Ktoś na mnie patrzy. "Uważaj, czego pragniesz"

Data: 2021-06-10 10:54:16 Autor: Piotr Piekarski

Kiedy osiemnastoletni Aleks sprowadza się do Biedruska pod Poznaniem, Julia nie wie, że już niebawem jej życie ulegnie całkowitej transformacji.

Wychowywana w patologicznej rodzinie dziewczyna jedyne czego pragnie, to uciec z tego pełnego przemocy i brudu świata. Jej chłopak, Leon, wykorzystuje jej uległość, przyjaciółka nie do końca jest szczera, a w domu przelewa się alkohol. Jedynie milczący i niedostępny nowy chłopak zdaje się być właśnie tym, do którego będzie mogła zwrócić się o pomoc.

Lecz czy to na pewno dobre posunięcie? Kim naprawdę jest Aleks i jakie tajemnice skrywa? Czy miłość jest w stanie pokonać strach? I wreszcie... kim są ONI?

Obrazek w treści

Nowa książka Anny Szafrańskiej Uważaj, czego pragniesz, to poruszająca historia o miłości, pragnieniu wolności, życiu w strachu i szaleństwie. Do lektury powieści zaprasza Wydawnictwo JakBook. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy rozdział powieści, tymczasem już teraz zachęcamy do lektury kolejnego rozdziału:

Rozdział 2

Syknęłam, czując ostry ból na czubku palca. Znowu dźgnęłam się igłą, więc z niepokojem przytknęłam opuszkę pod sam nos, by dostrzec chociażby najmniejszą kropelkę krwi, która mogłaby doszczętnie zrujnować obszytą złotą nicią marynarkę.

Dlaczego dałam się wrobić w naprawianie starych, śmierdzących stęchlizną kostiumów?

Odpowiedź była jedna – bo brak mi asertywności – i mogłam za to być zła tylko na siebie. Szczególnie że nie należałam do żadnego z kółek pozalekcyjnych, tym bardzie do teatralnego. Lecz powszechnie przyjęło się, że Julka Tarnicka jest dla wszystkich miła, sympatyczna i zawsze służy pomocną dłonią, więc można walić do niej jak w dym z każdym problemem. Nieważne, czy chodziło o pozszywanie kostiumów dla kółka teatralnego, czy pomoc w organizacji szkolnych imprez albo dodatkową parę rąk przy ogarnianiu zawodów sportowych. Nie mogłam też powiedzieć, że nie sprawiało mi to frajdy, bo faktycznie, wtedy czułam się potrzebna, a moja praca była doceniana. I spędzałam jak najmniej czasu w domu.

A to chyba z tego wszystkiego było najważniejsze.

Podczas dziesięciominutowej przerwy między drugą a trzecią lekcją ulokowałam się przy osamotnionym stoliku przed stołówką, zamierzając ekspresowo ogarnąć chociaż dwa stroje. Modliłam się, bym do końca nie zniszczyła tej kupy starych szmat.

Odcięłam nitkę, zrobiłam pętelkę i otrzepałam marynarkę. Trzeba było zszyć podszewkę, więc nawet jeśli nie miałam zbyt dużego talentu, takie poprawki leżały w mojej mocy. Moja mama jako doświadczona krawcowa z pewnością lepiej by sobie z tym poradziła. Kiedy byłam mała, nieraz pomagałam jej w drobnych naprawach, gdy przynosiła robotę do domu, ale… to było kiedyś. Uśmiechnęłam się smutno, wspominając tamte czasy.

Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Było… lepsze…

– Jula!

Uniosłam głowę, chcąc zlokalizować Wiki, jednak ona była znacznie szybsza. Od razu, gdy tylko do mnie dobiegła, rzuciła się na krzesło, które zaskrzypiało przeraźliwie.

– Chcę spać – zaskomlała i tłumiąc potężne ziewnięcie, położyła się na stole.

– Zakuwałaś całą noc? – spytałam, dostrzegając wyraźne cienie pod oczami przyjaciółki.

– Żebyś wiedziała! Ta matma kiedyś mnie dobije – wyjęczała przeciągle, podpierając głowę na łokciu. Chyba liczyła, że w jakiś sposób ją pocieszę. Ale co miałam najlepszego powiedzieć? Że powinna przysiąść do książek, a nie olewać naukę? Podziękuję. Ostatnio jak to zrobiłam, wytknęła mi, że jestem prymuską i w ogóle nie powinnam zabierać głosu w jej sprawie. Wzruszyłam więc tylko ramionami i wróciłam do swoich zajęć. Wiki cała się zjeżyła, mrużąc drapieżnie oczy. – Ej, dla twojej informacji, twoja najlepsza przyjaciółka żali się, że będzie kolejną krwawą ofiarą bezwzględnego systemu nauczania, a ty… Właściwie, co ty robisz? – spytała, dźgając pomalowanym na fioletowo paznokciem bezkształtną kupkę kostiumów leżącą na blacie.

– Kółko teatralne poprosiło mnie o pomoc.

Wiki westchnęła głośno. No tak, najwyraźniej była mną zawiedziona.

– Coś ci już kiedyś mówiłam o tym wykorzystywaniu, nie?

– Nikt mnie nie wykorzystuje – fuknęłam ostro, rzucając jej szybkie spojrzenie, bo właśnie starałam się przewlec nitkę przez przeklęte mikroskopijne oczko igły. – Spytali, czy mogłabym im pomóc, więc się zgodziłam. Poza tym nie wiem, o co ci chodzi.

Ty wykorzystujesz mnie już od lat, spisując ode mnie zadania domowe.

– To nie wykorzystywanie! – Wiki się zapowietrzyła, słysząc tę obelgę, i sprzedała mi całkiem mocnego kuksańca w bok. Ręka mi zadrżała. Chybiłam i znowu musiałam poślinić koniec nici. – To przyjaźń!

– Dobrze wiedzieć – mruknęłam i wydałam cichy pisk zwycięstwa, gdy w końcu udało mi się nawlec igłę. Przystępując do pracy nad zszyciem rozdartej sukni, rozprostowałam materiał na stole. – A jeśli chodzi o matmę, to mam czas po południu, więc mogę ci pomóc. W końcu jutro masz poprawkę, nie?

– Nie idziesz pilnować dzieciaków?

– Nie, dzisiaj mają zajęcia pozalekcyjne, więc zostają dłużej w szkole. To jak?

– No jeszcze się pytasz! Znasz mnie, nie odmawiam, jeśli ktoś chce mi pomóc – zaświergotała radośnie i odchylając się na krześle, założyła ręce za głowę. Jej triumfalny uśmiech rozświetlił opalone policzki, pozostałość po feriach spędzonych na Malediwach. – Idziemy do mnie?

– Jeszcze czego. – Roześmiałam się. – Jeśli pójdziemy do ciebie, to mogę się założyć, że pół wieczoru spędzisz na przeglądaniu fejsa i odpisywaniu na każdy post albo obczajaniu nowego serialu na Netfliksie. Biblioteka – dodałam, celując w nią igłą.

Efekt był natychmiastowy. Wiki zawyła, jakbym co najmniej powiedziała jej, że ma przestać nosić buty na obcasie do szkoły.

– Nieee… Przecież tam jest nudno!

– I o to chodzi. Nuda pomaga w skupieniu.

Już nabierała powietrza, żeby odgryźć mi się w jakiś zajadły sposób, ale zerknęła ponad moim ramieniem i się skrzywiła. Zrobiła zblazowaną minę i przewróciła oczami. Domyśliłam się, w czym rzecz, i faktycznie – chwilę później poczułam na karku ciepłe palce Leona. Odchyliłam głowę w oczekiwaniu na powitalnego całusa.

– Cześć, maleńka – wymruczał swoim chropowatym głosem.

Gdy ponownie uchyliłam powieki, stojący nade mną chłopak pogładził mój policzek, szepcząc, że stęsknił się za mną przez weekend. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem, a jego oczy powędrowały w stronę Wiki i… Zmarszczył nos.

– Czego znowu się krzywisz? – rzucił, a dziewczyna splotła ręce na piersi.

– Bo ciebie widzę. Już samo to może mi spieprzyć dzień.

– Błagam was… – zajęczałam głośno.

Wiki i Leon od zawsze byli względem siebie niczym ogień i lont. Spotkanie tych dwojga groziło wybuchem. Rzuciłam przyjaciółce srogie spojrzenie, a ta natychmiast odpuściła, jednak musiała skomentować sytuację w sposób niewerbalny.

Z Wiki łączyła mnie wieloletnia przyjaźń. Razem dorastałyśmy, chodziłyśmy do tej samej klasy i wciąż trzymałyśmy mimo znaczących różnic charakteru, ale też i w sposobie bycia. Wiki była przebojowa, otwarta i spontaniczna, czyli odwrotnie niż ja. Do mnie można było zgłosić się po poradę, a do Wiki… cóż, jeśli nie miało się z kim iść na imprezę, bo moja przyjaciółka była otwarta na wszelkie propozycje. Poza tym zawsze znalazła sposób na wkręcenie się na domówkę. I odkąd Leon przeprowadził się do Biedruska dwa lata temu, Wiki szczerze go nie trawiła. Konkretnie to nadepnął jej na odcisk, gdy podczas szkolnego sparingu żeńskiej i męskiej sekcji siatkówki poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa. A to przecież Wiktoria Kamińska była niepokonana. Od tego czasu sporadycznie ich drużyny stawały naprzeciwko siebie i rywalizowały o nieformalny tytuł tej najlepszej w szkole. Ich przepychanki przypominały mi kłótnie dzieci, które spierały się o to, do kogo należy osiedlowa piaskownica.

Pozbawiona już sił do tych dwojga, pokręciłam głową i wróciłam do swojego zadania.

– Zajęta jak zawsze.

– Tylko pomagam kółku teatralnemu – odparłam cicho, a czując na sobie baczne spojrzenie, spojrzałam prosto w orzechowe oczy Leona. – Co?

– Nic. Po prostu dawno nie widziałem, żeby ktoś posługiwał się igłą i nicią – odpowiedział, z zafascynowaniem obserwując, jak zaciągam kolejne ściegi.

Wiki parsknęła głośno.

– Mówiłam, że neandertal z ciebie?

– Wal się, Kamińska.

– Okej, stop. Jak macie się kłócić, to róbcie to gdzie indziej. Wiki, weź mój zeszyt i spisz sobie zadanie z bioli. Bankowo go nie masz.

Jakby na potwierdzenie moich słów dziewczyna zamrugała słodko.

– To było coś zadane?

– Loser – skomentował kąśliwie Leon, jednak dziewczyna całkowicie go olała i zaczęła przetrząsać mój plecak w poszukiwaniu odpowiedniego zeszytu.

O tyle dobrze, że zajęła się czymś pożytecznym. Kochałam przyjaciółkę, ale naprawdę mieć takiego alzheimera i to w tym wieku? Bo nie uwierzę, że całkowicie olewała szkołę na rzecz ciągłego siedzenia na portalach społecznościowych. Chociaż… To była Wiki. Dziewczyna, która wszystkie sezony Plotkary obejrzała w tydzień, udając obłożnie chorą. Teraz pochylała się nad moim zeszytem, starannie przerysowując skomplikowaną rycinę,i w typowy dla siebie sposób przygryzała koniuszek języka. Chciałam jej powiedzieć, by uważnie opisała poszczególne hasła, ale wtedy moje myśli zostały rozproszone przez ciekawskie palce, które wślizgnęły się pod rąbek mojej koszuli.

– Wyskoczmy gdzieś razem – nęcił Leon, mrucząc mi do ucha. Prąd przeskoczył po mojej skórze, kierując się w dół kręgosłupa. – Do kina albo…

– Może w przyszłym tygodniu – odparłam piskliwym głosem. – Dzisiaj mam wolne w pracy, ale już obiecałam Wiki, że pomogę jej z matmą – wyznałam, patrząc na chłopaka przepraszająco.

Sapnął sfrustrowany i natychmiast zabrał rękę. Podparł się na stole, zaciskając usta w cienką linię. Wkurzyłam go i doskonale wiedziałam dlaczego.

– A kiedy dla mnie znajdziesz czas? – Uraza w jego głosie uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. – Praktycznie codziennie chodzisz pilnować te dzieciaki, a w weekendy pomagasz mamie…

– Leon.

Słysząc mój błagalny szept, natychmiast zamilkł. Wiedział, dlaczego nie miałam dla niego czasu. Wiedział od początku. Jeszcze zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić, powiedziałam mu o trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się moja rodzina. Musiałam pomóc mamie utrzymać dom i to było moim priorytetem. Rozumiał to i obiecał uszanować moje wybory.

Wyrzuty sumienia zalały mnie ciężką falą. Kochałam Leona i czułam się parszywie, będąc zmuszona do tego, by ciągle odwoływać nasze randki. To było frustrujące dla nas obojga. Może gdyby udało mi się szybciej wyjść od Wiki, mogłabym się z nim spotkać? Ale zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, Leon pochylił się i kciukiem rozmasował zmarszczkę, która pojawiła się między moimi brwiami. Często tak robił. Ten czuły gest łapał mnie za serce.

– Okej, wiem, rozumiem – powiedział, pojednawczo całując mnie w usta. – Musisz pracować.

Przytaknęłam skruszona. Tak, dzisiaj na pewno się spotkamy. Ale nim zdołał pogłębić pocałunek, Wiki uczepiła się mojego ramienia.

– Ej, to chyba on! – wyspała podniecona i nie wiedzieć czemu zasłoniła usta ręką.

Widocznie z Leonem mieliśmy ten sam – pozbawiony zrozumienia – wyraz twarzy, bo Wiki westchnęła ciężko i wskazała na hol tuż przy gabinecie dyrektora. Przy krzesełkach dla interesantów stały dwie osoby. Średniego wzrostu, szczupła, ubrana w elegancki beżowy płaszcz kobieta oraz wysoki chłopak. Był odwrócony do nas tyłem, na głowie miał kaptur od czarnej bluzy, który wystawał spod skórzanej kurtki. Garbił się, przez co jego postura wydawała się jakby groteskowa.

– Co za on? – drążył Leon, zupełnie nie rozumiejąc podniecenia Wiki.

– No ten chłopak, który miał się do nas przenieść!

Zbyłam ją wzruszeniem ramion.

– Nic nie słyszałam. Ale przecież już zaczął się drugi semestr.

– Coś mi się obiło o uszy. – Leon pstryknął palcami, a jego oczy niebezpiecznie się zwęziły do rozmiaru szparek. Zmierzył garbiącego się chłopaka dość wrednym spojrzeniem. Nie spodobał mi się ten stalowy błysk w jego oczach. – Wygląda na totalnego nerda.

Zareagowałam natychmiast, klepiąc go w pierś i gromiąc wzrokiem. Leon zreflektował się, a jego wydatne usta wygięły się w krzywym uśmiechu.

– Spoko, nic mu nie zrobię. Poważnie! – dodał, gdy powątpiewając w jego szczere intencje, uniosłam wysoko brew.

– W to akurat wątpię – wcięła się Wiki, przybierając identyczną postawę do mojej. – Przecież ty…

– Zajmij się już swoimi sprawami, Wiktoria, i przestań mącić – uciął Leon groźnie.

– Nie mów do mnie Wiktoria! Nie zasłużyłeś na ten przywilej – odcięła się.

Wymieniłyśmy z Wiki znaczące spojrzenia. Nim ponownie pochyliła się nad zeszytami, wzniosła oczy do nieba. Ale i tak co jakiś czas jej ciekawski wzrok uciekał w stronę gabinetu dyrektora.

Mnie i Wiki łączyła specjalna więź, dzięki której rozumiałyśmy się bez słów. Obie wiedziałyśmy, jak wredny czasami potrafi być Leon i ja, jako ponoć jego lepsza połowa, starałam się zapanować nad wybuchowym charakterem chłopaka. Leon miał jedną, bardzo poważną wadę – lubił gnębić młodszych kolegów. Sam niespecjalnie się tym przejmował, ale mnie było żal uczniów, których poszturchiwał dla rozrywki albo którym odbierał rzeczy tylko po to, by później ze swoimi kolegami mieć bekę, kiedy nieszczęśnik próbował odzyskać swoją własność. Wiedziałam też, że stosował rozmaite metody „urozmaicania” życia wyobcowanym uczniom, jednak powstrzymywał się przed takimi akcjami w mojej obecności. Zupełnie jakby chciał zatuszować to złe wyobrażenie o sobie. Wkurzało mnie, że czasami uważał mnie za tak naiwną i to najczęściej było jedną z przyczyn naszych cichych dni. Miałam tylko nadzieję, że tym razem nie upatrzy sobie w tym nowym kolejnej ofiary.

– Dobra, ja się zbieram – oświadczyłam, wzdychając głośno. Za dużo nie popracowałam. – Muszę zanieść kostiumy do kantorka przy sali prób.

– Pomogę ci – zaoferował Leon, z impetem zrywając się z krzesła, co Wiki skomentowała cichym parsknięciem. Zignorował ją i zamiast tego złapał oburącz wszystkie kostiumy, podczas gdy ja schowałam igłę i nici do metalowego pudełka po czekoladkach, które zabrałam z magazynu teatralnego. – Przynajmniej chociaż trochę czasu spędzimy razem – dodał, mrugając do mnie w tak sugestywny sposób, że na moje policzki samoistnie wpełzł ognisty rumieniec.

Zebrałam swoje rzeczy. Wiki powiedziałam, żeby spokojnie spisała zadanie do końca, a zeszyt odda mi na następnej lekcji. Z Leonem zeszliśmy bocznymi schodami do piwnicy, gdzie mieściła się sala prób kółka teatralnego. Z kieszeni dżinsów wyciągnęłam klucz do kantorka, który pożyczyłam od pani z portierni, i wchodząc do środka, namacałam włącznik światła. Naga żarówka wisząca u sufitu na pojedynczym kablu rozjarzyła się natychmiast, lecz jej blask był raczej znikomy. Niemal w półmroku przeszłam przez kantorek zastawiony pudłami z dekoracjami, minęłam plątaninę kabli, wylewającą się z ostatniej półki na regale stojącym pod ścianą, aż w końcu dotarłam do starego biurka i zostawiłam na nim rzeczy.

Odebrałam od Leona kostiumy, które otrzepałam i jako tako złożyłam. Wyczułam, że chłopak obserwuje uważnie każdy mój ruch, przez co moje dłonie zaczęły się pocić. Nerwowym

gestem odgarnęłam grzywkę z czoła i chciałam się obrócić, by podziękować mu za pomoc, jednak on niecierpliwym ruchem przyciągnął mnie do siebie i przycisnął do biurka.

– Leon, co ty…

– Ciii… – uciszył mnie, uśmiechając się przy tym rozbrajająco. – Tylko na chwilę.

Nim zdołałam mu powiedzieć, że obściskiwanie się w kantorku na chwilę przez dzwonkiem to chyba nie najlepszy pomysł, jego usta wylądowały na moich. Przez moje ciało natychmiast przetoczyła się lawina przyjemnych dreszczy. Wraz z pogłębiającym się pocałunkiem szalejące emocje zaczęły kumulować się w dole mojego brzucha. Ciążyły i napędzały. Pod wpływem trudnego do okiełznania podniecenia zarzuciłam ręce na ramiona Leona. Ugiął kolana, przywierając do mnie mocniej swoim umięśnionym ciałem. Moje palce sunęły po jego krótko przyciętych włosach, po wydatnej kwadratowej szczęce i niżej, wzdłuż szyi, gdzie po skórą wyczułam szalejący puls. Brakowało mi tchu, więc na chwilę odciągnęłam usta od jego warg, wzdychając głośno i łaknąc powietrza. Leon nie tracił czasu.

Wycałował palącą ścieżkę aż do moich wystających obojczyków i niżej…

– Kurwa, Julka, jesteś taka słodka – stęknął gardłowo, gdy jego ręce zacisnęły się na moich pośladkach.

Gwałtownie wypchnął biodra i poczułam to. Jego podniecenie. Chciał wrócić do moich ust, ale głośno przełknęłam ślinę i pokręciłam głową.

– Wystarczy – napomniałam go, popychając lekko, jednak nic to nie dało. Palce Leona już rozpinały moją koszulę. – Leon, proszę, jesteśmy w szkole.

Zamarł. Przestał mnie całować po szyi i po chwili zrobił krok w tył. Pokręcił głową ze złością. Jego szczęka drgała, gdy z całej siły zaciskał zęby. Przygryzając opuchnięte wargi, odwróciłam się do niego plecami, by zapiąć koszulę. Moje palce drżały pod wpływem szalejących emocji.

– Julka, serio musimy o tym pogadać. Jesteśmy parą od prawie roku, a ty…

– Ja co? – rzuciłam ostro, gdy urwał w pół słowa.

– Nie pozwalasz mi na nic więcej. Okej, czaję, że nie jesteś gotowa i tak dalej, ale ja też mam swoje potrzeby.

Podniecenie wyparowało ze mnie w jednej chwili.

– Więc szybki numerek w szkolnych schowku to według ciebie idealny sposób na rozwiązanie problemu? – syknęłam, porywając z podłogi swój plecak, który zrzuciłam nie wiadomo kiedy.

Zapinając ostatni guzik, minęłam Leona bez słowa. Gdy już docierałam do drzwi, jego ręka wystrzeliła w stronę klamki, blokując mi drogę. Nie odwróciłam się. Byłam na niego taka wściekła.

– Nie o to mi chodziło – powiedział skruszonym głosem.

Pewnie zignorowałabym te swego rodzaju przeprosiny, ale wtedy Leon pochylił się i oparł swoje czoło na moim barku. Powoli pozwoliłam mu się przytulić. Jego umięśnione ramię otoczyło moją talię, a palce uspokajająco gładziły biodro.

– Leon, poważnie, nie chcę jeszcze tego robić – wyznałam cicho. – Nie czuję się gotowa, a poza tym… Mam dopiero siedemnaście lat. To za wcześnie…

Prychnął zajadle.

– Mam ci powiedzieć, ile lasek z twojej klasy już dawno…

– Ale ja nie jestem taka jak one! – warknęłam, odwracając się na pięcie.

Chłopak, zły na samego siebie, zmarszczył żałośnie brwi i oburącz objął moją twarz.

– Przepraszam. Wiem, że nie jesteś. Dlatego tak cię kocham, ale… Pomyśl o tym, dobrze?

Ugryzłam się w język. Niepotrzebna mi była kłótnia o seks. Szczególnie w szkole. Nie żeby nasz związek nie wzbudzał powszechnego zainteresowania, jednak rozmawianie na tak intymne tematy w miejscu, gdzie każdy mógłby przypadkowo to usłyszeć, było skrajną głupotą. Poza tym Leon znał moje powody, wiedział, że tego rodzaju bliskość odrobinę mnie przerażała. Wcześniej próbowaliśmy drobnych pieszczot, ale kochanie się… Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.

Przytłoczona podnieceniem, które czułam jeszcze chwilę temu, i złością na Leona, tylko skinęłam głową. Nieco udobruchany pocałował mnie czule na zgodę. Kolejny przejaw asertywności w moim wykonaniu. Brawo, Julka. Brawo.

Odprowadził mnie na lekcję w ostatnim momencie. Umówiliśmy się wieczorem. Obiecał przyjechać do Wiki i zawieźć mnie do domu, bym nie musiała włóczyć się sama po nocy. Byłam bardziej niż pewna, że nasza rozmowa będzie miała ciąg dalszy.

Zlokalizowałam przyjaciółkę stojącą pod ścianą i czym prędzej do niej dołączyłam.

– Co tak długo? Aaaa… Okej, nie musisz odpowiadać – dodała z wrednym uśmieszkiem. – Tylko może… Zakryj ją, bo zaraz zlecą się sępy.

Kiedy zorientowała się, że zupełnie nie wiem, w czym rzecz, zaśmiała się pod nosem i wyjęła ze swojej uporządkowanej torebki podręczne lusterko. Wystarczył rzut oka, bym cała spurpurowiała.

– O nie! – wycedziłam przez zęby i natychmiast zebrałam włosy, by na szybko zapleść warkocz opadający na lewe ramię. Leon zostawił mi soczystą, purpurową malinkę tuż przy obojczyku.

– Widać, że chłopak nie może się od ciebie odkleić. Dosłownie – zaakcentowała Wiki, dźgając lusterkiem powietrze. Nie byłam w nastroju do żartów. Dziewczyna sapnęła, krzywiąc się nieznacznie. – Znowu próbował?

W oczekiwaniu na moją odpowiedź oparła się ramieniem o ścianę, czujnie rozglądając się wokół.

– Tak – przyznałam ciężko i potarłam czoło. – Już sama nie wiem, co o tym myśleć. Chciałabym, ale… Ugh, naprawdę nie wiem.

– To zabrzmi megastaroświecko, ale posłuchaj rady przyjaciółki. Jeśli nie czujesz tego, to się nie spiesz.

Czy faktycznie tak było? W ramionach Leona czułam się najbezpieczniej ze wszystkich znanych mi miejsc, a jednak coś nie dawało mi spokoju. Wiedziałam, że wcześniej był w związku. I w sumie to nie w jednym. Był rok ode mnie starszy, pełnoletni i doświadczony w sprawach łóżkowych. Jasne, że bałam się go rozczarować, ale nie tylko to wchodziło w grę. Coś się we mnie blokowało, gdy tylko przekraczaliśmy granicę zwykłego całowania.

Skołowana zerknęłam na przyjaciółkę. Przyglądała mi się z wyraźną troską.

– Pogadamy dzisiaj u ciebie?

Przytaknęła ochoczo, niemniej nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała się ze mną trochę podroczyć.

– A ponoć miałyśmy się uczyć w biblio!

– Weź… – Wywróciłam oczami, a Wiki uwiesiła mi się na ramieniu i zaczęła mną potrząsać, by dodać mi otuchy.

– Zrobię nam herbatki i pogadamy. Starych nie ma, więc będziemy miały chatę wolną… – Urwała w połowie, a jej oczy rozszerzyły się niemal dwukrotnie, gdy zerknęła ponad moim ramieniem. – O fuck!

Obejrzałam się za siebie i ciekawsko wyciągnęłam szyję. Babka od boli otwierała drzwi do sali, a obok niej stał wysoki chłopak w kapturze zarzuconym na głowę.

– Zapraszam! – zaświergotała raźno, jednak to nie zmotywowało moich kolegów do entuzjastycznego wejścia.

Przechodząc obok nowego ucznia, chciałam na niego zerknąć, ale spóźniona Ala wepchnęła się tuż przede mnie. Zatoczyłam się i w ostatniej chwili złapałam się pierwszej rzeczy, którą miałam pod ręką – ramienia tego chłopaka. Gdy nauczycielka strofowała Alę, by uważała na to, co robi, ja, zaróżowiona po same cebulki włosów, wymamrotałam szybkie przeprosiny i czym prędzej pomknęłam w stronę ławki.

Wiki biła mi brawo. Zignorowałam to. Pani Dolska zostawiła dziennik i torebkę na biurku, a chłopakowi kazała stanąć pod tablicą. Wszyscy usiedliśmy na swoich miejscach i nikt się nie poruszył ani też nie wyciągnął zeszytu czy podręcznika. Czekaliśmy, aż nauczycielka przedstawi nam nowego ucznia. To w sumie był ewenement, bo rzadko kto sprowadzał się do małej mieściny pod Poznaniem. Leon był ostatnim wyjątkiem, a teraz czekało na nas nowe wydarzenie. Wszyscy z ciekawością patrzyliśmy na tajemniczego, garbiącego się na środku klasy chłopaka. Nadal miał kaptur zaciągnięty na oczy. Zauważyłam, jak mocno zaciskał dłoń na pasku plecaka. Aż pobielały mu knykcie. Poczułam coś na kształt współczucia. Nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, ale pewnie musiał się czuć niezbyt komfortowo, gdy tyle par oczu otwarcie się w niego wgapiało.

Dolska zaklaskała. To był jej zwyczaj na początku lekcji, by przywołać do porządku klasę, jednak teraz całkowicie mijało się to z celem. Panująca w sali cisza sprawiła, że słyszeliśmy wrzeszczącą nauczycielkę historii trzy klasy dalej.

– Kochani, zanim zaczniemy lekcję, pragnę wam przestawić Aleksandra Świtowskiego – oznajmiła z uśmiechem i wskazała ręką w stronę chłopaka, jakby pokazywała nam najnowszy eksponat naukowy. – Od dzisiaj będzie z wami uczęszczał do jednej klasy. Olek, może przestawisz się i coś o sobie powiesz?

W tym momencie wszyscy przestaliśmy oddychać. Każdy chciał usłyszeć, co do powiedzenia ma Aleksander. I chyba coś powiedział, jednak na tyle cicho, że Dolska poprosiła go, by powtórzył.

– Aleks.

To był mocny, acz aksamitny szept. I coś mi przypominał. Miałam nieodparte wrażenie, że już wcześniej gdzieś go słyszałam…

– Rozumiem – powiedziała nauczycielka, nie kryjąc ewidentnego zawodu wymalowanego na twarzy. – To może później. Jesteś wysoki, więc zajmij miejsce na tyłach klasy. A i zdejmij kaptur, proszę.

Przytaknął drętwo i bezszelestnie ruszył między rzędami ławek, a w ślad za nim obracała się każda głowa. Jego ręce powędrowały do kaptura i w chwilę później wybuchła totalna burza, przez którą próbowała przebić się Dolska ze swoim klaskaniem. Słyszałam podniecony szept Ali. I całkowicie się temu nie dziwiłam.

Aleks był wysokim chłopakiem. I cholernie przystojnym. Jego ciemne, niemal kruczoczarne włosy były przydługie, opadały na oczy koloru czystego lazuru. Te tęczówki hipnotyzowały i sprawiały, że patrząc w nie, można było stracić dech. Zupełnie się zatracić. Ciemne sińce pod oczami kontrastowały z dość jasną, pozbawioną niedoskonałości cerą. Wąskie usta Aleksa zacisnęły się jeszcze bardziej, gdy dotarły do niego komentarze jego nowych koleżanek, jakim to jest ciachem. Dłonią o długich i lekko patyczkowatych palcach zagarnął do przodu grzywkę, jeszcze bardziej maskując twarz. Zdołałam jedynie zauważyć, że miał trójkątną szczękę i dość długi, prosty nos.

Bez zbędnego hałasu odstawił krzesło i siadł tuż za nami. Nie miałam wątpliwości, to był ten sam chłopak, który w zeszły czwartek pomógł mi pozbierać rzeczy, gdy szamocąc się z torbą, próbowałam wepchnąć do niej książkę.

Myślałam, że to złudzenie, że nikt nie może mieć tak przejmujących, niebieskich oczu, a jednak…

Wiki przywołała mnie do rzeczywistości, gwiżdżąc przeciągle.

– Będzie ciekawie – skomentowała krótko i wzięła się do spisywania tematu lekcji, który w magiczny sposób pojawił się na tablicy. Zmarszczyła brwi i z wściekłością cisnęła długopisem przez długość stołu. – Kurde, wypisał mi się. Pożycz.

– Jasne – przytaknęłam, przekopując piórnik w poszukiwaniu zapasowego. – Wiki, a nie brałaś go ode mnie, kiedy przepisywałaś zadanie z bioli?

– Szit, chyba zostawiłam go na stole! – stęknęła, składając ręce do przeprosin. – Sorki!

– Daj spokój, to tylko długopis. – Machnęłam lekko ręką, bo już pogodziłam się z jego utratą.

Wiki jeszcze raz wymamrotała szybkie przeprosiny i wychyliła się, szturchając nogą krzesło siedzącej przed nami Ali, żeby ją pomęczyć o pożyczenie. Zagięłam agrafkę, która prowizorycznie spinała mój leciwy piórnik.

Przygryzając usta, starałam się opanować chęć odwrócenia się do Aleksa. Chciałam mu podziękować i jeszcze raz rzucić okiem na te niebieskie tęczówki, ale… Dreszcz przeciął mi kręgosłup.

Ktoś na mnie patrzył.

Książkę Uważaj, czego pragniesz kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Uważaj, czego pragniesz
Anna Szafrańska3
Okładka książki - Uważaj, czego pragniesz

Kiedy osiemnastoletni Aleks sprowadza się do Biedruska pod Poznaniem, Julia nie wie, że już niebawem jej życie ulegnie całkowitej transformacji. Wychowywana...

dodaj do biblioteczki