Pochwała słowiańskości. Fragment książki „Kobiety z wiatru"

Data: 2026-01-29 11:57:42 | Ten artykuł przeczytasz w 16 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Opieka nad trojaczkami pochłania energię Praksedy Koehler, niemniej stara się ona podejmować także inne działania. Pisze kolejną książkę, udziela się towarzysko, wspiera męża w jego obowiązkach związanych z dziedziczeniem tytułu. Edgar Koehler z kolei w związku z nową sytuacją zostaje opiekunem prawnym swojej kuzynki Elizabeth. Nie spodziewa się, ile ta opieka będzie jego i Praksedę kosztować…

Księżna Aniela von Mirbach korzysta ze swojego statusu towarzyskiego. Nie spodziewa się jednak, że odnowiona znajomość z mecenasem Tabęckim będzie miała swoje tragiczne konsekwencje.

Frida Bachman nauczyła się nie oczekiwać za wiele od życia. Małżeństwo z Albertem okazuje się trudne i okupione pasmem cierpień. Niemniej i dla niej los szykuje wielkie zmiany.

Ktoś dawno niewidziany wraca zza granicy, zdeterminowany, by naprawić kilka błędów z przeszłości. Nawet jeśli komuś może to bardzo skomplikować życie…

Czy Anieli, Praksedzie i Fridzie uda się pokonać przeciwności losu? Czy ich przyjaźń przetrwa próbę czasu?

Kobiety z wiatru Magda Knedler - grafika promująca książkę

Do przeczytania powieści Magdy Knedler Kobiety z wiatru zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. To trzeci już tom cyklu Ścieżkami nadziei.

– O doświadczeniach z przeszłości lubimy niekiedy zbiorowo zapominać, co sprawia, że się cofamy. Lubię więc od czasu do czasu co nieco sobie i czytelnikom przypomnieć. Bo warto pamiętać, że wolność i możliwość wyboru nie jest nikomu dana raz na zawsze. W każdym momencie może zjawić się ktoś, kto uzna, że jednak nam ona nie przysługuje – mówi w naszym wywiadzie Magda Knedler, autorka powieści.

Kobiety z wiatru to przejmująca, często brutalnie prawdziwa opowieść o przyjaźni i życiu w bardzo wymagających czasach – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Kobiety z wiatru.

W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Kobiety z wiatru. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

3

Pierwsze opinie o Pani Szafir, drugiej powieści Praksedy Koehler, przyniosły jej cały wachlarz rozmaitych emocji. Pochwały budziły dumę i motywowały do dalszej pracy. Nie przeżyła czegoś podobnego przy pierwszej książce. Może dlatego, że tamta była po prostu dobrze napisaną, ciekawą opowieścią, dokładnie tym, czego oczekiwali czytelnicy. Prakseda dała im wartką akcję, niezłe dialogi, niepokojącą atmosferę, demonicznego ojca i zadziorną córkę, zaciekłych wrogów, czułych ukochanych. Krytyka nie mogła niczego jej zarzucić. I ogólnie pruskie towarzystwo, które dość lubiło panią Koehler, uważało ją za sawantkę, kobietę z ambicjami i kogoś pożądanego podczas wszelkich interesujących spotkań, wieczorków artystyczno-literackich i poważnych dyskusji. Miała na dodatek znaczących przyjaciół, znanych w Breslau intelektualistów, artystów i mecenasów sztuk, jak choćby bankierska, onieśmielająco bogata rodzina Eichbornów. Poza tym była też odzyskaną po latach córką uwielbianej w mieście pani Mugen. Wszystko więc układało się dobrze, aż do czasu publikacji Pani Szafir, po której Prakseda spotkała się może jeszcze nie z towarzyskim ostracyzmem, ale na pewno z odrzuceniem przez kilka szanowanych rodzin z Breslau i okolic.

Tak, debiut okazał się łatwiejszy niż druga, ryzykowna książka. Prakseda czuła, że przy tej następnej dała z siebie więcej, drążyła we własnych głębiach, czerpała ze swoich doświadczeń. Opisała nawet scenę, w której mąż głównej bohaterki uderza jej głową o futrynę. Sama nigdy nie została tak potraktowana przez małżonka, ale przez własnego ojca owszem. Odświeżyła wspomnienie, przeżyła to na nowo i na nowo cierpiała. Również później, gdy książkę już wydano, a ona czytała krytykę tej sceny w gazetach, że jest brutalna i przedstawiona zbyt szczegółowo, że taki poziom realizmu nie uchodzi, literatura powinna wygładzać kanty, o jakie człowiek nieustannie rani się w rzeczywistości. Prakseda się z tym nie zgadzała. Lubiła Stendhala, francuskiego pisarza, który twierdził, że powieść to lustro przechadzające się po gościńcu. Odbija to, co jest, a to, co jest, nie zawsze okazuje się piękne. Kiedy czytała krytykę swojej pracy, miała czasem wrażenie, że surowym ocenom poddane są też jej własne przeżycia. Jak gdyby odmawiano jej do nich prawa i kazano cierpieć w milczeniu, bo cierpieć głośno i w widoczny sposób nie wypada. A jednak znajdowała też liczne słowa uznania. Za odwagę i bezkompromisowość. Za bycie prawdziwą. Za mówienie głośno: tak właśnie wygląda życie wielu ludzi za zamkniętymi drzwiami ich domów. Patrzcie uważniej.

Jako „skandalizująca” pisarka i na dodatek mężatka nie dostała pozwolenia, by otworzyć swoją wymarzoną szkołę dla dziewcząt w pałacu hrabiego von Goltza na Scheitniger, który niespodziewanie odziedziczyła po jego śmierci. Mieszkać z oczywistych względów również tam nie chciała, więc wydzierżawiła dom i ziemię, dzięki czemu uzyskali z Edgarem dodatkowe źródło dochodu. Pieniądze inwestowali we wczesną edukację swoich dzieci, w badania lingwistyczne Edgara, wspierali kilka domów dla sierot w Breslau, a resztę oszczędzali z myślą o dalszym kształceniu trojaczków. Prakseda musiała przyznać, że ten dochód, jak również zysk, który przynosiła im jej posagowa kamienica przy Breitestrasse, dawały komfort i zmniejszały lęk o przyszłość. Brak zgody na otwarcie szkoły dla dziewcząt i odrzucenie ze strony kilku szanowanych rodzin, do których domów odmawiano jej teraz wstępu, postawiłyby ją w znacznie trudniejszej sytuacji, gdyby nie finansowa niezależność. O tej ostatniej z kolei chętnie przypominano jej w miejscach, gdzie gromadziło się wywrotowe towarzystwo artystów gardzących kapitałem i żyjących tylko swoją sztuką. Obecność Praksedy prowokowała czasami rozmowy o tym, jak pieniądze i sytość wpływają na twórczość, czy jej nie spłycają, czy artysta w ogóle powinien mieć z czego żyć, bo być może tylko nędzarze są w stanie sięgnąć prawdziwej głębi.

Po powrocie z Gross Zicker Prakseda znalazła się w dziwnej sytuacji. Przypomniały się jej tamte lata, w Warszawie, gdzie nie była ani Polką, ani Prusaczką, ani hrabianką, ani mieszczką. Teraz z wielu względów miała łatwiej, to jasne, i różnymi kwestiami przestała się przejmować, ale tak czy owak wracało do niej czasem osobliwe poczucie zawieszenia między dwoma światami.

A jednak coś ją ratowało i ściągało zawsze ku rzeczywistości. Rodzina. Edgar, dzieci, matka, ojczym i Conrad. Kontekst i przynależność, jeśli nie do większej grupy, to do mniejszej. Po jakimś czasie pogodziła się ze swoim nowym położeniem, a nawet je polubiła. Dawało swobodę działania. Skoro uchodziła za osobę kontrowersyjną, nie musiała obsesyjnie dbać o reputację, bo tak czy owak była już towarzysko „niepewna”. Reputację można przecież stracić tylko raz. A jej utrata w jednych kręgach przynosiła czasem popularność w innych.

Po tym, jak opadły pierwsze emocje związane z publikacją Pani Szafir i po kilku miesiącach od narodzin trojaczków, Prakseda i Edgar zaczęli nieco więcej spać i za dnia czuli się bardziej wypoczęci, skupieni i chętni do działania. Prakseda wyciągnęła wówczas z wielkiego drewnianego pudła rzeczy, które przywiozła ze sobą z Rügen. Szkice, książki, notatki, kilka zasuszonych traw i kamień zabrany z plaży. Sól wyżłobiła w nim wgłębienia i zostawiła białe smugi, przez co przypominał czaszkę. Praksedzie przywodził na myśl pustą przestrzeń, ostry klif, szum morza i wiatr. Brzeg Przylądka Arkona pokrywało mnóstwo podobnych kamieni, po których zawsze chodziła ostrożnie, by nie skręcić nogi. Poza tym miała też wrażenie, jak gdyby stąpała po czaszkach dawnych Słowian. Na całej wyspie znajdowało się wiele pradawnych grobowców. Taki obraz został jej pod powiekami, gdy sięgała po pióro i kreśliła pierwsze zdania nowej powieści. Zerkała do książek przywiezionych z Rügen, do spisanych przez siebie ustnych opowieści rugijskich kobiet, patrzyła na kamień i pisała. Edgar widział, że wsiąkła zupełnie w nową historię, bo zapominała jeść i nie zwracała uwagi na upływ czasu, więc starał się przejąć nieco więcej opieki nad dziećmi. Znał Praksedę i wiedział, że gdy przejdzie jej największy twórczy szał, wróci do rzeczywistości i wtedy zamienią się rolami. Wychodziło im to naturalnie i bez konieczności wcześniejszych ustaleń.

Pierwszy szkic powieści powstał w siedem miesięcy. Prakseda pozwoliła sobie odpocząć i dała go Edgarowi do przeczytania. Omówili wady i zalety tekstu. Prakseda poszła do bibliotek, by zerknąć do innych źródeł, sprowadziła nowe książki, dopracowała tło historyczne i wzbogaciła je o szczegóły, pogłębiła kontekst religijny zbudowany wokół kultu arkońskiego Świętowita i po raz kolejny odłożyła szkic. Kiedy ponownie do niego wróciła, podrasowała fabułę, dopisała trochę nowych dialogów, wyszlifowała język. Jeszcze raz dała tekst Edgarowi. Po naniesieniu nowych poprawek i kolejnych szlifach zastanowili się wspólnie, gdzie wydać książkę. Padło na Bettinę von Arnim, choć Prakseda z początku miała wątpliwości.

– Mówiłeś, że Bettina powinna wydawać te moje książki, które uznamy za kontrowersyjne, a nasz breslawski Korn rzeczy bezpieczniejsze. Ostatnie dni Arkony są chyba bezpieczne?

– Nie wiem.

Przyjrzała mu się uważnie.

– Żartujesz? Co tu jest kontrowersyjnego?

– No cóż. Piszesz o tym, jak Duńczycy razem z Sasami niszczą ostatni bastion słowiańszczyzny. Twoje opisy są bardzo szczegółowe, sugestywne, budzą emocje. Zwłaszcza tamten fragment, w którym obalony i zbezczeszczony zostaje posąg Świętowita. Czytałem to ze ściśniętym gardłem. Piszesz z perspektywy podbitych Słowian, Arkończyków, którzy dzielnie bronią swojej świątyni aż do ostatka.

– Do ostatka tak, ale nie do ostatniej kropli krwi, przecież oni w końcu godzą się na negocjacje i nawet na przyjęcie nowej wiary.

– Bo nie mają wyjścia. A wiesz, jak wygląda przyjmowanie nowej wiary. Tak, że schrystianizowani Rugianie nadal po cichu wierzą w to, w co wierzyli ich najdawniejsi przodkowie. Jak wszędzie. Twoja perspektywa…

– Jest perspektywą podbitych, wiem. Jednak…

– Ludzie będą im współczuć i doświadczać dyskomfortu, przynajmniej tu. Niemcy poczują się nieswojo. Może będą próbowali polemizować ze słowiańskością Rügen, może uznają, że najeźdźcy postąpili słusznie, narzucając nową, jedynie słuszną wiarę, tożsamość, władzę i tak dalej, a ty obudowujesz to naiwnym słowiańskim sentymentem. Może…

– Rozumiem, tak.

– Jeszcze jedno. Urodziłaś się w Królestwie Polskim, byłaś tam w czasie powstania listopadowego. Nawet jeśli nie czujesz się do końca Polką lub Polacy nie chcieli cię za nią uznać, nie pochodzisz także z Prus.

– Chcesz mi powiedzieć, że moja powieść może zostać uznana za ubraną w kostium historyczny pochwałę słowiańskości, a więc polskości? Czy coś w tym rodzaju?

– Coś w tym rodzaju. Piszesz, jak jeden lud podbija drugi, a potem narzuca mu swoje prawa i kulturę. A pochodzisz z kraju, który rozebrano na trzy części i teraz… narzuca mu się obce prawa i kulturę. Stąd już krótka droga do tego, by uznać, że zastosowałaś kostium historyczny do przykrycia sytuacji nieco bardziej współczesnej…

– Pisanie książek jest jednym wielkim bagnem – mruknęła.

– Mieszkamy w Prusach. Na Bettinę von Arnim po publikacji broszur o Polakach walczących o niepodległość spadły problemy, a teraz pracuje nad książką o ciężkim losie tkaczy i choć jeszcze nie skończyła, już jej grożą więzieniem. Bagna mamy całkiem sporo dookoła. Zresztą gdzie go nie ma.

Prakseda potrząsnęła głową.

– I mimo wszystko wydamy moją książkę u niej? Żebym w razie czego jeszcze i ja przysporzyła jej kłopotów?

– Ucieszy się.

Edgar się wyszczerzył i Prakseda po chwili parsknęła śmiechem. Tak zrobili. Jej mąż się nie mylił, Bettina von Arnim była zachwycona. Tym razem książkę Praksedy wydano w dwóch tomach, bo całość liczyła sobie w druku ponad tysiąc stron. Krytycy wypowiadali się o niej nieco mniej złośliwie niż o poprzedniej, nie padały zarzuty o próbę demoralizacji młodzieży, o krytykę rodziny i małżeństwa, a także o „niebezpieczny” obraz nowej kobiety, której głównym życiowym celem nie jest zostać żoną i matką. Chwalono nawet sceny bitew, sceny morskie, sceny z życia średniowiecznych miast, portrety królów, kapłanów, słowiańskich szamanek i duńskich rycerzy. Zwano tę powieść książką „męską”, co miało być wielkim komplementem. Jedyny faktyczny zarzut dotyczył właśnie gloryfikacji słowiańskości.

Hector Uthmann, czyli Prakseda Koehler von Uthmann, formułuje same pochwały pod adresem dawnego kultu Słowian na Rügen. Z fascynacją kreśli obrazy żerców, to jest słowiańskich kapłanów, wiedźm, jasnowidzów, rusałek czy innych demonów i wróżek, pradawnych zwyczajów świątynnych na Arkonie, osobliwego kultu Swantewita, którego oblicza poza najwyższym kapłanem nikt nie mógł oglądać. Pięknie to wszystko opisała i człowiek czyta z zapartym tchem. A jednak nie można się oprzeć wrażeniu, że pod tą malowniczą narracją kryje się zachęta dla Słowian, zwłaszcza Polaków, by nie dali zgasnąć swemu narodowemu duchowi i walczyli o swoją kulturę, język, o swoją niepodległość wreszcie, niezależnie od tego, ile niepowodzeń przyjdzie im znosić. Arkona upadła, zdaje się mówić Hector Uthmann, ale słowiański duch nigdy. Słowiański duch żyje nadal, mimo prób spętania go przez kultury wyższe, lepiej zorganizowane i przyszłościowo rokujące. Uthmann, ekscentryczna autorka brutalnej powieści Pani Szafir, po raz kolejny pokazała, że nie można jej ufać jako twórczyni. Że jej celem jest sączenie do młodych zwłaszcza umysłów treści, które mają siać ferment, a nie porządkować myśli. Dlatego też, mimo niewątpliwych literackich umiejętności, uważać ją trzeba za autorkę niebezpieczną.

Praksedę bardzo rozśmieszyła ta opinia. Spojrzała na Edgara, na siebie, na ich dzieci, które dokazywały na dywanie, na bałagan w ich pokoju, rozrzucone zabawki i książeczki, po czym zachichotała.

– No, doprawdy. Niebezpieczna ze mnie antypaństwowa konspiratorka.

Edgar również się roześmiał, ale wiedziała, że był nieco zmartwiony.

– Na wszelki wypadek nie odwiedzajmy teraz ludzi politycznie podejrzanych – powiedział. – Tylko samych neutralnych, którzy niczym jeszcze nie zdążyli nikomu podpaść. Jeśli Bettinie grożą więzieniem za pisanie o losie tkaczy, to kto wie, co nasza władza może uznać za zagrożenie dla boskiego ładu. Mimo wielu europejskich rewolucji wiedeński pokongresowy porządek i legitymizm ciągle trzymają się mocno.

Przyznała mu rację, choć cała sprawa wydała jej się absurdalna. W obronie Praksedy stanął pastor i historyk z Rügen, niespełna trzydziestoletni Karl Dalmer, który napisał do niej osobiście bardzo miły list, ale opublikował również swoją opinię w jednej z gazet wychodzących na terenie Vorpommern.

