Prawdziwa miłość gorsza jest od czarów. Na każde zaklęcie prędzej czy później znajdzie się remedium. Na szczere uczucia, płynące prosto z serca, nie ma żadnej mocy.
Po rozpadzie małżeństwa i nagłym końcu kariery Isabelle wraca do rodzinnej Lucerny. Zostawia za sobą życie, które miało być spełnieniem marzeń, a odnajduje pustkę – bez nadziei, bez wiary w dobro, które w ukochanych bajkach z dzieciństwa zawsze zwyciężało.
Aż do dnia, gdy w samym środku lata w kieliszku wina pojawia się płatek śniegu, a na afiszu zostaje zapowiedziane niezwykłe przedstawienie. Zwabiona melodią fortepianu Isabelle rusza w podróż, która okaże się najdłuższą i najgłębszą w jej życiu.

Koliber i Rubin Anny Purowskiej to powieść baśniowa, która kusi melodiami, drży niespełnioną miłością zapisaną w listach, nutach i poezji. Opowiada o wielkiej pasji, odwadze, by zaryzykować wszystko, i tajemnicy, która każe pytać, czy przeznaczenie istnieje naprawdę. Jaką cenę należy zapłacić, by za nim podążyć?
Czy w mrocznych komnatach zamku, wśród ciążącej na nim klątwy, kobiece serce pełne demonów z przeszłości zdoła pokonać lęki i odnajdzie drogę do spełnienia?
Do lektury zaprasza Wydawnictwo Vectra. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Koliber i Rubin:
Wstęp
Raz na kilka lat nad Jeziorem Czterech Kantonów spada gwiazda.
Jej przejmujący świst słychać w całej Lucernie, a nad ukołysanym nocą miastem rozbłyskuje złota poświata. Zanim się pojawi, nie ma żadnych znaków ani na niebie, ani na ziemi. Ale kiedy już przebija się przez mglistą przestrzeń, rozjaśnia okolicę na tyle, by mimo mroku, na parę sekund, ujawnił się pokryty śniegiem szczyt góry Pilatus.
Gwiazda nurkuje w granatowych głębinach, ciągnąc za sobą świetlisty ogon, a powierzchnia jeziora mieni się złotem i czerwienią. Każdy, kto zdołał zauważyć zjawisko, wie, że niebawem miasto odwiedzi Zaklinacz melodii.
*
Isabelle, jeszcze we śnie, poczuła czyjś uścisk na swojej dłoni. O szyby dudniły ciężkie krople, a wokół unosił się zapach deszczu. Dziewczyna pragnęła dalej śnić o tajemniczym mężczyźnie, którego oczy lśniły znajomo. O człowieku, którego widziała dawno temu, a później nagle zniknął i nigdy już nie wrócił. Nie chciała, by wypuszczał z objęć jej rękę, by rozpływał się niczym mgła po wschodzie słońca. A jednak głośny gwizd sprawił, że w ułamku sekundy otworzyła oczy i znalazła się w swoim pokoju. Od stóp i dłoni rozlewało się przenikliwe zimno, po ciele wędrowały dreszcze, serce wybijało nierówny rytm. Zerwała się z łóżka, dobiegła do okna, chwyciła się mocno parapetu i zamarła, widząc złocistą smugę sunącą po niebie.
Zawirowało jej w głowie, jakby właśnie wypiła kieliszek szampana. Choć blask gwiazdy powoli się rozpraszał, Isabelle wciąż czuła na języku przyjemnie musujące bąbelki. Zastygła zapatrzona w księżycowe zwierciadło Jeziora Czterech Kantonów, a cała jej dusza pogrążyła się w nadziei, że sen się spełni.
Matka patrzyła w okno i niezadowolona kręciła głową. Dziewczyna przyjrzała się jej profilowi, który zdradzał zawód. Isabelle nigdy nie umiała sprawić, by rodzina była z niej dumna. Może raz patrzyli na nią inaczej… gdy w białej sukni, pod błękitnym niebem Italii przysięgała miłość po grób. Przysięgała jedyny raz w życiu, a jednak nie udało się dotrzymać danego mężowi słowa.
Nie umiała wytrwać w małżeństwie, więc wróciła. Z włoskiego, słonecznego snu, ze złocistych plaż, z ogromnej willi pełnej drogocennych kryształów do zalanej deszczem Lucerny. Nikt z rodziny nie mógł pojąć, dlaczego porzuciła męża. Sąsiedzi przyglądali się jej z niedowierzaniem, mijani ludzie wyśmiewali zbyt głośno, by mogła udawać, że nie słyszy. Mąż idealny pojawił się w jej życiu, gdy ledwo skończyła szkołę. Miała plany zupełnie inne, ale…
„Miłość dopada znienacka, nie szukasz, nie chcesz, a ona i tak cię znajdzie” – matka zawsze miała w zanadrzu odpowiednie zdania na każdą okazję. Albo: „Deszcz oznacza łzy, a jeśli pada w ważny dzień, nigdy nie zwiastuje to niczego dobrego”.
Choć Isabelle była zauroczona, nosiła w sobie ciche przeświadczenie, że jej życie powinno potoczyć się inaczej. Nie pragnęła małżeństwa, ale całą sobą pożądała wtedy tego mężczyzny. Pozostanie przy nim oznaczało wyjazd.
Wodziła palcem po zagłębieniu w drewnianym stole, wsłuchiwała się w stukot deszczu o szybę i przypomniała sobie niezwykłe nocne zdarzenie. Świst, błysk oraz szczyt Pilatusa iskrzący się od śniegu. Dostrzeżenie go graniczyło z cudem – góra najczęściej była zasnuta chmurami.
− Mamo, słyszałaś w nocy hałas? – zapytała i odniosła wrażenie, że wraca do niej wirowanie w głowie i uczucie musujących bąbelków na języku.
− Spałam całą noc. – Matka wzruszyła ramionami, poprawiła fartuszek i wyszła z kuchni. – Pamiętasz o spotkaniu? – krzyknęła z pokoju obok.
Isabelle poczuła piasek pod powiekami. Pamiętała zbyt dobrze, że właśnie dziś, w deszczowy dzień, który zawsze zwiastuje nieszczęście, jej marzenia po raz kolejny zostaną zdeptane. Przez nikogo obcego, przez nią samą. Wiedziała przecież doskonale, gdzie stanąć, by je rozkruszyć.
*
Szła mokrymi ulicami, starała się omijać kałuże i odrzucać myśli, które mąciły jej w sercu. Jakiś czas temu pragnęła ciepła, słońca, dlatego też włoski sen wydawał jej się tym, w którym odnajdzie spełnienie. A teraz musiała odnajdywać siebie na nowo, poznawać i odkrywać w rolach, które jej przypisano, a które nieszczególnie ją cieszyły.
Starówka leżała nieopodal jeziora, w otoczeniu górskich szczytów, które tego dnia nie były widoczne, ale Isabelle pamiętała doskonale ich kolory – soczyste latem i wiosną, płonące wczesną jesienią i lukrowane połyskującą bielą niemal przez połowę roku. Między kamienicami mogłaby przemykać, mając zamknięte powieki. Na pamięć znała układ majestatycznych budynków, ich kolory i kształty, i czuła na sobie magię sączącą się z fresków zdobiących ich fasady. Malowidła przedstawiające postaci mitologiczne, sceny z historii miasta od dzieciństwa zadomowiły się w jej głowie. Każde z nich snuło inną opowieść.
Opowieść… Isabelle przystanęła i uniosła wzrok.
Fasada Fischerstube prezentowała młyny Lucerny, które od dawna już nie istniały. Front Gambrinus, na czterech panelach pomiędzy oknami, przedstawiał Egipcjan, Greków, Asyryjczyków i Niemców warzących oraz pijących piwo. Obie kamienice były w kolorach jasnego beżu z butelkowo-zielonymi okiennicami. Przy Placu Weinmarkt pomarańczowy budynek zdobiony był wizerunkami muzyków i aktorów, którzy niegdyś w tym miejscu występowali. Kilka kroków dalej znajdowała się pistacjowa fasada z wymalowanymi na niej biblijną sceną z Kanaanu i dziewięcioma muzykami, umieszczonymi na górnej kondygnacji budynku. Każdy z nich był w białej koszuli i trzymał instrument. Natomiast między oknami Müllersche Apotheke wiły się najróżniejszych rozmiarów węże. To właśnie przy tej kamienicy Isabelle zatrzymała się i zerknęła na napis umieszczony u szczytu zdobiącej ją wieży:
„Na chorobę miłosną nie ma lekarstwa”.
Isabelle wyobraziła sobie młodą dziewczynę, która przekracza próg budynku, drżącą dłonią naciska klamkę i podchodzi do okienka, po czym zaczyna ronić łzy i chwyta się za serce, a farmaceutka, starowinka z pięćdziesięcioletnim doświadczeniem w swoim fachu, wywraca oczami i podpiera się pod boki, mówiąc: „Nie czytała pani napisu przy wejściu? Ech, ta dzisiejsza młodzież, wczorajsza zresztą też. Wielu chciałoby specyfiku na połamane serce, na łzy lejące się strumieniami i na ucisk w klatce. Niejednego tu miałam nieszczęśnika i niejedną mizerotę. Zawsze i wszędzie rozpoznam wyblakłe twarze, podkrążone powieki, ból, który nie sposób zlokalizować, i tęsknotę wpisaną w puste, szkliste oczy. Nie! Po tysiąckroć powtarzałam i wciąż powtarzać muszę: nie ma leku na wasze dolegliwości! Nie wymyślono wciąż leku na miłość! Na tę zdruzgotaną oczywiście. To przypadłość, która atakuje znienacka, od początku istnienia ludzkości, i remedium na nią nie istnieje”.
Spomiędzy kamienic wyłonił się widok na rzekę Reuss, na jasne budynki zlokalizowane po drugiej stronie brzegu i drewniany most Kapellbrücke okryty spadzistym dachem, ciągnący się nie w linii prostej, a po skosie; na całej długości ozdobiony kwitnącymi pelargoniami w kolorze różu, czerwieni i bieli. To moje miasto, pomyślała Isabelle, a w piersi ścisnęło ją na myśl, że oto odbywa pierwszy dłuższy spacer po powrocie z Włoch, po dwóch latach rozłąki. Dopiero teraz zrozumiała, jak mocno brakowało jej tych miejsc, które na myśl zawsze przywodziły bajki.
Jako dziewczynka myślała, że każde miasto wygląda właśnie w ten sposób, dopiero wiele lat później zrozumiała, że choć każde miejsce na ziemi skrywa własną historię, jej dane było urodzić się w mieście zjawiskowym, rozkwitającym barwami, majestatycznym dzięki zamkowym, obronnym murom, baśniowym – pełnym wież i wieżyczek. Miała to szczęście urodzić się na pograniczu jawy i snu w śnieżną, zimową noc, dwudziestego grudnia, dwadzieścia jeden lat temu.
Niczego w swoim życiu nie mogła być już pewna – oprócz jednego.
Łączyła ją z tym miejscem silna więź.
I choć budynek, do którego zmierzała Isabelle, nie został ozdobiony freskami, to właśnie on był dla niej najbardziej romantyczny, tajemniczy, kuszący. Jego jedynym elementem dekoracyjnym była kamienna wieża nakryta spadzistym dachem. Jako mała dziewczynka Isabelle wyobrażała sobie, że na jej szczycie żyje długowłosa Roszpunka, i wierzyła, że pewnego dnia w Lucernie pojawi się książę, który ją stamtąd uwolni. Objęła wzrokiem okna, za którymi kryła się skarbnica, największe bogactwo, jakie w życiu widziała i znała. Nacisnęła dużą, mosiężną klamkę i ogarnęły ją dreszcze. Chłód panował w środku, odkąd pamiętała, o każdej porze roku, nawet teraz, w samym środku lata. Uświadomiła sobie właśnie, że jako kilkuletnia dziewczynka była przekonana, iż do każdej biblioteki wchodzi się przez magiczne wrota, po drewnianych, skrzypiących schodach, wijących się w górę stożkowatej wieży. Że przez małe okienka wpadają nikłe przebłyski światła, a w jego odbiciach migocą drobinki kurzu. Zawsze wyobrażała sobie, że w takich miejscach pracują starsi panowie, którzy są niczym czarodzieje zapraszający czytelników do nadzwyczajnych światów.
– Isabelle. – Jego głos wybrzmiał dźwięcznie, ale skrzecząco.
Lucas był przecież coraz starszy, mogła się tego spodziewać. Jeszcze go nie widziała, to on dostrzegł ją pierwszy, a jednak ponad wszystko inne, co dziś na nowo odkryła, najbardziej ucieszyła się, że on wciąż tu był. Jej radość rozżarzała się ciepłem pod żebrami i oplatała serce, lecz policzki, usta trwały w bolesnym napięciu. Zerknęła w bok i z żalem zauważyła coraz mniej włosów na jego głowie i z pewnością grubsze niż ostatnio szkła w brązowych oprawach.
Ruszyli oboje w swoim kierunku, mijając regały uginające się pod ciężarem książek. A kiedy Lucas był już blisko i chwycił jej dłonie, zorientowała się, że jest niższy niż wtedy, kiedy stąd wyjeżdżała. Zdumiewające, całkiem niedawno to ona spoglądała z dołu w jego bystre oczy pełne dobra i spokoju. Czas płynął – poczuła to najmocniej, dostrzegając wzruszenie w spojrzeniu przyjaciela.
− Czas działa na twoją korzyść. – W oczach bibliotekarza rozbłysły szkliste krople.
Udała, że nie widzi. Przełknęła ślinę, czując gulę w gardle, i wyswobodziła się z uścisku. Był pełen serdeczności, a ona już od niej odwykła.
− Szukasz inspiracji do nowej historii?
− Nie. Koniec z opowieściami. Chcę po prostu przeczytać książkę, nie snuć planów, wyobrażeń, nie marzyć już więcej o spełnieniu.
− Nie wiem, co się stało i dlaczego wróciłaś, ale z podziwem obserwowałem każdy twój występ, kibicowałem ci i wierzyłem całym sobą. – Złożył dwie pomarszczone dłonie i przytulił je do serca.
− Przepraszam, jeśli zawiodłam… − Spuściła wzrok i zatopiła spojrzenie w brązowej, świeżo wypastowanej podłodze.
− Zawiodłaś? – Potrząsnął głową, aż uniosły się na niej białe kosmyki włosów. – To słowo ani trochę do ciebie nie pasuje. Jesteś pasjonatką, młodą dziewczyną, uwielbianą przez innych, zwinną, przepiękną…
− Proszę nie kończyć. Byłam. – Zerknęła w kierunku okna, za którym niebo zasnuwało się grubą warstwą srebrzystych chmur.
− Musisz więc stworzyć swoją opowieść. Taką, która będzie należała tylko do ciebie i ciebie zachwyci, tobie da siłę i nadzieję, ciebie uzdrowi. Przecież ty to potrafisz, to cała ty, moja mała, pełna pasji i niezwykłych pomysłów Isabelle. Nie bez powodu urodziłaś się i wychowywałaś w mieście, które na każdym kroku opowiada swoją historię. Zewsząd. Ze wszystkich kamienic i zdobiących je fresków, z pagórków i gór, które je otaczają.
− Kiedy pana słucham, mam wrażenie, że pan mnie z kimś pomylił. – Usiadła w beżowym fotelu i zapadła się w jego miękkich poduszkach.
Pod przymkniętymi powiekami widziała małą Isabelle z dwoma długimi warkoczami, która buszuje między regałami pełnymi książek i szuka dla siebie tych najciekawszych. Mama piekli się i głośno wzdycha, bo trzeba kupić warzywa na targu, mieszkanie posprzątać, bo obiad niegotowy. Ale ona, kilkuletnia Isabelle, przez chwilę ma czas dla siebie w ulubionym miejscu, z ulubionym człowiekiem, panem Lucasem.
Starzec wpatrywał się w nią w pełnym skupieniu, wiedziała o tym doskonale, mimo że na niego nie patrzyła.
− Myślę, że nadszedł czas, abyś dostała ode mnie coś specjalnego.
Nie zareagowała. Czas wiary w to, że powieści potrafią ratować ją z opresji, że nadają życiu sens, że budują wiarę – dawno już minął. Owszem, wróciła do biblioteki. Wróciła, z sercem pustym, opróżnionym z nadziei.
− Jesteś mistrzynią snucia historii.
− Ale przegrałam.
− Mistrzyni Europy i świata może w ten sposób o sobie mówić?
− Może udało mi się wygrać kilka zawodów, ale co z tego, skoro przegrałam życie, panie Lucasie.
– Moja droga, zaczynam się o ciebie poważnie martwić, i gdybym tylko miał lepszy kontakt z twoją matką, zaraz biegłbym do niej na poważną skargę. Z troski oczywiście. Co Włosi ci zrobili? Kto odebrał ci blask i siłę do życia? Dlaczego nawet na mnie nie patrzysz, moja mała Isabelle? – mówił ciszej, jakby z trudem powstrzymywał wzruszenie, ale ona nie chciała spojrzeć mężczyźnie w oczy. Był najbliższym jej człowiekiem w tym mieście. Znał każdy jej grymas i uśmiech, i to właśnie z nich odczytywał prawdę. − Weź ją.
Isabelle dostrzegła, jak na jej kolanach, na materiale błękitnej sukienki pojawiła się książka. Chciała ją od razu zwrócić. Nie uwierzy więcej ani w głębokie uczucie na zawsze, ani w siłę marzeń, które spełniają się, gdy tylko mocno uwierzysz, ani w dobro, które zwycięża nad złem.
− Nie! – powiedziała dobitnie i przyjrzała się okładce. Grafika przedstawiała przezroczystą kulę, a w niej zamek, jakby wykonany z lodu, srebrzący się drobinkami brokatu. – Wyyy… − Zawahała się przez chwilę, bo poczuła niezwykły pociąg, by pobłądzić opuszkami palców po tłoczeniach i zdobionych brzegach. Uniosła dłoń, ale miała wrażenie, że to nie ona, a jakaś wewnętrzna siła zawładnęła jej ciałem. – Wyrosłam z tego. – Wycofała rękę.
− Obawiasz się, że cię pochłonie? – Pan Lucas zaśmiał się serdecznie. – Przywiozłem ją z wyprawy do Niemiec, z południowej Bawarii graniczącej z Austrią. Z krainy, którą zawsze marzyłem zwiedzić, a gdy ujrzałem na własne oczy, zrozumiałem, jak bardzo przypominała mi ciebie. Las rozciągał się bezkreśnie, a ścieżki wiły się pośród pagórków i szczytów, był pełen kolorów i zagadek, pachniał żywicą i obiecywał moc zaklęć. Isabelle – w jego głosie wybrzmiała nuta smutku − kupiłem ją już dwa lata temu, tylko z myślą o tobie.
Neuschwanstein – pomyślała i poczuła ukłucie. Stojący obok mężczyzna był jedynym człowiekiem, nie tylko w tym mieście, ale i na całej planecie, który tak doskonale ją znał i rozumiał, a ona nie miała w sobie za grosz kultury. Uniosła wzrok i spojrzała w oczy ukryte za grubymi szkłami okularów.
− Dziękuję. – Użyła sporej siły, napinając mięśnie twarzy tak, by usta ułożyły się w kształt uśmiechu. Dawno tego nie robiła i miała wrażenie, że straciła już tę umiejętność. Zacisnęła dłonie na książce i wstała.
Głupia, a w dodatku niewdzięczna, skarciła się w myślach.
− Muszę już iść. – Wzruszyła bezwiednie ramionami.
− Tylko mi nie mów, że to prawda z tą posadą dla ciebie. – Pan Lucas się skrzywił. – Znaczy… ja nic nie wiem.
− Mówią o mnie, jak zawsze. – Przycisnęła książkę do piersi.
− Nie, kochana moja. − Spuścił wzrok, a ona i tak czuła skrępowanie starszego mężczyzny. – To nie miejsce dla ciebie. Zasługujesz na więcej.
− Ale coś robić trzeba – odparła chłodno, słysząc w tonie swojego głosu matkę.
Wyczuł to. Jednak decyzje zapadły.
− Wiesz, że tegoroczny karnawał będzie wyjątkowy? – zapytał, a ona pożegnała się i wyszła, zaciskając palce na twardej oprawie książki.
Nad miastem wisiały nabrzmiałe chmury, przez które próbowały się przebić promienie. Isabelle odniosła wrażenie, że za chwilę spadnie śnieg. Myśl była niedorzeczna – był sierpień – a jednak przez moment poczuła na skórze chłód, jakby zapowiedź zimy. Śnieg? Może na górskich szczytach, lecz nie tu, nie nad nią.
Dreszcze spłynęły jej po ramionach i odruchowo roztarła je dłońmi.
Tegoroczny karnawał? Wyjątkowy? Uciekła od pana Lucasa, to fakt. Nie tylko mierziły ją jego słowa pełne wiary, ale też obawa, że było z nim coś nie tak, że prawdopodobnie zaczynała doskwierać mu demencja, że wyprawił się do Bawarii, by spełnić marzenie życia na koniec swojej drogi, a z tym nie chciała się godzić.
Tegoroczny karnawał? W sierpniu?
Książkę Koliber i Rubin kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
