Później są trzy strzały. "Przepustka do męskości"

Data: 2021-08-03 10:54:10 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Kolejny dzień, kolejne morderstwo. Praca gliniarza nigdy się nie kończy.

W jednej z dzielnic Wrocławia dochodzi do makabrycznego morderstwa. Komisarz Marek Przygodny podejmuje śledztwo, licząc na szybkie złapanie sprawcy. Niestety, z dnia na dzień dochodzenie coraz bardziej się gmatwa…

Obrazek w treści

Przepustka do męskości to trzeci tom serii o Marku Przygodnym, wrocławskim policjancie, który doskonale zdaje sobie sprawę, że życie to nie film i nie ma w nim happy endów. Do lektury najnowszej książki Pawła Pollaka zaprasza Wydawnictwo Oficynka. Ostatnio zachęcaliśmy Was do przeczytania prologu powieści oraz fragmentu pierwszego rozdziału, tymczasem już teraz prezentujemy Wam kolejną jego część:

Kolejną czynnością po oględzinach miejsca zbrodni powinno być przesłuchanie ofiary, która przeżyła, ale w szpitalu imienia Tadeusza Marciniaka na Fieldorfa, przeniesionym tu stosunkowo niedawno z ulicy Traugutta, policjanci otrzymali informację, że Bogusław Brzecki jest nieprzytomny i nie tylko nie wiadomo, kiedy się wybudzi, ale czy w ogóle to nastąpi.

– Postrzał w udo z uszkodzeniem naczynia żylnego. Stracił bardzo dużo krwi, na szczęście dla niego powoli, dzięki czemu trafił do nas, a nie do zakładu pogrzebowego. Ale jeszcze może tam trafić – opisał dość niekonwencjonalnie stan pacjenta nie jaki doktor Stanisławski.

Z tym że komisarz był optymistą.

– Nie znam się na medycynie, ale jeśli jedną noc przeleżał postrzelony bez opieki lekarskiej i przeżył, to drugiej pod okiem lekarzy raczej nie zejdzie.

Nie mając w szpitalu nic do roboty, wrócili do komendy. Przygodny uruchomił Skype’a na swoim laptopie i wpisał jako szukaną osobę Katarzynę Brzecką. Poza polskimi otrzymał cztery trafienia zagraniczne: dwa w Holandii i jedno w Niemczech, ale ostatnia Katarzyna miała konto w USA na Florydzie.

To jeszcze niczego nie przesądzało, ta właściwa mogła korzystać ze Skype’a, posługując się jedynie nickiem.

Ignorując ikonkę, że właścicielka konta jest niedostępna, spróbował nawiązać połączenie. Niektórzy ustawiali opcję „niewidoczny”, nie chcąc, by przeszkadzano im podczas pracy na komputerze, inni mieli włączone przekierowanie na telefon.

Ta musiała należeć do tych drugich, bo na ekranie nie pojawił się żaden obraz, ale rozległ się zaspany głos, pytający o coś po angielsku, czego komisarz, spodziewający się odpowiedzi po polsku, nie zrozumiał. Uświadomił sobie, że w USA musiało być jeszcze wcześnie albo natrafił na osobę, która w sobotę mogła i lubiła sobie pospać.

– Are you Katarzyna Brzecka from Poland, daughter to Irena and Bogusław?

– Yes, I am.

– Komisarz Marek Przygodny z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Pani nie odebrała na komputerze?

– Nie. Jeszcze śpię, przerzuciło mi rozmowę na komórkę – mimo przejścia na polski pozostała przy amerykańskim akcencie.

– Mam prośbę, żeby włączyła pani komputer, zależy mi na wideopołączeniu.

Skoro nie mógł przekazać informacji o śmierci matki osobiście, chciał przynajmniej, żeby rozmówczyni go widziała. Spodziewał się protestu, że ona mu się nie pokaże tak zerwana z łóżka, ale widocznie była zbyt zaspana, aby o tym pomyśleć, albo telefon z policji przestraszył ją na tyle, że nie miała głowy, by troszczyć się o swój wygląd.

– Okay.

Rozłączyła się, a po dwóch, trzech minutach ikonka przy jej nazwisku zmieniła kolor na zielony. Przygodny ponownie nawiązał połączenie.

Bez trudu rozpoznał w rozmówczyni dziewczynę ze zdjęcia na meblościance, bo choć przybyło jej dwadzieścia lat, to kilogramów niewiele – wbrew przepowiedniom Małeckiego nie roztyła się.

– Pani Katarzyna Brzecka, córka Ireny i Bogusława?

Takie sformułowanie musiała odebrać jako suche potwierdzenie personaliów. Gdyby zapytał, czy jej rodzicami są Irena i Bogusław, zasugerowałby, że dzwoni w związku z nimi.

– Już pan pytał, to ja.

– Mam, niestety, bardzo złą wiadomość. Pani rodzice padli ofiarą przestępstwa, pani mama nie żyje, ojciec jest ciężko ranny.

– O Boże!

Dał jej czas na przetrawienie tej wiadomości. Potem odpowiedział na pytania, które z pewnością kłębiły się w jej głowie, ale było ich zbyt dużo, by mogła je składnie zadać.

– Oboje zostali postrzeleni. Dla pani ojca najbliższa doba będzie rozstrzygająca. Leży w szpitalu na Fieldorfa. Ale do niego sprawca strzelił tylko raz – miał nadzieję, że owo „tylko” natchnie ją chociaż odrobinę optymizmem. – Do pani matki aż pięciokrotnie, nie miała szans. Zamachu dokonano w ich mieszkaniu. Podejrzewamy motyw osobisty.

– Ale kto mógłby chcieć ich zabić?

– To jest moje pytanie do pani.

Pokręciła głową, tak energicznie, że blond loki zawirowały wokół szczupłej twarzy. Niezbyt ładnej. Niby miała regularne rysy, ale było w niej coś, co psuło ich harmonię. Jakieś skrzywienie warg, jakiś nieprzyjemny chłód w spojrzeniu.

– Nie mam pojęcia. To w ogóle ostatnia myśl, jaka przyszłaby mi do głowy, że ktoś mógłby chcieć śmierci moich rodziców.

– Jak się układało ich małżeństwo?

– Dobrze.

– Żadnych zawiedzionych kochanek?

Parsknęła śmiechem, co w świetle otrzymanej przez nią wiadomości było tak zdumiewające, że komisarzowi opadła szczęka. Dostrzegła to.

– Przepraszam, ale myśl, że moją matkę zabiła ewentualna kochanka mojego ojca jest tak absurdalna, że… – przez dwie sekundy szukała brakującego jej słowa – mimowolnie się zaśmiałam. Tata dobiega sześćdziesiątki, a nie szukał sobie kochanek nawet wtedy, gdy był o połowę młodszy. Prawdę powiedziawszy, siedział u mamy pod pantoflem. Ale był z tym szczęśliwy.

Przygodny musiał przyznać, że w przypadku zgodnego starszego małżeństwa buzujące namiętności rzeczywiście nie stanowiły obiecującego motywu.

– Co z ich życiem zawodowym?

– Mama pracowała w biurze architektonicznym, tata…

– Kim tam była?

– No, architektem – odpowiedziała takim tonem, jakby te biura nie zatrudniały sekretarek ani innego personelu.

Do architekta teoretycznie mógł strzelać ktoś, kto stracił członka rodziny w katastrofie budowlanej, ale z dalszego indagowania wynikło, że żaden most ani wieżowiec zaprojektowany przez Irenę Brzecką się nie zawalił.

– Czym zajmował się pani ojciec?

– Prowadził hurtownię książek.

Choć córka Brzeckich po polsku mówiła sprawnie, amerykański akcent i kilkusekundowe przerwy na poszukiwanie ojczystych słów świadczyły o tym, że przestawiła się na angielski, więc komisarz postanowił upewnić się, czy rzeczywiście powiedziała to, co chciała powiedzieć.

– Był jej właścicielem?

– Nie, nie… kierownikiem takim, który wszystkiego pilnował. Zamawiał książki, rozliczał się z wydawnictwami…

Książki to nie narkotyki, handel nimi raczej nie prowadził do rozrachunków z bronią w ręku. Komisarz uznał, że w tej chwili Katarzyna Brzecka nie da im żadnego punktu zaczepienia, przy czym nie wyglądało na to, by coś przed nimi ukrywała. Najwyraźniej rzeczywiście ktoś wpadł na pomysł, żeby rozstrzelać przeciętne, nikomu niewadzące starsze małżeństwo.

Nie zapowiadało to łatwej sprawy. Dopytał o nazwę hurtowni i biura architektonicznego, po czym podziękował za informacje i dodał:

– Na razie to tyle, ale możemy mieć dalsze pytania, więc prośba, żeby natychmiast po przyjeździe do Polski zgłosiła nam pani, pod jakim numerem telefonu będzie dostępna.

– Przyjeździe do…? Ale ja nie mogę teraz przyjechać! Mam pacjentów!

– Pani jest lekarzem?

– Psychoterapeutką. Specjalizuję się w problemach małżeńskich.

Szewc bez butów chodzi, pomyślał Przygodny, przypominając sobie słowa sąsiadki o dwukrotnym rozwodzie młodszej pani Brzeckiej. Ale oczywiście zachował tę uwagę dla siebie.

Podobnie jak to, co myśli o córce jedynaczce, dla której śmierć matki i ciężki stan ojca nie są powodem, by przełożyć zaplanowane wizyty pacjentów. Nie miał jednak zamiaru moralizować.

W swojej pracy stykał się z tyloma ludźmi, którzy za nic mieli, wydawałoby się, powszechnie obowiązujące normy etyczne, że musiałby porzucić prowadzenie śledztw, gdyby chciał zajmować się kierowaniem ich na właściwą drogę.

– Rozumiem. Gdyby jednak zdecydowała się pani przyjechać, to proszę pamiętać, by nas o tym powiadomić.

Podyktował jej swoje dane i bezpośredni numer telefonu. Kiedy się rozłączył, popatrzył na aspiranta, który przysłuchiwał się całej rozmowie.

– Mam nadzieję, że Michał przyjedzie z Anglii na pogrzeb albo do szpitala, jeśli mnie zastrzelą albo postrzelą – oznajmił Przygodny z zadumą, po czym zaraz uświadomił sobie, że wcale nie jest to takie pewne. Odkąd syn wyjechał, praktycznie ich nie odwiedzał, a kontakt telefoniczny był coraz rzadszy.

– Ja myślę, że ona przyjedzie – powiedział Gajda. – To była tylko pierwsza reakcja, że nie zostawi pacjentów, bo bez niej się porozwodzą albo pozabijają, ale jak pojawi się refleksja, że matkę trzeba pochować, a ojciec może umrzeć, to wsiądzie w samolot.

– Wątpię – nie zgodził się z nim Przygodny. – Właśnie pierwsza reakcja powinna być taka, że rzucam wszystko i jadę, bo moich rodziców dotknęła tragedia. Skoro ona w takiej chwili myśli o pracy, to nie przyjedzie. Jeśli ojciec też umrze, będzie musiała pochować ich gmina albo sąsiadka.

– Jak jej powiemy, że umarł, to przyjedzie – upierał się przy swoim aspirant.

– Tyle że my nie jesteśmy od przekonywania jej, że właśnie ona powinna pochować swoich rodziców. Zresztą zostawmy to. Ojciec nie umarł, raczej przeżyje, będzie więc mógł wyprawić żonie pogrzeb, a to, czy córka będzie chciała się na tym pogrzebie pojawić, czy nie, jest ich prywatną sprawą, która nie powinna nas obchodzić.

Gajda przytaknął głową, że się z tym zgadza, jednak kiedy milczenie się przedłużało, wpadł na pewną teorię.

– Skoro ona nie pała do swoich rodziców wielką miłością, to może przyczyna jest ta sama, która doprowadziła do zabójstwa.

Ta trochę mętnie sformułowana teza nie wydała się Przygodnemu zbyt prawdopodobna.

– Chcesz powiedzieć, że na przykład była w dzieciństwie molestowana, a teraz się zemściła? Jak? Przecież jest za oceanem.

– Tego pan nie wie, panie komisarzu. Konto na Skypie ma zarejestrowane w Stanach, skąd z niego rozmawia, tego nie widać.

– Teoria, Robert, wzięta z powietrza. Gdybyśmy każdego, kto nie pojawia się na pogrzebie rodziców, uznawali za mającego motyw do ich zamordowania, to spokojnie parę stadionów piłkarskich wypełnilibyśmy potencjalnymi mordercami. Nie, trzeba mieć coś więcej, żeby takie tezy formułować.

– To gdzie szukamy tego „więcej”?

Zastanawiając się nad odpowiedzią, Przygodny wstał od biurka i podszedł do okna, jednego z dokładnie pięciuset dziewięćdziesięciu w komendzie. Do takiej liczby doszli architekci z Pruskiego Zarządu Budownictwa Lądowego, opierając się na przepisie, że naczelnikowi policji przysługują trzy okna, kierownikowi dwa, a szeregowemu urzędnikowi musiało wystarczyć jedno.

– Pójdź do kolegów od mienia i dopytaj, czy mają na oku jakiegoś włamywacza, który lubi sięgać po broń. Może wykluczyłem go zbyt pochopnie i jednak była to skrajnie brutalna kradzież. Ostatecznie zabrał cenne rzeczy, o obrazach na ścianach mógł mieć błędne informacje albo Brzeccy nie ujawniali ich wartości, bojąc się właśnie napadu, a wyciął je nierówno, bo odstawił fuszerkę. Procent fuszerów wśród przestępców nie jest niższy niż w legalnych zawodach, bo niby dlaczego.

Gajda poderwał się, jak zawsze gotów do błyskawicznego wypełniania zadań, które nie wymagały pisania, notowania czy porządkowania dokumentów, ale komisarz zatrzymał go gestem ręki.

– Weź podejdź też do Leśniewskiego i spróbuj przyśpieszyć raport techników. Jak im się pomarudzi, to zawsze dadzą trochę wcześniej.

– Co racja, to racja, szefie. Człowiek nie lubi się prosić, ale ci, co proszą, dostają.

Wygłosiwszy tę sentencję, Gajda zniknął za drzwiami, a Przygodny sięgnął po komórkę i wysłał SMS-a do Justyny: „Jak podróż?”. „Brat marudny, bo się boi, że będzie musiał tańczyć, a mama robi aluzje, kiedy to mnie zobaczy na ślubnym kobiercu” – brzmiała odpowiedź. Przemknęło mu przez głowę, że to wezwanie, by się oświadczył, ale zaraz tę myśl odrzucił: zbyt krótko ze sobą byli, żeby Justyna miała takie oczekiwania. Przeciwnie, raczej by ją oświadczynami przestraszył, niż ucieszył. Ich związek dopiero raczkował, z pewnością jeszcze nie była gotowa na deklaracje, że chce z nim spędzić resztę życia.

Z komórki, którą nadal trzymał w ręku, rozległa się melodia piosenki Kukiza „Miasto budzi się”. Ale to nie Justyna dzwoniła. Spostrzegł zresztą, że podczas gdy on wolał rozmawiać, ona chętniej komunikowała się za pomocą SMS-ów. Jedna z tych różnic pokoleniowych, które przyjdzie im przezwyciężać.

– Słucham pana doktora.

Małecki był gburowaty, złośliwy i opryskliwy, ale komisarz musiał przyznać, że nigdy wcześniej nie pracował z lekarzem sądowym, który równie sprawnie wykonywałby sekcje. Za taki telefon w ciągu kilku godzin od znalezienia zwłok każdy śledczy dałby się, nomen omen, pokroić.

– Przebiłem się przez te zwały tłuszczu, świnie, które kupuję na wsi na kiełbasy, tyle nie mają.

Podobnie jak na miejscu zbrodni komisarz uznał, że w dyskusję o mankamentach fizycznych ofiary nie będzie się wdawał.

– I jaki wynik?

– Czas zgonu trochę później, niż typowałem, dlatego nigdy nie chcę przed sekcją podawać. Między wpół do ósmej a wpół do dziesiątej, maksymalnie do dziesiątej wczoraj wieczorem. Najpierw dostała dwie kule. Jedną w brzuch, drugą w prawą pierś. Korzystnie na stan jej zdrowia oczywiście nie wpłynęły, ale gdyby na tym się skończyło, mogła przeżyć. Pod warunkiem że najdalej przed północą znalazłaby się w szpitalu, do następnego dnia tak jak jej małżonek na pewno by nie doczekała, za mocno krwawiła. Później są trzy strzały. Z przyłożenia. Jeden prosto w serce i dwa w głowę. Każdy z osobna śmiertelny.

Książkę Przepustka do męskości kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Przepustka do męskości
Paweł Pollak 1
Okładka książki - Przepustka do męskości

Kolejny dzień, kolejne morderstwo. Praca gliniarza nigdy się nie kończy W jednej z dzielnic Wrocławia dochodzi do makabrycznego morderstwa. Komisarz Marek...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo