Wcześniejsze losy kobiet z ulicy Grodzkiej. „Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca" Lucyny Olejniczak

Data: 2020-10-26 16:39:34 Autor: Piotr Piekarski

Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca to pierwszy z dwóch tomów opowieści o protoplastach bohaterów sagi Kobiety z ulicy Grodzkiej. Korzenie zła i narodziny niewieściej siły w bezwzględnych czasach walki o życie, nadzieję i marzenia.

Obrazek w treści

W 1831 roku w Galicji wybucha epidemia cholery. Z ogarniętej zarazą wioski ucieka młoda kobieta w ciąży. Kilkanaście lat później jej córka, Magda, urodzona i wychowana w klasztorze benedyktynek, przybywa do Krakowa, aby tam rozpocząć dorosłe życie.

Odważna i spragniona wiedzy dziewczyna jest wszędzie, gdzie coś się dzieje i gdzie czuje się potrzebna. Walczy na barykadzie podczas powstania krakowskiego, przeżywa pierwszą miłość i wkrótce znajduje swe życiowe powołanie - chce pomagać chorym. Mimo wielu przeciwności losu nie poddaje się, marząc o własnej aptece. Wie, że jako kobieta ma niewielkie szanse na spełnienie swoich pragnień, ale tym razem szczęście wydaje się jej sprzyjać.

Czy jednak nie będzie musiała za to zapłacić wysokiej ceny?

Do lektury powieści Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca zaprasza Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Dziś w naszym serwisie przeczytacie premierowy fragment nowej powieści Lucyny Olejniczak

Prolog

W roku 1831 wybuchła jedna z największych epidemii cholery na ziemiach polskich. Choroba przywleczona została przez rosyjskich żołnierzy, sprowadzonych do stłumienia Powstania Listopadowego. Chodziły słuchy, że car Mikołaj sięgnął po oddziały z Krymu, gdzie znajdowało się największe ognisko epidemii. Cholera szybko rozprzestrzeniła się w Królestwie Polskim, a następnie dotarła na tereny Prus i Galicji.

Do Krakowa i w okolice przywiozły ją prawdopodobnie wojska rosyjskie, które, dowodzone przez generała Rüdigera, wkroczyły we wrześniu 1831 roku do miasta, zapoczątkowując jego dwumiesięczną okupację.

Jako pierwsza, pod koniec września, została zarażona wieś Bartkowice.

CZĘŚĆ PIERWSZA

UCIECZKA

Rozdział pierwszy

Rok 1831.

Rzeczpospolita Krakowska.

Za wszelką cenę musiała ratować swoje dziecko.

Przemoknięta i zmęczona kobieta przedzierała się przez las. Miała niecałe dziewiętnaście lat i była w ósmym miesiącu ciąży. Ostre gałęzie jeżyn raniły jej nogi i zaczepiały o spódnicę. Ale nie zwracała na to uwagi. Byle dalej od tego miejsca, gdzie ją i jej nienarodzone dziecko czekała pewna śmierć. Jeśli nie od zarazy, to z głodu. Albo z rąk pijanych żołnierzy. To pewne jak amen w pacierzu, powtarzała w myślach.

Wyznaczeni do kordonu sanitarnego rosyjscy żołdacy otoczyli całą wioskę. Rozkaz był jasny i nie podlegał dyskusji:

Nikt nie ma prawa wydostać się na zewnątrz i nikt nie może przyjść tym ludziom z pomocą.

Cholera, bo tak nazywała się choroba, miała zniknąć wraz z ostatnimi mieszkańcami.

Mimo tego kategorycznego rozkazu jednej osobie udało się już uciec. Miejscowy ksiądz, rumiany i wiecznie podpity ojciec Ksawery, który na początku zarazy przekonywał wiernych, iż choroba jest karą boską za grzechy i że tylko modlitwa może wszystkich uzdrowić, kilka dni wcześniej uciekł do swojej rodziny w Miechowie. Po prostu przekupił rosyjskiego oficera.

Aż cztery bryczki wiozły dobytek wielebnego. Mieszkańcy niemal nie odczuli tej straty, bo już od tygodnia siedział zamknięty na plebani, nie spowiadał ani nie udzielał sakramentów, nie mówiąc już o odprawianiu pogrzebów. Podobno pił na umór, trwożliwie spoglądając przez okna, zza lekko uchylonych firanek, czy nikt aby nie zamierza go odwiedzić.

Agnieszka była więc drugą osobą, której udało się opuścić to piekło. Kosztowało ją to dużo mniej niż księdza, bo tylko trzy butelki wódki.

Wiedziała, że Moskale uwielbiają mocne trunki. Był chłodny marzec, siąpił deszcz i na posterunkach wyznaczonych wokół wsi musiało być im zimno, mokro i nudno. Siedzieli przy ogniskach, pili i śpiewali dumki. Tak więc nawiązała kontakt z jednym z nich, upatrzonym wcześniej starszym żołnierzem o imieniu Wasyl, który nazywał ją „krasawicą”. Miał rude bokobrody, czerwoną twarz, małe przekrwione oczka i chodził w krzywo zapiętym szynelu, z karabinem niedbale przewieszonym przez ramię. „Chodził” to chyba złe słowo – kroczył na sztywnych nogach, wciąż pijany. Kiedyś – za pomocą rosyjskich i polskich słów, a także gestów – poinformował ją, że mieszka w Riazaniu, ma żonę i dwie małe córeczki: Wierę i Duszeńkę. Wydał jej się poczciwym pijakiem, który tęskni za rodziną, i nie czuje żadnej nienawiści do ludzi z wioski.

Takiego człowieka właśnie potrzebowała.

Jak zawsze energiczna i zdecydowana, plan obmyśliła dosyć szybko, w przeciągu jednego popołudnia. No cóż, nie był on może zbyt skomplikowany, ale nie miała czasu ani głowy na coś bardziej wymyślnego. Po prostu kilka godzin przed ucieczką, późnym wieczorem poprzedniego dnia Agnieszka dostarczyła Wasylowi i jego kompanom ukryte w koszu flaszki wódki, pochodzące z dawnych zapasów jej szwagra.

- Nu, krasawica – żołnierz aż cmoknął na dowód uznania. – Bolszoje spasiba. Niczewo łuczsze nie nada.

I o to chodziło.

Teraz miała tylko nadzieję, że Moskale będą nad ranem spać jak zabici, nie wiedząc nawet, w jakim kraju się znajdują. Powróciwszy do wioski, poszła jeszcze pożegnać się z Siwkową, znachorką, która dwa dni wcześniej namówiła ją do tej ucieczki.

- Ratuj siebie i dziecko – powtarzała.

Sama, mimo żarliwych błagań Agnieszki, postanowiła zostać ze swoimi chorymi aż do końca. Wiedziała, że ich nie uratuje, ale chociaż ulży im w ostatnich godzinach życia. Ci, którzy jeszcze nie zachorowali, odsuwali się od zarażonych ze strachem, biednym spragnionym nie miał kto nawet podać wody.

-Za stara już jestem, żeby zaczynać gdzieś życie od nowa – tłumaczyła ostatniego wieczora, tuląc do siebie płaczącą dziewczynę, która miała nadzieję przekonać ją w ostatniej chwili. – Mam chore nogi i nie zajdę na nich za daleko, szybko nas dogonią. Będę ci tylko ciężarem. Ale ty musisz przeżyć. Uciekaj stąd jak najszybciej! Szczepan by tego pragnął!

- Zatem żegnajcie – powiedziała Agnieszka. – Dziękuję wam za wszystko.

Siwkowa zastępowała jej zmarłą przed kilku laty matkę. To ona nauczyła ją sporządzania leków i naparów, wyjawiła przepisy na wiele dolegliwości, pokazała, jak należy opiekować się chorymi. Razem zbierały i suszyły zioła, razem sporządzały z nich tajemnicze mikstury. Kobieta czuła, że przekazuje swoją wiedzę w dobre ręce.

- Nie daj się złapać – powiedziała na pożegnanie, a w myślach modliła się, żeby dziewczyna nie zaczęła rodzić gdzieś w lesie. To był już ósmy miesiąc. Ale nie miała wyjścia, musiała uciekać.

- Nie dam.

Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, co będzie, kiedy żołnierze ją jednak złapią. Czy zabiją na miejscu? Czy może odeślą z powrotem? Lepszy byłby już chyba bagnet, myślała. W gruncie rzeczy na jedno wychodziło. Wpatrzona w mrok, modliła się do Matki Boskiej o opiekę. Ale czy Matka Boska naprawdę jej pomoże? Czy ją w ogóle słyszy? Nie miała takiej pewności. Żadne modlitwy nie uratowały Szczepana ani innych ofiar plagi. Może Agnieszka była za mało pobożna? Religia wydawała jej się raczej zbiorem barwnych, czasami niejasnych opowieści, a przede wszystkim praktycznych nakazów, niczym więcej. Tak naprawdę nie czuła jej w sercu.

Na kilka godzin przed świtem przysnęła na moment. Obudziła się ze strachem, że zaspała. Jednak wciąż było ciemno i cicho.

Przygotowała się przy nikłym blasku łojówki, wciąż pogrążona w ponurych rozmyślaniach. Ręce jej drżały, oddech miała szybki i płytki, czuła, jak mocno bije jej serce. Jasne, gęste włosy splotła w gruby warkocz. Założyła haftowaną chustkę, a na plecy zarzuciła grubą, podbitą futrem kapotę po zmarłym mężu. Po chwili wahania zawiesiła na szyi czerwone korale, prezent od matki – zawsze trzeba ładnie wyglądać. W jej pamięci twarz rodzicielki dawno się zatarła, ale pozostało jakieś ciepło wewnątrz ciała Agnieszki, poczucie, że ta opiekuńcza osoba jest wciąż przy niej obecna ( czego nie odczuwała nigdy w stosunku do Matki Boskiej). Zabrała ze sobą węzełek, w którym miała trochę sera, słoniny i chleba. To było wszystko. Ostatni raz rzuciła okiem na izbę, w której spędziła ze Szczepanem tyle szczęśliwych chwil, po czym przeżegnała się i otworzyła drzwi.

Było tuż przed godziną udoju, więc nie miała zbyt wiele czasu. Wyszła z domu niczym duch. Tyle że już na podwórzu duch przypadkiem kopnął w stojące obok studni wiadro. W rzeczywistości odgłos był głuchy i ledwo słyszalny, ale w panującej wokół ciszy Agnieszka miała wrażenie, jakby uderzyła w kościelny dzwon. Aż się skuliła ze strachu i musiała na chwilę przystanąć, aby upewnić się, że nikogo nie obudziła. Oby tylko psy nie zaczęły ujadać. Tak cicho, jak tylko potrafiła, przemknęła przez wieś tyłami stajni i obór.

Za zabudowaniami otwierało się rozległe pole zamknięte czarną ścianą lasu. Przejście przez nie stanowiło największe wyzwanie, bo mimo iż panował jeszcze przedporanny mrok, była wtedy widoczna dla każdego, komu chciało się o tej porze patrzeć.

Pole wydawało się nie mieć końca. Szła jak we śnie, kiedy to człowiek mozolnie stawia kroki, a mimo to nie posuwa się naprzód. Oddychała szybko, serce biło jej mocno. Miała całkowitą pustkę w głowie. Gdy wreszcie dotarła do brzozowego lasku zamykającego pole od zachodniej strony, była cała spocona ze zmęczenia i strachu. Odetchnęła jednak z ulgą. Na chwilę zakręciło jej się w głowie z wrażenia. Odwróciła się i spojrzała na rodzinną wieś. Rozmyte w mroku niskie, krzywe chaty o małych oknach i strzechach obrosłych mchem i chwastem wydawały jej się w tej chwili odległe i nierzeczywiste, niczym powoli zacierające się wspomnienie z jakiegoś innego życia.

A przecież przez dziewiętnaście lat to miejsce było niemal całym jej światem. Nie licząc jednej wizyty w Krakowie, którą odbyła wraz z matką jeszcze jako dziecko, oraz służby u państwa Kosteckich, nigdzie indziej nie bywała. W Bartkowicach obchodziła wszystkie święta Bożego Narodzenia, kiedy chłopcy chodzili z szopką lub gwiazdą, śpiewając kolędy przy akompaniamencie skrzypek. Przypomniała sobie też radosne Sobótki i puszczane z nurtem rzeki wianki z kwiatów z przymocowaną do nich świeczką.

To tutaj wzięła ślub. To tutaj jej mąż, z zawodu cieśla, wybudował chatę.

Teraz Bartkowice były już tylko jednym wielkim cmentarzem. Oprócz znachorki nie pozostawiała tu nikogo bliskiego. Męża Szczepana straciła kilka dni temu, matka zmarła niedługo po ich ślubie, zaś starsi bracia wyjechali przed laty za chlebem do Prus i ślad po nich zaginął. Ojca nawet nie pamiętała. Przygniotło go drzewo w lesie, kiedy była jeszcze niemowlęciem.

Poczuła się wolna.

Wolna przynajmniej od tej odciętej od świata wioski.

Teraz czekało ją dużo trudniejsze zadanie. Jeśli chciała przeżyć, musiała dotrzeć do dworu państwa Kosteckich.

Kroczyła szybko, co chwilę oglądając się przez ramię, czy jakiś żołnierz już za nią nie idzie. Być może już ją zauważono i za chwile usłyszy za sobą wykrzykiwane po rosyjsku komendy. Może nawet i strzały. Przegoniła tę myśl, skupiając się tylko na tym, aby podczas tego pośpiesznego marszu nie potknąć się i nie upaść. Gdyby, nie daj Boże, skręciła teraz nogę w kostce, jej szanse znacząco by zmalały. O ile pozostałyby w ogóle jakieś szanse. Szła zatem ze spuszczoną głową, patrząc uważnie pod nogi i wsłuchując się w rytm swojego niespokojnego oddechu. Z oddali dobiegło ją pianie koguta. Wszyscy już pewnie byli na nogach.

Nie myśleć, to był jedyny sposób, aby nie poddać się panice. Była teraz jak zwierzę uciekające przed myśliwymi. Ale żołnierze byli tylko częścią problemu. Ich dało się łatwo przechytrzyć, wystarczyła gorzałka. Większym zagrożeniem wydawała się jej choroba. Czy aby na pewno przed nią ucieka, czy może niesie ją z sobą, wraz z nienarodzonym dzieckiem i skromnym węzełkiem? Skąd pewność, że cholera nie towarzyszy jej w ucieczce.

„Cholera”. To słowo powodowało, że kolana stawały się słabsze, a ręce drętwiały. Tak właśnie nazwał chorobę przybyły do wsi lekarz z Krakowa, otyły brunet o gładko wygolonej twarzy. Po czym natychmiast odjechał, a na jego miejsce pojawiło się rosyjskie wojsko, które otoczyło wieś kordonem sanitarnym. Jak szeptano, pierwszego roku po powstaniu w Królestwie cholera uśmierciła mnóstwo ludzi. Podobno przywlekli ją właśnie Moskale wysłani do stłumienia buntu ( bo powstańców nazywali buntowszczykami). Zmarłych chowano na specjalnych cmentarzach cholerycznych, z dala od siedzib ludzkich. Przejezdni opowiadali chłopom o dwuramiennych krzyżach stojących na rozstajach dróg, ostrzegających o panującej w tamtych okolicach zarazie. Nazywano je karawakami, krzyżami morowymi. Przybite na pionowym słupie dwie poprzeczki, górna krótsza od dolnej, informowały wędrowców, że w okolicy panuje cholera i należy te miejsca omijać.

No cóż, nie ominęła niestety Bartkowic.

Uderzyła pod koniec września - niespodziewanie, bez żadnych zapowiadających ją znaków na niebie ani ziemi. Nie było komety, nie było krwawej łuny na horyzoncie, czerwonej wody w studni. Po prostu pewnego dnia córka kowala zaczęła wymiotować i cierpieć na biegunkę.

Szybko umarła.

Potem zachorowała Grzesiakowa, żona rymarza. Na nic też zdały się modlitwy całej rodziny i okadzanie chaty dymem z jałowca. Wezwana do domu znachorka od razu zauważyła pomarszczoną jak po długiej kąpieli w rzece skórę, zapadnięte oczy i charakterystyczny cichy, szczekliwy głos starszej kobiety. Jedyne, co mogła w takiej sytuacji zalecić, to częste picie przegotowanej wody i mycie rąk wszystkich członków rodziny, którzy stykali się z chorą. To miało zapobiec dalszym zakażeniom.

Niestety, potraktowano to jak zwykłe dziwactwo.

Od brudu jeszcze nikt nie umarł, a od wody niejeden, skwitowała krótko córka chorej, wycierając buzię swojego najmłodszego synka utytłaną ścierką. Grzesiakowa zmarła następnego dnia, potem przyszła kolej na jej wnuka. W ciągu krótkiego odstępu czasu we wsi zmarło kilka osób. Na pierwszy ogień poszli chorzy, starcy i dzieci.

Przypomniano sobie wtedy domokrążcę, chudego mężczyznę o drapieżnych rysach, który pojawił się niedługo przedtem. Nie wyglądał na okaz zdrowia, był blady i bardzo się pocił. Długo stał pod studnią rymarza i pił wodę prosto z wiadra. Zanim wyjechał, zdążył jeszcze sprzedać sporo medalików „poświęconych przez samego papieża z Rzymu”, korale oraz przyprawy. Jego ciało znaleziono tydzień później, dwie mile od wsi, nadgryzione przez wałęsające się dzikie psy. Pochowano je pospiesznie w lesie. Nikt nie wiedział, co się stało z towarem, który domokrążca wiózł ze sobą na wózku.

Agnieszka, chociaż w zaawansowanej już ciąży, niestrudzenie pomagała znachorce przy chorych. Wierzyła, choć teraz – idąc przez las - nie była już tego taka pewna, że kiedy będzie przestrzegać jej zaleceń, nie zachoruje. Podczas gdy razem z nieustraszoną Siwkową starały się odegnać zarazę, po raz pierwszy Agnieszka dowiedziała się, iż dziecko, które nosiła w swoim łonie, jest „wyjątkowe”.

- Dlaczego wyjątkowe? – spytała zaciekawiona dziewczyna, nieco speszona, ale i dumna.

Okadzały właśnie chałupę furmana, Marcina Wilka, piołunem i wonnymi ziołami. Wcześniej mocno napaliły w piecu i wylały na gorący kamień dwie łyżki octu. Gospodarz, ubrany w kaftan z niską talią, przyglądał się tym zabiegom z mieszaniną zaciekawienia i niedowierzania, drapiąc się po kudłatej głowie. Był to chudy jak tyka chłop, wiecznie naburmuszony i cierpiący na, jak sam to określał, „bolesny rumatyzm”.

- Czuję to, kiedy kładę dłoń na twoim brzuchu – odparła znachorka.

Była drobną kobietą po pięćdziesiątce, pomarszczoną i nosiła czerwoną chustę. W ogóle ubierała się jak Cyganka – kolorowo – choć cerę miała jasną, oczy blado błękitne, wręcz wyblakłe. Mówiono, że kiedyś, w młodości, kochała się w przystojnym Cyganie i że ta miłość tragicznie się skończyła, ale trudno było zgadnąć, czy to prawda, czy bajki. Ona sama nigdy o tym nie wspominała. Nie miała męża ani dzieci, mieszkała samotnie na skraju wsi, w małej chatce pełnej suszonych ziół i grzybów.

Ksiądz Ksawery jej nienawidził, zresztą z wzajemnością. Nazywał czarownicą i niektórzy mieszkańcy rzeczywiście wierzyli, iż Siwkowa potrafi zamieniać się w ropuchę, a także odbierać krowom mleko. Patrzono na nią krzywo, nawet Agnieszka, jako dziecko, trochę jej się bała. Tyle że podczas zarazy ludzie chwytali się wszelkich sposobów, nawet tych potępianych przez księdza.

Pokłonili by się samemu Złemu, byle ocalić skórę.

- Naprawdę wyjątkowe? – spytała Agnieszka. – Można to poczuć?

- Naprawdę. Nigdy się nie mylę.

- Nigdy?

- Przenigdy.

- Chłopiec?

- Nie.

- Dziewczynka?

- A jest jakaś trzecia możliwość? Grabiami się w czoło uderzyłaś, że się pytasz jak ta głupia?

- Może być, na przykład, diable..- wtrącił nieśmiało Marcin Wilk, siedzący na ławie w kącie izby. – Znaczy czort.

- A cóż to za bzdury! – Siwkowa spojrzała groźnie na mężczyznę. – Sądzicie, że Agnieszka nosi w sobie diablę?

- No nie. Wiadomo. Ale takie przypadki bywały, że ani chłopak, ani dziewczyna. Mój ojciec opowiadał, że za czasów, kiedy na carskim tronie siedziała baba, urodziło się niedaleko stąd dziecko z ogonkiem i ostrymi ząbkami. Czarniawe takie jakieś. Na mój rozum, owoc grzechu. Matka podobno lubiła chodzić w okolicach bagien, więc tam pewnie ją jakiś czort….no wiecie…

- Wiemy, skąd się dzieci biorą – przerwała mu Siwkowa.

- No więc, jak ludzie zobaczyli takiego dziwoląga – kontynuował chłop – to go chcieli z miejsca do lasu wynieść. Ale był akurat we wsi człowiek miastowy. Powiedział, żeby tego chłopaka, bo to chłopak był, za nic nie ruszać. Potem go rysował na papierze, całkiem udatnie, jak mówił ojciec. No i posłał do miasta po uczonych. Zjechali się i badali stwora, kiwali głowami.

Znachorka westchnęła głęboko. Znała tę historię doskonale, tak jak dziesiątki podobnych opowieści. Mimo że ksiądz i część wsi uważała ją za czarownicę, nie dawała wiary tym najbardziej fantastycznym relacjom. Leczyła ziołami i dziwnymi miksturami, nie starała się jednak powoływać na żadne cuda-niewidy, jak to czyniły inne okoliczne znachorki.

Marcin Wilk musiał jednak zakończyć swoją historię.

- Podobno przyjechali z Moskwy, zapakowali do takiej skrzyni-klatki, a potem zawieźli cudaka do samej tej ich carycy Katarzyny. Bo ona lubiła dziwowiska. Tyle wiem.

Agnieszka spojrzała na Siwkową, wyraźnie zalękniona.

- Spokojnie, moja droga, to dziewczynka – powiedziała znachorka.

- A czujecie jeszcze coś? – zapytała Agnieszka słabym głosem. Siwkowa spojrzała na nią bacznie.

- A niby co?

- No… - dziewczyna spuściła wzrok. – Coś o tym dziecku. Skąd… Owoc grzechu. Czarcie dziecko.

- Nie - ucięła tamta krótko. - Przynieś mi teraz, dziopo, gliniany garnek. Musimy coś rozgrzać.

- Co znowu? – zaniepokoił się Wilk.

- Sproszkowaną siarkę.

- Że co? – gospodarz aż podniósł się z ławy. - Siarkę? Przecież to są diabelskie gusła jakieś.

- Nie gadajcie głupot, Marcinie. Usiadł posłusznie, ale nie odpuścił:

- Ksiądz dobrodziej gadał, że choroba pochodzi od…

- To biegnijcie z tym do księdza dobrodzieja – fuknęła Siwkowa. – Może go jeszcze dogonicie. Jeśli was Moskale wypuszczą.

- Rumatyzm mi nie pozwala.

- No więc siedźcie teraz cicho. Dziewczyno, gdzie ten garnek?

- Już przynoszę.

***

Drobny deszcz, który zaczął padać przed godziną, utrudniał Agnieszce wędrówkę. Zdeptane buty ślizgały się na wilgotnej ziemi i liściach. Brzozowy lasek skończył się szybko i zrobiło się stromo oraz gęsto. Weszła na wzniesienie pośród pokrzyw i paproci, chwytając się wilgotnych gałęzi i małych, przekrzywionych drzewek. Rzecz jasna, łatwiej i szybciej byłoby jej iść traktem, ale obawiała się rosyjskich patroli. Nie sądziła, by do południa żołdacy zorientowali się, że we wsi brakuje „krasawicy” (nie byli zbyt bystrzy i mało cenili sobie żołnierską dyscyplinę). Lepiej było jednak unikać dróg i otwartych przestrzeni. Znając życie, będą chcieli zgłosić się do niej po następną butelkę, i wtedy zauważą jej nieobecność. Agnieszka, tak szczodrze ich obdarowując, musiała zagościć już na dobre w ich prostych żołnierskich sercach.

Usiadła na zwalonym, zmurszałym pniu, aby nieco odpocząć. Wciąż starała się odganiać bolesne wspomnienia, ale te, niczym uprzykrzone owady, powracały.

- Oj, Szczepan – wyszeptała. – Dlaczego cię tutaj ze mną nie ma? Ty byś wiedział, co zrobić. I nie musiałabym iść do tych okropnych ludzi. Czemu mnie opuściłeś akurat teraz?

***

Pochowała go trzy dni temu. Przynajmniej w solidnie zbitej trumnie, a nie we wspólnym grobie, jak to miało miejsce w przypadku innych ofiar zarazy. Oczywiście bez księdza, ale to nie miało już dla niej znaczenia. Ojciec Ksawery okazał się pijakiem i tchórzem. Zresztą nigdy go nie lubiła.

Nie do księdza miała pretensje, ale do losu. Do końca wierzyła, że dzięki Siwkowej i jej wiedzy uda im się wspólnie przeżyć nieszczęście. Choroba zdawała się jakby przygasać. Mówiono nawet, że mróz ją zabił. Ale nic z tego. Po kilku dniach zarażonych było siedem chałup. Także i dom Agnieszki. Jej mąż zachorował i szybko okazało się, że nie ma dla niego ratunku. Co gorsza, on sam to czuł. Gdyby nie kolejne w ciągu dwóch lat zapalenie płuc, które tym razem bardzo go osłabiło, może dałby sobie radę z nowym zagrożeniem. Niestety, jego organizm nie miał już sił do walki. Całe swoje dorosłe życie robił trumny, a teraz musiał przed śmiercią słuchać odgłosu zbijania ostatniej skrzynki dla niego. Wykonywał ją Wojtek, chłopak, którego wziął poprzedniego roku na ucznia i pomocnika. Szczepan chciał nawet nadzorować z łóżka tę pracę, obawiając się fuszerki, ale i na to nie miał już sił.

A pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy dowiedział się o ciąży Agnieszki, zaczął zbijać kołyskę dla ich dziecka. Chciał, żeby była najpiękniejsza na świecie. Wydłubywał na jej bokach bajkowe postaci: księżniczki, krasnoludki, wróżki. Na końcach biegunów miały przysiąść motyle. Wciąż odkładał robotę, bo miał wiele zamówień. Sadził, iż przed nim jeszcze mnóstwo czasu. Niestety, teraz wiedział już, że nie zdąży… Jedyną pociechą dla niego było głaskanie brzucha Agnieszki.

-Moje dziecko – szeptał z czułością, umęczony biegunkami i wymiotami.

- Tak, twoje – odpowiadała dziewczyna, odwracając wzrok.

- Chłopiec czy dziewczynka?

- Nie wiem – skłamała. - To Bóg wybierze.

- Może być dziewczynka.

- Tak?

- No tak. Wszystko obmyśliłem. Urodę będzie miała po tobie, a rozum…

- Po babci? – przerwała mu.

- Nie.

- Jak to nie? Uważasz, że babcia była głupia?

- Skądże znowu.

- A więc.

Zaśmiał się cicho.

- Rozum po tacie.

Odgarnęła splątane pasma włosów z jego twarzy i pocałowała go w policzek. Był gorący i suchy.

- Mam dziecko.

Mimo że jej mąż umierał, jego zapadnięta twarz promieniała. Miał mieć wreszcie potomka. Bardzo długo nie udawało się Agnieszce zajść w ciążę. Kiedy pojawił się u niej brzuszek, mąż wydawał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Spełniły się jego wszystkie ambicje. To był prosty, ale poczciwy mężczyzna, o twardych rękach, wciąż pachnący żywiczną wonią trocin.

Agnieszka i Szczepan pobrali się trzy lata wcześniej, kiedy ona miała szesnaście lat, a on był już dobrze po trzydziestce. Podobał jej się ten wysoki, czarnowłosy mężczyzna o szczerym spojrzeniu i dobrym sercu. Właściwie, to wybrała go dla niej matka, ale Agnieszka szybko zaakceptowała ten wybór. Nigdy nie ciągnęło jej do młodych chłopców, którym w głowie były tylko głupoty i bijatyki w karczmie. Szczepan był inny. I inaczej też na nią spoglądał – z uczuciem i jakąś nabożną czcią, jakby wciąż nie dowierzał, że taka dziewczyna może zwrócić na niego uwagę. Mało brakowało, a nie wysłałby w końcu swatów do jej matki, obawiając się odmowy. Ale Agnieszka przyjęła go od razu. Pobrali się na wiosnę, panna młoda, cała w kwiatach, zachwyciła go do tego stopnia, że aż zapomniał języka w gębie przy wypowiadaniu sakramentalnego „tak”. Musiała go żartobliwie szturchnąć w bok przed ołtarzem.

Oboje bardzo chcieli mieć dzieci. Niestety, nie pomagały ani specjalne zioła przygotowywane przez znachorkę, ani modły. Wszystko na nic. Każdy kolejny miesiąc był pełnym nadziei oczekiwaniem, które szybko zmieniało się w rozczarowanie i smutek.

-Wasze dziecko po prostu jeszcze nie jest gotowe – pocieszała Agnieszkę w takich chwilach znachorka. - Samo wybierze sobie czas, w którym zechce pojawić się na świecie. Ale przyjdzie na pewno, wiem o tym.

Agnieszka jej uwierzyła. Bo bardzo pragnęła jej uwierzyć.

- Jak sobie teraz dasz radę? – zapytał ją Szczepan tuż przed swoją śmiercią.- Z dzieckiem?

- Znasz mnie.

- No znam. Jesteś uparta i..

- Nie pozwolę mu umrzeć.

- To wiem – odrzekł, po czym zamknął oczy i po krótkiej chwili zasnął. Nigdy już się z tego snu nie obudził.

***

Siedząc tak na zwalonym pniu, zmęczona i zziębnięta, nagle samotna i bezdomna, zaszlochała, ukrywszy twarz w dłoniach. Cichutko, niemal bezgłośnie, jakby wstydziła się otaczających ją drzew.

Tak mi ciebie brakuje, pomyślała, czując spadające na nią krople deszczu. Wreszcie pociągnęła nosem, wstała energicznie i otrzepała spódnicę. Do dworu Kosteckich było prawie dziesięć mil. Nie miała czasu na użalanie się nad sobą. Powinna tam dotrzeć późnym popołudniem. Musi tylko okrążyć moczary. Postanowiła, że nie da się ani Moskalom, ani chorobie. Tego chciałby Szczepan. Dotrze do bezpiecznego miejsca i urodzi to dziecko, choćby cały świat próbował jej w tym przeszkodzić. Poczuwszy nowy przypływ sił, ruszyła przed siebie, zdecydowana i nieustraszona.

Tak, Szczepan by tego pragnął.

Tyle że to nie było dziecko Szczepana.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca
Lucyna Olejniczak0
Okładka książki - Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca

Pierwszy z dwóch tomów opowieści o protoplastach bohaterów sagi "Kobiety z ulicy Grodzkiej". Korzenie zła i narodziny niewieściej...

dodaj do biblioteczki