Powieść Hectora Uthmanna przyniosła mi wielką czytelniczą radość. Nasza piękna Rügen budzi zainteresowanie malarzy i poetów, ale nikt nie podjął się jeszcze opracowania prozą tak złożonego tematu, jak upadek słowiańskiej Arkony. Temat czekał na odpowiednią osobę, a tą jest Hector Uthmann, czyli Prakseda Koehler von Uthmann, która przed przystąpieniem do pracy mieszkała przez jakiś czas na wyspie i poznała dokładnie lokalną kulturę. Autorka doskonale wie, o czym pisze, zebrała imponujący materiał i na dodatek potrafi opowiadać z polotem. Ja ze swojej strony muszę dodać, że udało jej się coś, co bywa trudne do uchwycenia. Oddała mianowicie ducha tutejszych ziem. Na Rügen bowiem zmienił się tylko język, a w naszych żyłach, żyłach Rugian, nadal płynie słowiańska krew. Krew mojego wielkiego imiennika i, jak głosi rodzinna legenda, przodka, Dalemara, wodza Rugian, który poległ w walce z Duńczykami w roku 1165, jeszcze przed upadkiem Arkony.

Prakseda rozumiała, że chciał dobrze. Odpowiedziała mu równie miłym listem, a opinię z gazety wycięła i schowała do pudełka, w którym przechowywała wszystko, co napisano o jej książkach. Nie wspomniała, że wcale jej nie pomógł, choć pewnie już sam to wiedział. W prasie odezwały się bowiem inne głosy, krytyczne względem słowiańszczyzny i wszelkich „zachęt” dla Słowian takich jak na przykład Czesi czy Polacy, by nie tracili ducha i nie przestawali podsycać w sobie chęci do walki o własną państwowość.

Zaciekłym krytykiem Praksedy w Breslau stał się Gustav Freytag, o dwa lata od niej starszy, ale dopiero początkujący pisarz, który wciąż publikował tylko w prasie, ale w którym wielu widziało przyszłego najpierwszego autora Prus, piewcę niemieckiej wyższości nad innymi narodami. Faktycznie, w artykułach nie krył swoich poglądów na temat Żydów i Polaków. Tych drugich uważał za leni, utracjuszy, bałaganiarzy, którzy nie potrafią gospodarować, planować, organizować pracy, są niepoukładani, brudni i prymitywni. W jego tekstach często pojawiało się, w negatywnym oczywiście znaczeniu, hasło „polnische Wirtschaft”, polskie gospodarowanie, w domyśle chaotyczne i bezsensowne.

– Powinnaś wejść z nim w polemikę – zachęcały jej stare przyjaciółki, panny Bertha i Frederike. – Gazety aż się palą, byś coś napisała. Odpowiedz temu mądrali!

– Nie mam na to siły.

I faktycznie nie miała. Myśl o wszelkich polemikach, kłótniach na łamach gazet, argumentach, kontrargumentach, wywodach, które i tak do niczego nie doprowadzą, przyprawiała ją o zawroty głowy. Nie przekona Freytaga do swoich racji, tak jak on nie przekona jej. Uważała, że lepiej go zignorować, bo brak zainteresowania bywa czasem najlepszą odpowiedzią. Postanowiła po prostu robić swoje.

Dyskusja w prasie toczyła się nadal, kiedy do Praksedy odezwał się wydawca z Poznania. Zaproponował tłumaczenie Ostatnich dni Arkony na język polski. Ona zaś zaproponowała, że przetłumaczy powieść sama, w końcu polski jest jej pierwszym językiem. Był zachwycony. Kolejne miesiące Prakseda, przy wsparciu Edgara, pisała swoją książkę od nowa, tym razem po polsku. Kiedy skończyła, rozpłakała się z nerwów i zmęczenia. Wysłała tekst. A gdy go wydrukowano, niejaka panna Bibianna Moraczewska, pisarka i działaczka społeczna, rozesłała gotową książkę po Królestwie Polskim. Tak właśnie wieść o Praksedzie trafiła do Narcyzy Żmichowskiej i skupionego wokół niej kręgu warszawskich entuzjastek. Pewnego dnia pani Koehler dostała list, w którym zapraszały ją do stolicy Kongresówki na kilka ich wieczornych „spotkań kominkowych”.

Książkę Kobiety z wiatru kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Kobiety z wiatru
Magda Knedler 2
Okładka książki - Kobiety z wiatru

Opieka nad trojaczkami pochłania energię Praksedy Koehler, niemniej stara się ona podejmować także inne działania. Pisze kolejną książkę, udziela się towarzysko...

Wydawnictwo