Spotkanie. Fragment książki „Gdy byłem kimś innym"

Data: 2020-07-13 11:22:40 Autor: Piotr Piekarski

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie przypuszcza nawet, co go tam spotka. W czasie jednej z medytacji ma wizję, niczym sen na jawie: widzi żołnierza II wojny światowej, esesmana, który umiera, trafiony w gardło odłamkiem pocisku. Jednocześnie w jego umyśle pojawiają się inne obrazy i informacje: imię, nazwisko, stopień wojskowy. Doświadczenie to bardzo go porusza, czuje bowiem dziwne pokrewieństwo z tym żołnierzem. Gdy po powrocie do kraju, odkrywa, że ten człowiek rzeczywiście istniał, rozpoczyna swe prywatne, emocjonujące śledztwo. Czy znajdzie wreszcie odpowiedź na egzystencjalne pytania, które się w nim kotłują od zawsze? Aby się o tym przekonać, należy sięgnąć po książkę Gdy byłem kimś innym, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Co-libris.

W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Gdy byłem kimś innym. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

ROZDZIAŁ 3

Spotkanie

Słońce jest już wysoko, gdy zaczyna się to szczególne doświadczenie. Na przejrzystym niebie orły jak zwykle tańczą nad moją głową. Kończę serię ćwiczeń fizycznych, zanim zrobi się zbyt gorąco. Czuję się świetnie, odnajduję swoje ciało, czuję pracę mięśni, krążącą energię. Mój umysł się uspokaja. I nagle intuicja każe mi się zatrzymać, znieruchomieć i wsłuchać się w doznania. Kładę się więc na łóżku, zamykam oczy. Nie wiem, dlaczego to robię, oddaję się marzeniom. Leżę z zamkniętymi oczami, mój umysł zaczyna błądzić. Początkowo nie wiem, co robić, ale po chwili zaczynam sobie wyobrażać, że jestem latającym orłem. Nagle wracam myślą do brata, Thomasa, i do ojca. Stoją naprzeciwko mnie na znanej mi drodze. Thomas ręką pokazuje mi przestrzeń przed nami. Nie rozumiem. Czy to jakieś przesłanie? Co takiego chce mi pokazać? Stopniowo wzbijam się ponownie do lotu. Wizualizuję sobie w myślach dolinę, gdzie się znajduję, jakbym był ptakiem, jednym z orłów, które zapewne w tym momencie rzeczywiście krążą nade mną. Widzę z góry swoją chatkę, potem szybuję w stronę rzeki, jakby mój duch przelatywał nad nią na sporej wysokości. W tym momencie jestem doskonale świadomy, że to ja tworzę tę wizję. Lecz nagle dzieje się coś zaskakującego. Nachodzi mnie, z pełną ostrością, wizja, której nie wyreżyserowałem: lecę wciąż ponad rzeką, ale tym razem dostrzegam zbliżających się ludzi. Ludzi brodzących w rzece. Z tej wysokości to zaledwie czarne punkciki. Czy to Indianie zamieszkujący dawniej tę dżunglę? Konkwistadorzy? Podlatuję bliżej i w miarę, jak obniżam lot, rzeka znika, a roślinność ustępuje miejsca całkowicie białemu pejzażowi, jakby pokrytemu śniegiem. Jestem teraz na poziomie ziemi. Zdumiewające: widzę czołg oraz idących za nim ludzi. To żołnierze, Niemcy, jest wojna. Idą naprzód, chroniąc się za czołgiem. I co dziwniejsze, jestem jednym z nich. Jestem oϐicerem SS. Widzę twarz, która z krzykiem pochyla się nade mną, widzę zniszczoną wioskę. Czuję, że za chwilę umrę, ranny w szyję odłamkiem pocisku, który uszkodził tętnicę. Umieram.

Jestem osłupiały i oszołomiony intensywnością tego przeżycia.

Wciąż leżę z zamkniętymi oczami, całkowicie przytomny i świadomy, na swojej pryczy w Peru, a jednocześnie mój duch jest przerzucony w inny czas, w inne miejsce. Nagle odkrywam, że wiem, jak się nazywa ten mężczyzna. Jego imię, Alexander, wyłania się z nicości i narzuca niczym oczywistość. Nie widzę wyraźnie jego twarzy, jedynie tyle, że jest jasnym szatynem, prawie blondynem, z włosami dość krótko przyciętymi przy karku i skroniach, a dłuższymi na czubku głowy. Widzę, jak posuwa się wśród zniszczeń i trupów. Wszystko jest białe, jakby pokryte gipsowym pyłem lub śniegiem. Sylwetki zaś są czarne. Zasycha mi w gardle. Alexander ma na sobie długi, ciemny płaszcz. Mężczyzna jest wysoki i chudy, ale proporcjonalnie zbudowany, z długimi i szczupłymi mięśniami. Scena jego śmierci się powtarza.

Skąd to uczucie, że chodzi o mnie?

To wprost niewiarygodne, zbyt silne, to niemożliwe... Proszę o jakiś element, który mógłbym sprawdzić później, i widzę coś, co wydaje się dowodem osobistym, zapisanym pismem gotyckim. Dostrzegam „Herman” w miejscu przewidzianym na nazwisko. Nazywa się Herman, Alexander Herman. Podobnie jak w przypadku imienia dociera do mnie oczywistość jego stopnia wojskowego: „Obersturmführer” wyskakuje w moim umyśle, umyśle kogoś, kto nie mówi ani słowa po niemiecku. Jestem bombardowany kolejnymi wizjami. Jak gdyby sceny z życia przewijały się z impetem przed moimi zamkniętymi oczami. Sceny z jego życia w cywilu. Widzę jakąś dziewczynkę, blondyneczkę, radosną i uśmiechniętą, w wieku dwóch, trzech lat. Jest z nią. Czy to jego córka? A potem znowu śmierć, wrzeszczące twarze. I wtem widzę go na brzegu jeziora, w sielskim pejzażu. Jest lato. Alexander ma nagi tors. Koło niego leży na brzuchu inny mężczyzna. Jest starszy od niego, widzę dobrze jego twarz. Czuję silną więź między nimi. Czy są kochankami? Wewnątrz lewego przedramienia Alexandra dostrzegam tatuaż z cyfrą „25”. I znowu zniszczone miasto lub miasteczko, odnoszę wrażenie, że chodzi o miejscowość zwaną Bagneux lub Bayeux, nie... Ani jedno, ani drugie... Ale coś zbliżonego. A teraz znów widzę dziewczynkę w tej sielskiej scence, w towarzystwie Alexandra i tego drugiego mężczyzny. Blond włosy małej obcięte są równo do linii brody. Widzę następnie Alexandra w Paryżu, jakby spacerował w V dzielnicy, w górze rue Gay-Lussac, w miejscu, gdzie przechodzi ona w rue Claude Bernard. Wchodzi potem do pobliskiego Ogrodu Luksemburskiego... Odwraca się i patrzy mi w oczy z pewną ϐiglarnością, jakby się bawił moim zdumieniem. Mogę wówczas przyjrzeć się dokładnie jego twarzy. Później znów widzę, jak upada. Krew, pulsując, wypływa z jego szyi i plami kołnierz, ziemię. Alexander chwyta się za gardło. Życie z niego ucieka, wzrok gaśnie. Na Alexandra opada biały pył. Ziemia wokół, rozorywana eksplozjami, wyrzuca fontanny śniegu i ognia, wściekłości i zimna. Jest martwy. Jest mną. Jego ciało jest moim.

Gdy po upływie pół godziny ta wizja się kończy, jestem zupełnie ogłuszony. To doświadczenie było tak bardzo zaskakujące, niezrozumiałe i tak potężne. Czyżbym sobie to tylko wyobraził? Ale dlaczego? Kim jest ten człowiek? Co się tak naprawdę przed chwilą wydarzyło?

Po południu i przez kolejne dni nie udaje mi się wymazać obrazów tego Niemca. Przybył tu z mrocznej otchłani, wszedł do mojej rzeczywistości i w niej pozostał, jakby żył we mnie. Wracam pamięcią do tego ponurego krajobrazu przemocy i śmierci, do spojrzenia Alexandra... Ale nawet przez moment nie przypuszczam wstrząsu, jaki nastąpi po moim powrocie do Francji.

Gdy odkryję, że ten człowiek istniał naprawdę.

ROZDZIAŁ 4

Potwierdzenie

W kolejnych dniach, pomimo frapującego charakteru tamtego doświadczenia, dochodzę do wniosku, że musi istnieć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Dlatego też jeszcze przed końcem pobytu w puszczy amazońskiej nabieram wobec niego pewnego dystansu. Twarz mężczyzny z mojej wizji nadal zajmuje moje myśli, ale niesamowitość tego zdarzenia ustępuje powoli miejsca psychologicznej interpretacji, choć jego wymowa pozostaje wciąż tajemnicza.

Nie mogę po prostu uwierzyć, że ten człowiek mógłby rzeczywiście istnieć. To byłoby niebywałe, zbyt niepokojące. Nie, źródło tych obrazów musi tkwić w moim umyśle. To z pewnością moja wyobraźnia ułożyła cały ten scenariusz. Gdybym miał wymyślić na poczekaniu nazwisko, które brzmi z niemiecka, najpewniej powiedziałbym Herman lub ewentualnie Helmut. Co do imienia Alexander, napisałem wspólnie z Michałem, księciem Grecji i Danii, książkę o Aleksandrze Wielkim, a postać tego Macedończyka fascynuje mnie od czasu pierwszych podróży do Azji Środkowej. Co do stopnia Obersturmführera, musiałem je usłyszeć w jakimś ϐilmie albo znaleźć w jakiejś książce, jak na przykład Łaskawe, monumentalnej powieści Jonathana Littella, która zdobyła w 2006 roku Nagrodę Goncourtów, a która jest mrożącą krew w żyłach historią oϐicera SS. Ta książka bardzo mnie poruszyła. A co z resztą? Nie wiem... Tak więc, nawet jeśli to spotkanie było niesamowite, nie widzę powodu, dla którego należałoby je uznać za coś innego niż tylko dość oryginalny wynik pewnych nieświadomych procesów. Niemniej obiecuję sobie, że jak wrócę do Francji i będę miał dostęp do internetu, sprawdzę to w Google. Tak dla świętego spokoju.

W dniu mojego wyjazdu strugi ulewnego deszczu rozdzierają niebo, znacząc początek opóźnionej pory deszczowej. Rzadko widywałem coś podobnego: dosłownie ściana wody zwala się na las. Ścieżka staje się strumieniem, moje buty są kompletnie mokre i pomimo założenia od razu przeciwdeszczowego poncho jestem po przejściu na piechotę drogi do wioski przemoczony do suchej nitki. Tam czeka na mnie samochód. Ściśnięty wśród tubylców w ledwo zipiącej taksówce z zaparowanymi szybami, mam wrażenie, że podróżuję w zamkniętej, trzęsącej się klatce. W końcu docieram do centrum Tarapoto. W mieście ulewa się uspokaja i mogę się przebrać, zanim dotrę na lotnisko.

Zawsze bardzo się cieszę, gdy wyruszam w podróż, i tak samo się cieszę, gdy przychodzi moment powrotu do domu. Bo w nim odnajdę osoby, które kocham, ja – samotnik niemogący żyć bez czułości swoich bliskich.

Ten paradoks to moje życie.

Wyrwawszy się ze świata na kilka tygodni, wracam z przeczuciem, że szukanie równowagi w samotności, z dala od zamętu życia społecznego, stanowi tylko część rozwiązania. Prawdziwy spokój wewnętrzny pojawi się wówczas, gdy zanurzony w codzienności, nauczę się nie podlegać jej wstrząsom. Chciałem uwolnić się, uciec, ale teraz, skonfrontowany z obecną we mnie złością, zdaję sobie sprawę, że nie uda mi się jej całkowicie uleczyć, odcinając się zupełnie od społeczeństwa, nawet jeśli o tym marzę. To raczej stawiając czoła temu, co wywołuje we mnie wzburzenie, a nie chroniąc się przed tym, uda mi się w końcu zrozumieć przyczynę i ją uzdrowić.

Odosobnienie otwarło we mnie pewne drzwi, co nie znaczy, że problemy znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podczas tych tygodni przerwy otworzyłem się na niewidzialne, zyskałem więcej energii i pozwoliłem rozwinąć się intuicji. Trzeba jednak kontynuować tę pracę tutaj, w normalnym życiu, pośród codziennych wyzwań.

Teraz muszę pilnować, żeby nie zasnęło to, co zostało obudzone. Tylko jakie znaczenie w tym kontekście może mieć historia z Niemcem?

Nazajutrz po powrocie wpisuję z ciekawości jego nazwisko do wyszukiwarki internetowej, dodając mu te dwie potworne litery: SS. Próbuję „Herman” z jednym „r”, potem z dwoma, następnie z jednym lub dwoma „n”. Kontynuuję poszukiwania, wpisując „Alexander” lub „Alexandre”. W ciągu zaledwie kilku minut znajduję dwa nazwiska „Alexander Herrmann” w czymś, co wygląda na rejestry oϐicerów SS sporządzone po polsku i dostępne online. Minuty stają się godzinami, ale nie udaje mi się uzyskać nic więcej oprócz potwierdzenia dwóch pierwszych wyników: było dwóch oϐicerów SS, którzy nazywali się Alexander Herrmann.

Ale tylko jeden z nich miał stopień Obersturmführera.

I ta chwila jest niezwykła.

Czuję się jak ktoś, kto próbuje utrzymać równowagę na wąskiej belce wiszącej nad mroczną otchłanią.

Nie wiem, czy się tego spodziewałem. Jestem oczywiście oszołomiony, ale szczerze mówiąc, nie potraϐię się przemóc, żeby nie widzieć w tym tylko zwykłego zbiegu okoliczności. W głębi duszy nawet nie ośmielam się dopuścić innych hipotez. No bo, obiektywnie rzecz biorąc, jak mógłbym? Tak, ta zbieżność jest niesłychana, ale czy można stąd wyciągnąć jakiś wniosek? Racjonalny – żaden. To niewiadoma, osobliwa zagadka. Może to być dość dziwny przypadek lub też zjawisko znacznie bardziej niepokojące. Tak naprawdę nie potraϐię pójść dalej. Od kiedy jestem dziennikarzem, gdy staję w obliczu czegoś niezwykłego, spontanicznie staram się znaleźć racjonalne wytłumaczenie. W tej historii musi chodzić o coś dziwnego, z pogranicza przypadku i synchroniczności. Czuję, że coś się wydarzyło, ale wyprowadzanie z tego jakichś szalonych scenariuszy nie leży w mojej naturze.

W tej historii wojna i przemoc stanowią elementy centralne, co w odniesieniu do mojego życia ma znaczenie: jeszcze jako młokos zdecydowałem, że zostanę reporterem wojennym, wrażliwy na przemoc tego świata i jednocześnie nią zafascynowany.

I podobnie jak szczególny sen, który ma odegrać rozstrzygającą rolę w pracy psychoterapeutycznej, coś mi mówi, że klucz do tej wizji znajduje się prawdopodobnie w meandrach mojej psychiki. Klucz, o ile w ogóle istnieje, będzie mógł się objawić raczej podczas psychoterapii niż w wyszukiwarce Google.

To prawda, że nawet jeśli jestem trochę zaszokowany tym odkryciem, to intuicja prowadzi mnie bardziej w kierunku psychologii niż gdzie indziej. Znalezienie na listach tysięcy oϐicerów nazwiska identycznego z tym z mojej wizji wydaje mi się – używając terminu psychoanalitycznego – znaczącą koincydencją.

A więc ten Obersturmführer Alexander Herrmann istniał naprawdę.

Książkę Gdy byłem kimś innym kupicie w księgarni internetowej wydawcy!

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Gdy byłem kimś innym
Stéphane Allix 0
Okładka książki - Gdy byłem kimś innym

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie...

dodaj do biblioteczki
Recenzje miesiąca
Zaczekaj na mnie
Monika Michalik;
Zaczekaj na mnie
Topielice
Sylvia Wilczyńska
Topielice
Siódma ofiara
Aleksandra Marinina;
Siódma ofiara
Katastrofalny błąd
Iwona Wilmowska;
Katastrofalny błąd
N.P.
Banana Yoshimoto
N.P.
Cyklon
Przemysław Semczuk
Cyklon
Hotel Aurora
Emilia Teofila Nowak;
Hotel Aurora
Pokaż wszystkie recenzje