reklama

Samotność. Fragment książki „Gdy byłem kimś innym"

Data: 2020-07-06 11:29:49 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie przypuszcza nawet, co go tam spotka. W czasie jednej z medytacji ma wizję, niczym sen na jawie: widzi żołnierza II wojny światowej, esesmana, który umiera, trafiony w gardło odłamkiem pocisku. Jednocześnie w jego umyśle pojawiają się inne obrazy i informacje: imię, nazwisko, stopień wojskowy. Doświadczenie to bardzo go porusza, czuje bowiem dziwne pokrewieństwo z tym żołnierzem. Gdy po powrocie do kraju, odkrywa, że ten człowiek rzeczywiście istniał, rozpoczyna swe prywatne, emocjonujące śledztwo. Czy znajdzie wreszcie odpowiedź na egzystencjalne pytania, które się w nim kotłują od zawsze? Aby się o tym przekonać, należy sięgnąć po książkę Gdy byłem kimś innym, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Co-libris.

W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Gdy byłem kimś innym. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

ROZDZIAŁ 2

Samotność

W pierwszym dniu rozlokowuję się w nowym miejscu, ale wciąż nie dociera do mnie, że czas się właśnie zatrzymał. Nie mam nic do zrobienia. Nie mam tu e-maili do sprawdzania, telefonów do wykonania, artykułów do zredagowania, spotkań do umówienia, narad do przygotowania… Nic. Trudno mi jeszcze w to uwierzyć. Wstrząs okazuje się zbyt silny, więc wynajduję sobie różne drobne ulepszenia mojego nowego lokum, byle się czymś zająć. I tak mija pierwszy dzień: gorący, przyjemny, nierealny.

Gdy noc spowija chatkę całkowicie, owady, żaby i inne niewidzialne zwierzęta zaczynają chóralne śpiewanie, równie urozmaicone, co hałaśliwe. To one od tej pory będą kołysać mnie do snu. Te wszystkie poświstywania, szelesty, brzęczenia i kląskania lasu ustają dopiero z nadejściem dnia. Wiele owadów, zwabionych światłem lampy zawieszonej nad stołem, przywarło już od zewnątrz do moskitiery. Snop światła rzucany przez lampę pozostawia część pomieszczenia w ciemnościach. Zapisuję kilka linii w moim niebieskim zeszycie, relacjonując szczegóły nowego gospodarstwa. Czas będzie się dłużył.

Przywiozłem ze sobą tylko jedną książkę – Wojnę i pokój. Rosja Tołstoja w dżungli amazońskiej. Specjalnie zabrałem nowe wydanie kieszonkowe, a nie tomy, które już przeczytałem i w których porobiłem notatki. Tym sposobem będę mógł spalić książkę, gdyby jej czytanie stanęło na przeszkodzie introspekcji, której zamierzałem dokonać. Bo w tym osamotnieniu lektura może się okazać ostatnim środkiem ucieczki przed konfrontacją z samym sobą. Wówczas zniszczę książkę, aby oddać się całkowicie bogactwu nudy.

Dlaczego Wojna i pokój? Otóż, po pierwsze, dlatego, że jest to arcydzieło. Oprócz tego, z bardziej prozaicznych względów, wystarczy mi na cały pobyt, nawet gdybym się miał nie ograniczać. A w końcu też dlatego, że poprzez ten tekst czuję łączność z moim ojcem. Moim zmarłym ojcem, którego mi brakuje, a który czytał tę książkę chyba ze czterdzieści razy.

Gaszę światło i natychmiast zapada czarna noc. Podczas gdy moje oczy przyzwyczajają się powoli do ciemności, niewyraźne kształty roślinne zaczynają się wyłaniać zza moskitiery. Jestem zmęczony podróżą, a mój umysł błądzi między jawą a snem, kołysany odgłosami przyrody. Szybko układam się na tym jedynym w swoim rodzaju łóżku. Jest parno, więc tylko trochę przykrywam się lekkim prześcieradłem i zasypiam natychmiast.

Jestem na nogach o świcie, w bladym świetle wschodzącego dnia. Podczas śniadania, złożonego z miski płatków zbożowych i mleka sojowego, odwiedza mnie niewielka modliszka. Gorąca wilgoć nocy rozpływa się mglistymi smużkami ponad koronami drzew, w miarę jak słońce wschodzi coraz wyżej. Kawa rozpuszczona w kubku zimnej wody uzupełnia śniadanie. Jakie szczęście. Kręci mi się w głowie, jak pomyślę, gdzie jestem.

Jedyną rzeczą, jaką chcę robić regularnie i konsekwentnie, jest program pracy z ciałem i energią, który zacząłem jeszcze w Paryżu, pod okiem Serge’a Augiera. Chodzi o ćwiczenia sztuki walki polegające na powolnych ruchach i tym samym nakłanianiu ciała do pracy na głębokich poziomach, co jest wstępem do trudniejszej praktyki. Te ćwiczenia ϐizyczne będą mi towarzyszyły w drodze duchowej. Bo jakże uspokoić i badać umysł bez oczyszczenia i wzmocnienia ciała, które jest jego odbiciem?

Odziany jedynie w przepaskę na biodrach, zaczynam pierwsze ćwiczenie polegające na pracy nad równowagą i ze środkiem ciężkości. Stojąc boso na podłodze z desek, z rękami wzdłuż tułowia, przenoszę ciężar ciała naprzemiennie z pięt na przód stóp. W powolnym kołysaniu, jakie tym sposobem powstaje, koncentruję się na swojej osi. To rodzaj medytacji ciała. Wzrok kieruję na zewnątrz chatki, na pień rosnącego przede mną majestatycznie drzewa. Obsesyjne myśli przychodzą i odchodzą. Nie udaje mi się osiągnąć spokoju umysłu. Jest we mnie za dużo energii, przejawia się ona w pobudzeniu umysłowym, wywołując coś w rodzaju permanentnego rozdrażnienia. Ciągle wolno oddychając, skupiam się na łagodności. Mój umysł jest jeszcze zbyt poruszony, co odbija się również w ciele. Czuję się gruby. A raczej ciężki, bo obiektywnie nie jestem gruby. Wkurza mnie mój brzuch, zawadza mi. Jeśli brzuch jest drugim mózgiem, to naprawdę się zastanawiam, czego mój nie przetrawił. Muszę zdjąć ten ciężar. Wykonując ćwiczenia, zauważam, że nie umiem oddychać. Wdycham powietrze gwałtownie, zrywami, jak ryba wyciągnięta z wody. Nieustannie szukam powietrza. To najpewniej z powodu tej ciężkości w brzuchu. Ale przecież oddycham tak od dzieciństwa. Dzieciństwa zapomnianego.

Mija ranek, a ja pocę się, świadomy całego oceanu skurczów i napięć szamoczących się we mnie.

Muszę zaufać ciału.

Celem tej podróży jest to, abym nauczył się odpuszczać. Aby udało mi się zatrzymać ten kołowrotek myśli, tę maszynę, która wszystko chce kontrolować, wywołując poczucie winy na samą myśl, że nie robi się czegoś, jak należy. „Pokaż mi. Ufam ci, naucz mnie łagodności”.

Nagle czuję, że ktoś mnie obserwuje. Odwracam się natychmiast, pewny, że kogoś zobaczę, ale nie ma nikogo. Jest tylko ściana lasu. A jednak mam wrażenie, że coś tu było. Pozostało niewidzialne, aby mnie nie wystraszyć? Dziwne uczucie.

Wracam do ćwiczeń, spokojniejszy, ale wciąż myśląc w kółko: chciałbym się odnaleźć, dowiedzieć, kim naprawdę jestem…

Czuję, że doszedłem do końca pracy podjętej po odejściu brata i ojca. Przez dziesięć lat żyłem badaniami nad śmiercią, które prawdziwie mną wstrząsnęły, zmieniły mnie, ale i głęboko ukoiły. Lecz dziś nie chcę już spotykać umarłych. Chcę życia, nie śmierci. To życie jest ważne. Doświadczać życia, nie oczekując niczego szczególnego.

Mija ranek i robi się coraz goręcej. Z rozpalonymi udami i obolałymi ramionami postanawiam zejść ścieżką do rzeki. Miejsce jest puste i majestatyczne. Wchodzę do niezbyt głębokiej wody, uważając, żeby nie stracić równowagi na oślizgłych kamieniach. Posuwam się w stronę, gdzie woda jest trochę głębsza. Rzeka wije się pośród bujnej, tropikalnej roślinności, a ja, jak we śnie, unoszę się z rozkoszą. Przytrzymuję się, aby mnie prąd nie zniósł, i zanurzam po czubek głowy. Chłód  wody pieści moje ciało, rozluźniając mięśnie, obmywając je zmysłowo ze wszelkich skurczów i napięć. Czuję, jak nurt wody głaszcze mi powieki, kark i plecy, pełza po nogach. Nade mną w powietrzu krążą orły.

Wdrapuję się z powrotem do chatki. Kucharka z ośrodka zostawiła mi dyskretnie posiłek złożony z kawałka grillowanej ryby, purée, pokrojonych pomidorów, tartej marchwi i plastrów ogórka. Patrzę na ten talerz na stole i czuję, jak wzbiera we mnie niepokój: czy mi to wystarczy? Talerz jest pełny, spokojnie mi tego pożywienia wystarczy, skąd więc ta potrzeba, żeby mieć więcej? Jakby coś we mnie było głodne. Lęk przed brakiem, potrzeba kompensacji, której nie zaspokoi pożywienie. Jestem zaskoczony intensywnością swojej obawy. We Francji każdego dnia przekąszałem a to kawałek czekolady, a to jakiś inny smakołyk. Słodycze, a zwłaszcza czekolada, koiły we mnie tę tajemniczą pustkę. Wiadomo, ma to związek z moimi emocjami. Ale fakt, że to wiem, niczego nie zmienia. Znalezienie się w sytuacji, w której nic nie będzie mogło zaspokoić tej kompulsywnej potrzeby, wywołuje u mnie wiele razy w ciągu dnia ataki mikropaniki. Oto nowe odkrycie, widoczne z pełną ostrością. Czeka mnie mnóstwo roboty!

Po południu zaczyna padać. Ciepła ulewa zapowiada porę deszczową, która w tym regionie zagości za kilka tygodni. Bez wahania wychodzę na deszcz z twarzą zwróconą ku niebu i z rozpostartymi rękami. Grube krople chłostają mi twarz i barki. Jak woda strumienia wyznaczają granice mojego ciała, pozwalają mi poczuć jego kontury, zwiększają moją jego percepcję i w pewien sposób sprowadzają mnie do tej biologicznej materii, z której jestem zrobiony. Deszcz, spływając po skórze, tej błonie organizmu, pozwala mi odczuć jedność ciała. To już nie umysł, który myśli swoje, nogi, które robią swoje, i jeszcze ręka, która jednocześnie coś pisze. Moje ciało na nowo staje się skończoną całością pod wpływem kontaktu z wodą deszczu i strumienia. Masuję barki, ramiona, brzuch, uda, wyczuwam pod rękami siłę swoich mięśni i ciepło skóry. Czuję w sobie życie, organiczne, zwierzęce.

Gdy kończy się ulewa, wystawiam się na słońce, aby wyschnąć, a potem wracam do chatki i kładę się w hamaku zawieszonym między dwoma słupami. Bujam w obłokach w stanie odprężenia. Moje myśli są spokojniejsze niż przed południem. Chwytam Wojnę i pokój i czytam kilka stron, które natychmiast przenoszą mnie w czasie i przestrzeni. W ułamku sekundy znajduję się przy ojcu. Jestem w pierwszej części powieści, kiedy Piotr, wbrew wszelkim oczekiwaniom, zostaje wyznaczony przez swego umierającego ojca na jedynego dziedzica tytułu i kolosalnej fortuny Bezuchowów. Zmrok zapada szybko. A potem nastaje noc ze swymi dzikimi wokalizami. I sen, który powala mnie bez zapowiedzi.

Nowy świt, podobny do wczorajszego, niesie szczęście i pewność szykującego się spotkania. Spotkania z moim ciałem, najpierw w czasie porannych ćwiczeń, potem podczas długich spacerów w rzece, co uaktywnia i zmienia mój obieg energii. Zauważam to już tego drugiego ranka, jest to bardzo subtelne odczucie, ale z każdym dniem będzie stawać się silniejsze. Czuję, że wzrasta moja witalność. Moje pragnienia również. Wyczuwam niejasno, że ta narastająca energia stanie się motorem ważnego doświadczenia, którego natury nie potraϐię na razie odgadnąć. Poprzez te odczucia energetyczne odnoszę wrażenie, że zachodzi coś głębszego, coś, co ma związek z moimi ogólnymi zdolnościami do czucia i widzenia.

W miarę upływu dni coraz wyraźniejsze się staje, że spokój, który odnajduje mój umysł, totalne odizolowanie w połączeniu z systematycznymi ćwiczeniami ϐizycznymi są w trakcie kanalizowania tego, co do tej pory było we mnie zupełnie rozproszone. Dzieje się! Uwielbiam to.

Popołudniami na przemian medytuję, spaceruję wzdłuż rzeki i oddaję się marzeniom. Również dużo piszę, jak podczas każdej samotnej wyprawy od trzydziestu lat, ale jeszcze więcej teraz: w czasie tej podróży w bezruchu. Mój dziennik staje się moim alter ego, z którym prowadzę dialog. Powierzam mu swoje wątpliwości i pytania. Domyślam się, że jedną z najważniejszych rzeczy do wprowadzenia w życie będzie przestać chcieć wszystko analizować.

Pewnego ranka, kiedy jestem pogrążony w stanie kontemplacji, w ciszy i w bezruchu, nie oczekując niczego szczególnego, uświadamiam sobie, że mój umysł na kilka sekund zaprzestał myślenia. W tym momencie wydało mi się, że postrzegam otoczenie z większą ostrością. Że doświadczam czegoś w rodzaju czystej percepcji natury rzeczy. Na mgnienie oka. Zbyt ulotne, aby zostawić choćby wspomnienie. Bo jak tylko doszedłem do siebie, mój mózg zaczął pracę na najwyższych obrotach, analityczny umysł zaś odciął mnie od tego sensorycznego doświadczenia. Niemniej przez chwilę poczułem coś nowego. Pod nieobecność myśli uchyliły się jakieś drzwi.

Mechanizmy funkcjonowania mojego umysłu stają się coraz wyraźniejsze. Stopniowo dociera do mnie, że być może w czasie tej podróży nie pojawi się nic do zrozumienia ani cel do osiągnięcia, że nie powinienem oczekiwać żadnego objawienia. Mam tylko żyć i być w pełni obecnym w doświadczaniu teraźniejszości, bez rozumowego dociekania. To prawdziwe wyzwanie dla kogoś takiego jak ja, co główkuje bez przerwy. Widzę teraz, że w moim życiu we Francji wszystko musiało mieć cel lub powód. Pójść tu i tam, zrobić to i tamto i tak dalej. Ani na chwilę nie byłem wolny, ani na moment mój umysł się nie zatrzymywał. I dziwić się, że odciąłem się od swoich doznań? Tylko kiedy w ciągu dnia miałbym być dostępny dla tych zjawisk tak subtelnych, tak kruchych, skoro byłem w kółko zabiegany? Jak się otworzyć na nieoczekiwane w tym zagonieniu? Fakt, wystarczyłoby, żebym sobie darował regularnie choćby chwilę. Piętnaście minut bezczynności każdego dnia przyniosłoby nieocenione korzyści. Znajdujemy przecież czas dla tylu niepotrzebnych rzeczy. Muszę sobie narzucić po powrocie te chwile medytacji. Rozwiązanie istnieje, jest gdzieś w moim wnętrzu.

Kluczem jest dyscyplina.

Podążać „ścieżką wojownika” w rozumieniu tybetańskiego mistrza Chögyama Trungpy. Narzucić sobie z determinacją możliwość świadomej i rzetelnej konfrontacji z samym sobą. To pojawia się w czasie wglądu wywołanego regularnym nicnierobieniem. Lecz spotkanie oko w oko może być nieprzyjemne. Czy pragniemy poznać samych siebie naprawdę? Zdaję sobie mgliście sprawę, że to moje ciągłe zabieganie i mentalna potrzeba interpretowania wszystkiego skrywają strach – strach przed nieznanym, które pojawiłoby się, gdybym tylko pozwolił swoim doznaniom otworzyć się w pełni. Czego lub kogo się boję? Dokąd zabierze mnie ta energia, która we mnie buzuje? Z czym są związane te popędy, pragnienia, te czasem gwałtowne emocje? Wobec tych niezliczonych pytań zaczynam dostrzegać konieczność codziennej praktyki tych chwil dla samego siebie po powrocie. Podążać ścieżką wojownika z ufnością, życzliwością, determinacją, radością, przenikliwością, odwagą i współczuciem.

O zmierzchu pod koniec medytacji rzucam okiem na swój brzuch i widzę ocean czerni, niczym smoła. I smutek. Czyżby moja energia i wewnętrzne zranienia stawały się widzialne?

Nabrałem nawyku brodzenia w rzece kilka razy dziennie. Stąpając po kamieniach, uważając, żeby nie stanąć na wężu – bo już napotkałem dwa osobniki wygrzewające się na skałach – smakuję rozkosz odosobnienia. Woda jest przejrzysta, przyjemna, za każdym razem nurkuję w niej z błogością. Nad tą częścią doliny stale szybują orły unoszone ciepłymi prądami powietrza.

Pewnego dnia, leżąc na plecach na wodzie, podążam wzrokiem za jednym z tych władców nieba. Gdy widzę go dokładnie pod słońce, mrużę oczy i pozwalam się nieść powoli nurtowi, zawieszony niczym zjawa na powierzchni wody. Po pewnym czasie wstaję i ociekając wodą, wspinam się na rozgrzany głaz, aby na nim wyschnąć. Siedząc po turecku, wystawiony do słońca, spowalniam oddech i zamykam oczy. Ledwie rozpraszany letnią bryzą i odgłosem wody, daję się przeniknąć majestatowi tej chwili. I staje się coś nieoczekiwanego: siedzę nieruchomo na kamieniu, ale już nie sam. Jakiś Indianin jest ze mną. Nie obok mnie ale, jak to powiedzieć... We mnie. To doznanie jest bardzo wyraźne, to nie wytwór mojej wyobraźni. Niesamowite! Jakbym wyczuwał dawnego tubylca. Otwieram powieki, niczego nie widzę, ale wiem, że moje oczy mogą zobaczyć tylko niewielki fragment rzeczywistości, więc nie jestem tym zdziwiony i skupiam się na samym doznaniu. Czuję jeszcze obecność tego Indianina, jest ona bardzo realna, dlatego staram się nie poruszyć, aby delektować się chwilą. Jednego jestem pewien: ani na moment nie jestem sam. Jest tu ten tubylec w czasie poza czasem, w miejscu, gdzie jestem, ja – cudzoziemiec, który kolejny dzień otwiera powoli drzwi do niewidzialnych światów. Na kilka sekund nasze rzeczywistości się na siebie nałożyły. Przez kilka sekund Indianin był gęstszy od ducha.

Z pewnością potrzebowałem tego przypomnienia, że świat niewidzialny jest stale dostępny, obecny wokół nas, gdziekolwiek jesteśmy. Nie trzeba jechać daleko, aby to odkryć. Drzwi do tego świata są w nas, nigdy nie były gdzie indziej.

Wdrapuję się do mojej chatki, jednocześnie mocno poruszony, ale i radosny. Czuję się silny. Cóż za niezwykłe doświadczenie! Śpieszę je przelać na papier dziennika. Od wschodu, z pomrukami burzy, nadciągają chmury. Ściemnia się. Jem kolację złożoną z czegoś w rodzaju placka z soczewicy z awokado, ryżem i jarzynami. To już ponad tydzień, jak żyję niczym pustelnik w tej chatce pośrodku puszczy amazońskiej.

To stanie się jutro.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Gdy byłem kimś innym. Publikację kupicie w księgarni internetowej wydawcy!

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Gdy byłem kimś innym
Stéphane Allix 1
Okładka książki - Gdy byłem kimś innym

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie...

dodaj do biblioteczki
Reklamy
Recenzje miesiąca
Dom marionetek
Natasza Socha
Dom marionetek
Oszukany czas
Kinga Tatkowska
Oszukany czas
Kilka niedużych historii
Katarzyna Wasilkowska
Kilka niedużych historii
Szukając nadziei
Adrianna Klara Kłosińska
Szukając nadziei
Sercem i rozumem
Wojciech Sobina
Sercem i rozumem
Pani z wieży
Magdalena Wala
Pani z wieży
Dobry chłopak
Iwona Wilmowska
Dobry chłopak
Domek na końcu świata
Danuta Noszczyńska
Domek na końcu świata
Pokaż wszystkie recenzje