Mrowisko skarbów. Fragment książki „Czarne Miasto"

Data: 2020-02-24 12:02:03 Autor: Sławomir Krempa

W powieści Marty Knopik Czarne Miasto losy śląskiej rodziny splecione niczym warkocz z tego, co realne, i z tego, co magiczne, prowadzą do odkrycia tajemnicy sięgającej wiele lat wstecz…

Obrazek w treści

Wanda mieszka samotnie w Czarnym Mieście w ogromnym mieszkaniu pełnym mebli i wspomnień. Jej mąż Zdzisiek zginął w kopalni w Roku Zaćmienia, kiedy to zapadały się kolejne podziemne chodniki, a ludzie szukali schronienia w budowanych naprędce tunelach. W umierającym mieście, wśród duchów przeszłości, zaczyna się toczyć codzienne życie. Wanda nadal nie otrząsnęła się z żałoby, a jej córki, zwane siostrami Bebe, wyemigrowały do Białego Miasta. Jednak wspomnienia i sny nie pozwalają im uwolnić się od tragicznych wydarzeń…

Czarne Miasto jest niczym jeden z bohaterów powieści, którego losy, od narodzin do śmierci, utkane są z legend, fragmentów starych kronik i chaosu sprzętów pozostawionych przez kolejne pokolenia.

„Czarne Miasto" wciąga i ugniata bohaterów, pożera ich metaforycznie... To może być debiut literacki sezonu!

- Wojciech Dutka, pisarz

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Lira. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Czarne miasto. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Wanda słucha uważnie i potakuje, ale sama mówi niewiele, częściowo za sprawą chroniącego przed dymem szala zasłaniającego usta i nos. Czasem coś mruknie, kiwnie potakująco głową. Słucha i robi wielkie zdziwione oczy, oczy zachwycone, oczy podejrzliwe zmrużone w szparki, półprzymknięte rozmarzone oczy lub wspierające, pełne wzruszenia, lśniące od łez. Czasem oczy pocieszające, oczy rozbawione z iskierkami śmiechu, oczy o spojrzeniu ironicznym lub sarkastycznym.

Po spacerze wraca do domu, idąc wzdłuż ulicy, po której suną smętnie brudne samochody z wolna wyłaniające się z mgły, a czasem zapowiedziany głębokim głuchym stukotem toczy się majestatycznie tramwaj. Obok niej przemykają pogrążone w dymie sylwetki czarnomieszczan, snujące się po zdewastowanym mieście jak potępione duchy. Wyłaniają się na chwilę, a potem rozpływają w powietrzu, nie pozdrawiając się wzajemnie, właściwie niemal się wzajemnie nie spostrzegając.

Przed szumem, stukotem i duchami Wanda umyka do swojej bramy, zamykając ciężkie, odrapane drewniane drzwi, pękające ze starości i piszczące w zawiasach, te same, w które w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym rąbali kolbami żołnierze Armii Czerwonej, kiedy w atmosferze terroru i strachu na pół roku zajmowali miasto. Opowieść o tym strasznym okresie Wanda zna od pani Genowefy, która z wypiekami na twarzy i na bezdechu, mimo upływającego czasu, opowiadała, że weszli, że bili, że gwałcili, że okradli, że spalili i splądrowali.

Po zamknięciu bramy robi się w sklepionym strzelistym łukiem przejściu ciemno, ale również ciszej i spokojniej. Wanda skręca do klatki schodowej i po drewnianych rozchybotanych schodach powoli pnie się do góry. Z roku na rok schody wydają się coraz mniej stabilne. Poręcze coraz bardziej tracą pion i odginają się na boki. Tralki, niegdyś rzeźbione, potem zastąpione zwykłymi, prostymi słupkami, a w końcu deskami, systematycznie znikają, wyrywane strudzonymi rękami czarnomieszczan, którzy w poszukiwaniu opału plądrują klatki schodowe i opuszczone mieszkania.

Kiedy staje pod drzwiami, za każdym razem ma jakąś chwilę zawahania, krótkotrwałe zastygnięcie z kluczami w dłoniach i pytaniem w oczach, czy to aby na pewno tu. Jakby nadal była trochę obca. Jakby po trzydziestu latach mieszkania w Czarnym Mieście, w tym osobliwym mieszkaniu, nadal nie była na swoim miejscu.

Przyjechała tu wiele lat temu, na początku lat osiemdziesiątych, z rodzinnego Kamiennego Miasta. Nie odczuła większej zmiany. Obydwa miasta były poniemieckie, oba obdrapane, pełne zaułków, brudnych bram, odpadającego tynku i szarości. Mieszkańcy obu miast nie czuli się gospodarzami. Eksploatowali, co było, co zostało po Niemcach, co przetrwało. Oba miasta wydawały się rozpadać, dryfować z wolna w kierunku dekonstrukcji i niebytu.

Na początku jej mąż, Zdzisiek, mieszkał w hotelu robotniczym. Potem dostał z kopalni małe mieszkanko w nieco nowszej części miasta, trochę bardziej komfortowe niż to, w którym mieszkał w Kamiennym Mieście, bo tam piece, brak łazienki, ciemna kuchnia i zimna woda. Tu było ciasno, ale wygodnie. Potem przyszły na świat dziewczynki i Zdzisiek, wbrew namowom, żeby poczekać, że na pewno wnet dostaną większe mieszkanie z kopalni na którymś z rosnących wokół miasta osiedli, znalazł, nie wiadomo skąd, ofertę zamiany ich przytulnej kawalerki na wielkie mieszkanie w starej kamienicy.

Starowinka, która je zajmowała, nie żądała żadnej dopłaty. Chciała tylko mieszkać wygodniej, w mniejszym, ciepłym, łatwiejszym do posprzątania mieszkaniu. Jak Zdzisiek to załatwił, jakim sposobem dogadał się z panią Leokadią, to już jego tajemnica. Wanda dała się w końcu przekonać mężowi, który — oszołomiony liczbą pokoi i przestrzenią w mieszkaniu staruszki — nie mówił o niczym innym, tylko o tym, jak sobie pomalują i urządzą, co będzie w którym pokoju, że każda z córeczek będzie miała swój kąt, że będzie sypialnia, salon, spiżarnia, wielka kuchnia, jadalnia i nie wiadomo co jeszcze. Wychowany w wielkim ścisku wielodzietnego domu, gdzie nawet łóżko dzieliło się z rodzeństwem, zupełnie oszalał na punkcie zamiany i w końcu dopiął swego.

Spakowali swój niewielki dobytek i przenieśli się do mieszkania w kamienicy. Pomógł im kolega Zdziśka, Gienek, który na ten dzień pożyczył żuka z pracy. Zastali starowinkę, panią Leokadię Baumann, zapłakaną, daremnie próbującą wybrać i spakować to, co zabierze spośród niezliczonych przedmiotów nagromadzonych w trakcie życia, odziedziczonych po przodkach od pokoleń zajmujących piętro luksusowej niegdyś kamienicy w centrum miasta, kamienicy o rzeźbionych balustradach, marmurowych ścianach, zdobionej płaskorzeźbami i witrażami. Nie potrafiła zdecydować, co zabrać, a co zostawić. Miała spakowane tylko cenne rzeczy, jakieś srebra i biżuterię. Brała w ręce kolejne przedmioty: lampy, książki, kryształy, pledy, obrazy, poduszki, po czym odkładała je i szła dalej. Pokój po pokoju. Godzina po godzinie. Każdy przedmiot miał tu swoją historię, z każdym wiązała się jakaś opowieść.

— Ten zegar — mówiła szeptem starowinka — moi rodzice zakupili u słynnego zegarmistrza, którego zakład był przy placu Cesarza Franciszka Józefa, Kaiser Franz Josef Platz, później, po trzydziestym dziewiątym, nazwany placem Adolfa Hitlera. Pamiętam z dzieciństwa, jak ojciec dumny był z zakupu, bo wiecie państwo, zawsze lubił sceny mitologiczne, a te rzeźbienia to porwanie pięknej Europy. Matka stawiała zegar na kominku. Służąca go nie lubiła, bo trudno było odkurzyć, tyle tu szczegółów, postaci i zawijasów. — Odstawiała zegar i brała w dłonie kolejny przedmiot, tym razem zdobioną paterę, porcelanową figurkę, jakiegoś jelonka, pastereczkę, i o każdej rzeczy mówiła parę słów. — Widzą państwo, to jest jajo Fabergé, myślę, że cenne, choć sama nie wiem, bo to chyba nie oryginał. Dostałam je od Johana, kiedy wrócił ze studiów z Wiednia. To był dobry chłopak, od dzieciństwa mieliśmy się ku sobie. Popatrzcie, to się otwiera, a w środku jest mała karuzela, z konikami o białych grzywkach, bo my jako dzieci lubiliśmy karuzele. I raz na jednej karuzeli, jako dzieci, obiecaliśmy sobie, że będziemy mężem i żoną. Ale nie było nam dane — westchnęła.

Pani Leokadia nie miała rodziny, nie miała nikogo, komu mogłaby dać to wszystko, te skarby opowiadające historię wielu pokoleń. Nie potrafiła ogarnąć tego ogromu rzeczy ani niczego wycenić. Rodzina Bobrów w końcu chciała się wycofać, ale skończyło się tak, że Zdzisiek zaproponował, że pani Leokadia może wszystko zostawić i przyjść po swoje rzeczy, kiedy będzie chciała, że niczego nie wyrzucą i wszystko dla niej zatrzymają. Starowinka, uspokojona, spakowała się w ciągu paru godzin i Zdzisiek przeprowadził ją do nowoczesnej kawalerki. Poukładał jej zastawy stołowe i ozdobne sztućce w szafkach kuchennych. Pozawieszał zasłony, przewiózł meble i komody, które Leokadia wybrała. Razem z Gienkiem do późnej nocy nosili kartony z obrusami, ubraniami, najróżniejszymi pamiątkami, aż staruszka, widząc zapełniające się mieszkanie, powiedziała „dość”. I jak wcześniej ustalili, resztę rzeczy zostawiła. Nigdy ich nie odebrała. Była ze dwa razy, raz po album ze zdjęciami, raz po jakąś szkatułkę, której dłuższą chwilę nie umiała znaleźć, aż w końcu triumfalnie odkopała w jednej z szuflad.

Tak rodzina Bobrów znalazła się w owym mieszkaniu nie do ogarnięcia, bogatym w niezliczone przedmioty: bibeloty, dywany, obrusy, pełnym komód, regałów z książkami, otoman, lamp i zegarów. W mieszkaniu jednocześnie wspaniałym i paskudnym, bo przecież zapuszczonym, dawno nieremontowanym, chaotycznym, zbyt pełnym sprzętów, którym pani Leokadia widocznie się poddała, ich historii i nieogarniętej wielości; sprzętów w większości starych i niemodnych. Czuć było zapach tego bezwładu, zapach rezygnacji i niemożności opanowania rozrastającej się do wewnątrz siedziby.

Ich skromny dobytek składał się z pralki Frani, czarno-białego telewizora, sześciu kartonów ubrań, dwóch kartonów ze sprzętami kuchennymi, czyli dwa garnki, patelnia, tanie talerze, sztućce, szklanki (sześć sztuk) oraz z sześciu ręczników, pościeli i jednego kartonu z lnianymi ściereczkami i obrusami podarowanymi przez matkę Wandy, która całe życie przestała przy krosnach w fabryce lnu w Kamiennym Mieście. Te obrusy, drukowane w egzotyczne krainy, dalekie kontynenty i wyspy, w mięsiste kwiaty, palmy i zwierzęta, stanowiły jedyny element ozdobny ich dobytku, jedyny łączący funkcję użytkową z estetyczną. Wszystko inne było praktyczne, konieczne i używane codziennie. Nic nie było na potem, na kiedyś, na później, od święta czy na niedzielę.

Byli młodym małżeństwem, na dorobku. Talerzy mieli tyle, żeby można było zjeść obiad, a garnków tyle, żeby go ugotować, ubrań tyle, żeby nie chodzić na golasa. Żadnych zbytków, obrazków, pamiątek, bibelotów. Jedno ślubne zdjęcie, na którym siedzą bladzi i przestraszeni. I tyle.

W mieszkaniu na Szerokiej przeżyli szok cywilizacyjny, jakby ktoś przeniósł ich w inną rzeczywistość, do krainy, gdzie żyją ludzie o zupełnie odmiennych potrzebach i zwyczajach. W tej krainie ma się na przykład sześć serwisów obiadowych, bo tyle pani Leokadia zostawiła, a zabrała ze sobą tylko jeden, sześć serwisów obiadowych i kawowych, z cukiernicami, imbrykiem, delikatnymi filiżankami. Każdy zestaw z innym wzorkiem, zdobieniem, złoceniem, malunkiem, bo jeden biały z delikatnymi zawijasami srebra układającymi się w kształt liści, drugi w maki malowane pędzlem, jakby rozwiane przez wiatr. Niektóre komplety miały mnóstwo elementów.

— Pół miasta można by zaprosić! — śmiał się Zdzisiek, gotów zorganizować przyjęcie dla wszystkich ludzi, których znał.

Na co Wandzia z przerażeniem wykrzykiwała:

— Patrz, Zdzisiu, tu są jeszcze takie małe miseczki pod spodem! Matko Boska! Ile tego! Chowaj to, Zdzisiek, bo się pogubi. Nie ruszaj! Nie nasze!

Te ich skromne kilka talerzy, które wydawały się w sam raz, mimo że jeden się wyszczerbił, a dwa inne zmatowiały, teraz wydawały się biedne i brzydkie. Poczuli się oszukani. Myśleli, że mieli, co trzeba, tyle, ile inni, takie jak inni. A teraz widzą, że wcale nie, że można inaczej, piękniej. Wanda wspominała opowieści swojej matki, jak to kiedyś, za dziecka, jeszcze na wsi w domu dziadków Wandy, jadło się z jednej michy postawionej na środku stołu, a trzeba się było spieszyć, żeby ci inni nie zjedli.

— Przy jedzeniu się nie mówi, bo kto mówi, zamiast jeść, będzie głodny. A najważniejsze to być najedzonym — powtarzała matka, nauczona tej żelaznej zasady z domu.

Owszem, ponoć mieli talerze, kilka sztuk, wielkie i ciężkie, gliniane, ale to od święta. A na co dzień micha wystarczyła.

Wanda jeździła w odwiedziny do dziadków na wieś jako dziecko i żadnej michy na środku stołu nie pamięta. Mieli talerze, zwykłe, białe. Może któreś z dziewięciorga dzieci dziadkom kupiło. Rozjechały się te dzieci po świecie, a potem odwiedzały rodziców, zawsze z jakimś praktycznym prezentem, bo kto by tam jakie głupoty kupował. Pewnie i talerze dziadkowie dostali. Ale gdyby oni usłyszeli, że można mieć w domu sześć kompletów talerzy, a każdy inny, inaczej zdobiony, malowany, toby nie uwierzyli w takie bogactwo i zbytek. Owszem, malowane talerze były, ale kto by na tym jadł! Malowane talerze wieszało się na ścianie jako ozdobę. Miały przecież z tyłu taki sznureczek do zawieszania. A kto tam słyszał o serwisie kawowym! Były kubki gliniane, z których tak dobrze smakuje woda ze studni, a można też kawy zbożowej nalać z garnuszka, jak się na piecu naparzy, a i kompot z gruszek albo jabłek. Dzban na wodę, kubki gliniane i wystarczy. Po co komu więcej? A te wszystkie fikuśne małe filiżanki uznano by za zabawki dla lalek. Dziadek by tego złapać nie umiał, palca by w uchwyt nie wcisnął, zmiażdżyłby swoimi spracowanymi dłońmi.

Wanda i Zdzisiek mieli szklanki, nie gliniane kubki, do szklanek zaś uchwyty, nakładki, żeby się nie poparzyć, jak się kawy naleje albo czarnej herbaty z puszki z kwiatkiem. Nakładki Wanda zrobiła na szydełku.

— Teraz szklanki modne, kto by z tych staromodnych naparstków pił — śmiał się Zdzisiek, przekładając kolejny komplet z jednego miejsca w inne podczas sprzątania i oswajania mieszkania.

Jak pokazały kolejne lata, była to praca daremna, bo mieszkanie na Szerokiej nie dało się oswoić, uporządkować, ogarnąć, było obojętne na próby Bobrów, żeby to jakoś wszystko poustawiać, posegregować, posprzątać i zrobić sobie trochę miejsca do życia. A czasem, jak skrycie podejrzewała Wanda, jakaś mroczna siła im to uniemożliwiała, jakaś szafa, którą chcieli uporządkować, nie chciała się otworzyć, a jeszcze wczoraj przecież się nie domykała i co człowiek próbował ją zamknąć, to drzwi się uchylały z piskliwym skrzypnięciem — a teraz, proszę, nie otworzysz.

I jeszcze te figurki stojące na półeczkach, stoliczkach i komódkach, te figurki ciągle patrzące na Bobrów zimnymi oczami. Pastereczka niby patrzy na gąski, baletnica niby zajęta tańcem, młodzian niby wpatrzony w ukochaną, nimfa cała w pląsach — a Wanda czuje, że patrzą na nią, gdy idzie przez pokoje, że śledzą jej każdy krok.

— Wezmę karton — mówi do Zdziśka — pochowam te figurki, bo dziewczynki biegają, nie daj Boże potłuką.

Nie powie przecież, że na nią patrzą, że podglądają, że się z niej nabijają, że miny robią za plecami. Popukałby się w czoło.

Idzie z kartonem przez mieszkanie i… nie do wiary, nie ma figurek! Stały tutaj, na tej komodzie, na tej półce, na tym stoliczku, a nie ma! No, owszem, są figurki zwierząt, ale do nich żadnych pretensji nie ma: ani do kotków, ani do jelonków, ani do piesków. Gdzie ta nimfa śmieszka, gdzie ten pół kozioł i pół człowiek, gdzie pastereczka, młodzian, baletnica?

— Pewnie dziewczynki wzięły do zabawy. — Zdzisiek wzrusza ramionami. — Daj, Wandzia, spokój, nie potłuką. Daj się dzieciom bawić.

Jednak dziewczynki odpowiadają, że o żadnych figurkach nie wiedzą, że one sobie dzisiaj cały dzień rysowały. I Wanda się poddawała. A po jakimś czasie figurki się pojawiały. Najpierw pastereczka, potem młodzian i jego ukochana z całą resztą. Czasem Wanda spostrzegała jakąś wcześniej niewidzianą figurkę: fauna, boginkę, królewnę, aniołki, pastuszka, i zachodziła w głowę, skąd to, jak to? Czy one się mnożą? A może wypełzają nocami z zakamarków?

Oj, trudno było zrobić dla siebie miejsce w tym mieszkaniu! Skoro zobowiązali się jeszcze przez czas jakiś niczego nie wyrzucać, gdyby pani Leokadia przypomniała sobie nagle o czymś ważnym i cennym, skazani byli na przekładanie rzeczy z miejsca na miejsce. Trzeba się było nagłówkować, żeby zmieścić w kredensie swoje szklanki, żeby wepchnąć w komody swoje ubrania, bo najpierw trzeba wyciągnąć, co się zastało po poprzedniej właścicielce, poprzekładać, poupychać, pochować do szaf, pawlaczy, spiżarek. Długi i mozolny był proces osiedlania się, choć na początku rzeczy mieli niewiele.

Wanda może by wybłagała u Zdziśka, żeby jednak wymyślił sposób, jak pozbyć się tego mrowiska skarbów, ale za zachowaniem stanu rzeczy w jego chaotycznym trwaniu, przesypywaniu i przekładaniu z miejsca w miejsce, ze sterty na stertę, przemawiał niesłabnący entuzjazm dziewczynek, które jak tylko trochę podrosły, zaczęły eksplorować mieszkanie z jego wszystkimi zakamarkami. Zatrzaskujące się przed Wandą szafy, zacinające się szuflady komód, na amen pozamykane skrzynie stały otworem dla tych dwóch rumianych, rozradowanych istot, które napełniały pokoje piskiem zachwytu nad kolejnymi znaleziskami. Wanda Bóbr miała wrażenie, że kiedy córki przechodzą przez mieszkanie, całe w świergotach, podskokach i obrotach, łagodnieją rysy postaci na obrazach i fotografiach, jakby cień czułości zmiękczał ich surowe spojrzenia, że zimne i wrogie twarze figurek rozgrzewa cień uśmiechu. Na nią, Wandę, portrety patrzyły surowo: na jej stare kapcie, podomkę, szlafrok, poplamioną bluzkę, patrzyły z dezaprobatą, z naganą, toteż Wandzia coraz częściej czesała się porządnie; mimo że od rana sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, to ubierała coś ładnego. Jej matka by się w głowę popukała, gdyby zobaczyła, że bierze się do prac domowych uczesana, w bluzeczce i apaszce.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Czarne Miasto. Powieść Marty Knopik kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Czarne Miasto
Marta Knopik2
Okładka książki - Czarne Miasto

Losy śląskiej rodziny splecione niczym warkocz z tego, co realne, i z tego, co magiczne, prowadzą do odkrycia tajemnicy sięgającej wiele lat wstecz… Wanda...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo