Tajemnica skrywana przez dekady może odmienić życie całej rodziny. „Rodzinny sekret" Grzegorza Gołębiowskiego

Data: 2022-06-23 14:11:32 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Marta Wielgórska przez wiele lat żyła w przekonaniu, że jest jedynaczką. Jej matka dopiero na łożu śmierci wyjawiła szokującą tajemnicę: dziecko nie zmarło w trakcie porodu, ale zostało przez nią porzucone w szpitalu. Dobiegająca osiemdziesiątki Marta postanawia zrobić wszystko, by odnaleźć swojego brata lub siostrę. Wspierana przez wnuka, zleca sprawę Adamowi Floriańskiemu, który prowadzi cieszące się renomą biuro genealogiczne. Poszukiwania prowadzone nowatorską metodą przynoszą efekty, jakich żadne z nich nigdy by się nie spodziewało. Czy odkrycie bolesnej rodzinnej historii przyniesie Marcie ukojenie? A może stanie się dla niej trudnym do zniesienia echem przeszłości, które od tej pory będzie jej towarzyszyć na każdym kroku?

Obrazek w treści

Do lektury powieści Grzegorza Gołębiowskiego, zatytułowanej Rodzinny sekret z cyklu o Adamie Floriańskim zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytać możecie premierowe fragmenty tej książki: 

Rozdział 1

„Kiedy jesteśmy młodzi, wymyślamy dla siebie różne przyszłości; kiedy jesteśmy starzy, wymyślamy dla innych różne przeszłości."

Julian Barnes, Poczucie kresu

Od kilku dni upał dopadał wszystkich z taką samą mocą. Wskazania termometru umieszczonego za oknem nie chciały zejść poniżej trzydziestu stopni Celsjusza mierzonych w cieniu. Wiatr nie przynosił ulgi. Zresztą w tym czasie Marta Wielgórska nie wychodziła na zewnątrz. W jej wieku lekarz zabronił jej przebywać na powietrzu, gdy słońce topiło asfalt z taką siłą. Niedawno skończyła osiemdziesiąt lat. Czekała na wnuczka, który poszedł zrobić zakupy. To nawet nie zakupy były najważniejsze. Cieszyła się, że będzie mogła znów z kimś porozmawiać. Dziś miała wielką ochotę opowiedzieć mu o historii, którą tylko raz, dawno temu, opowiedziała swojemu synowi – ojcu Sebastiana.

Miała przeczucie, że niewiele czasu jej już zostało. Takie rzeczy po prostu się wie. Czuła wielkie pragnienie, żeby podjąć może ostatnią już próbę rozwikłania przykrytej wielką warstwą kurzu rodzinnej tajemnicy. Sięgnęła po leżący na brzegu stołu album ze zdjęciami, gdy rozległ się dźwięk klucza przekręcanego w zamku.

– Cześć, babciu – rzucił na powitanie Sebastian jeszcze w drzwiach.

– To ty, Sebastianku? Cieszę się, że jesteś – odparła uradowana Marta.

Sebastian zajął się psem, który podbiegł do niego i odbywał rytuał przywitania. Saba była jego oczkiem w głowie. Za zgodą babci przygarnął ją ze schroniska.

– Babciu, już do ciebie idę, tylko rozpakuję siatkę i powkładam zakupy do lodówki. Upał jest niemiłosierny. Nie chciałbym, żeby coś się zepsuło.

– Dobrze, dobrze – powiedziała, nie przerywając kartkowania rodzinnych fotografii. Rogi poszczególnych zdjęć były włożone w przyklejone do kart albumu trójkąty. Zbierała myśli.

Po chwili do pokoju wszedł Sebastian.

– A ty znów oglądasz zdjęcia? – Ostatnio, jak to sobie teraz uświadomił, widział ją wciąż zatopioną w starych fotografiach. – Pokaż, co tym razem? Chciał sprawić jej przyjemność tym pytaniem, choć zaintrygowała go również oryginalna okładka albumu. – Jak to się stało, że nie przypominam sobie, żebym wcześniej widział ten album?

– A widzisz i babcia potrafi cię jeszcze czymś zaskoczyć – odpowiedziała wymijająco z uśmiechem.

– Co to za zdjęcia?

– To zdjęcia z domu mojej cioci Krysi. – Gdy wypowiedziała to imię, z całą mocą wróciła pamięć o tej rozmowie z ciotką na temat, który regularnie wracał jak rana, co nie chce się zagoić. To wydarzenie z przeszłości ciągle odgrywało w jej życiu istotną rolę. Wracało do niej jak grzyb na ścianie, który zamalowany farbą znów się pojawia i prowokuje domowników do działania. Wyjaśnienie informacji uzyskanej od ciotki stało się celem, który musiała osiągnąć, albo przynajmniej zbliżyć się do jego osiągnięcia. – Po wojnie, gdy Warszawa była zburzona, mieszkaliśmy przez jakiś czas pod Radzyminem. Zobacz, tu jestem małą dziewczynką… tak, tą z wiązką chrustu na plecach – dodała, widząc, że wnuczek zastanawia się usilnie, które z dzieci na zdjęciu to jego babcia. – Zaraz po wojnie było biednie. Żeby ugotować obiad czy ogrzać dom zimą, chodziło się do lasu obrywać suche gałęzie z sosen i zbierać szyszki. Zobacz, Zuzka ma pełen koszyk suchych szyszek. Pokazała na zdjęciu palcem, pokrytym cienką jak pergamin skórą, małą dziewczynkę opatuloną chustą.

Marta Wielgórska włosy miała tylko lekko przyprószone siwizną. Jej twarz dekorowała siateczka zmarszczek, które szczególnie na szyi przypominały misternie utkaną pajęczynę. Oczy świeciły jednak żywym blaskiem. Energiczne ruchy nie świadczyły o jej wieku. Podobnie jak oczy, które przypominały jej młode lata. Można w nich było dostrzec ten błysk sprawności umysłu, który nie godził się na postępującą starość.

– Sebastianku – zwróciła się czule do wnuka. Chcę cię o coś poprosić.

– Coś ci kupić?

– Nie, nie o to chodzi. – Marta uśmiechnęła się promiennie.

– W takim razie zamieniam się w słuch.

– Dawno temu… – zaczęła opowieść jak bajkę czytaną dzieciom przed snem. – Nie wiem, czy tata mówił ci kiedyś o tym… – zastrzegła się nie wiedzieć czemu. Sebastian jednak nie przerywał. Wpatrywał się w babcię z wypisanym na twarzy zaciekawieniem. – Gdy byłam małą dziewczynką, troszkę mniejszą niż na tych zdjęciach… – Z grymasem przypominającym uśmiech skierowała na chwilę wzrok na otwarty album.

– Babciu, może najpierw przyniosę coś do picia. Mam wrażenie, że zapowiada się dłuższa opowieść, a przy tym upale trzeba regularnie pić – rzucił w jej stronę z troską.

– Za chwilę – zaprotestowała stanowczo. – Muszę powiedzieć najważniejsze. Widzisz, dla ciebie nie ma to pewnie żadnego znaczenia – znów wstawiła asekurującą formułkę – ale wiele lat temu moja ciocia Krystyna, siostra mojej mamy a twojej prababci, zdradziła mi skrywany przez moją mamę sekret. Do tamtego czasu żyłam w przekonaniu, że jestem jedynaczką.

– A nie jesteś? – Sebastian ożywił się, wyraźnie zaintrygowany tą wiadomością.

– Prawdopodobnie nie. Moja mama na łożu śmierci wyznała swojej siostrze nieznaną nikomu prawdę. Marta wzięła głęboki oddech, co mogło być skutkiem wysokiej temperatury albo targających nią emocji. Moja mama była w ciąży, co pamiętam jak przez mgłę. To było kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Pewnego dnia wróciła ze szpitala i dowiedzieliśmy się, że urodziła martwe dziecko. Poród był skomplikowany. Konieczne było przeprowadzenie cesarskiego cięcia i po tym zabiegu dziecko niestety zmarło. – Znów wzięła głębszy oddech.

– Babciu, przyniosę coś do picia. – Tym razem Marta Wielgórska przystała na propozycję Sebastiana skinieniem głowy. Wzięła łyk przyniesionej przez wnuka wody i kontynuowała.

– Co się okazało po latach? – postawiła pytanie, na które natychmiast odpowiedziała: – Jak już mówiłam, moja mama na łożu śmierci wyznała siostrze, że naprawdę miała cesarskie cięcie, ale dziecko urodziło się żywe. Mama się go zrzekła, co oświadczyła lekarzom jeszcze przed zabiegiem. Powiedziała, że nie chce go oglądać, bo poczęło się z gwałtu. Została zgwałcona przez niemieckiego żołnierza. – Wypowiedziane zdanie zawisło w powietrzu niczym miecz. Nie został jednak użyty do żadnych złych celów. Rozmył się po zdaniu, które wypowiedział Sebastian.

– Masz więc rodzeństwo. Kto to jest? – Sebastianowi cisnęły się na usta kolejne pytania, ale zadał tylko jedno: – A twoja mama powiedziała, jakiej płci było to dziecko?

– Niestety nic więcej nie wiem. Z relacji cioci wiem jedynie, że mama nie chciała o nim nic wiedzieć. Poprosiła też, żeby jej dziecka nie pokazywano.

– Szkoda – podsumował krótko Sebastian i się zamyślił.

– Gdy usłyszałam o tym od cioci, próbowałam dowiedzieć się czegoś w szpitalu, w którym odbył się poród, ale nikt nie mógł lub nie chciał mi nic powiedzieć. Zasłaniali się brakiem dokumentacji. Rzekomo nikt z tego czasu już w szpitalu nie pracował. Ostatnio oglądałam taki program w jakiejś telewizji śniadaniowej, gdzie album ze zdjęciami znalezionymi w pojemniku na śmieci w Gdyni trafił do rąk dwóch dziewcząt prowadzących biuro genealogiczne w Krakowie czy gdzieś indziej. – Marta machnęła ręką, jakby odganiała muchę. – Te dziewczyny wykorzystywały dzisiejsze możliwości komunikacji, jakieś grupy społecznościowe czy jak to się tam nazywa i ostatecznie udało im się odnaleźć rodzinę osób ze zdjęć. Wyobraź sobie, że ludzi z tych fotografii rozpoznał jakiś człowiek z Mielca. Może podobnie uda się podziałać w tej sprawie. Chciałam cię poprosić, abyś się tym zajął. Jesteś biegły w tych wszystkich programach komputerowych. Dla mnie to już za trudne.

– No tak, babciu, ale jaki to ma związek z moją znajomością programów komputerowych? – żachnął się, choć nie chciał okazać braku zaangażowania. Szczęśliwie babcia tak tego nie odebrała.

– Nie wiem. Ty będziesz wiedział lepiej. Jak widać, są firmy, które czymś takim się zajmują. Może udałoby ci się znaleźć kogoś, kto podejmie się odszukania mojej siostry lub brata i ich rodziny. To w końcu nasza rodzina. – To „w końcu” wybrzmiało w ustach

Marty niezręcznie. Miała w sobie duże pokłady dobroci i wybaczenia. Nie była uprzedzona do Niemców, których przodkowie ponad osiemdziesiąt lat temu napadli na Polskę. – Mam odłożonych trochę pieniędzy. Dam ci je, żebyś zapłacił za taką usługę – dodała.

– Dobrze – odpowiedział po chwili niezręcznej ciszy. – Zajmę się tym. Sam jestem ciekawy, co z tego wyniknie.

– Chcę jeszcze raz podjąć próbę odnalezienia swojego brata, a może siostry, póki wspomnienia nie wyblakły jak te stare zdjęcia. – Spojrzała w stronę otwartego albumu.

– Oj tam, oj tam, babciu. Ponoć na starość pamięta się lepiej to, co było kiedyś, niż to, co wydarzyło się wczoraj.

Uśmiechnęli się oboje od ucha do ucha.

***

– Nie mam ochoty ci więcej tłumaczyć – rzuciła do słuchawki. Rozmówca nie dawał jednak za wygraną. Wprawdzie słuchała, ale rozglądała się po pomieszczeniu znudzona i podenerwowana rozmową. – Czy ty nie możesz zrozumieć, że kobieta lubi mieć porządek? – wtrąciła pomiędzy litanią zdań wylewających się z głośnika. – Zostawmy już to. Słyszę, że masz inne zdanie. Liczę jednak na to, że mnie zrozumiesz – próbowała złagodzić amplitudę emocji, którą wywoływała ta wymiana zdań nie tylko u niej. – Jestem w pracy i nie mogę dłużej rozmawiać. – To był argument nie do podważenia. Udało jej się uniknąć kontynuowania tej jałowej rozmowy, która w każdej chwili mogła przerodzić się w kłótnię. – Pa – powiedziała jeszcze na koniec, po czym odłożyła słuchawkę.

Wstała z krzesła i podeszła do stojącego na szafce pod ścianą dzbanka z wodą. Nalała sobie wody i ze szklanką w ręce zrobiła kilka kolejnych kroków. Wyjrzała przez okno. Wprawdzie nie było tego widać z czwartego piętra, na którym mieściła się Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście, ale wyobrażała sobie falujące nad jezdnią powietrze. Od jakiegoś czasu szukała punktów odniesienia, gdy zauważyła, że zdarza jej się odczuwać temperaturę inaczej niż inni. Jej jest gorąco, a innym zimno. Lekarze nazywają to uderzeniami gorąca. Liczba przeżytych lat w jakimś momencie dla niektórych staje się wyznacznikiem samopoczucia, a dla większości odczuć fizycznych. Dla niej tym progiem okazały się pięćdziesiąte urodziny. Tu boli, tam strzyka i te nadchodzące w nieoczekiwanym momencie uderzenia gorąca. Dziś jednak upał odczuwali chyba wszyscy w taki sam sposób. Niech nikt jej nie mówi, że klimat się nie ociepla. Choć z drugiej strony anomalie pogodowe, a tak można było nazwać utrzymujący się od kilku tygodni upał, któremu towarzyszył brak kropli deszczu, nie są jeszcze żadnym dowodem. Na samo skojarzenie z pojęciem „dowód” znów weszła w służbowe buty i zaczęła myśleć jak funkcjonariusz prokuratury. Materiał dowodowy, postępowanie, czynności śledcze, środek zapobiegawczy, aresztowanie – taka terminologia stale towarzyszyła jej pracy zawodowej. Tak zwana bieżączka polegała na sprawach o alimenty, znęcanie się, stalking czy groźby karalne. Może sezon ogórkowy nie przyniesie kolejnej sprawy, która będzie ją mocno absorbować, i w miarę spokojnie dotrwa do zbliżającego się urlopu. Spojrzała w sufit i się rozmarzyła. Zobaczyła się na leżaku nad brzegiem jeziora, w którego toni co jakiś czas chłodzi się i oddaje pływaniu, jednej ze swych ulubionych aktywności fizycznych. Gdyby tylko mogła, już opuściłaby stolicę i ruszyła na Podlasie, w okolice jej ukochanego Augustowa.

Renata Cisowska miała wymiary Ewy Chodakowskiej, choć nie musiała się tak katować jak ta trening woman, modna wśród dziewcząt instruktorka. Figurę trzymała głównie dzięki diecie i być może genom, które odziedziczyła po przodkach. Bez trudu wcisnęła się w letni, żółty kostium. Na nogach miała ukochane szpilki. Wprawdzie zdejmowała je do samochodu, ale w biurze, na sali sądowej czy w prosektorium miała je zawsze na nogach. Do tego ostatniego chodziła teraz z dużą niechęcią. Przy tych temperaturach sekcja zwłok znalezionych na ulicy albo ofiar wypadków na drodze łączyła się z wielkim dyskomfortem dla zmysłu powonienia. Asfalt rozgrzany niemal do czerwoności bardzo szybko doprowadzał ludzkie zwłoki do stanu, który później, na sali sekcyjnej, daleko odbiegał od pozytywnych doznań estetycznych. O ile w ogóle sekcję zwłok można traktować w takich kategoriach. Oswoiła się już z tą czynnością. Teraz cała procedura nie robiła na niej takiego wrażenia, jak na początku. Niemniej jednak zgnilaki, jak pracownicy prosektorium określali zwłoki w stanie daleko posuniętego rozkładu, wciąż pozostawały odrażające. Takich zdarzeń w mieście nie brakuje. Osoby niepracujące w tym zawodzie, których myślenie kształtuje telewizja, mają nie tylko mylne wyobrażenie o codziennej pracy prokuratorów, ale również o skali zgonów będących skutkiem zabójstw. Tylko w kryminałach ludzie mordują się w tak dużej liczbie, co kilkanaście lub kilkadziesiąt stron i niemal w każdej części Polski. Oficjalne statystyki szczęśliwie podają zupełnie inne dane i nieporównanie mniejszą skalę występowania tego zjawiska.

Spojrzała na zegarek. W sekretariacie powinna się już pojawić poczta. Ruszyła, licząc na to, że nic nadzwyczajnego już dziś do niej nie wpłynie. Wśród kilku pism w pierwszej kolejności zwróciła uwagę na to, którego nadawcą była Warszawska Inicjatywa Miejska. W piśmie nadawca zawiadamiał o popełnieniu przestępstwa związanego z propagowaniem ustroju i ideologii faszystowskiej poprzez, między innymi, publikację symboli nazistowskich na blogu internetowym, co narusza – jak czytała dalej – artykuł 256 Kodeksu karnego.

„O mój Boże, co kieruje tymi ludźmi? Jak można się fascynować faszyzmem czy Hitlerem, wiedząc, do czego to doprowadziło ludzkość?” – zastanawiała się przez chwilę. Szczęśliwie sprawa wydawała się dość prosta. Może uda jej się nawet przekazać sprawę innej prokuraturze. Wszystko zależy od tego, do kogo należy serwer, na którym prowadzony jest blog, lub od miejsca, z którego dokonywano wpisów. Postanowiła się jeszcze upewnić. Otworzyła Lexa i znalazła komentarz do artykułu 256. Zaczęła przeglądać wyjaśnienia dotyczące rozumienia pojęcia „propagowanie”. Przesuwała wzrokiem po kolejnych wersach różnych opinii. Dłużej zatrzymała się na komentarzu Stanisława Hoca. Autor za „propagowanie” uznawał każde zachowanie polegające na publicznym prezentowaniu z zamiarem przekonania do faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa. Profesor uważał, że należy tu zaliczyć także wystawianie na widok publiczny symboli takiego państwa czy też wykonywanie określonych gestów odnoszących się do tego ustroju. Zgadzała się z tym sposobem myślenia. Choć prawnicza intuicja, która się w niej odezwała, nakazywała podejść do sprawy z większą ostrożnością. Czuła, że na tej podstawie udowodnienie winy i skazanie wcale nie będzie takie łatwe. Słyszała już o niejednym przypadku umorzenia takich spraw lub uniewinnienia potencjalnych sprawców podczas rozprawy w sądzie. Znów zaczęła uderzać w przyciski klawiatury, szukając potwierdzenia lub rozwiania swoich wątpliwości. O proszę, czytała: „Skazany przez sąd rejonowy za propagowanie treści faszystowskich został uniewinniony przez sąd drugiej instancji”. Przewijała tekst w przeglądarce, szukając uzasadnienia.

– Jest – powiedziała do siebie i czytała dalej: „…nie stanowi propagowania w rozumieniu tego przepisu samo prezentowanie zasad takiego ustroju, pozbawione angażowania się po stronie osoby dokonującej takiego czynu, a także, gdy prezentowanie takiego ustroju ma służyć jedynie manifestacji osobistych poglądów, a nie przekonywaniu kogokolwiek. Przestępstwo propagowania ustroju faszystowskiego może być popełnione tylko ze szczególnie zabarwionym zamiarem wyrażenia aprobaty dla takiego ustroju”.

„Idąc tym tropem, publikowanie zdjęć z symbolami faszystowskimi może być bezkarne” – skonstatowała w myślach. Była prawnikiem i wiedziała, że sprawa nie jest jednoznaczna. Jej wewnętrzny głos wyrażał bunt przeciw takiemu podejściu. Ostatecznie postanowiła wszcząć postępowanie. Na decyzję o umorzeniu postępowania lub sformułowaniu aktu oskarżenia przyjdzie jeszcze czas. Podejmie ją po zgromadzeniu materiału dowodowego.

Uruchomiła edytor tekstu i zaczęła formułować pismo do komendy policji, której powierzy ustalenie właściciela serwera oraz zidentyfikowanie sprawcy.

***

Adam Floriański szybkim krokiem wszedł na pierwsze piętro kamienicy na warszawskim Powiślu. Tu, w odziedziczonym po babci kawalerskim mieszkaniu, od kilku miesięcy mieściło się biuro genealogiczne, które z sukcesem prowadził. Klientów ciągle mu przybywało. Cieszył się rosnącą renomą, ale także z kwartału na kwartał krzywą przychodów. Od kiedy Anna, jego żona, zaszła w ciążę, postanowili wyraźnie oddzielić sprawy zawodowe od prywatnych. Sytuacja finansowa firmy już mu na to pozwalała. Co jednak ważniejsze, w mieszkaniu na Jarzębskiego chciał stworzyć miejsce dla spodziewanego dziecka. Aranżacja mieszkania, którą przeprowadzili przed pojawieniem się wyczekiwanego przez nich potomka, zupełnie wykluczała kontynuowanie w nim pracy zawodowej, nie wspominając o braku miejsca na dokumenty, które w związku z prowadzoną działalnością nagromadził.

Wszedł do biura i delikatnie zamknął drzwi. W środku panował półmrok, efekt przegranej walki promieni słonecznych z zaciągniętymi w oknach roletami. Próby podejmowane o różnych godzinach przedpołudniowych, by prześlizgnąć się do środka przez najmniejsze nawet szpary, były nieskuteczne. Później słońce operowało już pod innym kątem i rolety odsłaniano. Na podłodze leżała jasna terakota, co miało swoje dobre i złe strony. Biuro zostało zaaranżowane w mieszkaniu, które składało się z dużego pokoju, łazienki i przestronnej kuchni. Po dwóch stronach pokoju ustawione były biurka. Udało się nawet urządzić mały kącik z ławą i trzema fotelami. Tam przyjmowano klientów, którzy odwiedzali biuro Adama. Nie zdarzało się to często, gdyż większość zleceń trafiało do firmy w korespondencji mailowej lub składano je telefonicznie. Zresztą najczęściej zlecenia rozpoczynała wstępna rozmowa, podczas której Adam, lub od niedawna Wiola, namawiali klienta do podjęcia pierwszych podstawowych ustaleń oraz instruowali, jak i co zrobić. Wśród klientów dominowali zleceniodawcy z zagranicy. Ci oczekiwali pełnego zakresu usług.

Adam był przystojnym mężczyzną, z dobrze ukształtowaną sylwetką. Jeszcze kilku lat brakowało mu do wieku Stefana Karwowskiego z serialu Jerzego Gruzy. Podobnie jak ten kultowy bohater, lubił swoją pracę. Co nie powinno dziwić, gdyż działalność gospodarcza wyrosła z jego pasji. Zajmowanie się przodkami, odkrywanie, jakimi byli ludźmi, a także odtwarzanie historii ich życia fascynowało go od niepamiętnych już czasów. Nieraz tłumaczył znajomym, że w ten sposób niejako wskrzesza ich do życia. Przez pamięć o nich nadaje dalszy ciąg ich ziemskiej egzystencji, kreśląc kontynuację dziejów. Traktował niemal jak swoje sformułowanie Juliana Barnes’a z książki Poczucie kresu, że gdy ubywa świadków czyjegoś życia, to jest coraz mniej potwierdzenia, kim się jest albo kim byli ludzie, o których już nikt nie pamięta. Sensem życia jego przodków, ale i przodków wszystkich innych ludzi, z dzisiejszej perspektywy jest wspomnienie, które ożywiał. Słabe i niewyraźne, wypełniał szczegółami z ich ponownie odkrywanego życia, a także – co zdarzało mu się coraz częściej – wspólnie ze swoimi zleceniodawcami kreślił ich profile psychologiczne. To od czasu jego fascynacji psychogenealogią. Współpracował w tym zakresie z Centrum Psychologii Oassis. Swoimi działaniami chciał wciąż podtrzymywać ten stan, podobny do czynności polegającej na ochronie przed wiatrem ognia przygasającej świecy. To stało się jego misją, celem czy moto rem napędowym. Zmarli byli mu za to wdzięczni i chyba pomagali. Odnosił czasem wrażenie, że różne zbiegi okoliczności, które go spotykały podczas odgrzebywania rodzinnych historii, są najzwyklejszym wsparciem z zaświatów udzielanym przez tych wszystkich ludzi, o których próbował zdobyć informacje.

– Cześć, Wiolu – powiedział z uśmiechem do pracującej już przy biurku dziewczyny. Zatrudnił ją kilka miesięcy temu. Nie mógł już ogarnąć wszystkich spraw, które trafiały do firmy. A pracy spokojnie starczało dla dwóch osób.

Wioleta Bednarczyk wyglądała na trzydzieści kilka lat, i tyle miała. Była niedużego wzrostu. Luźna bluzka spływała po jej dość dużych piersiach i maskowała nadmiar ciała, którym dysponowała w niektórych innych miejscach. Proste jasne włosy spinała w koński ogon. Twarz miała cukierkową. Może ze względu na stale goszczący na niej uśmiech.

– No wreszcie jesteś. Telefony się od rana urywają. Nie wiem, co się ludziom stało. Wakacje, upał, czy jeszcze inny powód. Może w telewizji leciał jakiś film z genealogią w roli głównej? – Jak to miała w zwyczaju, powitała go wielką gadatliwością.

– Nie wiem, czy film, ale słyszałem, że powstała jakaś seria książek, w której bohater zajmuje się genealogią. – Od wejścia uśmiech nie znikał również z jego twarzy. – Żartuję, zbyt mało osób czyta dziś książki, żeby miało to tak duże oddziaływanie. – Usiadł za swoim biurkiem i uruchomił komputer. – A dzwonili z Polski czy z zagranicy?

– No właśnie z Polski. Z jednym z potencjalnych klientów umówiłam cię na jutro.

– Dzięki. Piłaś już kawę? – Bez większego zainteresowania zwyczajnie odnotował tę informację.

Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, Adam zrobił sobie kawę i wbrew zaleceniom BHP postawił kubek na biurku obok klawiatury. Zaczął przeglądać wiadomości w skrzynce odbiorczej.

– Adam… – Wiola przerwała mu czynność, której się oddał. – Przypomnij mi jeszcze adres tej wyszukiwarki, gdzie można szukać ludzi mieszkających na terenie Europy Środkowo-Wschodniej.

Podniósł wzrok znad klawiatury.

– Masz na myśli tę, gdzie dane pochodzą z książek adresowych, list poborowych i tak dalej?

– Tak. O tę właśnie mi chodzi. Nie zapisałam jej w ulubionych, jak mi sugerowałeś, ale obiecuję, że teraz tak zrobię – dodała z uśmiechem.

– Wyślę ci Messengerem. – Wystukał adres www. genealogyindexer.org i kliknął w ikonkę „wyślij”.

Usłyszawszy dźwięk przychodzącej wiadomości na komputerze Wioli, powrócił do przeglądania poczty. Najpierw kasował wszystkie maile, w których oferowano możliwość zarabiania kilku tysięcy euro w ciągu jednego dnia, później oferty sex-spotkań z Czesławą, Bożeną, Małgorzatą czy Grażyną, oznaczając je jednocześnie jako spam. W końcu jego wzrok zatrzymał się na tytule wiadomości: Floriańscy – czy rodzina? Kliknął i czytał zaintrygowany.

Szanowny Panie Adamie,

Udało mi się przeczytać wydaną przez Adama Floriańskiego monografię rodzinną, której egzemplarz – jeden z egzemplarzy obowiązkowych nadsyłanych przez wydawców – dostępny jest w czytelni Biblioteki Narodowej. Zakładam, że to Pan jest tym Adamem i jednocześnie autorem książki. Zapoznałem się z jej treścią i odnalazłem wzmiankę o bracie Pana dziadka Julianie Floriańskim. Julian Floriański podczas okupacji niemieckiej mieszkał w Warszawie przy ulicy Miedzianej 17. Z informacji w książce wiem, że nie zna Pan dalszych losów Juliana. Tak się składa, że Julian Floriański jest moim dziadkiem. Z tego płynie prosty wniosek, że jesteśmy spokrewnieni. Jeśli będzie Pan zainteresowany informacjami o losach mojego dziadka, a Pana stryja, proszę o kontakt. Proszę mi wybaczyć, jeśli od razu nie odpiszę na wiadomość, ale dużo podróżuję i nie zawsze mam dostęp do Internetu oraz komputera.

Wiadomość podpisano Wincenty Floriański. Adam przypomniał sobie, jak w zeszłym roku wystąpił do Instytutu Pamięci Narodowej z wnioskiem o udostępnienie do wglądu dokumentów dotyczących Juliana Floriańskiego. Dowiedział się z nich, że Julian Floriański, który stracił podczas wojny kontakt z rodziną, siódmego września tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, podczas Powstania Warszawskiego, został aresztowany przez Niemców. Po aresztowaniu przewieziono go do Rzeszy i trafił do obozu w Dachau. Następnie przebywał w obozie w Natzweiler oraz Sandhofen. Natzweiler był filią, podobozem Mannheim-Sandhofen. Obóz utworzono dwudziestego siódmego sierpnia tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, co sprawdził już wcześniej, śledząc losy swojego stryja. Był to przede wszystkim obóz pracy. Jak wynikało ze wspomnień byłych więźniów obozu, mieszkańców Warszawy, którzy we wrześniu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego zostali aresztowani lub zgarnięci w łapankach na ulicach walczącej Warszawy, więźniowie byli wykorzystywani jako siła robocza przez koncern Daimler-Benz. Działalność koncernu przestawiono wówczas w całości na produkcję zbrojeniową. W zakładach w Mannheim wytwarzano między innymi części silników do czołgów i samolotów, a także samochodów wojskowych. Niewolnicza praca wraz z dojściem do fabryki i powrotem do obozu zajmowała więźniom czternaście do piętnastu godzin dziennie. Pracowali również przy taśmach produkcyjnych, montując ciężarówki Opel Blitz na potrzeby Wehrmachtu. Zagłada przez pracę, jak zaplanowali to hitlerowcy, postępowała w błyskawicznym tempie. Po dwóch miesiącach morderczej harówki, chorób i warunków obozowych warszawski transport, składający się z ponad trzech tysięcy wyselekcjonowanych zdrowych mężczyzn w dobrej kondycji, w większości nie nadawał się do dalszej pracy. Niezdolnych do dalszej pracy przekazano w grudniu tego samego roku do obozów Vaihingen, Buchenwald oraz podobozu Unterriexingen. Pozostałych w dniu dwudziestego drugiego marca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku ewakuowano ostatecznie do Dachau. Z dokumentów otrzymanych z IPN-u wynikało, że Julian Floriański jako więzień numer 47047 trafił do Dachau. Pod koniec kwietnia tego samego roku obóz w Dachau został wyzwolony przez oddziały 42. i 45. Dywizji Piechoty 7. Armii USA. Instytut nie posiadał jednak żadnych informacji, które wskazywałyby na to, że Julian stracił życie w obozie. Zapewne więc doczekał żywy końca wojny właśnie w Dachau. I na tym kończyła się jego udokumentowana historia. Adam miał jeszcze korespondencję swojego dziadka z wczesnych lat pięćdziesiątych z Czerwonym Krzyżem, w której informowano o braku jakichkolwiek informacji o losach Juliana. A tu proszę, Julian jednak przeżył wojnę. Musiał założyć rodzinę. Miał dziecko lub dzieci, skoro Wincenty jest jego wnukiem. Koniecznie musi podjąć ten kontakt. Czuł ciepło na policzkach. I nie było ono spowodowane temperaturą na zewnątrz. Wiedział o tym na pewno. Otworzył kartę w przeglądarce i wpisał nazwę miejscowości. Robił to już nie pierwszy raz. I tak jak ostatnim razem, odnajdował Dachau położone na północ od Monachium, stosunkowo niedaleko granicy ze Szwajcarią. Tu Julian rozpoczął nowe życie? W jego wyobraźni pojawiały się obrazy z życia krewnego. Adam, nie namyślając się długo, odpowiedział na otrzymaną wiadomość.

Szanowny Panie, Dziękuję za wiadomość. W zasadzie powinniśmy zwracać się do siebie po imieniu. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że jesteśmy rodziną. Napisz mi, proszę, o powojennych losach mojego stryja, a Twojego dziadka i zwyczajem genealogicznym o członkach rodziny, której początkiem jest Julian Floriański. Skoro przeczytałeś książkę, to o mnie wiesz praktycznie wszystko. Chętnie bym się z Tobą spotkał. Pracuję w Warszawie i często jestem w biurze na ul. Zagórnej. Napisz, proszę, gdzie mieszkasz i gdzie mieszkają Twoi bliscy.

Z rodzinnym pozdrowieniem Adam Floriański

„Może na razie tyle” – pomyślał. Nie chciał być zbyt nachalny.

Książkę Rodzinny sekret kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Rodzinny sekret
Grzegorz Gołębiowski2
Okładka książki - Rodzinny sekret

Jeden sekret skrywany przez dekady może odmienić życie całej rodzinyMarta Wielgórska przez wiele lat żyła w przekonaniu, że jest jedynaczką. Jej matka...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo