Ma się ten talent detektywki! Fragment książki „Zagadka drugiej śmierci"

Data: 2020-10-19 16:01:22 Autor: Piotr Piekarski

Zagrażająca życiu skłonność do łakoci zmusza Karolinę Morawiecką, wdowę po aptekarzu, do ćwiczeń fizycznych. Z pomocą przychodzi jej znajoma siostra zakonna, miłośniczka nordic walking. W trakcie jednego z treningów, w samym sercu Ojcowa, natrafiają na miejsce zbrodni. Jednak nie ma tam ciała.

Wkrótce policja znajduje zwłoki młodej dziewczyny, a zniknięcie pewnej marynarki wzbudza czujność domorosłej detektywki. Podczas gdy wdowa po aptekarzu prowadzi śledztwo w Wielmoży, zakonnica zostaje wysłana z tajemną misją do krakowskiego klasztoru. Jej umiejętności mają pomóc w uniknięciu skandalu…

Morderczy trening. Dwa ciała. Znikająca marynarka. I tajemnica wotum sprzed lat, czyli kolejna czytelnicza uczta, na którą Karolina Morawiecka (autorka) zaprasza wraz z Karoliną Morawiecką (bohaterką)!

Obrazek w treści

Ciekawa zagadka kryminalna, mnóstwo literackich aluzji, solidna porcja opisów potraw, po lekturze których aż ślinka cieknie i poczucie humoru na najwyższym poziomie to nieodłączne cechy powieści o wdowie po aptekarzu.   

- recenzja książki „Zagadka drugiej śmierci”.

Do lektury Zagadki drugiej śmierci, czyli klasycznej powieści kryminalnej o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem) – nowej książki o przygodach wdowy-detektywki – zaprasza Wydawnictwo Lira. Koniecznie sięgnijcie po wywiad z Karoliną Morawiecką, autorką książek o wdowie po aptekarzu. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Zagadka drugiej śmierci. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Ostatni tydzień maja 2019 roku minął pani Karolinie nader burzliwie. Parła naprzód niczym generał Patton w Ardenach; jak OPR „Błyskawica” w bitwie pod Ushant walczyła z rzeczywistością. Problemy piętrzyły się bowiem od samego początku. Upatrzone na targu w Skale spodnie dresowe (i to mimo odpowiedniego rozmiaru!) za nic nie pasowały. Stretch bowiem, tkanina wszak z założenia rozciągliwa, z jakiegoś powodu odmawiał współpracy. Gdy wreszcie udało się znaleźć takie, które na Morawiecką były dobre i nie tamowały krążenia, samo zawiązanie w nich butów wydawało się misją niemożliwą. A co dopiero skłony czy przysiady… Kiedy zaś w końcu problemy z garderobą zostały pomyślnie rozwiązane, pojawiła się przeszkoda kolejna i kto wie, czy nie najistotniejsza — gdzie ćwiczyć, by nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi? Gdzie dyskretnie można gubić kilogramy i uzyskać jeszcze lepszą formę?

Kwestia ta, na pozór niezbyt istotna, w rzeczywistości stanowiła nie lada wyzwanie. Pani Karolina, sama baczna i czujna obserwatorka rzeczywistości, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej aktywność nie pozostanie niezauważona przez mieszkanki i mieszkańców Wielmoży. Oczywiście ci z sąsiadów, którzy mieszkali dalej, nie będą bezpośrednimi świadkami jej wysiłków — ale przecież nie stanie im to na przeszkodzie w snuciu opowieści o jej treningu. Ci zaś, którzy jak ona mieszkali przy Podzamczu, na pewno nie zrezygnują z przyjemności komentowania poczynań sąsiadki. Tym bardziej ubranej w rozciągnięte do granic leginsy z czarnej lycry i sportową koszulkę na ramiączkach…

Klub Joy w Wolbromiu wydał się więc najodpowiedniejszym wyborem. Znajdował się na niewielkim osiedlu poza centrum, dając tym samym obietnicę dyskrecji. Prawdopodobieństwo, że z dala od wielkopowierzchniowych sklepów spotka kogokolwiek z Wielmoży czy Skały, było bliskie zera. Godzina siedemnasta także zdawała się sprzyjać. Wiadomo — o tej porze koleżanki pani Karoliny albo czekały z obiadem na mężów wracających z pracy, albo doglądały wnuków, albo (jeśli jak wdowa po aptekarzu mieszkały samotnie) spędzały ten czas przed telewizorem, w napięciu obserwując rozwój wypadków w ulubionym serialu.

Tak, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach plan wydawał się idealny. Podobnie jak najprawdziwsze (no, prawie…) nowiutkie adidasy i sportowy strój, które przezornie włożyła na siebie jeszcze w Wielmoży. Może w czasie jazdy spodnie dodatkowo się rozciągną — pocieszyła się, wsiadając do swojego tico i ruszając do nieodległej metropolii — a koszulka nie będzie tak uwierała w pasie. A jeśli nawet nie, to przecież w tym ubraniu wydam się osobą ze wszech miar wysportowaną. No i nie będę musiała korzystać ze wspólnej szatni…

Trzeciego czerwca, chwilę przed piątą po południu Morawiecka z absolutną pewnością siebie wkroczyła w progi osiedlowego klubu sportowego. Na stronie internetowej wyczytała, że pierwsze zajęcia pilatesu („odpowiednie dla osób w każdym wieku, spokojne ćwiczenia na macie, w czasie których wzmocnicie mięśnie głębokie i uzyskacie odpowiednią sylwetkę”) są bezpłatne. A chociaż w spadku po Stanisławie (Panie, świeć…) otrzymała sporą sumkę, jednak cnotę gospodarności ceniła nader wysoko.

— Ja pierwszy raz, kochaneńka — rzuciła pewnie w stronę młodej recepcjonistki w obcisłym topie wpatrzonej w ekran trzymanego w rękach smartfona — więc dzisiaj nie płacę. Przeczytałam regulamin… — dodała, żeby zapobiec ewentualnym matactwom.

— Tam jest szatnia. — Dziewczyna, nie oderwawszy nawet na chwilę wzroku od swojego telefonu, machnęła w stronę pomieszczenia po lewej stronie.

Ma się ten talent detektywki — z dumą pomyślała Morawiecka. — Dyskrecja zapewniona! Nikt tu mnie nie rozpozna, nie zwróci na mnie uwagi! Idealnie wtopiłam się w tłum!

Niewielka sala już była zaparowana. Lustra na najdłuższej ścianie, tej na wprost wejścia, niemal w całości pokryły się kroplami, a zapach potu — bezsprzeczny dowód, że poprzednia grupa dała z siebie wszystko — z trudem wydostawał się na zewnątrz przez otwarte drzwi. Jednak znajdującym się w środku paniom najwyraźniej to nie przeszkadzało. Pięć młodych dziewczyn rozkładało maty jak najbliżej instruktorki kucającej przy wielkim odtwarzaczu CD, zaraz przy lustrzanej ścianie. Oprócz nich — tym razem blisko drzwi wyjściowych — usadowiły się dwie czterdziestoparolatki. Pochłonięte rozmową o dzieciach nie zwróciły najmniejszej uwagi na stojącą w drzwiach postać, która po chwili wahania wybrała miejsce na środku i rozłożyła tam wziętą z kupki matę.

Och — Morawiecka poczuła, że napięcie powoli ją opuszcza, a trema znika bezpowrotnie — przecież wszystkie te panie to chudziny! To nawet pan Jacuś kochany jest od nich grubszy! Nawet siostra Tomasza! Przecież one przyjrzała się ukradkiem ewentualnym rywalkom — sił by nie miały, żeby zagnieść ciasto na pierogi z kilograma mąki! Chucherka! Nie to, co ja! I spokojna o przebieg najbliższych wydarzeń usiadła (choć z trudem) na macie.

Muzyka, głośna tak jak chrapanie Trufli, jak młot pneumatyczny, jak wiertarka udarowa, zadudniła znienacka. Ściany zadrżały, a lustra zdawały się pękać — podobnie jak bębenki w uszach. To instruktorka, dotąd skupiona na wyborze płyty z muzyką, włożyła wreszcie krążek do odtwarzacza. Energicznym ruchem ściągnęła skarpetki i kołysząc się do rytmu, rzuciła dynamicznie:

— Zaczynamy!

Następnie wyprężyła się na macie. Siedem ćwiczących pań automatycznie zrobiło to samo. Wdowa po aptekarzu podniosła się z podłogi z trudem, ale i z równie mocnym postanowieniem, że gorsza nie będzie.

— Stajemy w lekkim rozkroku, podwijamy kość ogonową i wdech–wydech, wdech–wydech— komenderowała instruktorka.

Oszołomiona dudniącymi rytmami i widokiem otaczających ją gibkich ciał Karolina Morawiecka w rozkroku, i owszem, stanęła. Co prawda trudno było to dostrzec, bo potężne, choć krótkie nogi i tak zdawały się ze sobą łączyć, ale jednak ułożenie stóp wskazywało, że z łatwością wypełnia padające instrukcje. No, prawie, gdyż kości ogonowej absolutnie nie zamierzała ruszać. Co to, to nie! W końcu nie jest psem, nie ma ogona, to i nie ma czym wywijać! Niedoczekanie!

— A teraz unosimy rękę i wyciągamy daleko przed siebie.

Osiem pań posłusznie wypełniło polecenie. Siedem szczupłych rąk i jedna rubensowska poszybowało to w lewą, to w prawą stronę, przy czym jedna w zdecydowanie wolniejszym tempie. W ogłuszającym crescendo na szczęście nie można było usłyszeć rozpaczliwego sapania, nad którym wdowie po aptekarzu nie udało się zapanować. Powoli zaczynała mieć dość i dosłownie — nie czuła rąk.

— Do ręki dołączamy nogę i robimy wymachy! — Instruktorka przekrzyczała tło muzyczne i wytężyła wzrok. Nie, nie wydawało jej się: w środkowym rzędzie była jakaś nowa… pani.

Na oko bliska siedemdziesiątki (tak okrutni potrafią być tylko młodzi — Morawieckiej wciąż jeszcze trochę brakowało do siedmiu krzyżyków), po trzech minutach rozgrzewki wydawała się znajdować w stanie przedzawałowym. Możliwe, że wrażenie to potęgowała, równie czerwona jak oblicze owej pani, barwa włosów. Zafarbowane na mahoń, krótko obcięte i utrwalone niebotyczną dawką lakieru loki były teraz niczym hełm, którego żaden, najbardziej nawet karkołomny wygibas!, najbardziej nawet dynamiczny ruch! — nie poruszy. Gwałtowny wymach ręką (i towarzyszący mu szalenie dyskretny wymach nogą) wprowadził natomiast w drżenie rozliczne fałdy podbródka. I nie tylko. Wraz z kończynami falował i obszerny brzuch, i — o cuda natury! o bezbrzeżna obfitości! — biust. Tę bujność pozornie nieposkromioną próbował ujarzmiać pofałdowany i napięty do granic materiał przepoconej koszulki.

— Stajemy w lekkim rozkroku i kręg po kręgu rolujemy się w dół — zasugerowała instruktorka i z ciekawością spojrzała na niezwykłe zjawisko. Nowo przybyła, obserwując bacznie znajdujące się przed nią dziewczyny, próbowała złożyć się wpół. Próbowała, gdyż objętość środkowej części korpusu automatycznie uniemożliwiała jej ten ruch.

— A teraz kręg po kręgu prostujemy się — nakazała prowadząca. Z najwyższym niepokojem obserwowała, jak seniorka się podnosi. Kolor jej twarzy, choć może to kwestia ostrego światła, wydawał się jeszcze bardziej intensywny. Bez reanimacji chyba się nie obejdzie — zdenerwowała się instruktorka. Najwidoczniej malujące się na jej obliczu napięcie zwróciło uwagę ćwiczących w pierwszym rzędzie, bo dziewczyny jak jeden mąż (czy żona) zaczęły wpatrywać się w lustro.

To dopiero był widok! Pięć młodych twarzy, choć przecież nie należały do sióstr, ba! nawet do osób spokrewnionych ze sobą!, w jakiś niezwykły sposób wydawało się identyczne. Kruczoczarne brwi zarysowane przez miejscową mistrzynię makijażu permanentnego miały jednakowo obszerny łuk. Doklejone rzęsy cechowała ta sama gęstość i długość, a usta — ten sam powiększony kształt. I nawet zdziwienie (choć zmieszane z niedowierzaniem w różnych proporcjach) nadawało im bliźniaczy wygląd. Podobnie jak wypisana na nich wspólna myśl: „Co ona tu robi?!”.

Wszystkie wpatrywały się w odbicie Morawieckiej tak intensywnie, że ich wypracowana latami spędzonymi na siłowni i fitnessie koordynacja gdzieś przepadła. Zespolone dotąd we wspólnym rytmie ręce i nogi nagle się pogubiły, a jedna z właścicielek nienagannej figury nawet niebezpiecznie się zachwiała.

— Kładziemy się na macie! Popracujemy nad brzuchem… — rzuciła jakby nieśmiało prowadząca.

Padały kolejne instrukcje, lustra ponownie zaparowały, a nowa, jak gdyby nigdy nic, wykonywała poszczególne ćwiczenia. Może nie tak dobrze jak znajdujące się tuż za nią czterdziestolatki (nigdy nie były tak zmotywowane jak dzisiaj), może nie tak rytmicznie, może w znacznie wolniejszym tempie, ale jednak…

I tylko ktoś, kto dobrze znał Karolinę Morawiecką, z zaciśniętych zębów, z nagle uwidocznionej linii żuchwy domyśliłby się, że wdowa po aptekarzu prowadzi ze sobą dramatyczną walkę. Niczym był przy tym pojedynek pysznej Arachne i zazdrosnej Ateny! Niczym walka Pierre’a Bezuchowa z nikczemnym Dołochowem! Nawet słynna potyczka między pierwszą szablą Rzeczypospolitej a Kmicicem blakła przy tym starciu. Nieme wyzwanie rzucone jej przez pięć par młodych oczu nie pozwoliło pani Karolinie się poddać. I choć nie była wątła, niebaczna, rozdwojona w sobie — był to bój straszliwy.

O Święty Judo Tadeuszu! O Święta Rito! Pomóżcie! — już od rozgrzewki wzywała patronów od rzeczy niemożliwych. — Nie dajcie mi się poddać! Ani zemdleć! Przy brzuszkach żarliwe modlitwy skierowała i do patrona ciężkiej pracy. O Święty Cyriaku, ratuj! Nie dam im tej satysfakcji!! Wesprzyj mnie w mym trudzie! Gdy po raz pierwszy dotarło do niej, co oznacza powtarzane jak mantra przez instruktorkę:

— Puls, puls, puls! Wytrzymaj! I jeszcze! Puls, puls…

Morawiecka mogła już tylko, wraz z grupą pogłębiając kolejne ćwiczenia, przywoływać Świętego Huberta, opiekuna sportowców. Na sformułowanie w myślach jakiejkolwiek do niego prośby nie miała już siły.

Lecz najwyraźniej żarliwość modlitw przyniosła efekt. Bo oto stał się cud — kiedy bliska załamania pani Karolina zaapelowała do samego Świętego Józefa, patrona dobrej śmierci, by powierzyć się jego opiece i wyzionąć ducha na macie, prowadząca zajęcia zaordynowała koniec.

* * *

Zaledwie dwóch dni wdowa po aptekarzu potrzebowała, by po tych wydarzeniach dojść do siebie. No dobrze, może nie do szczytowej formy (zakwasy prześladowały ją jeszcze długo), ale na tyle, by zaprosić na niezobowiązujący poczęstunek siostrę Tomaszę. Bo choć zesłana z Krakowa do Skały zakonniczka przejawiała feministyczne zapędy, jako Watson sprawdziła się doskonale. I to trzykrotnie. Dodatkowo była ucieleśnieniem dyskrecji. Wreszcie zaś — w pełni doceniała kuchnię Morawieckiej. I choć chuda była niemożebnie, to jadła za dwóch. Lub raczej: za dwie.

— Wyborne jest to sabih — wyznawała właśnie bliska wniebowzięcia (o, pardon!), zgarniając na domowej roboty pitę pikantne marynowane mango i spory kawałek ociekającego tłuszczem bakłażana. — Nawet pani nie wie, droga pani Karolino, jak się cieszę, że postanowiła pani podbić Bliski Wschód. Pani placki ziemniaczane są wyborne, doprawdy, ale te latkes — gdy wskazywała na znajdujący się tuż obok stosik, jej głos aż zadrżał ze wzruszenia — są nieziemskie.

— Dziękuję, siostrzyczko — uśmiechnęła się Morawiecka. Ale jakoś blado. Zamiast wzbraniania się, że skąd, że to nic takiego, że każdy by umiał, no prawie…; zamiast słynnego, pełnego skromności „cóż, spodobało się Panu obdarzyć mnie i tym talentem” — zapadła cisza.

— Pani Karolino — siostra Tomasza zaniepokoiła się nie na żarty — a cóż to się stało? Skąd ten nastrój? Czy to dlatego, że od października nic się nie wydarzyło? — próbowała wysondować panią domu między jednym kęsem a drugim. — Czy tylko to panią martwi? Bo i ja — w odruchu miłosierdzia odłożyła błyszczący od oliwy placek na talerzyk i w całości postanowiła skupić się na pocieszaniu pani domu — muszę wyznać, nieco tęsknię za jakimś detektywistycznym wyzwaniem. Choć jednocześnie cieszę się, że nic złego już się tu w okolicy nie dzieje…

— Och, to też… — wyszeptała Morawiecka i beznamiętnie pogrzebała widelcem w sałatce. Przez dłuższą chwilę rozgarniała pokryte tahini kostki ogórka i ugotowanego na twardo jajka, niedbale odsunęła nawet pikle z mango. Ostatni raz gospodyni wyglądała w ten sposób w październiku zeszłego roku, gdy siostra Tomasza na środku przedpokoju rozcinała wielkimi kuchennymi nożycami jej suknię, by uwolnić bezradną wdowę z pułapki za małej kreacji.

Zaniepokojona do granic zakonnica nie wytrzymała.

— Pani Karolinko, proszę mi powiedzieć, co się stało! Co dwie głowy, to nie jedna… Na pewno wspólnie coś zaradzimy!

I wdowa po aptekarzu opowiedziała jej o swej udręce. Siostra Tomasza słuchała i tylko przy opisie wolbromskiej męki nieco mocniej schyliła głowę. A gdy udręczona koleżanka zakończyła opowieść dramatycznym:

— …tak więc najwyraźniej zaraz umrę! Jeśli nie z wysiłku, to ze wstydu! — zakonnica spokojnie sięgnęła po ostatni już kawałek bakłażana, przełknęła go z błogim wyrazem twarzy i jak gdyby nigdy nic powiedziała:

— Ależ, pani Karolino droga, nic z tych rzeczy! Skoro pilates okazał się zbyt… — zawahała się na chwilę.

— …intensywny? — podpowiedziała jej natychmiast wdowa, która może i nie była w najlepszej formie, ale też nie w najgorszej. A sokoli wzrok i natura detektywa pozwoliły jej dostrzec, że usta rozmówczyni niebezpiecznie przygotowują się do wymówienia litery „T”.

— …otóż to — zgodziła się szybko zakonniczka. Rozwiązaniem mogą okazać się kije. To jest — dodała natychmiast, widząc niezapowiadający niczego dobrego wyraz twarzy pani domu — nordic walking. Tu w okolicy mamy przecież wspaniałe trasy, stworzone wręcz do pieszych wycieczek. A skoro Trufla — chuda dłoń mimowolnie zawędrowała pod stół, gdzie od dłuższego czasu znajdowała się posapująca góra mięśni, i pogłaskała aksamitną sierstkę — do dłuższych przechadzek się nie nadaje…

Uśmiechnęły się obie na wspomnienie pamiętnego spaceru z psicą pani Karoliny, która to wyprawa stanowić miała dyskretną obserwację podejrzanych. Tak, siedząca tuż przy zakonnicy i skupiona na wyjadaniu wprost z kuchennej posadzki kawałków jajka na twardo, które od czasu do czasu kładła tam dłoń o chopinowskich palcach, Trufla do treningów nie nadawała się absolutnie.

— …I mnie się przyda nieco ruchu — dokończyła i uśmiechnęła się szelmowsko.

— Ale co ludzie powiedzą? — słabo zaprotestowała Morawiecka. W gruncie rzeczy z zakonnicą u boku mogła spacerować nawet i Podzamczem. A co! Nie każdy może się pochwalić takimi znajomościami! Nie każdy!

— W takim razie Ojców. Tras treningowych jest tam dostatek… — uśmiechnęła się siostra Tomasza.

A te kilka kilometrów odległości od Wielmoży powinno zapewnić minimum dyskrecji — ucieszyła się w duchu wdowa po aptekarzu.

Poczuła, że kamień spadł jej z serca. Znalazła rozwiązanie! Nieraz ze swojego kuchennego okna (o, jakąż roztropnością się wykazała, gdy wybierała miejsce dla ekspresu do kawy!) widziała wędrujące z kijami emerytki. To nie może być trudne! A taki niezobowiązujący spacer w towarzystwie zakonniczki może być nawet przyjemny. I, kto wie, może z Bożą pomocą natrafią na jakiś trop…

Gdy zaś radość przepełniła jej serce, mogła powiedzieć już tylko jedno.

— To może teraz, siostrzyczko kochana, zrobię nam po espresso? Jak wiadomo, nic tak dobrze nie domyka posiłku, nawet najskromniejszego, jak filiżanka wyśmienitej kawy. I oczywiście — uśmiechnęła się radośnie, sięgając do wnętrza kredensu stojącego tuż obok drzwi łączących kuchnię z salonem — coś słodkiego! Co prawda to tylko kupne ciasteczka, ale sama siostra rozumie, że nie miałam głowy do pieczenia…

Książkę Zagadka drugiej śmierci kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zagadka drugiej śmierci, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)
Karolina Morawiecka 0
Okładka książki - Zagadka drugiej śmierci, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)

Zagrażająca życiu skłonność do łakoci zmusza Karolinę Morawiecką, wdowę po aptekarzu, do ćwiczeń fizycznych. Z pomocą przychodzi jej znajoma siostra zakonna...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo