Pora gwałtów. Fragment książki „Milcząca żona" Karin Slaughter

Data: 2020-10-21 22:18:42 Autor: Piotr Piekarski

Prowadząc śledztwo w sprawie zabójstwa, do jakiego doszło podczas zamieszek w więzieniu stanowym, śledczy Will Trent otrzymuje niepokojącą informację.

Jeden z osadzonych twierdzi, że nie jest winny brutalnego przestępstwa, o które go oskarżono. Uważa, że został wrobiony przez skorumpowanych przedstawicieli organów ścigania, a rzeczywisty sprawca – seryjny zabójca kobiet – nadal jest na wolności. Osadzony stawia warunek: jeśli Will wznowi śledztwo w jego sprawie, on dostarczy GBI informacji koniecznej do rozwikłania sprawy zabójstwa w więzieniu.

Zaledwie kilka dni wcześniej kolejna młoda kobieta padła ofiarą bestialskiego mordu w parku narodowym na północy Georgii. To przypadek czy dzieło seryjnego zabójcy?

Obrazek w treści

W miarę jak Will Trent bada okoliczności obu przestępstw, coraz wyraźniej dostrzega, że musi wrócić do starej sprawy, by znaleźć odpowiedź. Minęło prawie dziesięć lat – wspomnienia zdążyły ulecieć, świadkowie zapadli się pod ziemię, dowody zniknęły, a kłamstwa stały się prawdą. Will nie zdoła jednak wyjaśnić tej tajemnicy bez pomocy jedynej osoby, której nie chce w to wikłać: swojej dziewczyny, lekarki sądowej Sary Linton.

Kiedy przeszłość zderza się z teraźniejszością, Will uświadamia sobie, że może stracić wszystko, na czym mu zależy.

Do lektury Milczącej żony – nowej powieści autorki bestsellerów, Karin Slaughter, zaprasza Harper Collins Polska. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Milcząca żona. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Pora gwałtów.

Jakby je obchodziło, czy zostanie zgwałcona. Jakby się przejmowały, że ledwo wystarcza jej pieniędzy na jedzenie, że musi pracować więcej od nich, uczyć się więcej, biegać więcej, lecz zawsze, bez względu na to, jak bardzo się starała, i tak lądowała dwa kroki od miejsca, które było dla reszty punktem wyjścia.

Blair i Dorota.

Popularna dziewczyna i wierna pulchna pokojówka z Plotkary. Nietrudno zgadnąć, której z nich przypisano czyją rolę.

Włożyła słuchawki. Wcisnęła PLAY na iPodzie przyczepionym do poły bluzy. Zaczął raper Flo Rida.

Can you blow my whistle baby, whistle baby.

Jej stopy uderzały w ziemię w tempie zgodnym z rytmem piosenki. Minęła frontową bramę, która oddzielała kampus od smutnego małego centrum. Nie było tu barów ani innych miejsc spotkań dla studentów, ponieważ uniwersytet mieścił się w hrabstwie, w którym sprzedaż alkoholu była zakazana. Tata twierdził, że przypomina serialowe Mayberry, tyle że jest bardziej białe i nudne. Sklep żelazny. Przychodnia dla dzieci. Komisariat. Sklep odzieżowy. Starszy mężczyzna, właściciel bistra, polewał chodnik szlauchem. Słońce wznosiło się ponad czubki drzew, przesycając wszystko niesamowitą pomarańczowoczerwoną poświatą. Na widok Beckey mężczyzna uchylił bejsbolówki w geście powitania. Potknęła się na szczelinie w asfalcie, ale złapała równowagę. Patrzyła prosto przed siebie, udając, że nie widzi, jak mężczyzna rzuca szlauch i rusza jej z pomocą, ponieważ myśli Beckey krążyły wokół prawdy, że wszyscy ludzie na świecie to dupki, a jej życie jest beznadziejne.

– Beckey – powiedziała jej mama, wyjmując z torebki plastikową spinkę do włosów – tym razem mówię serio. Masz mi ją oddać.

Spinka do włosów. Dwa grzebienie połączone zawiasami z jednym ułamanym zębem, cętkowane jak kot. Julia Stiles nosiła taką w Zakochanej złośnicy. Beckey oglądała to z mamą setki razy, ponieważ był jednym z nielicznych filmów, które obie uwielbiały.

Kayleigh nie ukradłaby spinki z nocnego stolika. Była bezduszną zołzą, ale wiedziała, ile ta rzecz znaczy dla Beckey. Pewnego wieczoru nawaliły się i Beckey opowiedziała jej całą historię. Że była na lekcji angielskiego, kiedy dyrektor przyszedł po nią do klasy. Że na korytarzu czekała na nią policjantka, a ona przeraziła się na jej widok, bo nigdy wcześniej nie miała kłopotów, ale okazało się, że chodzi o coś innego. Gdzieś w głębi duszy czuła, że stało się coś strasznego, ponieważ kiedy policjantka zaczęła mówić, słyszała tylko niektóre słowa, jakby rozmawiały przez telefon, a na linii były zakłócenia.

Matka… droga międzystanowa… pijany kierowca…

Odruchowo sięgnęła wtedy po spinkę we włosach. To była ostatnia rzecz, jakiej dotknęła mama przed wyjściem z domu. Poluzowała ją, przeczesała palcami włosy, by ją strząsnąć. Ścisnęła w dłoni plastikową spinkę tak mocno, że złamała jeden z ząbków. Pomyślała wtedy, że mama ją zabije. „Masz mi ją oddać”. Ale potem dotarło do niej, że mama nie może jej zabić, ponieważ sama nie żyje.

Zbliżając się do końca Main Street, otarła łzy. W lewo czy w prawo? W stronę jeziora, gdzie mieszkali profesorowie i zamożni ludzie, czy w stronę niewielkich parceli z dużymi przyczepami kempingowymi i skromnymi domkami?

Skręciła w prawo, oddalając się od jeziora. W iPodzie Flo Rida ustąpił miejsca Nicki Minaj. Żołądek Beckey trawił czipsy kukurydziane i bułeczki cynamonowe, jego zawartość raz po raz podchodziła jej do gardła. Wyłączyła muzykę, słuchawki opadły na szyję, a palące płuca sygnalizowały, że zaraz odmówią posłuszeństwa. Zignorowała te sygnały. Łapała powietrze otwartymi ustami, oczy ją szczypały na wspomnienie, jak siedziały z mamą na kanapie, chrupały niskokaloryczny popcorn i śpiewały z Heathem Ledgerem Can’t Take My Eyes Off You.

You’re just too good to be true...

Beckey przyspieszyła. W tej smutnej dzielnicy w powietrzu wisiał zapach stęchlizny. Nazwy ulic odnosiły się do śniadaniowych potraw. SW Omelet Road. Hashbrown Way. Dziwne, ulica Omletowa czy Plackowa? Nigdy nie chodziła w tym kierunku, zwłaszcza o tej godzinie. Pomarańczowoczerwone światło przeszło w brudny brąz. Na ulicy stały zdezelowane furgonetki i stare auta. Z domów obłaziła farba. Wiele okien było zabitych deskami. Poczuła palący ból pięty. A to niespodzianka. Przez dziurawą skarpetkę robił się pęcherz. Przypomniała sobie, jak Kayleigh wyskakiwała z łóżka w samej skarpetce. Jej skarpetce.

Zwolniła kroku. Po chwili stanęła na środku ulicy. Oparła ręce na kolanach i pochyliła się, by złapać oddech. Czuła tysiące igieł w stopie, jakby żądlił ją szerszeń uwięziony w bucie. Nie zdoła wrócić na kampus bez zdarcia pięty, a o siódmej rano miała spotkanie z doktor Adams w sprawie pracy semestralnej. Nie wiedziała, która godzina, ale wiedziała jedno: doktor Adams będzie zła, jeśli się nie zjawi. To nie liceum. Wykładowcy mogli dać nieźle popalić studentowi, który marnował ich czas.

Kayleigh musi po nią przyjechać. Była żałosna, ale nigdy nie odmawiała, gdy wzywano ją na ratunek, nawet jeśli chodziło tylko o jej zamiłowanie do dramatyzowania. Beckey sięgnęła do kieszeni, ale w tej samej chwili pamięć podsunęła jej inny obrazek: w bibliotece chowa telefon do plecaka, a po powrocie do akademika upuszcza plecak na podłogę w kuchni.

Była bez telefonu. Nie mogła wezwać Kayleigh na pomoc.

Słońce stało już wyżej nad drzewami, ale Beckey czuła osaczający ją mrok. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Nikt nie czekał na jej powrót. Znalazła się w nieznanej okolicy. Nieznanej złej okolicy. Zapukanie do czyichś drzwi i prośba o skorzystanie z telefonu wyglądałoby jak początek telewizyjnego programu kryminalnego. Beckey niemal słyszała w uszach głos narratora:

– Współlokatorki Beckey pomyślały, że potrzebuje czasu, by się uspokoić. Doktor Adams założyła, że Beckey nie przyszła na umówiony termin, ponieważ nie dokończyła pisemnej pracy. Nikt nie przypuszczał, że wściekła studentka pierwszego roku zapukała do drzwi gwałciciela kanibala…

Gryzący odór zgnilizny przywrócił ją do rzeczywistości. Na skrzyżowanie u wylotu ulicy wjechała śmieciarka i zatrzymała się ze zgrzytem hamulców. Z tyłu zeskoczył mężczyzna w kombinezonie, przetoczył kubeł w stronę śmieciarki i umieścił go na podnośniku. Beckey patrzyła, jak zawartość kubła wpada do kontenera, a w środku uruchamia się system zgniatania śmieci. Facet w kombinezonie nawet nie spojrzał w jej kierunku, ale Beckey nagle poczuła, że jest obserwowana.

Pora gwałtów…

Odwróciła się, próbując przypomnieć sobie, czy skręciła tu w prawo, czy w lewo. Nie widziała znaku z nazwą ulicy. Wrażenie, że jest obserwowana, jeszcze się spotęgowało. Omiotła spojrzeniem domy, wnętrza furgonetek i aut osobowych. Nie napotkała niczyjego wzroku. W oknach nie poruszyła się żadna kotara. Żaden gwałciciel kanibal nie stanął w progu, oferując jej pomoc.

Mózg skłonił ją do tego, czego kobiety nie powinny robić: zbeształ za panikowanie, stłumił wewnętrzne przeczucie, kazał pchać się w sytuację budzącą strach, zamiast natychmiast uciekać.

Beckey rozważała argumenty za i przeciw:

Zejdź ze środka ulicy. Trzymaj się blisko domów, ponieważ są w nich ludzie. Krzycz wniebogłosy, jeśli ktoś się zbliży. Wracaj do kampusu, bo tam będziesz bezpieczna.

Dobre rady, tylko gdzie jest kampus?

Przecisnęła się bokiem między zaparkowanymi autami i znalazła się nie na chodniku, lecz na wąskim skrawku porośniętej chwastami ziemi między dwoma domami. W mieście nazwałaby to uliczką, ale to przypominało raczej opuszczoną działkę. Na ziemi leżały niedopałki i potłuczone butelki po piwie. Za domami zobaczyła skoszone pole, a tuż za wzniesieniem terenu rozciągał się las.

Wybranie takiej trasy wydawało się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale Beckey znała plątaninę ścieżek przecinających ten las. Spodziewała się, że spotka tam studentów o osobowości typu A, jadących na rowerach, zmierzających nad jezioro poćwiczyć tai-chi albo biegających przed porannymi zajęciami. Spojrzała w górę, kierując się położeniem słońca. Idąc na zachód, dotarłaby do kampusu. Z pęcherzem czy bez i tak musiała wrócić do akademika, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na oblanie chemii organicznej.

Beknęła głośno i poczuła w ustach kwaśny posmak z nutką cynamonu. Treść żołądka podeszła do gardła. Przypomniały o sobie przekąski z automatu. Musiała wrócić do akademika, zanim zwymiotuje. Nie chciała rzygać w trawie jak kot.

Idąc między dwoma domami, drżała tak bardzo, że zaczęła dzwonić zębami. Na otwartej przestrzeni przyspieszyła kroku. Przy każdym dotknięciu piętą ziemi pęcherz szczypał niemiłosiernie, a Beckey krzywiła się, co przynosiło chwilową ulgę. Potem nastał czas zaciskania zębów. Truchtając, czuła na plecach palące spojrzenie tysięcy oczu, które prawdopodobnie wcale jej nie obserwowały.

Prawdopodobnie.

W lesie temperatura wyraźnie spadła. W jej polu widzenia pojawiały się i znikały cienie. Bez trudu znalazła jedną ze ścieżek, po której biegała miliony razy. Wyciągnęła rękę w stronę iPoda, ale zmieniła zdanie. Chciała wsłuchać się w ciszę lasu. Przez gęste korony drzew przedarł się ledwie jeden promień słońca. Pomyślała o dzisiejszym poranku. Stoi przed lodówką. Zimne powietrze ze środka schładza jej rozpalone policzki. Puste torebki po popcornie i butelki po coli walają się po podłodze. Zwrócą jej za jedzenie. Zawsze oddawały pieniądze. Nie były złodziejkami. Po prostu nie chciało im się chodzić do sklepu ani przygotować listy produktów, gdy Beckey proponowała, że zrobi dla nich zakupy.

– Beckey?

Na dźwięk męskiego głosu odwróciła głowę, ale reszta jej ciała poruszała się do przodu. Zobaczyła jego twarz w ułamku sekundy między potknięciem a upadkiem. Wyglądał na życzliwego i zatroskanego. Wyciągnął do niej rękę.

Uderzyła głową o coś twardego. Poczuła krew w ustach. Nagle straciła ostrość widzenia. Próbowała przewrócić się na bok, ale nie była w stanie. Zahaczyła o coś włosami. Coś je ciągnęło, szarpało. Sięgnęła ręką za głowę. Spodziewała się znaleźć tam spinkę mamy. Zamiast tego poczuła drewno, potem stal, po chwili z zamazanego obrazu wyłoniła się twarz mężczyzny, a do Beckey dotarło, że przedmiot, który tkwi w jej czaszce, to młotek.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Milcząca żona. Powieść Karin Slaughter kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Milcząca żona
Karin Slaughter 1
Okładka książki - Milcząca żona

Prowadząc śledztwo w sprawie zabójstwa, do jakiego doszło podczas zamieszek w więzieniu stanowym, śledczy Will Trent otrzymuje niepokojącą informację...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo