Rasowy horror dla nastolatków. „Zamieć" Gabriela Dylana

Data: 2020-03-26 12:21:42 Autor: Piotr Piekarski

Kazała nam usiąść i opowiedziała pewną historię. Historię istot, które żyły w lasach i jedynie nocą wyłaniały się ze swoich kryjówek. 

Charliemu szkolny wyjazd narciarski wydaje się doskonałą okazją do ucieczki przed nieszczęśliwym życiem rodzinnym. Nadchodzi jednak burza i miasteczko zostaje odcięte od reszty świata... Uwięzieni w górach uczniowie wraz z tajemniczą przewodniczką Hanną czekają, aż śnieg przestanie padać. Jednak kiedy zapada noc, pewien do tej pory zapomniany sekret przypomina o sobie. Burza okazuje się wówczas najmniejszym z problemów...

Obrazek w treści

„Zamieć" świetnie sprawdza się jako horror. Akcja wciąga od pierwszej strony, budzi przerażenie i strach, nie pozwalając oderwać się od kolejnych, krótkich, niemal zawsze wieńczonych cliffhangerem rozdziałów. To świetna rozrywka dla fanów gatunku, dla wszystkich, którzy mają ochotę się pobać lub oderwać myśli od bieżących spraw.

- recenzja książki „Zamieć"

Do lektury powieści Gabriela Dylana Zamieć zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Zamieć. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Rozdział trzeci

Charlie nie mógł przestać śnić. Przeniósł się w czasie może rok wstecz albo nieco wcześniej ‒ do jednej z najgorszych chwil w swoim życiu. Otaczające go powykręcane twarze dzieliła chwila od przemienienia się w coś jeszcze bardziej potwornego.

Siedział razem z pracownikiem socjalnym w ciasnym gabinecie dyrektora i słuchał coraz gorszych wiadomości. Grad słów wydobywających się z ust nauczyciela przypominał ostrzał armatni.

Zapadająca ciemność. Gasnąca fala posztormowa. Brak większych nadziei. Koniec poszukiwań.

Chłopak chciał się przenieść jak najdalej od tego miejsca. Od tego wspomnienia.

I nagle przeniósł się. Ból przedarł się przez jego sen, najpierw ćmiący, a potem dużo ostrzejszy. Charlie miał wrażenie, że na szyi zaciska mu się pętla. Nie dławił go jednak smutek, ale coś namacalnego, wręcz fizycznego, uciskało go tuż pod jabłkiem Adama. Tak na dobre obudził go dźwięk jego dławienia się. Potem zrozumiał, że ktoś ciągnie go do tyłu, w stronę światła. Brutalnie szarpie go za kołnierz.

Otworzył oczy i wszystko wróciło. Niezwykle szybki zjazd ze stoku, huk gdzieś nad głową, potężna fala śniegu i odłamków skalnych spadająca na niego i unosząca niczym dryfującą kłodę drewna. Odkaszlnął, wypluł trochę śniegu i wziął głęboki oddech. Uświadomił sobie, że dotąd jedynie walczył o tlen. Że desperacko go pragnął.

Przetoczył się na kolana i uniósł głowę. Zobaczył krajobraz zupełnie nieprzypominający tego, który przed chwilą podziwiał. Tam, gdzie rozciągały się mięciutkie, nieskalane ludzką stopą połacie świeżego śniegu, leżała teraz wielka breja. Zupełnie jakby niewidzialne koparki przeorały zbocze, wręcz wywróciły je do góry nogami. Tu i tam spod zasp wystawały odłamki szarych skał. Przypominały Charliemu miny. W mig zrozumiał, jak wielkie miał szczęście, że zakończył tę przygodę w jednym kawałku.

Tańczące wokół płatki śniegu tworzyły delikatną mgiełkę. Charlie odkaszlnął, splunął i spróbował wstać. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że ma towarzystwo.

Kilka metrów dalej zauważył człowieka obserwującego go zza lustrzanych gogli. Kawałek dalej, na stoku, stał skuter śnieżny. Charlie domyślił się, że nieznajomy zauważył schodzącą lawinę i ruszył mu na pomoc. Teraz uniósł dłoń i odsunął szalik zasłaniający usta.

– Co ty sobie, do cholery, myślałeś?

Kaptur i gogle wciąż zasłaniały twarz nieznajomego, jednak głos zdradził Charliemu, że ma do czynienia z kobietą. Mówiła surowym, nieco kanciastym angielskim. W jej tonie słychać było złość.

Charlie próbował odpowiedzieć, ale ku swojemu zaskoczeniu nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Odkaszlnął po raz kolejny, otarł twarz i włosy ze śniegu, a potem pokręcił głową.

– Kiedy? – wykrztusił.

Dziewczyna uniosła gogle i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Dummkopf! Tutaj? Na stoku? Teraz? Co ty sobie myślałeś?

Splunął pod swoje stopy. Na zrytej pokrywie śnieżnej pojawiła się plama lodu i krwi. Bardzo bolała go głowa, jednak zadarł ją i mrużąc oczy, spojrzał na padający śnieg. Potem ze znużeniem przeniósł wzrok na dziewczynę.

– A co tobie do tego?

Szare oczy nieznajomej błysnęły złowrogo. Skoczyła do przodu i jej pięść wylądowała na jego szczęce. Cofnął się zaskoczony i z trudem utrzymał równowagę. Dziewczyna pogroziła mu palcem.

– Jak to co? Musiałam tu zjechać i wyciągnąć cię spod śniegu. Przecież byś się udusił! Scheisse, nie zasługujesz na dalsze życie! Wy, idioci, zjeżdżacie tutaj przeświadczeni, że jesteście tacy super. A co, jeśli na dole byli jacyś narciarze? Albo turyści? Jak myślisz, co by zrobili, gdybyś zrzucił im na głowy tę całą górę?

Dziewczyna była wściekła i Charlie na wszelki wypadek cofnął się o krok. Potem uświadomił sobie, że jedną nogę wciąż ma przypiętą do deski snowboardowej. Niezgrabnie się pochylił i ją uwolnił. Drugie wiązanie puściło i zapewne znajdowało się pod śniegiem, razem z jego goglami, rękawiczkami i słuchawkami. Pewnie nigdy już ich nie odzyska. Ostrożnie podniósł się i westchnął.

– Wiedziałem, że jestem tu sam. Nikogo nie naraziłem na niebezpieczeństwo. I przykro mi, że musiałaś tu zjechać i mnie ratować.

Nieznajoma spojrzała na jego deskę i pokręciła powoli głową.

– Ten sprzęt ma z dwadzieścia lat. Pochodzi jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Prawdziwy zabytek. Nie powinieneś tutaj jeździć. Co ty w ogóle wiesz o górach? Czy kiedykolwiek wcześniej postawiłeś nogę na śniegu? Wracaj do swoich angielskich przyjaciół. Im szybciej stąd wyjedziecie, tym lepiej!

Charlie czuł złość, ale też się wstydził swojego zachowania. Odezwał się, zanim zdołał przemyśleć swoje słowa.

– Znam góry i potrafię dobrze jeździć. A deska należała do mojego taty. Owszem, jest stara, ale potrafię wyczarować na niej więcej niż ci wszyscy ludzie, których widziałem tu w tym tygodniu. Naprawdę przykro mi, że musiałaś zjechać ze szlaku i wykopać mnie spod śniegu. Nie planowałem tego. Za kilka dni wracam do domu i chciałem po prostu rozejrzeć się po okolicy.

Dziewczyna zaśmiała się, chociaż nie wyglądała na rozbawioną.

– Zatem już się rozejrzałeś, prawda? Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś podczas tej małej wycieczki, na której spuściłeś w dół pół stoku. Na pewno wiedziałeś, że to teren zamknięty. Ludzie ginęli w tych górach. Naprawdę wielu nie wróciło. Także moich bliskich. Słyszałam, co pierwszego dnia Stefan mówił swojej grupie. Nikt nie może tutaj zjeżdżać, chyba że chce skończyć sześć stóp pod ziemią.

Charlie pokiwał głową. Czuł się pusty w środku i ogromnie zmęczony, a jednocześnie miał wrażenie, że boli go całe ciało. Nie miał ochoty na kłótnię. Pragnął wrócić do hotelu i chociaż na chwilę znaleźć się w łóżku.

– Posłuchaj... Przepraszam, naprawdę. Nie chciałem nikogo zdenerwować...

Dziewczyna posłała mu znaczące spojrzenie i ruszyła w stronę skutera śnieżnego. W połowie drogi zatrzymała się i odwróciła.

– To po co to zrobiłeś? Dla emocji? Żeby się przechwalać przed kumplami?

Charlie dotknął tej części szczęki, w którą go uderzyła. Znów pokręcił głową.

– Nie mam kumpli. Nawet gdybym miał, to i tak bym im o tym nie opowiedział.

– Więc o co ci chodziło? Chciałeś się zabić? – fuknęła nieznajoma.

Przez chwilę patrzył jej w oczy, pozwalając, żeby jej słowa do niego dotarły. Potem poczuł, że jego wzrok zasnuwa mgła. Przetarł twarz wierzchem dłoni. Zamiast jej odpowiedzieć, pochylił się, podniósł uszkodzoną deskę i ruszył w dół zbocza. W niektórych miejscach zaspy miały dobre pół metra, dlatego szło się z trudem. Mimo to oddalał się od dziewczyny.

Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej. Widoczne w oddali pomarańczowe światła wioski migotały na tle mroku. „Dotarcie do Kaldgellan zajmie mi pewnie kilka godzin”, pomyślał, uświadamiając sobie szaleństwo swojego planu.

Po kilku minutach usłyszał warkot silnika i się odwrócił. Po chwili skuter śnieżny dziewczyny zatrzymał się tuż obok niego. Nie dostrzegł jej oczu, a jedynie swoje rozmazane odbicie w lustrzanych goglach nieznajomej. Miał skołtunione, przyprószone śniegiem włosy i brązowe oczy, w których krył się jakiś żal.

Kiedy się odezwała, z jej tonu zniknęła złość.

– Zapada zmrok, a zamieć raczej nie przejdzie bokiem – powiedziała pozbawionym emocji głosem. – Jeśli zamierzasz zejść z tej góry, a później przedrzeć się przez dolinę, możesz się potknąć i wywołać kolejną lawinę albo po prostu zamarzniesz. Nie chcę mieć cię na sumieniu.

Wskazała miejsce za swoimi plecami.

– Wsiadaj i módl się, żebym nie była na tyle wkurzona, aby cię zrzucić gdzieś po drodze. Rozdział czwarty

Z parapetu przy oknie sypialni na drugim piętrze hotelu Tara obserwowała powoli zanikające światło dnia. Przysunęła się do pokrytej szronem szyby i umościła we własnym kapturze, czując powiew wiatru przebijającego się przez szklaną taflę. Gdyby wytężyła wzrok, zobaczyłaby pochód roześmianych, rozgadanych ludzi wracających spod stacji kolejki górskiej, z nartami i deskami snowboardowymi przerzuconymi przez ramiona. Niebo rozciągające się nad ich głowami przybrało kolor stalowej płyty, poniżej której wirowały na wietrze białe plamki konfetti.

„Mam nadzieję, że wyszaleli się na stoku – pomyślała Tara – bo następnych kilka dni spędzą uwiązani w tym hotelu”. Doskonale wiedziała, że trudno to nazwać dobrą rozrywką.

Podczas śniadania najgorętszym tematem była nadciągająca burza. Tara podsłuchała jednego z instruktorów, który mówił o zamieci i wyjaśnił, że kiedy nadejdzie, zabronią jeżdżenia na nartach czy deskach. I to do końca dnia! Kolejka stanie, a trasy zjazdowe zostaną zamknięte. Tara chciała się dowiedzieć więcej, ale wtedy pojawiła się pani Newman i zaczęła ją łajać na oczach całej grupy. To był ostatni kontakt, jaki miała ze światem zewnętrznym.

Pokręciła głową i spojrzała na telefon pewnie setny raz w ciągu ostatniej godziny. Cicho zaklęła.

Nic. Zupełnie nic.

Od śniadania nie tylko nie mogła korzystać z internetu, ale w ogóle nie miała zasięgu, co powoli zaczynało ją wkurzać. Zaklęła po raz kolejny, rzuciła swojego błyszczącego iPhone’a na łóżko i postanowiła wrócić do obserwowania ludzi spacerujących za oknem. Nagle ktoś gwałtownie zapukał do jej drzwi.

– Tara! Możesz otworzyć, proszę? Muszę się przebrać i zejść na kolację, ale wcześniej chciałabym z tobą porozmawiać!

Dziewczyna westchnęła, ziewnęła, poczłapała do drzwi i lekko je uchyliła. W szparze zobaczyła poważną i surową twarz pani Newman. Kobieta miała na sobie fioletową puchówkę zapiętą aż pod szyję, a także zsuniętą na brodę różową przepaskę. W jej włosach błyszczały topniejące płatki śniegu.

– Przyniosę ci na górę jedzenie, ale nie chcę, żebyś schodziła i stykała się z pozostałymi uczniami. Zostaniesz tu, w swoim pokoju. Możesz gapić się na ściany, jeśli chcesz. A jeśli rzeczywiście się nudzisz, zajrzyj do socjologii czy psychologii, ale nawet nie myśl o wychodzeniu stąd, nie mówiąc o opuszczaniu hotelu. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Tara wzruszyła ramionami.

– Jest tak zimno, że nie mam najmniejszej ochoty na spacery. Zresztą wszystko mi jedno.

Odsunęła sprzed oczu kosmyk długich, jasnych włosów i spojrzała na panią Newman z tak wielką pogardą, na jaką było ją stać. Grymas niezadowolenia na twarzy nauczycielki się pogłębił, a zmarszczki na czole i wokół oczu stały się wyraźniejsze.

– Pewnie uważasz to wszystko za dobry żart, Taro, ale zapewniam cię, że jeśli znów natknę się na ciebie nocą na piętrze chłopców, to zjadę z tobą w dolinę, zapakuję do wynajętego samochodu i osobiście odwiozę na lotnisko. I to bez względu na pogodę!

Tara ponownie wzruszyła ramionami i spojrzała na swoje paznokcie. Kiedy jej rodzinie skończyły się pieniądze i została skazana na wszystkie niewygody związane z państwową edukacją, nie spodziewała się, że będzie aż tak źle.

Pani Newman otworzyła szerzej drzwi. Jej twarz poczerwieniała ze złości.

– Nie interesuje mnie, jak się zachowujesz w domu. Tu obowiązują jednak pewne zasady. Pewnie myślisz, że jesteś nietykalna, ale wcale tak nie jest. Jeszcze raz wywrócisz oczami, a zostaniesz w tym pokoju do końca pobytu!

Kobieta najwyraźniej czekała na jej odpowiedź. Tara zrozumiała, że została przyparta do muru, i powstrzymała się od sarkastycznej riposty. Przez dłuższą chwilę milczała. W końcu nauczycielka pokiwała z satysfakcją głową i zamknęła drzwi. Kiedy schodziła po schodach, Tara wsłuchiwała się w jej kroki.

– Dziwka – mruknęła.

Odwróciła się i padła na łóżko. Odszukała telefon. Włączyła Snapchata i zobaczyła dobrze znajomą informację Brak połączenia z serwerem. Od śniadania ten komunikat pojawiał się w każdej aplikacji i na każdej stronie internetowej. I nie zmieniał się niezależnie od tego, jak często Tara to sprawdzała.

Zsunęła kaptur polaru na ramiona i znów zainteresowała się widokiem za oknem. Wróciła do obserwowania malutkich ludzi przedzierających się przez śnieżną zadymkę w stronę ciepłych świateł hotelu. Rozdział piąty

„Bez szumu telewizji w tle jadalnia wydaje się niepokojąco ponura”, uświadomił sobie Nico.

Chociaż większość miejsc w tym rustykalnym pomieszczeniu zajmowali już rozgadani uczniowie, a w jednym z rogów buzował ogień, bez poobijanego, starego telewizora oraz mniejszych ekranów rozwieszonych po całej sali czegoś mu brakowało.

Tego wieczoru miał być transmitowany mecz. Anglia kontra Rosja. Nico nie przepadał za piłką nożną. Nie potrafiłby nawet dobrze kopnąć piłki, gdyby od tego zależało jego życie, nie licząc może sytuacji, gdy miałby w garści pad od Xboksa. Jednak lubił wielkie spotkania za to, że zbliżały ludzi. Czuł się wówczas częścią większej grupy.

Ale mecz padł ofiarą nawałnicy, która huczała i burczała na zewnątrz. Zdawało się, że pod wpływem jej groźnych pomruków wyginają się cienkie ściany hotelu. Nico nigdy nie widział tak potężnej burzy, ale też przez całe życie prawie nie opuszczał Bristolu, więc nie miał porównania.

Telewizja nie była jej jedyną ofiarą. Padł też internet, i to nie tylko na komórkach i tabletach, ale również w starym komputerze stojącym w lobby. Nico próbował wcześniej wysłać z niego mejla do domu, do mamy, ale nie udało mu się nawiązać połączenia. Do tego nie miał zasięgu w komórce.

A zatem nie było Minecrafta, nie było Grand Theft Auto, nie było żadnej sieciowej rozrywki. Nico tak się przyzwyczaił do widoku uczniów ściskających w dłoniach świecące ekraniki, że ich brak z niejasnych powodów go niepokoił. Spojrzał na swojego najlepszego kumpla, Chrisa.

– Też nie masz? – zapytał.

Chris pokiwał głową, podrapał się po swoich długich, tłustych włosach i z ponurą miną wrócił do konsumowania resztek kolacji.

Nico obserwował go przez chwilę, następnie wyciągnął się na krześle i rozejrzał po sali. Stado jeleni i lisów o szklanych oczach gapiło się na niego z obitej drewnem ściany, do której przymocowano ich nieszczęsne głowy. Stworzeń było dwanaście, ich pyski znieruchomiały na wieki w bezsilnej wściekłości i niepokojąco prawdziwym zaskoczeniu. W jednym z rogów potężna, czarna skóra niedźwiedzia wisiała do góry nogami, tylnymi łapami niemal dotykając sufitu. Nico zauważył, że jego koledzy wpakowali martwemu misiowi do paszczy resztki kolacji. Przypalone, a nawet czarne kawałki kurczaka ponadziewali mu na zęby. Tak zła była tu kuchnia!

Za fatalną jakość jedzenia nie należało winić dwóch Polek, które biegały z kuchni do lady służącej do wydawania posiłków i dalej do stołów, roznosząc kolejne talerze z przesmażonymi nuggetsami, tłustymi frytkami i brązową, więdnącą sałatą. Nico słyszał, że menedżer hotelu się rozchorował, zostawiając tym dziewczynom na głowie niemal cały ośrodek, a były może kilka lat starsze od uczniów, dla których gotowały.

Jednak nawet przed pojawieniem się kolacji w hotelu panowały minorowe nastroje. Być może przyczyną była burza, która miała aż na kilka dni uniemożliwić jazdę na nartach. Poza tym czas na wycieczce płynął zbyt szybko. Dokuczliwy był przede wszystkim brak świecących się ekraników. Przygnębiało też czasowe odcięcie od świata otaczającego tę senną, austriacką wioskę.

Niezależnie od przyczyn tego wieczoru radosna atmosfera prysła.

Instruktorzy, którzy zazwyczaj stali przy barze i delektowali się piwem albo shotami, a także żartowali ze swoich uczniów, mieli inne plany na tę noc i tak jak Matthias zostawili Stefana samego. Właśnie rozmawiał z efektowną barmanką o surowych rysach. Dziewczyna miała długie, czarne włosy, podgolone po bokach i związane w kitkę, a do tego ponure, szare oczy o świdrującym spojrzeniu. Pod kombinezonem narciarskim nosiła krótki top, a srebrny kolczyk w jej nosie świecił nawet w przyćmionym świetle stołówki.

Nico obserwował ją przez chwilę, aż upewnił się, że dziewczyna nie patrzy w jego stronę. Wydawała się bardzo szczupła, ale jednocześnie była proporcjonalnie zbudowana, a nawet atletyczna. Chłopak był niemal pewien, że kilka dni temu widział ją w górach, gdzie prowadziła grupkę turystów drogą biegnącą poza wyznaczonymi szlakami. Cokolwiek szeptała Stefanowi do ucha, nie napawało jej radością.

W pewnym momencie przerwali rozmowę i spojrzeli w jego stronę, jakby wyczuli, że im się przygląda.

Od razu zrobił się czerwony i zaczął się gapić w pusty ekran swojego telefonu. Po kilku sekundach uniósł głowę i uświadomił sobie, że wcale nie patrzyli na niego. Całą swoją uwagę skupili na kimś, kto właśnie wszedł do jadalni.

Nico spojrzał za siebie i zobaczył Charliego. Chłopak minął jeden ze stołów. Kosmyki czarnych włosów opadały mu na oczy. Miał na sobie sfatygowaną bluzę z kapturem i podarte spodnie. Kiedy szedł w stronę lady, nie odrywał wzroku od podłogi.

„A oto koleś, który nigdzie nie pasuje”, pomyślał Nico. Dzięki niemu czuł się szczęśliwy, że uchodzi za geeka. Zupełnie jakby nad Charliem stale unosiła się burzowa chmura! Zauważył, że chociaż przeszedł przez całą salę, nikt nawet na niego nie spojrzał.

Pojawił się kilka miesięcy wcześniej, dwa tygodnie po rozpoczęciu semestru, kiedy zajęcia dawno już trwały. Na korytarzach sporo się o nim mówiło. Według krążących plotek wyleciał z innej szkoły, miał koszmarną rodzinę i sporo wspólnego z narkotykami. Nikt nie znał prawdy. Natomiast Nico widział, jak go prowadzono na spotkanie z policją, która kilkukrotnie pojawiła się w szkole. Sądząc po jego wyrazie twarzy, nie spodziewał się dostać nagrody za obywatelską postawę. Ukuto nawet teorię, że jego ojciec siedzi w więzieniu za morderstwo. Nico nie wierzył w te plotki, jednak one trochę tłumaczyły, dlaczego chłopak trzyma się na uboczu i nie zadaje się z innymi uczniami.

Nico chodził z nim na plastykę i wiedział, że podczas zajęć Charlie z nikim nie rozmawia – najwyraźniej nie miał w szkole żadnych kumpli. A jednak zobaczył go w autokarze, który zabrał ich spod szkoły w Bristolu.

W ciągu trwającej dwadzieścia siedem godzin podróży spojrzał kilka razy w jego stronę. Za każdym razem chłopak spał lub ze słuchawkami na uszach gapił się nieprzytomnie w okno.

Pierwszego dnia wyjazdu zawołano ich na dół, żeby podzielić na grupy w zależności od umiejętności. Wtedy Nico usłyszał, jak Malachi, Jordan i kilku innych wysportowanych chłopaków śmieje się szyderczo lub głośno rechocze. Początkowo myślał, że znów padł ofiarą ich niewybrednych żartów. Nie pierwszy raz.

Kiedy jednak się odwrócił, zobaczył Charliego. Chłopak właśnie wynurzył się z hotelu. Pod pachą swojej parki dźwigał poobijaną, upstrzoną naklejkami starą deskę snowboardową, która sprawiała wrażenie, jakby przez długie lata gromadziła kurz na strychu. Jego rękawiczki i spodnie wyglądały jak ciuchy ze sklepu z używaną odzieżą, a buty narciarskie trzymały się tylko dzięki grubej warstwie srebrnej taśmy klejącej.

Jeśli Charlie słyszał ich rechot, nie pokazał tego po sobie. Szybko go zresztą uciszył. Przy górnej stacji kolejki przypiął deskę do butów i stanął na niej. Pochylił się do przodu i do tyłu, podskoczył z półobrotem, a potem popędził w dół stoku. Po drodze bez większych problemów skręcał na boki, a nawet pozwolił sobie na olśniewający pokaz podskoków i flipów. To, gdzie nauczył się tak dobrze jeździć, pozostawało jego kolejną tajemnicą. Z pewnością jednak swoim popisem zamknął gęby chłopaków z drużyny rugby.

Jak gdyby czytali w jego myślach... Po przeciwnej stronie sali rozległ się głośny okrzyk. Nico odwrócił się i zobaczył Ryana siedzącego razem z kilkoma kumplami. Grali w tę dziwną grę, w której podrzuca się plastikową butelkę tak, żeby wylądowała na stole. Nico nigdy nie rozumiał zasad tej zabawy, ale nie był na tyle wysportowany, żeby znać się na rzucaniu piłką, butelką czy czymkolwiek innym.

Obserwując ich zachowanie, zastanawiał się, czy przypadkiem nie stanowili kolektywnego umysłu, chociażby takiego jak Borg ze Star Treka. Kiedy w szkole pojawiła się informacja, że dla uczniów klas szóstych przygotowano wyjazd narciarski, chłopaki z drużyny rugby od razu zajęli dziesięć z trzydziestu dostępnych miejsc. Kiedy się nudzili, potrafili nieźle dokazywać, ale Ryan starał się kontrolować kumpli. Chociaż możliwe, że była za to odpowiedzialna ich kumpela Shiv, która szybko została zaakceptowana przez drużynę (o czym Nico mógł jedynie pomarzyć) i działała uspokajająco na tę całą bandę naładowaną testosteronem.

Książkę Zamieć kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zamieć
Gabriel Dylan0
Okładka książki - Zamieć

,,Kazała nam usiąść i opowiedziała pewną historię. Historię istot, które żyły w lasach i jedynie nocą wyłaniały się ze swoich kryjówek."...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo