Nie pozwolą mi odejść. "Syrena"

Data: 2021-08-04 10:01:18 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Życie Łukasza Kostrzyńskiego, znanego jako Kosa, zmienia się w pewien upalny sierpniowy wieczór. Podczas grilla w nadwiślańskich zaroślach natyka się ON na istotę, której nie potrafi opisać, choć prowadząc życie typowego warszawskiego chuligana, widział już niejedno. Przyciśnięty do muru na przesłuchaniu, oznajmia policji, że zaatakował go smok.

Na praskim brzegu Wisły podczas porannego joggingu mężczyzna odkrywa zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Śledztwo zostaje przydzielone komisarzowi Norbertowi Zawickiemu, mającemu łatkę miłośnika spraw dziwnych. Policjant z każdym nowym tropem utwierdza się w przekonaniu, że ta zbrodnia faktycznie należy do osobliwych, podejrzewa nawet, że nie dokonał jej człowiek. Tymczasem zaczynają pojawiać się kolejne ofiary... Czy morderczy stwór sprzed wieków nadal krąży po mieście?

Obrazek w treści

Do lektury najnowszej powieści Mariusza Kaszyńskiego Syrena zaprasza Wydawnictwo Lira. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment książki, tymczasem już teraz zachęcamy do przeczytania kolejnej jego części:

Klima nawalała, nawalała, aż wreszcie zdechła. Prędzej czy później musiało się tak skończyć. W sumie i tak wybrała najlepszy możliwy moment, bo po ponad dwóch tygodniach niemiłosiernych afrykańskich upałów wreszcie niebo zasnuły chmurki. No może nie do końca zasnuły, zbyt wiele pozostało dziur, które słońce uparcie odnajdywało, by wesoło pomachać do na wpół uwędzonych maluczkich, ale przynajmniej nie był to już nieprzenikniony i — zdawałoby się — nieskończony błękit.

Otwarcie okien nie na wiele się zdało. Mimo wczesnej pory wnętrze samochodu przypominało rozgrzaną puszkę. Ot taka sauna dla ubogich i zapracowanych. Szkoda tylko, że nie można się było ubrać jak w saunie, a właściwie w niej rozebrać.

Norbert podjechał do krawężnika i zaparkował obok stojącego tam radiowozu. Z wozu wyskoczył młody chłopak. Zielony na twarzy i na chwiejnych nogach. Bijący od niego na kilometr kwaśny odór zdradzał, że wymiotował.

Plamy na butach i nogawkach tylko to potwierdzały.

— Odjeżdżamy stąd — warknął.

— Komisarz Zawicki. — Norbert machnął legitymacją.

— A tak, jasne. — Chłopak bąknął zdecydowanie nie służbowo i natychmiast się odwrócił. Sądząc po skurczach ramion, walczył z kolejną falą mdłości.

Norbert minął go obojętnie, nie był służbistą. Ale znał kilku takich. Gdyby młody napatoczył się na któregoś, dostałby nieźle po dupie.

Jego raczej zastanawiało, co tak wstrząsnęło chłopakiem. Może po prostu był jeszcze zielony i dopiero odkrywał uroki bycia policjantem. Nie tylko mundur i szacunek (jaki szacunek? częściej pogarda lub jawna wrogość), ale też krew, smród i zgnilizna. Może.

Albo… Od chwili, gdy tylko otworzył rano oczy, miał niesprecyzowane złe przeczucia. Zaczęło się od klimy, ale nie musiało na niej zakończyć.

Zazwyczaj nie wierzył w tego typu sprawy. Przeczucia. Obawy. Człowiek ma je codziennie. Jeśli nic się nie wydarzy, szybko o nich zapomina, a jeśli jednak coś go spotka, natychmiast krzyczy „a nie mówiłem!”. A przecież gówno tam przewidział. Po prostu cały czas większość z nas ma za uszami myśl, że zaraz coś się spieprzy. A że życie pieprzy się na okrągło, to i łatwo o sprawdzalność takich przepowiedni.

Młody nie był tu przecież sam, więc zamiast czekać, aż chłopak powstrzyma torsje, Norbert ruszył w dół wydeptaną ścieżką biegnącą w stronę Wisły.

— Witam, komisarzu! — Kolejny napotkany policjant rozpoznał go z daleka.

Może Warszawa to spore miasto, ale ciężko było tu o anonimowość. Większość zwykłych krawężników znała jeśli nie jego nazwisko, to przynajmniej stopień. Owszem, robił w kryminalnej dość długo, by nie powiedzieć za długo, jednak przecież nie spotkał się z nimi wszystkimi osobiście.

— Nie powiem dzień dobry — usłyszał.

Pora na odpoczynek. No cóż, jeszcze tylko trochę.

— Aż tak źle? — zapytał, gdy podszedł bliżej.

— Brak słów. To trzeba zobaczyć.

Trzeba zobaczyć. Tak można reklamować spektakl, film, od biedy wystawę w muzeum, choć raczej do takich przybytków nie zaglądał, ale miejsce zbrodni? Słysząc te słowa, od razu wiedział, że z całą pewnością nie chce oglądać tego, co zastanie na końcu ścieżki. Tyle że nikt nie raczył dawać mu wyboru. Za to właśnie mu płacili — by babrał się w brudach. Dostawał polecenie i jechał. Przełożony miał w dupie jego opinię. Tak samo zresztą, jak on miewał w dupie opinie szefa o sobie. Kariery w policji stołecznej już raczej nie zrobi, do emerytury jeszcze daleko, ale bliżej niż do początku służby. Pozostawało jedno — przetrwać do końca.

Przystanął i przetarł ręką czoło. Mimo częściowo zachmurzonego nieba żar był niemiłosierny. Robił kilka kroków i cały spływał potem. Co za pogoda! W dodatku prognozy przewidywały, że upały jeszcze potrwają.

— Kim jest ofiara? — zagadnął.

— No, kobieta.

— Mamy personalia?

Policjant pokręcił głową.

— W jakim wieku?

Mężczyzna wzruszył ramionami. Dopiero teraz Norbert zauważył, że on również jest blady. Może nie struty, tak jak jego kolega przy radiowozie, ale wyraźnie przygaszony.

Na odpowiedź czekał dłuższą chwilę.

— Gdyby nie ręka, co ją, no, znaleźliśmy, to nie poznalibyśmy, że to kobieta — wyjaśnił mundurowy wolno, jakby z zastanowieniem. — Ręka i ten, no, cycek. Znalazł go jeden z ekipy.

— Cycek? — Norbert powtórzył zaskoczony.

Policjant wykonał rękami nieokreślony gest.

— No, bardziej kawałek skóry.

Norbert popatrzył przed siebie. Stąd już widział techników w ich wesołych kombinezonach, krzątających się na miejscu zbrodni ogrodzonym niebieskim parawanem.

Widok jeszcze w znacznym stopniu zasłaniały zarośla, ale był już niemal na miejscu. Dałby jednak wszystko, by móc zawrócić. Teraz zrozumiał dziwny ton szefa, gdy ten zlecał mu sprawę.

— Coś jeszcze znaleźliśmy?

Jego rozmówca zrobił się bledszy, choć wydawało się to niemożliwe. Idealny kandydat do reklamy białej farby.19

— No, raczej wszystko.

— Nie rozumiem.

Chyba rozumiał, ale nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Niech powiedzą mu to wprost.

— Sądzę, że ona jest tu, no, cała, wie pan komisarz, tyle że jakby, no, przepuszczona przez maszynkę do mięsa…

Norbert wlepił w niego oczy. To nie był żart. Facet w takim stanie nie potrafiłby żartować.

— …albo, no, rozsadzona — dorzucił policjant po krótkiej przerwie. — Rozerwana na strzępy.

— Co tu się działo?

— Nie wiem! — W głosie mężczyzny brzmiała nuta paniki.

Norbert położył mu dłoń na ramieniu. Czuł się dziwnie — uspokajać tak na oko czterdziestoparoletniego chłopa, który zapewne w życiu widział już niejedno. Najwyraźniej jednak nic takiego jak dzisiaj.

— Nie pytam o zbrodnię. Kto nas zawiadomił?

Policjant odzyskał nieco pewności siebie. Głęboko odetchnął.

— A, o to chodzi. No, jakiś sportowiec, biegacz znaczy.

No, z tych, co to rano wstają i nie wiedzą, jak parę spuścić, to gonią po parkach Bóg wie za czym.

— Dla zdrowia — wtrącił odruchowo Norbert.

— Tak gadają. I ja nawet kiedyś też dałem się wkręcić. Pobiegałem rano, a potem mnie przez dwa tygodnie tak kostka rwała, że no… — nie dokończył. — Teraz, no, wolę inaczej energię z rana rozładować.

Norbert zdecydował nie dociekać, w jaki sposób.

— Gdzie on jest? — zmienił temat.

— Karetka już go, no, odwiozła. Widział pan komisarz Mateusza? On przy tym gościu jest szczytem zimnej krwi i opanowania. Tamten trząsł się jak ta, no, owsika.

— Osika — poprawił beznamiętnie Norbert.

Czasem wydawało mu się, że rozumie, dlaczego policjanci często są uważani za idiotów. Ale to nie był prawdziwy obraz. Przekrój funkcjonariuszy Policji Rzeczypospolitej Polskiej był identyczny jak przekrój społeczeństwa. Trafiali się kretyni i geniusze. Jednak w obu tych grupach ze wskazaniem na ilościową przewagę tych pierwszych.

— No może, nie znam się.

— Więc ten od joggingu ją znalazł?

— No, pewnie zbiegł w krzaczki się odlać. Jak przyjechaliśmy, miał zaszczane całe spodenki.

— Wskazał wam miejsce?

— A gówno wskazał. Ściskał tylko, no, komórę, z której nas wezwał. Próbował coś tam dukać, no i łapą machał. Ale, no, nie musiał za wiele pokazywać, wystarczyło pójść za śladem. — Dostrzegł pytające spojrzenie komisarza, więc dodał: — No, tego, co mu zalegało

w żołądku. Nie wiem, czy zjadł śniadanie, ale jeśli nie, to musiał, no, wyrzygać własne flaki, a przynajmniej większość z nich.

Faktycznie, Norbert widział ów szlak, ale sądził, że to głównie zasługa młodego z radiowozu.

Połyskująca zielonkawo mucha usiadła na przedramieniu komisarza. Strącił ją szybkim ruchem. Nie zwrócił dotąd na to uwagi, ale wkoło latała cała chmara robactwa, zwiedziona tu darmowym posiłkiem. Ciekawe, że to paskudztwo tak szybko lokalizuje nową stołówkę i zwala się do niej masowo. Mają jakieś robacze media, które ich o tym informują?

— Więc na dobrą sprawę nie wiemy nic? — Norbert oderwał myśli od natrętnego brzęczenia owadów.

— No, nie za wiele.

Zawicki powiódł wzrokiem ku uwijającym się technikom. Cała nadzieja w ich pracy. Ruszył w stronę parawanu odgradzającego miejsce zbrodni, ale zatrzymał się zaskoczony, zanim jeszcze do niego dotarł. Jakich słów użył policjant, z którym przed chwilą rozmawiał? Czy mówił coś o maszynce do mięsa? Norbert wziął to wtedy za barwny, lecz jednocześnie poetycki opis. Stąd, gdzie stał, dostrzegł jednak, że powinien potraktować wypowiedź dosłownie.

Prócz parawanu była jeszcze taśma. Technicy odgrodzili całkiem spory teren. Już z daleka widział, że poruszają się po nim dość dziwnie, teraz zobaczył dokładnie dlaczego — praktycznie cały pokryty był małymi strzępami ciała i kroplami krwi. Niemal nie sposób było zrobić kroku, by nie wdepnąć w jakieś resztki. Ofiarę faktycznie rozerwało lub zmieliło.

Czyżby sprawca wykorzystał rozdrabniarkę do drewna?

Norbert w zamyśleniu pokręcił głową. Musiałby być naprawdę szalony i mieć nerwy ze stali, by użyć czegoś takiego — było nie było — w środku Warszawy. Co z tego, że brzeg Wisły był w dużej mierze niezagospodarowany? To nie pustynia, kręciło się tu całkiem sporo ludzi.

Poza tym…

To nie rozdrabniarka. Ona załatwiłaby też kości, tym-czasem pod jednym z większych krzewów leżały zwłoki. Ciało. Komisarzowi oba te słowa przemknęły przez głowę i oba odrzucił. Nie oddawały rzeczywistości. Na wpół oparte,  jakby  siedząc,  spoczywały  tam  resztki  ofiary. W miarę kompletny szkielet oblepiony drobinkami mięsa. Przechylona — zdawałoby się figlarnie — czaszka szczerzyła zęby w jego kierunku.

Norbert przełknął ślinę, walcząc z układem pokarmowym, który uznał, że powinien zwrócić światu na wpół już strawione śniadanie. W tej chwili przestał się dziwić reakcji innych. Nawet ubrani od stóp do głów w kombinezony technicy nie byli w stanie ukryć bladości.

I tylko muchy bawiły się w najlepsze.

Nie było sensu przeszkadzać w oględzinach — skupienie to podstawa, zwłaszcza w takich sytuacjach. Norbert ruszył nieco w bok, w dół, świeżo wydeptaną — jak mu się zdawało — ścieżynką. Może ofiara właśnie tędy przyszła. Ofiara bądź sprawca.

Po kilku metrach nie widział już techników, skryły ich zarośla. Wokół rosło tyle zielska, że czuł się jak w dżungli. Zrobił jeszcze jeden krok, gdy z trawy przed nim wyprysnął podłużny, łuskowaty kształt. Komisarz odskoczył w tył i dopiero wtedy zauważył żółte plamy za głową gada. Zaskroniec. Spory. Chyba naprawdę okazała sztuka — jak nic przekraczał półtora metra.

Norbert roześmiał się cicho.

— Aleś mnie, cholera, przestraszył.

A czegoś się spodziewał? — odpowiedział w myślach. Boa dusiciela?

Ruszył dalej w ślad za gadem. Teren się obniżał i Norbert bardziej zeskoczył, niż zszedł z metrowej skarpy.

Po jego prawej rozległ się syk.

— Tu jesteś — mruknął.

Zwierzę wyglądało jednak nieco inaczej. Przede wszystkim rzucał się w oczy zygzakowaty wzór na jego ciele. To nie był zaskroniec. Żmija! Cholera, dotąd żadnego z tych dwóch gatunków nie widział w Warszawie, a tu proszę — oba na raz, jednego dnia. To się nazywa fart, niech go szlag trafi.

— Spokojnie, koleżanko, możemy się chyba rozejść w zgodzie? — rzucił półgłosem.

Czasem słyszał o żmijach pojawiających się w Warszawie, ale traktował to jak historyjki z gatunku legend miejskich. No, może w kilku było trochę prawdy, ale chodziło o dzielnice, w których ciężko poznać, że nadal jest się w stolicy.

Gad przyglądał mu się z zaciekawieniem. Tak w każdym razie wydawało się Norbertowi, bo skąd, do diabła, miał wiedzieć, jak wygląda zaciekawione spojrzenie żmii?

Za nim rozległ się kolejny syk. Tego było już trochę za dużo. Ostrożnie obrócił głowę — żadnych gwałtownych ruchów. Z trawy wyglądała kolejna żmija. Nie, co najmniej dwie. Splotły się ze sobą w czymś przypominającym miłosny uścisk.

Stary, zmywaj się stąd — do głosu doszedł zmrożony tym gadzim wysypem rozsądek.

Norbert zbliżył się na pół kroku do skarpy. Byle tam się dostać. Przecież nie rzucą się za nim.

Powoli.

Spostrzegł kolejne zygzakowate ciała. Cholera, ile ich było? Pięć lub więcej. To jakieś gniazdo?

Nieznacznie ugiął kolana, szykując się do skoku. Gady chyba to wyczuły, bo uniosły łby.

Nie pozwolą mi odejść — myśl absurdalna, lecz był przekonany, że prawdziwa. Żmije na niego czekały. Może nie konkretnie na Norberta Zawickiego, ale na kogoś, kto się pojawi. Nie miał czasu rozważać, czy to początki paranoi. Nie w tej chwili. Sprężył się, gotów skoczyć, ale bestie okazały się szybsze. Zaatakowały. I przynajmniej kilka z nich dosięgło celu.

Z krzykiem ruszył w stronę techników. Zwolnił tylko na moment, by sprawdzić, czy wizja wciąż uczepionych jego nóg gadów jest prawdziwa. Na szczęście nie była.

— Żmije! — zawył.

Dostrzegł zdumione spojrzenie jednego ze specjalistów kryminalistycznych. Przez maseczkę na twarzy nie zdołał go rozpoznać.

— Żmije!

— Co się stało?

— Ugryzły mnie!

— Jak to ugryzły? Ugryzła — sprostował technik.

Norbert podwinął nogawkę. Noga już puchła. Obrzęk był bolesny. Pojawiły się wybroczyny.

Szybko! — pomyślał. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić. Poza opuchlizną nic mu chyba nie dolegało, czuł się dobrze.

— Bez paniki. — Technik ruszył w jego stronę. — Dwie trzecie ukąszeń jest pustych, zwierzę nie wstrzykuje jadu. Oszczędza go, bo jest dla niego cenny.Komisarz zmusił się, by raz jeszcze przyjrzeć się nodze. Naliczył cztery podwójne ranki. Statystycznie rzecz biorąc, miał pewność, że w jego przypadku zwierzaki nie odstawiły fuszerki.

— Toś mnie, kurwa, pocieszył — mruknął pod nosem.

Dostrzegł podchodzącego mundurowego zwabionego przez krzyki.

— Wezwij karetkę — polecił mu.

Co  powinien  zrobić?  Usiąść,  położyć  się  na  ziemi i unieść nogi? Nie miał bladego pojęcia.

— Ugryzło? — Dociekliwość policjanta działała mu na nerwy, ale nie powiedział nic. — Moją, no, starą w zeszłym roku też ugryzło jakieś cholerstwo, noga, no, spuchła jej jak bania.

Zarechotał, jakby było w tym coś zabawnego, ale — widząc wzrok Norberta — momentalnie ucichł i złapał za radio.

Książkę Syrena kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Syrena
Mariusz Kaszyński0
Okładka książki - Syrena

Usiądź wygodnie i wsłuchaj się w szept wiślanych fal. Opowiedzą Ci o warszawskiej syrence. Tylko trzymaj się mocno. Będzie bolało... Życie Łukasza Kostrzyńskiego...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo