Kiedy duchy przeszłości zaczynają dopominać się o sprawiedliwość, nikt nie jest bezpieczny... „Nieudane doręczenie" Żanety Góreckiej

Data: 2026-02-20 12:53:18 | Ten artykuł przeczytasz w 14 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

W spokojnej dzielnicy dochodzi do brutalnego morderstwa - w domu Henryka Zielińskiego Łucja Adamczewska i Mateusz Jasiński odnajdują zmasakrowane ciało, a brat właściciela nieruchomości, Aleksander, znika bez śladu. Początkowo sprawa wygląda na rodzinne porachunki - do czasu, aż w bagażniku samochodu zaparkowanego w okolicy miejsca zbrodni policjanci trafiają na przerażające znalezisko. Rozpoczyna się śledztwo, a każdy kolejny trop prowadzi do odkrycia nowych tajemnic, które na zawsze miały zostać zapomniane.

Komisarze Maja Lewandowska oraz Antoni Szymański starają się połączyć elementy tej makabrycznej układanki. Towarzyszy im patolog Katarzyna Osiczko, która szybko odkrywa, że ofiarą może nie być Henryk, lecz ktoś zupełnie inny. Sprawę komplikuje fakt, iż zaginiony Aleksander Zieliński od lat zmagał się z uzależnieniem od hazardu, więc przypuszczalnie wrócił tylko po to, by sięgnąć po należną mu część spadku.

Tymczasem ktoś zaczyna usuwać ślady. Ciała znikają z kostnicy, świadkowie milkną lub giną, a do mediów trafiają poufne informacje dotyczące prowadzonego śledztwa. Coraz więcej wskazuje na to, że morderca zna policjantów, a być może nawet działa tuż obok nich. Czy śledczym uda się natrafić na jakikolwiek ślad, który mógłby ich naprowadzić na sprawcę tej makabrycznej zbrodni? Jakie jeszcze sekrety skrywa niewielka miejscowość?

Kiedy duchy przeszłości zaczynają dopominać się o sprawiedliwość, nikt nie jest bezpieczny...

„Nieudane doręczenie" Żanety Góreckiej grafika promująca książkę

Do przeczytania powieści Żanety Góreckiej Nieudane doręczenie zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Nieudane doręczenie:

Prolog

„Nie jestem mordercą” – powtarzał to sobie w duchu z uporem maniaka przy każdym kolejnym ciosie. Jakby sama myśl mogła zmyć z jego rąk czerwień, która coraz obficiej rozlewała się po podłodze. Lepiąca, metaliczna. To nie była zbrodnia – to była sprawiedliwość. Musiała się dokonać. Nic nie liczy się na świecie bardziej niż pragnienie sprawiedliwości – lodowate i nieubłagane. Wypełniało ono jego żyły, a każdy kolejny ruch stawał się wyrokiem wymierzonym za dawne winy. Uderzał raz za razem. Mocniej. Szybciej. Każdy cios niósł ze sobą ciężar lat gniewu i bólu. Był jak wyrzut sumienia i katharsis zarazem – raził sumienie, oczyszczał duszę. Czuł, jak jego mięśnie napięły się do granic możliwości, jak krew pulsowała w skroniach, dłonie drżały od wysiłku – ale nie przestawał. Nie mógł. Ciemna ciecz tryskała z ciała i spływała po ścianach, zamieniając otoczenie w gorącą, purpurową mgłę. Nie słyszał nic prócz własnego oddechu – zimnego i miarowego. Wokół panowała cisza, a on stał zupełnie sam z jego ostatnim tchnieniem. Świeża, gęsta i lepka krew spływała po dłoniach, wsiąkała w mankiety jego koszuli, chlapała na buty. Gdy zamrugał, przez chwilę zobaczył czerwone smugi nawet na powiekach. Wciągnął powietrze – ostry, metaliczny zapach niemal palił go w nozdrza. I wtedy do niego dotarło, że przyzwyczaił się do tej woni. Zadrżał. Nawet mu się podobała. „To wszystko?” zawahał się, stojąc nad zmasakrowanym ciałem. Nie tak to miało wyglądać. Próbował złapać oddech, ale w płucach miał ogień. Był zmęczony, a jego serce waliło jak oszalałe, nie była to jednak euforia ani spełnienie. W jego głowie dźwięczało jedno pytanie: „Dlaczego nic nie czuję?”. Cofnął się o krok. Przyglądał się temu, co zrobił. Patrzył na poplamione ściany, czuł, że powoli wszystko cichnie, a każdy element układanki wskakuje na swoje miejsce. Przesunął językiem po zębach. Czegoś brakowało. Czegoś… istotnego. Uczucia? Nie. Satysfakcji? Nigdy jej nie oczekiwał. To nie miało być ekscytujące. Podszedł bliżej i spojrzał na ciało. Teraz przypominało rozszarpaną kukłę, groteskowy obraz człowieka z rozlaną twarzą i pustymi oczodołami, które zdawały się patrzeć na niego z niemym wyrzutem. Skóra pękła w kilku miejscach jak rozdarty materiał.

Stracił równowagę i oparł się o stół. Z trudem łapał oddech. Spojrzał na porozrzucane narzędzia, próbując ocenić, które z nich najbardziej przyczyniło się do deformacji czaszki. Poczuł mdłości, zacisnął zęby i odwrócił wzrok. Wziął się do pracy. Twarz ofiary była wystarczająco zmasakrowana, a teraz nadszedł czas na dalsze kroki. Musiał to zrobić. Dokładnie wiedział, jak będzie. Ciało zaczyna umierać na długo przed śmiercią. Ludzie myślą, że to kwestia chwili – serce nagle staje, krew przestaje płynąć, a świat gaśnie w jednej sekundzie. To nieprawda. Śmierć to proces, nie moment. A on znał go lepiej niż ktokolwiek inny.

Na początku – ciepło. Ucieka stopniowo, jakby ciało jeszcze walczyło, nieświadome, że przegrało. Temperatura powoli spada – półtora stopnia na godzinę. Dłonie już stygną. W zależności od warunków atmosferycznych poszczególne fazy procesu rozkładu ciała przebiegają w różnym tempie. Pierwsza z nich to rigor mortis, czyli stężenie pośmiertne. Sztywność – mięśnie w końcu poddają się chemii śmierci, najpierw te najmniejsze. Kiedy minie dwanaście godzin, ciało stanie się twarde jak kamień, a potem zacznie się rozpadać. Dojdzie do przerwania procesów metabolicznych, w tym produkcji energii niezbędnej do rozluźniania mięśni. Włókna mięśniowe utracą elastyczność. Już teraz widać pierwsze oznaki. Skóra przy paznokciach zaczyna sinieć, naczynia krwionośne pękają od wewnątrz, malując podskórne wzory w odcieniach fioletu i granatu. Grawitacja robi swoje – krew, pozbawiona pracy serca, spływa w najniżej położone partie ciała, tworząc wyraźne plamy opadowe, ciemnoczerwone, prawie czarne. Gdyby odwrócił ciało, plamy by się nie zmieniły. To pewnik. Już nie żyje.

A potem jest zapach. Ten moment, kiedy powietrze w pomieszczeniu zaczyna się zmieniać, nabierać ciężkości. Śmierć pachnie inaczej niż krew, która ma w sobie posmak monety trzymanej w ustach, ale ciało… ciało wydziela słodkawy, mdlący odór. Jak zgniłe owoce. Jak coś, co powinno już dawno zniknąć. Ale to dopiero początek. Czuć już tę dziwną mieszankę aldehydów i siarkowodoru unoszącą się z ust i nozdrzy. Obok zwłok pojawią się pierwsze zielone plujki – muchy niebieskie z rodziny Calliphoridae, przywabione nieuniknioną wonią śmierci. Zwabione do ostatniego posiłku, lądują na rozchylonych wargach, w wilgotnych zagłębieniach skóry. Samice składają jaja wyglądające jak małe, lśniące perełki, w zakątkach nosa, pomiędzy twardą, zimną chrząstką a miękką tkanką, na wargach oraz na cienkiej błonie powiek, która teraz była niczym delikatna zasłona gasnącego życia.

Zbierał te owady w myślach do swojej własnej księgi anatomii śmierci – wiedział, że to Lucilia sericata, zielona plujka, która niezwłocznie założy w tych ciepłych jamach ciała swą kolonię. Ich jaja lepiły się do bruzd jak małe, żółtawe tasiemki, a ich obecność wręcz elektryzowała tę scenę. Skóra wokół oczu powoli nabierała sinawo-niebieskich odcieni, a powieki puchły od ciśnienia formującej się gnijącej topliwości. W kolejnej fazie włókna mięśni rozluźniły się, a gazy rozkładu śmiertelnie niewidoczne – wypełniły wewnętrzne przestrzenie, aż policzki i powieki zaczęły przypominać cienkie balony pełne cuchnącego powietrza. Fałdki skóry wokół źrenic pomarszczyły się nieregularnie, przypominając wyschnięty pergamin z dodatkiem czarnego popiołu. Usta delikatnie się rozchyliły, a z wnętrza warg wydobył się lepki odgłos bulgotania płynów gnilnych. W końcu niewielkie, kłębiaste formy zaczęły się ruszać – pierwsze larwy wyklute z jaj. Białe, ruchliwe glisty, początkowo niemal niedostrzegalne, szybko pełzły w kierunku otwartych jam, przekrawając cienką błonę śluzówki języka i nozdrzy. W myślach słyszał już cichy świergot ich ruchu, gdy zanurzały się w gęstą maź, powoli rozpuszczając miękkie tkanki. Ich proteolityczne enzymy zamieniały ciało w jakąś cuchnącą zlewkę płynnej materii. Larwy pierwszego stadium skupiły się w okolicach ust i nosa, naprzemiennie drążąc korytarzyki i chwilowo wycofując się, jakby badały teren. Wkrótce były ich dziesiątki, setki, a ciało stało się dla nich ogromnym bufetem.

Zamyślony patrzył na tę transformację – z nieopanowanym obrzydzeniem, ale też z mrocznym uwielbieniem. Ten mężczyzna, kiedy żył, tak bardzo pragnął być piękny, a teraz stawał się kompletnie bezwładnym laboratorium rozkładu. Widział w tym jednocześnie swoją potęgę i własną nieuchronność. „Ja uczyniłem śmierć, a natura kontynuuje dzieło” – pomyślał. W tej chwili ciało było tylko bezmyślną maszyną dla robactwa, podczas gdy on, nadal wolny, mógł wybrać, jak przeżyje jutro. Obrzydzenie mieszało się z jakimś ohydnym zachwytem, bo oto widział, że życie – nawet to minione nie zatrzymuje się, tylko przekuwa w nowe formy. Każdy odgłos bulgotania i przesuwania się larw przypominał mu, że śmierć jest tylko etapem. Z zimną precyzją wyobrażał sobie tę metamorfozę w najdrobniejszych szczegółach, a w głębi serca czuł chłodną pogardę dla wszystkiego, co kiedyś uważał za sensowne.

Ludzie boją się trupów. Brzydzą się nimi. Dla niego był to tylko kolejny krok, dowód na to, że śmierć jest czysta, logiczna, przewidywalna. W przeciwieństwie do życia. Spojrzał nerwowo na zegarek – będą tu w przeciągu 48 godzin. Po tym czasie proces rozkładu tkanek zacznie się nieodwracalnie. Ale to nie ma znaczenia. Zniknie. To ciało stanie się nie do rozpoznania, nie będzie żadnego pogrzebu, żadnych modlitw. Jego rodzina nigdy nie dowie się, gdzie jest. Zniknie – wymazany, zapomniany. Po prostu przepadnie, jakby nigdy nie istniał. To najgorsza kara. Nie będzie nikogo, kto się o niego upomni. Nie będzie łez ani żalu. Zostanie zapomniany, jakby nigdy nie był człowiekiem, tylko cieniem, który zniknął z tego świata.

Nie zacierając śladów, wstał, wziął skrzynkę z narzędziami, czując, jak zimny metal przeszywa jego dłonie, i wyszedł tylnymi drzwiami. Szedł w stronę lasu spokojnym, niemal niedbałym krokiem. Niebo zasnuwały ciężkie chmury, ale słońce uparcie przebijało się przez ich zasłonę, rozlewając ciepłe promienie. Powietrze pachniało wilgocią, a noc przyniosła ostatnie resztki chłodnej mgły. Wiatr muskał jego skórę, niosąc ze sobą zapach zimy, który zdawał się oszukiwać zmysły zapowiadał spokój, którego nie było w sercu. Na horyzoncie, z dala od miejskiego hałasu, drzewa kołysały się leniwie, a cała scena miała w sobie niemal sielankowy spokój. „Kim jestem? Zgrzeszyłem” – jego własne słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak wyrok. „Zgrzeszyłem, wydając krew niewinną” – przypomniał sobie cytat z Biblii. Czy krew rzeczywiście była niewinna?

Pierwsze krople spadły na ziemię, a potem kolejne – coraz cięższe, coraz bardziej natarczywe. Spływały mu po policzkach niczym łzy rozpaczy – łzy, które nie należały do niego, ale do kogoś, kto już nie mógł płakać. Deszcz zmywał ślady, ale nie mógł zmyć tego, co zostało zapisane w czasie.

• • •

Dwa dni wcześniej

Gorączka klubowa pulsowała w powietrzu. Światła mrugały w rytm basu, rozmazując sylwetki ludzi wijących się na parkiecie. Mateusz Jasiński sączył drinka, czując przyjemne ciepło alkoholu rozlewające się po ciele. Nie był pijany, ale już lekko szumiało mu w głowie. Zmierzwił delikatnie ciemną czuprynę, odwrócił wzrok i spojrzał na dziewczynę – miała może dwadzieścia kilka lat, była drobna, jasnowłosa. Obok niej stał typowy samiec alfa w przyciasnej koszuli, z dłonią zaciskającą się na jej nadgarstku jak stalowa obręcz. Szarpnął ją raz. Potem drugi. Twarz dziewczyny wykrzywił strach.

– Puść! To boli! – krzyknęła nagle, a jej głos przebił się przez klubowy zgiełk. – To boli, do cholery!

Na ułamek sekundy mężczyzna zamarł. Spojrzał na nią spode łba, rozważając, czy jej wrzask w ogóle był wart reakcji.

A potem uderzył ją otwartą dłonią – szybko, bez wahania. Głowa dziewczyny odskoczyła na bok, jasne włosy zawirowały w powietrzu.

– Zamknij się, Iga. Przeginasz – wysyczał. Otarła policzek, po którym natychmiast spłynęła łza – nie wiadomo, czy z powodu bólu, czy upokorzenia. Spojrzała na niego z mieszaniną szoku i pogardy. Głos jej zadrżał, ale głośno, tak, by usłyszał to każdy stojący obok, powiedziała:

– Chyba za bardzo wymieszałeś testosteron z wódą, pajacu! Jego twarz się wykrzywiła. Coś w nim eksplodowało. Rzucił kieliszek na stolik i nim ktokolwiek zdążył zareagować, złapał ją za szyję. Mocno, brutalnie – jakby chciał udusić nie tylko ją, ale też jej słowa i dumę. Dziewczyna w sekundę pobladła, jej dłonie chwyciły jego przeguby, oczy rozszerzyły się w panice. Mateusz uważnie przyglądał się sytuacji i, choć był mocno wstawiony, wstał i ruszył w ich stronę chwiejnym krokiem. – Odpuść jej, kolego. – Podszedł bliżej, starając się mówić spokojnie.

Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał, za bardzo pochłonięty gniewnym monologiem skierowanym do dziewczyny. Mateusz poczuł, jak wzbiera w nim irytacja.

– Mówię do ciebie. Głuchy jesteś? Puść ją.

Tym razem typ rzucił mu krótkie, wściekłe spojrzenie.

– Pierdol się! To nie twoja sprawa. Mateusz zacisnął zęby. Widok dziewczyny, która próbowała się wyrwać, tylko podsycał w nim narastającą wściekłość. Czuł, jak jego serce przyspiesza, a krew zaczyna pulsować mu w skroniach. Nie odpuścił.

– Ostatni raz powtarzam: zostaw ją w spokoju – jego głos stwardniał.

Mężczyzna prychnął i znowu szarpnął dziewczynę, aż ta potknęła się i jęknęła z bólu. Coś w Mateuszu pękło. Ręka sama powędrowała do przodu. Chwycił faceta za kołnierz i odciągnął go od dziewczyny. Tamten wyrwał się gwałtownie i od razu wyprowadził cios. Jasiński odruchowo zrobił unik, ale pięść przeciwnika zahaczyła o jego szczękę. W kąciku ust poczuł smak krwi – strużka zaczęła płynąć po jego podbródku, barwiąc trzydniowy zarost. To tylko bardziej go rozwścieczyło, a alkohol na pewno dodał mu odwagi. „Nie myśl. Działaj”. Mężczyzna był od niego wyższy o głowę – pieprzony Michael Jordan – ale to nie miało teraz żadnego znaczenia. Rzucił się na niego z impetem, wbijając bark w jego brzuch i popychając w stronę baru. Krzesła przewróciły się z hukiem. Zamieszanie przyciągnęło uwagę ludzi, którzy zaczęli odsuwać się w obawie, że i oni oberwą. – Kurwa! – warknął przeciwnik, chwytając Mateusza za ramię i odpychając go brutalnie.

Tym razem to Jasiński uderzył. Jego pięść trafiła w nos napastnika, rozbijając chrząstkę. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, zatykając twarz dłonią, z której zaczęła kapać krew. Mateusz dyszał ciężko, patrząc na agresora spod półprzymkniętych powiek. Adrenalina buzowała w jego żyłach, a świat wokół wydawał się nienaturalnie ostry. Ludzie gapili się na nich, ktoś krzyknął, muzyka przycichła. Czekał, aż przeciwnik wyprowadzi kolejny cios. I wtedy poczuł mocny uścisk na ramieniu ochrona. Ktoś go szarpnął, drugi bramkarz przycisnął mu rękę do pleców, aż syknął z bólu.

– Wychodzimy – wycedził. Mateusz nie protestował. Nie miał na to siły. Przez chwilę próbował zrozumieć, co właściwie się stało, ale świat wokół zdawał się rozmywać. Jego myśli były ciężkie jak ołów, a obraz zaczął falować.

Upadł na chodnik, wciąż oszołomiony po szarpaninie. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz, ale zamiast przynieść ulgę, tylko spotęgowało zawroty głowy. Kilka razy zamrugał, próbując skupić wzrok na telefonie, który trzymał w spoconej dłoni. Otworzył listę kontaktów. Palec drżał, kiedy odnalazł imię „Łucja”. „Potrzebuję pomo…” – zaczął pisać, ale nie potrafił wybrać właściwych liter. Z każdą sekundą czuł się coraz gorzej – jakby jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Mignęła mu twarz dziewczyny, która wyglądała na przerażoną. Chciał coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Smartfon wypadł mu z dłoni na bruk. Mateusz zatoczył się i oparł o mur. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Pot wystąpił na czoło, a w ustach czuł posmak żelaza. Próbował sięgnąć po telefon, ale świat wokół zaczął wirować. Deszcz siąpił delikatnie, zmywając krew z twarzy. Nogi się pod nim ugięły i osunął się na kolana. Wszystko pochłonęła ciemność.

Książkę Nieudane doręczenie kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Nieudane doręczenie
Żaneta Górecka0
Okładka książki - Nieudane doręczenie

W spokojnej dzielnicy dochodzi do brutalnego morderstwa - w domu Henryka Zielińskiego Łucja Adamczewska i Mateusz Jasiński odnajdują zmasakrowane ciało...

Wydawnictwo