Nie powiem mu ani o rozwodzie, ani o Zanzibarze. "Śmierć na Zanzibarze"

Data: 2021-08-10 10:23:43 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Magda, sympatyczna pani weterynarz, wyjeżdża na urlop na Zanzibar. W tym czasie jej przyjaciel, komisarz Sikora, rozpoczyna w Polsce dochodzenie w sprawie zabójstwa. Kiedy Magda – za pośrednictwem Skype’a – zaczyna wtykać nos w śledztwo, zirytowany Sikora każe jej znaleźć sobie własnego trupa. Więc… Magda go znajduje. Nie wie, że próba odpowiedzi na pytanie, kto zabił, sprowadzi na nią śmiertelne niebezpieczeństwo. 

Obrazek w treści

Do lektury najnowszej powieści Katarzyny Gacek Śmierć na Zanzibarze zaprasza Wydawnictwo Oficynka. Ostatnio mogliście przeczytać prolog książki oraz jej pierwszy rozdział, tymczasem już teraz zachęcamy Was do przeczytania drugiego rozdziału nowej powieści Katarzyny Gacek:

ROZDZIAŁ 2

Pierwszego dnia po rozwodzie obudziłam się zaskakująco wypoczęta i wyspana. W nocy nie gnębiły mnie żadne koszmary, absolutna nowość, ponieważ od pół roku, czyli od momentu, w którym wszystko się między mną a moim mężem posypało, noce spędzałam na zamartwianiu się oraz przewracaniu z boku na bok. 

Czy to możliwe, żeby jedna godzina spędzona na sali sądowej przyniosła aż tak spektakularne efekty?

Moja najlepsza przyjaciółka, Elka, uprzedzała mnie, że tak będzie. Że w momencie formalnego rozwodu natychmiast odzyskam spokój i radość życia. Oczywiście jej nie wierzyłam, ale miała rację: pierwszy raz od bardzo dawna czułam się dobrze i lekko. Tak jakby ktoś zdjął mi z ramion stukilową sztangę. Nic mnie w środku nie bolało, nic nie uwierało, a przede wszystkim nie było tego zaciskającego żołądek strachu, który towarzyszył mi codziennie, od rana do wieczora. Nawet poczucie życiowej porażki, które jeszcze wczoraj intensywnie dawało o sobie znać, gdzieś zniknęło. 

Zadziwiające!

Z tą nową energią wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam budzić dzieci. Udało mi się je nieźle zaskoczyć, bo zamiast klasycznego walenia w drzwi i nerwowego pokrzykiwania: „Szybko, szybko, bo się spóźnimy!”, zaserwowałam im dzisiaj delikatne: „Kochani, wstawanko, już czas, już czas…”. Musieli pomyśleć, że w nocy ktoś im podmienił matkę. 

Ciągle pozostając w błogim nastroju, którego nie potrafiłam racjonalnie wytłumaczyć, zrobiłam im na śniadanie naleśniki z nutellą, co tylko wzmogło ich nieufność, zapakowałam do samochodu i odwiozłam do szkoły, a lekki uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dopiero kiedy zatrzymałam auto przed lecznicą, mój dobry nastrój prysł i wyparował, bo na trawniku niedaleko wejścia zobaczyłam wielki i błyszczący niklem motocykl mojego kolegi z pracy, niejakiego Walczaka. 

Nie rozumiałam swoich emocji. Nie rozumiałam ni w ząb. 

***

Lecznica weterynaryjna, w której pracowałam, należała do doktora Rudnickiego, wybitnego specjalisty od małych zwierząt i świetnego chirurga. Mieściła się w suterynie starej, przedwojennej willi, ale urządzona była bardzo nowocześnie i wyposażona w świetnej jakości sprzęt medyczny, co w połączeniu z reputacją Rudnickiego przyciągało do nas tłumy. W poczekalni rzadko zdarzały się wolne krzesła, a w ciągu dnia znalezienie chwili na kawę graniczyło z cudem. 

Wyglądało na to, że dzisiaj będzie podobnie. Kiedy otworzyłam drzwi, w korytarzu siedziały już dwie starsze panie, jedna trzymała na kolanach starego, grubego jamnika, druga – plastikowy transporter, z którego łypało na mnie wielkie, czarne kocisko. Znałam dobrze obie kobiety, bo im starsze były ich zwierzęta, tym częściej pojawiały się z nimi w lecznicy, zwykła kolej rzeczy. Choć zawsze przejęte stanem zdrowia pupili, śmiały się z żartów Walczaka i traktowały nas jak starych znajomych. Lubiłam je, ale nie dlatego ich widok w poczekalni mnie ucieszył. Kolejka do gabinetu oznaczała, że w środku razem z Walczakiem musi być już jakiś pacjent. A to z kolei dawało mi pewność, że kiedy tam wejdę, nie znajdę się z moim kolegą sam na sam. I, jeśli się wszystko dobrze ułoży, nie będę musiała z nim w ogóle rozmawiać przez cały dzień. 

Otworzyłam drzwi może odrobinę zbyt energicznie, dodając sobie tym ruchem animuszu, którego tak bardzo potrzebowałam. Kolega Walczak stał przy stole zabiegowym i mierzył temperaturę potężnemu pitbullowi, jedną ręką trzymając w górze psi ogon, drugą – termometr wiadomo gdzie. Właściciel zwierzęcia, młody człowiek o podobnie rozbudowanej muskulaturze, co jego pies, próbował go okiełznać, obejmując z całej siły łokciem za szyję, zdaje się, że w zapasach taki chwyt nazywa się nelson. 

Moje gwałtowne wtargnięcie do gabinetu zaburzyło niestety tę karkołomną choreografię. Wystarczyło, że chłopak podniósł głowę, żeby popatrzeć w moją stronę i minimalnie rozluźnił uchwyt, żeby pysk pitbulla znalazł się w miejscu, w którym przed sekundą znajdował się jego zad. Walczak co prawda zdążył odskoczyć, ale zęby psa zatrzasnęły się złowrogo centymetr od jego dłoni. 

– Żeż kurde, Mentos, spokój!

Chłopak szarpnął za obrożę tak mocno, że pies aż przysiadł. Najwyraźniej właściciel uznał, że zamiast inwestować w wychowanie pupila, lepiej zainwestować w siłownię. 

– Trzydzieści osiem stopni – odczytał Walczak. – To prawidłowa temperatura, pies jest w dobrej formie, możemy szczepić.

A potem zwrócił się do mnie z uprzejmym uśmiechem:

– Dzień dobry, pani doktor.

Ja tam się do niego nie uśmiechałam. Od trzech miesięcy, odkąd mnie znienacka pocałował, bardzo się pilnowałam, żeby mu nie okazywać sympatii. Żadnych uśmiechów, żadnych dotknięć, żadnej poufałości, żeby sobie czasem czegoś nie pomyślał. A mógłby, bo ten pocałunek niestety bardzo mi się spodobał, co Walczak, ze swoim doświadczeniem w sprawach damsko-męskich, musiał wyczuć. 

Tak więc niemałym wysiłkiem woli trzymałam mojego kolegę na dystans, a on to – o dziwo – posłusznie respektował. 

Trzeba zakończyć jedno, żeby zacząć drugie, powtarzałam sobie asekuracyjnie. Miało to sens wtedy, kiedy rozwód wydawał się odległą perspektywą. Za to teraz, gdy od dwudziestu czterech godzin byłam kobietą wolną i mogłam sobie zaczynać, co chciałam, nagle poczułam strach.

Czy powinnam wykonać jakiś ruch w jego stronę? Nie, nie, to fatalny pomysł. Co by to było, gdybym mu zakomunikowała, że jestem po rozwodzie, a on miałby to w nosie? Odrzucenie, tego się bałam najbardziej. Jedynym bezpiecznym, choć wyjątkowo głupim rozwiązaniem, jakie mi przyszło do głowy, było się do niczego nie przyznawać. 

Elka powiedziała mi kiedyś, że w sprawach uczuciowych oscyluję na poziomie egzaltowanej trzynastolatki. Moje aktualne zachowanie w pełni potwierdzało jej diagnozę. 

– W poczekalni jest dwóch pacjentów – nawet powitanie wydawało się w tej sytuacji przesadną poufałością. – Wezmę ich do zabiegowego.

– Świetny pomysł.

Właśnie tak Walczak mnie traktował. Tak jakby tamtego pocałunku w ogóle nie było. Obojętność i profesjonalizm. Zamiast chociaż zasugerować, że moglibyśmy przyjmować razem, tak po prostu, po koleżeńsku, wysyła mnie do drugiego gabinetu. Widocznie w ogóle mu na mnie nie zależy. Zresztą gdyby mu zależało, to by przez te ostatnie trzy miesiące zrobił cokolwiek, a nie się poddawał walkowerem. 

Więc nie powiem mu ani o rozwodzie, ani o Zanzibarze. 

Niech ma.

Książkę Śmierć na Zanzibarze kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Śmierć na Zanzibarze
Katarzyna Gacek 2
Okładka książki - Śmierć na Zanzibarze

Kryminalne wakacje w tropikach. Magda, sympatyczna pani weterynarz, wyjeżdża na urlop na Zanzibar. W tym czasie jej przyjaciel, komisarz Sikora, rozpoczyna...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo