł mu w gardle.

– Monika – szepnął po chwili. – Z tym ciałem to nie do końca tak.

Nie był pewien, jak jej wytłumaczyć i czy w ogóle powinien to robić, ale ona nie zareagowała. Dotknął jej czoła. Było chłodne. Otworzyła oczy, ale za moment powieki opadły. Oddychała spokojnie. Pielęgniarka znów się pojawiła.

– Trzeba zostawić ją w spokoju, proszę księdza.

Prosto ze szpitala poszedł do kaplicy i spędził noc, klęcząc przed krzyżem.

Następnego dnia spotkał się z Anną i jej mężem u nich w domu. Siedział naprzeciwko Zygmunta i patrzył, jak trzyma za rękę żonę. Tak powinno być, to mąż miał być wsparciem. Marcin spojrzał w zmęczone oczy przyjaciółki i przeniósł wzrok na mężczyznę.

– Czy Monika jest pod opieką psychologa? – zapytał.

– Nie – odpowiedziała Anna. – Ale myślałam o tym. Może rozmowa ze specjalistą jej pomoże.

– Ona teraz prawie nie rozmawia z nami, a co dopiero z kimś obcym – mruknął Zygmunt z goryczą.

Marcin potrząsnął głową.

– To bardzo ważne – powiedział z naciskiem. – Rozmawiałem z jedną z moich parafianek. Pracuje w ośrodku zdrowia psychicznego. Poleciła koleżankę, która specjalizuje się w psychologii dziecięcej. – Wyciągnął z kieszeni kartkę i położył na stole. – Zadzwońcie i powołajcie się na mnie. Przyjmie Monikę.

Anna podniosła kartkę i przez chwilę ją studiowała.

Część 1 Dopóki śmierć…

Czerwiec 2007 r.

Paweł nie cierpiał centrów handlowych. Basia wyciągnęła go, twierdząc, że najwyższy czas, żeby sprawił sobie nowe dżinsy. Przy okazji doszły jeszcze dwie koszule i sukienka dla niej. Męczyły go wybieranie, przymierzanie, tłumy ludzi. Odkąd się ożenił, tolerował to wszystko tylko w jej obecności.

– Dobrze, że to już koniec – westchnął. Wzruszyła ramionami.

– Dokąd wyjedziemy w tym roku na rocznicę ślubu? spytała.

– Dziewiętnaście lat – mruknął. – Strasznie jesteśmy starzy.

– Może ty! – Dała mu kuksańca w bok.

Weszli na ruchome schody. Postawił torby, wzdychając teatralnie, i spojrzał w jej wesołe oczy.

– Zapomniałem. Ty się nie starzejesz. Roześmiała się.

– Nie wyczuwam szczerości w twoim głosie.

Twarz miała świeżą, policzki zarumienione. Dżinsy i niebieski top podkreślały jej młodzieńczą figurę. Przyciągnął ją do siebie.

– Powiem ci sekret. Jesteś śliczna jak zawsze.

– Zadałam ci pytanie, bajerancie. – Ponownie się roześmiała.

– A dokąd byś chciała?

– Może wreszcie pojechalibyśmy w Tatry?

Już miał powiedzieć, że Tatry absolutnie odpadają, kiedy nagle znieruchomiał, patrząc jak zafascynowany w twarz młodej kobiety, która jechała w górę.

– Co się stało? – Żona potrząsnęła Pawła za ramię. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

To złudzenie, to nie ona. Nie żyła od dwudziestu lat. Gdyby żyła, przekroczyłaby czterdziestkę i nie wyglądałaby na nastolatkę.

– Widziałaś ją? – zwrócił się do Basi, z trudem łapiąc oddech.

– Kogo? – spytała zdziwiona. – Dobrze się czujesz?

– Tę dziewczynę, którą właśnie mijaliśmy na schodach.

– Nie zwróciłam uwagi na żadną dziewczynę. Musiała być bardzo ładna, skoro zrobiła na tobie aż takie wrażenie.

Potrząsnął głową.

– Dobrze, wyjedźmy w Tatry – powiedział.

– Dobrze się czujesz? – powtórzyła Basia.

– Oczywiście.

Nie odzywała się, dopóki nie wsiedli do samochodu.

– Kogo zobaczyłeś na schodach? – spytała, przekręcając kluczyk w stacyjce.

– Wydawało mi się, że Kaśkę.

Patrzyła na drogę. Wiedział, że wyczuła kłamstwo, zresztą nieudolne.

– Dlaczego zgodziłeś się na Tatry? – spytała sucho. Przeraził się, że zmieni zdanie.

– Tyle lat chciałaś tam jechać, uznałem, że najwyższa pora.

– Dlaczego akurat teraz? – drążyła.

– Długo tam nie byłem, pomyślałem, że może coś tracę. Jeśli nie masz ochoty, możemy znów pojechać nad morze – zablefował.

Na moment odwróciła głowę w jego kierunku, po czym znów skupiła wzrok na drodze.

– Jedźmy w Tatry – powiedziała.

Nie wyczuł w jej głosie zadowolenia.

Kiedy jednak dojechali do domu, znowu stała się jego Basią. Wyciągnęła mapy i planowała wycieczki, zarażając go entuzjazmem i radością. Nie bał się Tatr. Pojadą tam tylko dlatego, że jego żona prosiła o to wiele razy. Prawie w to uwierzył.

– Dokąd wyjeżdżacie tym razem? – zapytał Mateusz, stając w progu.

Paweł spojrzał na syna z uśmiechem. Chłopak przeskoczył rok w podstawówce i chociaż niedawno skończył osiemnaście lat, zdał już świetnie maturę i dostał się na informatykę na UW. Był inteligentny, energiczny, wrażliwy, a na dodatek fizycznie bardzo przypominał ojca. Nieustanny powód do dumy.

– Zdecydowaliśmy się na Zakopane – powiedziała Basia.

– Zakopane? – Mateusz uniósł brwi. – Tata nie lubi Zakopanego, ani Tatr.

– Za to moja ukochana lubi – powiedział Paweł, obejmując żonę.

Drzwi frontowe się otworzyły i wbiegła Agata.

– A ty co tak późno? – spytała Basia. – Miałaś być całe siedem minut temu – dodała, spoglądając na zegarek z udaną srogością.

– Przepraszam, mamuś. Zagadaliśmy się z Michałem. Mateusz nie wykorzystał okazji, żeby dogryźć piętnastoletniej siostrze i pośmiać się z jej twarzy oblanej rumieńcem.

– Wiesz, że starzy wyjeżdżają do Zakopanego?

– Starzy? – Basia rozejrzała się wokół.

– Uważaj, synek – mruknął Paweł.

– Naprawdę? – Agata otworzyła szeroko oczy.

Wygląda jak Basia, kiedy dziwiła się czemuś w szkole pomyślał z czułością Paweł. Objął córkę i pocałował w czubek głowy.

– No i co takiego dziwnego?

– Nic. Cieszę się, że się przekonałeś.

Wycisnęła na jego policzkach dwa duże całusy. Jego malutka córeczka.

Czuł się lekko. Wrażenie z Arkadii minęło.

Dopiero gdy Basia zasnęła, wróciły strach i podniecenie. Wyślizgnął się z łóżka, przeszedł na palcach przez sypialnię, pozamykał drzwi w pokojach dzieci. Potrzebował być zupełnie sam. Chociaż minęła pierwsza w nocy, zaparzył kawę. Usiadł przy kuchennym stole, od czasu do czasu pociągając łyk gorzkiego napoju. Wspomnienia, które od wielu lat trzymał w ryzach, zaatakowały z dawną mocą. Tym razem się nie bronił.

Czerwiec 1987 r.

Stewardesa roznosiła posiłek. Podziękował, uśmiechając się mechanicznie. Myślami przebywał już w Polsce. Wypadała druga rocznica matury. Na pierwszą nie dotarł, bo z grupą przyjaciół wybierali się na Alaskę. Nie wahał się ani chwili, w Polsce była to przecież jedna impreza, a tam wielka wyprawa, spełnienie marzeń z dzieciństwa. A jednak czegoś mu zabrakło. Wspomnienia z balu maturalnego ożyły na chwilę, potem znów przygasły. W tym roku nic nie stało na przeszkodzie, żeby przylecieć do Warszawy. Cieszył się, że zobaczy Monikę.

Już na początku liceum stwierdził, że dziewczyna jest ładna, ale nic z tego nie wynikło. Ani on, ani żaden z jego kumpli nie próbował podchodów. Ktoś kiedyś palnął, że Monika chodzi z jakimś studentem, ale chyba nie to ich hamowało. Zawsze wydawała się lekko nieobecna, życie klasowe jej nie interesowało. Podziwiało się ją mniej więcej tak jak obraz w galerii. Paweł nie pamiętał nawet, czy była na studniówce.

Na balu maturalnym po raz pierwszy poczuł, że to kobieta z krwi i kości. Może sprawiła to granatowa sukienka, dość skromna, jednak w jakiś przewrotny sposób seksowna, może czarne szpilki i cieliste rajstopy, które eksponowały jej zgrabne nogi, a może ona sama rzeczywiście poruszała się i zachowywała inaczej. Patrzyła inaczej. Nie on jeden to zauważył. Co chwila ktoś ją prosił do tańca. Paweł ją obserwował, stojąc pod ścianą. Kiedy skończyła się piosenka, podszedł.

Monika uwolniła się z ramion Staszka, który posłał Pawłowi wściekłe spojrzenie.

Jej czarne włosy pachniały lawendą. Rany, naprawdę tak pomyślał. Nie był pewien, o czym rozmawiali, prawdopodobnie o maturze, nauczycielach, kumplach. Z pewnością nie wymyślił nic oryginalnego. Jeszcze kilka razy musiał pozwolić innym z nią zatańczyć. Kiedy jednak dopchał się do niej ponownie, zapytał:

– Zmyjemy się stąd? Pójdziemy na świeże powietrze? Podniosła na niego oczy, a on gorączkowo szukał nazwy koloru.

– Chodźmy.

Przedarli się przez młodzież palącą przed budynkiem, pary całujące się na wszystkich murkach. Splótł palce z jej smukłymi palcami i zaczął biec, byle dalej od tego miejsca.

– Dokąd mnie zabierasz? – zapytała w końcu bez tchu.

– Nad Wisłę – odpowiedział, zwalniając.

Zdjął marynarkę, położył ją na trawie. Usiedli. Tej nocy rzeka nie wydzielała cuchnących wyziewów. Monika położyła się, patrząc w niebo.

– Tyle gwiazd – szepnęła. – Nie pamiętam, kiedy widziałam tyle gwiazd w mieście.

Pochylił się, dotykając ustami jej policzka.

– Twoje oczy są jak gwiazdy. – Nagle znalazł określenie koloru jej tęczówek. – Szafirowe.

Przeraził się, że Monikę rozśmieszy tandeta porównania, nazwie go palantem, wstanie i odejdzie, nic takiego jednak nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie. Chociaż miał już niejakie doświadczenia, nigdy wcześniej nie przeżył nic podobnego. Nie umiałby tego nazwać, wtedy ani teraz. Przytulał ją później, znów szepcząc jakieś banalne słowa.

– Spójrz, jak mocno świeci księżyc – powiedziała, gdy łapał oddech. – Tylko on i gwiazdy były świadkiem przeobrażenia. Będą zawsze o tym pamiętać i strzec tego, co mi dałeś.

Nie rozumiał, o czym mówi, i trochę się przestraszył. Nawet teraz, wspominając, czuł lekkie ciarki, a ona pewnie po swojemu próbowała mu przekazać, jakie to dla niej ważne.

Dopiero przed jej blokiem powiedział, że wyjeżdża za dwa dni do Waszyngtonu, bo stary dostał miejsce na placówce. Sztywniała, słuchając. Obiecał, że napisze. Skinęła głową i wbiegła po schodach, nie oglądając się za siebie. Chciał zobaczyć się z nią jeszcze przed wylotem, ale zabrakło czasu.

Nie napisał. Zabierał się do tego kilka razy i siedział nad pustą kartką, nie wiedząc, jak przelać na papier to, co miał w sobie. Po jakimś czasie intensywność wrażeń zblakła i zagłębił się w studenckim życiu. Poznał dziewczynę, później kolejną, z obiema zerwał po kilku miesiącach. Jeszcze następna rzuciła jego, a on bez żalu pozwolił jej odejść.

– Podać panu coś do picia?

Podniósł wzrok na ładną stewardesę.

– Colę poproszę.

– Może kieliszek wina?

Uśmiechnął się blado i pokręcił głową.

– Dziękuję.

Nie potrzebował alkoholu. Już i tak czuł się, jakby wypił butelkę.

Odprawa na Okęciu jak zwykle ciągnęła się w nieskończoność. Wyszedł w końcu z lotniska i skierował spojrzenie na autobusy. On, syn komunistycznego dyplomaty, nie musiał się męczyć w śmierdzącym tłoku, nie potrzebował nawet się martwić, że taksówkarze zdzierają z ludzi potrójne stawki, tego typu problemy dla niego nie istniały. Odkąd pamiętał, życie było miłe, łatwe i wygodne. Chwilami odzywały się wątpliwości czy wyrzuty, ale szybko mijały. Przecież nie czynił nikomu krzywdy, z jakiego więc powodu miałby się dręczyć? Nie było jego winy w tym, że ojciec robił karierę w dyplomacji, która zdawała się dla niego stworzona. Przecież był uczciwym człowiekiem. Zapisał się do partii, bo bez tego nie dostałby żadnego stanowiska, ale nie prześladował, nie dręczył. Nie? Jeśli nawet, Paweł nie miał zamiaru zaprzątać sobie głowy cudzym sumieniem.

W mieszkaniu zrzucił plecak, a potem zapobiegliwie zrobił zakupy na rano. Kartki miał dopiero odebrać, więc nie mógł kupić mięsa, ale i tak jadł ostatnio za dużo hamburgerów. Rozglądając się po sklepie, stwierdził, że sytuacja przez dwa lata się poprawiła. Bez trudu dostał chleb, masło, kawałek sera. Mleko. Część nastawił na zsiadłe. Może się przydać. W tym przejawiała się wyższość Polski nad Ameryką. Tam mleko się nie zsiadało, tylko psuło. Wziął szybki prysznic, wyciągnął wino ze sklepu bezcłowego i wyszedł.

Gospodyni, drobna szatynka Basia, powitała go w progu. Miała na sobie czerwoną sukienkę mini i wyglądała tak świeżo jak zwykle.

– Paweł! Wreszcie udało ci się wyrwać z tej dzikiej Ameryki!

Pocałował ją na powitanie.

– Nogi masz dokładnie takie jak zapamiętałem. W tej dzikiej Ameryce rzadko się coś takiego zdarza.

– Dobra, dobra – mruknęła. – Chodź, prawie wszyscy już są.

Paweł powiódł wzrokiem po obecnych, odpowiadając bladym uśmiechem na entuzjastyczne przywitania. Dziewczyny rzucały mu się na szyję, faceci klepali po plecach. Czuł się spięty. Moniki nie było. Znajomi wypytywali o życie amerykańskie, a on odpowiadał, nie zdając sobie sprawy z sensu wypowiadanych słów, wciąż czekając. W ciągu następnej pół godziny pojawiły się jeszcze trzy osoby.

– Ktoś jeszcze przyjdzie? – zwrócił się do Basi. Potrząsnęła głową.

– Nie. Robert jest we Francji i tym razem on nie dotrze. Popatrzyła wymownie na Pawła. – Anka ma jakieś wesele w rodzinie i nie może się wyrwać. Monika ma półroczne dziecko, a jej mama i mąż są dziś zajęci, a Marcin…

Paweł nie słyszał już reszty. „Monika ma półroczne dziecko” – szumiało mu w głowie.

– Zatańczymy?

Pociągnął Basię na parkiet. Obściskiwał ją trochę, jak robił to w czasach szkolnych. Oboje wiedzieli, że to nic nie znaczy i do niczego nie prowadzi.

– Napijmy się – powiedziała po skończonej piosence.

– Masz faceta? – spytał, obejmując ją.

– Tydzień temu zakończyłam siedmiomiesięczny związek. Czuję się cudownie wolna. A ty?

– Czy mam faceta? Zachichotała.

– Paweł, przecież wiem, że jesteś tak heteroseksualny jak tylko można być. Pytam, czy masz dziewczynę.

– Nie. Miałem kilka w Stanach, wszystko niewypały. Co byś powiedziała na to, żebym został, kiedy oni pójdą, a my… no wiesz?

Spoważniała nagle.

– Nic z tego. Lubię cię, ale to zepsułoby nasze relacje. Ścisnął ją nieco mocniej.

– Masz rację, jak zwykle. Wiesz, że od początku lubiłem cię najbardziej z całej klasy? Lubiłem cię jak kumpla, a zarazem zawsze miałem na ciebie ochotę.

– I niech tak pozostanie.

Wstała i poszła tańczyć z kimś innym.

***

Monika leżała z szeroko otwartymi oczyma. Nie kochała się dziś z mężem, wymówiła się bólem głowy. Teraz zastanawiała się, czy to nie błąd. Może przez to będzie miał kłopoty z zaśnięciem. Koło północy rozległo się ciche pochrapywanie. Usiadła. Robert dotknął jej dłoni. Najwidoczniej obudził go ruch. Trudno. Niech to stanie się szybko. Położyła się, poddała pieszczotom.

– Lepiej się czujesz?

– Tak – szepnęła, przyciągając go do siebie.

Robert był dobrym kochankiem, czułym i wprawnym. Niemal za każdym razem doprowadzał ją do rozkoszy. Teraz też, co tylko pogarszało sprawę.

Tym razem zasnął głęboko. Wysunęła się z łóżka, przeszła na palcach do kuchni i zapaliła świeczkę. Od dzieciństwa siedziała przy świeczce, kiedy było jej źle. Nastawiła cicho płytę.

„I ty, tylko ty będziesz moją damą I ty, tylko ty będziesz moją panią” – śpiewał chłopięcy głos. Wyjęła kartkę i długopis i zaczęła w pośpiechu kreślić słowa, których sens się rozmywał, a które domagały się natychmiastowego uzewnętrznienia.

Dałeś mi ciało, którym muszę się brzydzić. Nie potrafię się oderwać i na powrót stać się duchem.

Płacz dziecka. Monika zgniotła kartkę, wepchnęła ją do kosza pod inne śmieci, zdmuchnęła świeczkę i pobiegła do sypialni.

***

Tańczył mało, pił dużo. Świtało już, gdy zdecydował się wyjść.

– Na pewno nie chcesz, żebym został? – spytał, biorąc Basię w ramiona.

– Na sto procent. – Roześmiała się i pocałowała go w policzek. – Kiedy wyjeżdżasz?

– Zostaję na miesiąc. Może dłużej.

– Zadzwoń. Może wybierzemy się razem na rower. Jak kiedyś.

– Zadzwonię. Nie mogę się doczekać.

– A teraz już idź. – Wypchnęła go lekko i zamknęła drzwi.

Położył się na nieposłanym łóżku, nawet nie ściągając ubrania. Spał do drugiej po południu. Obudził się z koszmarnym bólem głowy. Ogarnęło go uczucie potwornego żalu, litości nad sobą. „Półroczne dziecko”. Czuł się oszukany i kompletnie wypompowany.

Mleko się zsiadło. Wychylił butelkę. Pomogło. Postanowił wyjść na miasto i zanurzyć się w jego wirze. Wir Warszawy? Nazywanie stolicy Polski Ludowej metropolią wydawało się nieporozumieniem. Tak czy inaczej ludzi w centrum było wielu, więc mógł patrzeć na ich twarze, próbując skoncentrować się na cudzych wrażeniach i zapomnieć o swoich.

***

Siedziała, trzymając dziecko w objęciach. Karolina ssała z zaangażowaniem. Jej główka była pokryta ciemnym puszkiem, a rzęsy, już teraz długie, rzucały cień na policzki. Większość ludzi powiedziałaby, że za wcześnie, żeby przesądzać, ale Monika była pewna, że córka będzie podobna do niej. Jednocześnie ją to przerażało i fascynowało. Dziecko się najadło i leżało z błogim wyrazem twarzy. Monika siedziała nieruchomo, bojąc się poruszyć, żeby nie spłoszyć snu córeczki. Wiedziała, jak trudno ją uśpić, a sama była zmęczona. Po kilkunastu minutach wstała powoli i niemal wstrzymując oddech, przeniosła dziecko do łóżeczka. Wyszła na palcach, cicho zamknęła drzwi. Zrobiła filiżankę herbaty i nastawiła Grechutę. Oparła głowę o poręcz kanapy, zamknęła oczy, wsłuchując się w piosenkę. Słowa: „I ty, właśnie ty będziesz moją damą, I ty, tylko ty będziesz moją panią” jak zwykle sprawiły, że łzy potoczyły się po policzkach. Usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Robert. Odstawiła filiżankę, ale nie podniosła oczu.

– Cześć! – zawołał od progu.

Nie odpowiedziała. Siedziała wciąż z zamkniętymi oczyma, na granicy jawy i snu, wiedząc, że za chwilę rzeczywistość zedrze brutalnie ostatnie strzępy marzeń.

Robert wszedł do pokoju i wyłączył muzykę. Otworzyła oczy i spróbowała uśmiechnąć się do wysokiego atrakcyjnego czterdziestolatka. Wiedziała, że jej zazdroszczą. Jej mąż był nie tylko przystojny, lecz także sporo zarabiał jako uznany tłumacz literatury angielskojęzycznej.

– Dlaczego nie odpowiadasz? – zapytał, siadając koło niej. Zesztywniała.

– Jestem zmęczona – powiedziała.

– Zmęczona? – Ton Roberta powoli się zmieniał. Zaczynał pojawiać się w nim chłód i sarkazm. – Powiedz mi, kochanie, czym ty jesteś zmęczona?

– Karolina nie chciała dziś zasnąć. – Mówiła wolno, starając się nie zwracać uwagi na czerwone plamy tańczące przed oczyma.

– I dlatego jesteś zmęczona? Spójrz, jak wygląda mieszkanie.

Przeciągnął palcem po stoliku.

– Widzisz? – Wskazał na smugę, która utworzyła się w kurzu. – Tak jest wszędzie. A co dziś mamy na obiad?

– Ugotowałam zupę. Zaraz ją odgrzeję.

– Moja żona odgrzeje na obiad zupę. Chyba powinienem skakać z radości. Powiedz mi, kochanie, czym ty zajmujesz się całymi dniami?

– Opiekuję się dzieckiem, odkurzałam…

– Znaczy przejechałaś odkurzaczem pośrodku pokoju, czyż nie tak?

Milczała. Nienawidzę cię – szumiało jej w głowie.

– Posłuchaj, Monica. – Na początku podobało jej się, gdy akcentował jej imię z angielska. Teraz tego nienawidziła. Podobnie jak nienawidziła, gdy wtrącał „kochanie”, strofując ją. – Rozumiem cię. Rozumiem, że dziecko wymaga opieki. Rozumiem, że może cię to męczyć. Ale, na Boga, przecież ty nie robisz nic innego! Ja pracuję całymi dniami, a kiedy wracam, staram się pomagać przy dziecku, sprzątam, gotuję…

– Chyba nie tak dużo – przerwała i przeraziła się lodowatej nienawiści, którą usłyszała w swoim głosie.

– Nie – powiedział spokojnie. – Ale robię tyle, ile jestem w stanie. A ty? Uważasz, że dziecko usprawiedliwia cię ze wszystkiego. To jest po prostu lenistwo, z którym powinnaś walczyć.

Czerwone plamy przed oczyma przesłaniały już wszystko.

– Nie nadajemy się do życia razem. Wstała. Zaczęła iść w kierunku kuchni.

– Monika! – Przynajmniej akcentował jej imię prawidłowo. – Mówisz rzeczy, które niszczą ciebie i mnie.

– A może ja, do jasnej cholery, naprawdę nie mam ochoty tkwić w tym związku? Może to właśnie on mnie wykańcza, nie zostawiając sił na nic innego? Ach, nienawidzę cię.

Boże, po co to powiedziała?! To nieprawda. Emocje, nastrój, chwila. Jeszcze kilka dni temu potrafiła nad sobą panować. Jak trudno będzie teraz odrobić te słowa.

– Nie wiem, co mam o tym myśleć. – Głos męża brzmiał spokojnie, ale przekłuwał jej mózg tysiącem małych igieł. Nie chcę, żebyś była skazana na człowieka, którego nienawidzisz. Możesz odejść. Nigdy jednak nie oddam ci dziecka.

Zapaliła świeczkę i zaczęła pisać. Wiedziała, jak bardzo zdenerwowałby się Robert, widząc ją piszącą przy takim świetle, ale zdawała sobie również sprawę, że teraz żadna siła nie sprawiłaby, żeby do niej zajrzał.

Siedzę i umieram. Nie w sensie dosłownym. Fizycznie jestem okazem zdrowia, a więc pewnie jeszcze jakiś czas będę skażać otoczenie swoją obecnością. Brak mi odwagi, żeby z tym skończyć, a przecież wystarczyłby jeden ruch, żeby przeciąć te wszystkie cieniutkie niteczki. A jednak umieram. Zbliżają się małe purpurowe potworki, które swój kolor zawdzięczają syceniu się świeżą, niezastygłą jeszcze krwią. Chcę krzyczeć, żeby odeszły, ale nie jestem w stanie wydać dźwięku. Nie mogę się poruszyć i muszę pozwolić dokończyć im ucztę. Później potańczą, roztaczając bezwstydny wdzięk, i znikną, a ja znowu zanurzę się w lepkim oceanie życia. Dlaczego umieram tym razem? Czy sprawiły to jego słowa? Nie, to moja reakcja. Jak można siedzieć i rozpamiętywać szczegół po szczególe, marząc o cofnięciu czasu? Umierać, pozwalając bezwstydnym potworkom sycić się tym, co zrobiłam? One wcale nie odchodzą. Przyczajają się gdzieś w głębi, czekając na następny odpowiedni moment. To ona. Ta druga. Idiotka, idiotka, idiotka! Czy nie widzisz, co masz? Nie widzisz, że burzysz wszystko?

Bezsensowne bazgroły, melodramatyczne i udziwnione jak ona sama. Podarła kartkę na jak najdrobniejsze kawałki i zagrzebała w śmieciach. Weszła do salonu. Cofnąć czas, wymazać słowa, przytulić się do męża. Gdyby naprawdę tego pragnęła, może widziałaby jakąś nadzieję. Czy rzeczywiście zależało jej, żeby ulżyć cierpieniom tego człowieka? To, co mówił, było prawdą. Rzeczywiście harował, a gdy wracał, zajmował się dzieckiem i pracami domowymi. Był dobry, troszczył się o nią, właściwie ją wychowywał. Czy do końca życia miała godzić się na męża w roli ojca? Znowu zapaliła się w niej iskierka buntu, która jednak za moment zgasła. Podeszła i położyła mu rękę na ramieniu.

– Przepraszam. Wiesz, że to tylko słowa.

Po ściągniętej twarzy Roberta przeszedł skurcz.

– Tego rodzaju słowa potrafią wiele zburzyć. Odbudowanie może zająć lata, a czasem może nigdy nie nastąpić, Monica.

Gdyby nie użył angielskiego odpowiednika jej imienia, może próbowałaby dalej z nim rozmawiać.

– Monika, moje imię brzmi Monika – powiedziała szorstko i wycofała się do sypialni. Kiedy tylko się rozebrała, dziecko zaczęło płakać. Wzięła Karolinę do łóżka i zasnęła z nią przy piersi.

Znajdowała się na drodze na Zawrat. Zdawała sobie sprawę, że śpi, ale rzeczywistość była daleka i nieważna. Patrzyła na Roberta stojącego naprzeciwko. Wydawał się słaby i nie miała wątpliwości, że zrobi z nim, cokolwiek zechce. Stał, wpatrując się w nią z fascynacją pomieszaną z lękiem. Miał powód się bać; była silna. Silna, bezwzględna i nie widziała jakichkolwiek powodów, aby go oszczędzać. Ogarnęło ją wrażenie, że rośnie, a może po prostu ten mężczyzna stawał się coraz mniejszy? Nędzny mały robak, którym w istocie był zawsze. Przyklękła obok i jej twarz znalazła się na poziomie jego twarzy.

– Dam ci teraz to, na co zasługujesz – powiedziała, a może tylko tak pomyślała, i położyła go na twardej ścieżce. Usiadła na nim okrakiem i z satysfakcją zauważyła, że mężczyzna ma problemy z oddychaniem. Rozpinała koszulę, wpatrując się w źrenice rozszerzone strachem i podnieceniem. Wbiła paznokcie w klatkę piersiową i rozerwała skórę. Rozciągnęła dwa płaty ciała i wyrwała krwawy ochłap mięsa. Krzyk Roberta rozniósł się po okolicy.

– To twoje serce – powiedziała namiętnym szeptem i zanurzyła dłonie w czerwonej masie. Poruszała palcami, chora z przerażenia. Chciała to przerwać, ale nie potrafiła. To nie ona, nie ona, nie ona. Nie!!!

Książkę Wschód księżyca kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wschód księżyca
Magdalena Zimniak2
Okładka książki - Wschód księżyca

Przejmujący thriller psychologiczny z elementami metafizyki ukazujący złożoność ludzkich postaw i wyborów. Magdalena Zimniak głęboko wchodzi w psychikę...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Wizna
Jacek Komuda
Wizna
Selfie z Toskanią
Monika B. Janowska;
Selfie z Toskanią
Dom sekretów
Natalia Bieniek
Dom sekretów
Magiczne skrzypce
Izabella Klebańska
Magiczne skrzypce
Zapach makadamii
Anna Wojtkowska-Witala
Zapach makadamii
Bezsenna
Lou Morgan
Bezsenna
Trzecia strona medalu
Dariusz Grochal
Trzecia strona medalu
Czwarta władza szóstej B
Adam Studziński;
Czwarta władza szóstej B
Drogi Edwardzie
Ann Napolitano
Drogi Edwardzie
Pokaż wszystkie recenzje