reklama

W poszukiwaniu odpowiedzi. „Gdy byłem kimś innym" Stephane

Data: 2020-06-24 14:33:55 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie przypuszcza nawet, co go tam spotka. W czasie jednej z medytacji ma wizję, niczym sen na jawie: widzi żołnierza II wojny światowej, esesmana, który umiera, trafiony w gardło odłamkiem pocisku. Jednocześnie w jego umyśle pojawiają się inne obrazy i informacje: imię, nazwisko, stopień wojskowy. Doświadczenie to bardzo go porusza, czuje bowiem dziwne pokrewieństwo z tym żołnierzem. Gdy po powrocie do kraju, odkrywa, że ten człowiek rzeczywiście istniał, rozpoczyna swe prywatne, emocjonujące śledztwo. Czy znajdzie wreszcie odpowiedź na egzystencjalne pytania, które się w nim kotłują od zawsze? Aby się o tym przekonać, należy sięgnąć po książkę Gdy byłem kimś innym, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Co-libris.

Dziś w naszym serwisie prezentujemy premierowy fragment publikacji:

ROZDZIAŁ 1

Wyjazd

Gdy samolot przelatuje nad roślinnym oceanem puszczy amazońskiej, nawet nie przeczuwam, co mnie tu spotka. Z pewną niecierpliwością smakuję ostatnie chwile podróży, którą zacząłem prawie dobę temu w Paryżu.

Jeszcze kilka minut i maszyna lecąca z Limy, stolicy Peru, dotyka wilgotnego lądowiska w tropikalnym mieście Tarapoto.

Czyż można było sobie wyobrazić, że moje życie przyjmie taki obrót? Spotkanie nastąpi tutaj, ale równie dobrze mogłoby się wydarzyć w Paryżu lub gdzie indziej. To nie miejsce jest ważne, ale czas. A moment okazuje się szczególny: po latach intensywnej pracy daję sobie wreszcie wolne. Robię pauzę.

To okazja, abym zastanowił się nad swoim życiem.

Od tak dawna działam pod presją czasu! Teraz czuję, że muszę się odnaleźć, zyskać potwierdzenie, że jestem na właściwej drodze, baczniej przyjrzeć się ranom, jakie w sobie noszę, zrozumieć swoją złość, uzdrowić cienie. Moja złość nie przejawia się w gestach, ale raczej w niemal ciągłym, wewnętrznym niepokoju. Uleczenie się z tego stało się dla mnie bezwzględną potrzebą, kwestią zdrowia, wręcz przeżycia.

Są takie chwile w życiu, gdy czujemy, że coś jest nie tak, gdy konieczność zmiany staje się przymusem. Dokładnie w tym punkcie dziś jestem. Nie mogę się już wycofać.

Odkryję, że gdy prosimy wszechświat o pomoc, los daje nam wsparcie. Nawet jeśli czasem trudno nam sobie z tego zdać sprawę, tak dzieje się zawsze.

Obcowanie od tylu lat na co dzień ze śmiercią pozwoliło mi zrozumieć, jak bardzo niesłuchanie naszego wewnętrznego głosu i niechęć do przyjrzenia się temu, co w nas cierpi, oznacza tak naprawdę rozminięcie się z własnym życiem.

Odłożyć na później oznacza często odłożyć na za późno.

Mój brat zginął na moich oczach w wypadku samochodowym. Dopiero co przekroczył trzydziestkę, mężczyzna w pełni sił. Ułamek sekundy i już go nie było. Umiał podążać za swoim instynktem i nigdy nie szedł na ustępstwa. Miał rację.

Towarzyszyłem również w ostatnich chwilach życia mojemu osiemdziesięciopięcioletniemu ojcu. Tuż przed śmiercią wypowiedział zdanie, które na zawsze zapadnie mi w pamięć. Siedząc na szpitalnym łóżku, popatrzył na mnie i rzekł ze zdziwieniem: „Gdy myślę o przyszłości, to rozumiem, że to już koniec, a gdy patrzę w przeszłość, widzę, że życie przeleciało w mgnieniu oka”. Powiedział to, pstrykając palcami i ze wzrokiem pełnym zdumienia wobec tego nieodwołalnego faktu. Co chciałby zmienić, gdyby mógł cofnąć czas? Czego nie doprowadził do końca, kiedy było to jeszcze możliwe? Co mógł był uzdrowić? Czego żałował u schyłku życia?

Doświadczenie mnie nauczyło, jak ważne jest podążanie za głosem intuicji, nawet jeśli zdaje się nas ona prowadzić ku burzliwym zmianom. Jeżeli chcemy się uwolnić, musimy podjąć ryzyko i podać w wątpliwość swoje dotychczasowe przekonania. Świat to jedna wielka niepewność, ale czy to powód do bezczynności, kiedy nasze wewnętrzne „ja” nawołuje do działania? Z pewnością zawsze znajdą się dobre wymówki, aby się nie ruszać. Tylko jak długo możemy odkładać na później odkrycie, kim naprawdę jesteśmy, podczas gdy wszystko w nas płonie? Czy to ostrożność, czy to rozum nas od tego odwodzi? A może siła przyzwyczajenia, lenistwo lub strach? Czyż to właśnie nie ta dobrowolna ślepota sprawia, że w końcu chorujemy?

Za długo już cofałem się przed tą konfrontacją, postanowiłem więc zrobić ten krok, bez względu na koszty. Wyjechałem, aby stanąć oko w oko ze sobą, w samotności i w medytacji, bez klapek, jakie na oczy stale nakłada codzienne życie. Wybieram się zatem na odosobnienie z dala od świata, pragnąc spotkać się sam ze sobą. Nawet nie wyobrażam sobie, jak bardzo dosłowne okaże się to doświadczenie.

Mam szczęście, że moją towarzyszką życia jest kobieta podobna do mnie. Wczoraj Natacha odwiozła mnie na lotnisko Roissy. Żegnając się na parkingu, objęliśmy się mocno. Przytulony do niej, pojąłem tę niewiarygodną rzecz: moja żona jest moim schronieniem. Jakże bardzo mi na niej zależy! Konieczność rozłączenia uścisku okazała się prawdziwą udręką, mieliśmy się rozstać na wiele tygodni. Nie chciałem w tym momencie niczego dać po sobie poznać. Nasze ręce się rozdzieliły, ja poszedłem w stronę hali odlotów, a Natacha odjechała samochodem. Płakaliśmy oboje. Życie, które we mnie buzuje z taką gwałtownością, ma wpływ na naszą relację. Ale przeżywamy z Natachą tak wiele cudownych chwil, że oczywiste jest dla nas, iż musimy starać się rozjaśniać nawzajem nasze strefy cienia. I tak wzrastamy razem, w zaufaniu i wzajemnym szacunku. Nasza miłość pozwala jej zrozumieć i zaakceptować moją potrzebę samotności. I jestem jej za to niezmiernie wdzięczny.

Tuż przed wejściem do samolotu, wciąż jeszcze poruszony, dostaję esemes od mojej córki Luny: „Podróżuj jak niegdyś”. Kolejna fala emocji. Jej delikatność i siła intuicji nie przestają mnie zaskakiwać. Noworodek, którego jeszcze nie tak dawno trzymałem czule na rękach, jest już dorosłą osobą o ogromnej dojrzałości. Jakże szybko płynie czas na twarzach naszych dzieci. Cóż za radość obserwować, jak kształtuje się istota ludzka. Istota ludzka, dla której bez wahania oddalibyśmy wszystko. Jakże piękny i oczywisty jest ten rodzaj miłości.

Jeśli intensywność emocji towarzyszących mojemu odlotowi ma być równa temu, co mnie czeka podczas podróży, to chyba powinienem zapiąć pasy.

Koła samolotu dotykają ziemi. W oknach miga grzywa drzew okalających lądowisko, potem maszyna zwalnia i kołuje na miejsce postojowe przed budynkiem lotniska. Rozgorączkowanie pasażerów, odgłosy włączanych telefonów, niecierpliwie otwierane schowki bagażowe. Przez odblokowane drzwi wdziera się do kabiny wilgotne ciepło i zapach mokrej ziemi wraz z wyziewami paliwa. Wysiadam po chwili, wchodzę do niewielkiego budynku lotniska, odbieram bagaż i wyruszam w kierunku ośrodka poza miastem, gdzie mam się zatrzymać.

Zbliża się pora deszczowa, niskie chmury zaczynają się już gromadzić na niebie parę kilometrów na północ. Zostawiam w tyle ostatnie zabudowania Tarapoto, przede mną rozpościera się pofałdowany pejzaż złożony z pagórków, pól i bujnego lasu, gorącego i hałaśliwego. Wkrótce asfalt zmienia się w czerwoną drogę gruntową. Dotarłszy do wioski, wysiadam z auta i resztę trasy pokonuję pieszo.

Po trzech kwadransach marszu, spływając potem, docieram do miejsca zwanego Terra Nova – „Nowa Ziemia”. Nazwa mi pasuje i oddalenie też. Kilka wielkich, czarnych głazów, niczym schrony na rozległym placu. Pierwszą noc spędzam w hamaku zawieszonym pod prowizorycznym zadaszeniem. Moja chatka, położona dość daleko od głównego obozowiska, jeszcze nie jest całkiem skończona. Zobaczę ją następnego dnia o świcie: platforma z grubych desek, dach z liści palmowych. Ściany będą zrobione ze zwykłej moskitiery, którą trzeba jeszcze naciągnąć. Całość znajduje się pod potężnym drzewem zwanym ojé, jak tłumaczy mi Yann, młody Francuz, który prowadzi ośrodek od niedawna. To tutaj spędzę najbliższe tygodnie, w tej chatce otwartej na cztery strony świata. Tylko ja, z samym sobą... I z duchami.

Łóżko pokryte prostokątną pianką, cienkie prześcieradło, stół i krzesło: raj introspekcji. Ubikacja: dziura w ziemi. Prześwit w roślinności przed chatką pozwala mi widzieć niebo. Poza tym dokoła gigantyczne drzewa sięgają listowiem bardzo wysoko. Yann wyjaśnia mi, że ścieżką, której będę jedynym użytkownikiem, można zejść do rzeki płynącej jakieś pięćdziesiąt metrów poniżej. W obozowisku jest coś w rodzaju pryszniców, ale myślę, iż rzeka powinna wystarczyć. Pragnę samotności. Posiłki będą mi przynoszone dwa razy dziennie. Odosobnienie będzie więc totalne. Marzenie.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Gdy byłem kimś innym. Publikację Stephane'a Allixa kupicie w księgarni internetowej wydawcy!

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Gdy byłem kimś innym
Stéphane Allix 1
Okładka książki - Gdy byłem kimś innym

Aby zrobić bilans swego życia, Stéphane Allix, francuski dziennikarz śledczy, udaje się do amazońskiej dżungli na medytacyjne odosobnienie. Nie...

dodaj do biblioteczki
Reklamy
Recenzje miesiąca
Dom marionetek
Natasza Socha
Dom marionetek
Oszukany czas
Kinga Tatkowska
Oszukany czas
Kilka niedużych historii
Katarzyna Wasilkowska
Kilka niedużych historii
Szukając nadziei
Adrianna Klara Kłosińska
Szukając nadziei
Sercem i rozumem
Wojciech Sobina
Sercem i rozumem
Pani z wieży
Magdalena Wala
Pani z wieży
Dobry chłopak
Iwona Wilmowska
Dobry chłopak
Domek na końcu świata
Danuta Noszczyńska
Domek na końcu świata
Pokaż wszystkie recenzje