Wierzyłem w to. Fragment książki „Piotr"

Data: 2025-11-18 10:20:43 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 11 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

#sprawiedliwośćdlaolgi

Przeszłość nigdy nie umiera. Zwłaszcza ta, która odbiera przyszłość i zmusza do poświęceń.

Piotr Grajewski, bohater powieści Olga Ewy Hansen, powraca, by ostatecznie zmierzyć się z demonami przeszłości. Ścigany przez widma tragedii, przyjmuje pracę, która ma być jego ostatnią szansą na odkupienie: ma zostać opiekunem złamanego przez życie Tomka. Dla jego siostry, Laury, to jedyny promyk nadziei w świecie rządzonym przez poczucie winy.

W tym samym czasie w sieci tajemniczy profil @Zrodzony.Z.Ciszy rozpoczyna grę o prawdę, a stary wróg Piotra powraca, by nie tylko zniszczyć go ponownie, ale też uczynić Laurę celem swojej mrocznej obsesji.

Czy druga szansa może narodzić się tam, gdzie króluje ból i nienawiść?

„Piotr" Ewa Hansen - grafika promująca książkę

Zapraszamy do przeczytania powieści Ewy Hansen Piotr. Koniecznie obejrzyjcie odcinek podcastu Co tam? Czytam!, w którym gościliśmy autorkę:

W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Piotr. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

On

Jeść. Spać. Srać. Żyć.

Powtórzyć.

Jeść. Spać. Srać. Żyć.

Powtórzyć.

Jeść. Spać. Srać…

Myli się ten, kto myśli, że terapia jest uleczeniem dla duszy, a po niej to już tylko różowe okulary i hodowla jednorożców.

To bujda.

Granda zwykła.

Półtora roku wierzyłem w bzdury, że coś mi to da. Chodziłem na każde spotkanie, wykonywałem wszystkie zalecone ćwiczenia, choć niektóre wydawały mi się wybitnie durne. Byłem tak sumienny i pilny jak nigdy w życiu, i czułem, że to musi dać jakiś konkretny efekt. Ba, na terapeutycznym haju pojechałem nawet nad Zalew Sulejowski, gdzie miał być Wielki Dzień, gdyby się tak wszystko nie pojebało. Doradził mi to terapeuta, twierdząc, że w ten oto magiczny sposób zamknę etap Olgi i będę gotów ruszyć do przodu. Ot, symboliczny ślub z umarłą duszą, który miał mnie uratować przed ostateczną utratą własnego „ja”.

Przez chwilę nawet to pomogło. Pojawiło coś na kształt siły do egzystencji, z czego Krzysiek był bardzo dumny. Chwalił mnie jak pięciolatka za każdy jebany postęp, twierdząc, że mam naprawdę świetne rokowania, aby w końcu przepracować wszelkie traumy, łącznie z tymi zaserwowanymi mi przez rodziców, a właściwie przez ich brak.

Kurwa, wierzyłem mu.

Wierzyłem w to.

Tylko, że rzeczywistość, jak to zwykle bywa, dość szybko walnęła mnie w pysk. Tej wiary zostało mi na jakieś dwa miesiące po terapii, kiedy okazało się, że życie może i jest piękne, ale nie wtedy, gdy trzeba się odnaleźć w szarej codzienności bez ciągłego wsparcia z zewnątrz. Dopóki żyłem z dnia na dzień, skupiając się tylko na tym, aby nie zeżarło mnie poczucie winy, dopóty jako tako trzymałem się w pionie. Teraz, gdy mój dzień nie był wypełniony absolutnie niczym, czułem, że lada moment wszystko szlag trafi. A kasa, nie meduza, nie rozmnaża się przez pączkowanie, więc nie mogłem wyruszyć w świat z plecakiem. Nie mówiąc o tym, że zwyczajnie czułem się na to za stary. Nigdy nie widziałem się w roli samozwańczego idioty, poszukującego własnego „ja” w Indiach czy innych Andach. Jedynie tym, co zawsze sprawiało mi prawdziwą radość, były obowiązki zawodowe. Słowem: musiałem znaleźć pracę.

Niby nic takiego. Miałem doświadczenie, wszystkie licencje, dyplomy… Tylko jedno „ale”. Przez całe życie byłem nauczycielem. Niby nic takiego. Brakuje ich w niemal każdej szkole. Teoretycznie powinienem w trymiga coś znaleźć. Spójrzmy jednak na moje osiągnięcia:

Kiepski chłopak.

Jeszcze gorszy narzeczony.

Niedoszły doktor polonistyki.

Sierota.

A, i bym zapomniał!

Jebaka uczennic.

Morderca.

A wszystko dlatego, że się jak kretyn zakochałem we własnej uczennicy, która została brutalnie zamordowana, w co próbowano mnie wrobić. Mimo że prokurator ostatecznie umorzył jedno postępowanie, a w drugim udało mi się uzyskać uniewinnienie, to i tak raz przyszyte łatki miały pozostać ze mną na zawsze.

Według mojego terapeuty powinienem się cieszyć z takiego obrotu sprawy. W końcu nie miałem bałaganu w papierach, więc gdybym bardzo się upierał przy pozostaniu w swoim zawodzie, to wystarczyłoby, abym wyjechał z Warszawy i zaczął od zera w zupełnie innym miejscu. Formalnie nie dostałem zakazu wykonywania zawodu, jednak doktorek nie wiedział o jednej dość paskudnej rzeczy, bo nawet samemu przed sobą było mi wstyd się przyznać.

– Miło cię widzieć, Piotrze. – Jakieś pół roku po śmierci Olgi, które spędziłem najpierw na bezpłatnym urlopie z okazji toczących się równolegle dwóch procesów: w sprawie śmierci Olgi i mojej napaści na Madejskiego, a następnie na L4 dla posklejania strzępków duszy, Roman zaprosił mnie do swojego gabinetu. Ubrany był jak zawsze w garnitur skrojony na miarę, na twarzy miał ten sam co kiedyś wyraz dobrodusznego wujka i tylko w oczach brakowało już tej pozornej figlarności. Ostatnie miesiące wyraźnie go wykończyły, jednak dopiął swego: sprawa, mimo pierwotnych protestów rodziców innych uczniów, została gładko zamieciona pod dywan, a Perec nie stracił ani krztyny swojej reputacji. Nie chciałem wiedzieć, ile pieniędzy to wszystko kosztowało. Korzystne dla Charkata wyroki dały mu do rąk argumenty, którymi zbijał wszelkie niepokoje i uciszał plotki.

Teraz usiadł za biurkiem, na którym leżały dwie teczki. Poprawił je nerwowo, po czym spojrzał na mnie – jego twarz teoretycznie wyrażała smutek i troskę, ale oczy nadal były martwe. Ciekawe, czy ja wyglądałem tak samo?

– Zarząd szkoły zdecydował się wypowiedzieć ci umowę o pracę w trybie natychmiastowym. – Spuścił wzrok. Jakby czekał na cios. Nie wiedział, że i ja na niego czekałem. Rozwiązanie umowy o pracę było w tamtym momencie najmniejszym problemem. Spodziewałem się tego. Szczerze, jakikolwiek inny scenariusz nie przychodził mi nawet do głowy. Wiedziałem, że nawet zakończone postępowania sądowe, z których wyszedłem obronną ręką, nie ustrzegą mnie przed komisją dyscyplinarną za romans z uczennicą, z czego nie mogłem się wyłgać, bo był faktem. I plamą na reputacji Pereca, a do tego dyrektor nie mógł dopuścić, zwłaszcza po wyciszeniu sprawy morderstwa w łazience.

– Okej, i…? – Starałem się brzmieć nonszalancko, ale po głowie skakały mi tylko myśli o tym, jak długo jeszcze będą działały tabletki uspokajające. Przeczuwając, że ta rozmowa mnie przeczołga, profilaktycznie łyknąłem dwie przed wyjściem. To znaczy, miałem ochotę wziąć więcej, ale mój najwspanialszy przyjaciel Krzysiek patrzył mi na ręce, pilnując dawek jak cerber. Teraz czułem, że ich działanie było stanowczo za słabe, bo całe ciało mi się napięło, a ręce zaczęły się delikatnie trząść. Powinienem był wziąć przynajmniej cztery. Albo dwie mocniejsze…

– Masz do wyboru jedną z dwóch opcji. – Roman wskazał na teczkę po lewej stronie. – Zwolnienie dyscyplinarne z wpisem do akt, bez prawa do odprawy oraz zwołanie komisji dyscyplinarnej w sprawie orzeczenia zakazu wykonywania przez ciebie zawodu na podstawie złamania przez ciebie Kodeksu Etyki Nauczyciela… – Czułem jakby ktoś mi do żołądka wsypał wiadro lodu. Niby byłem na to przygotowany, ale i tak miałem kruchą nadzieję na to, że być może uda mi się i od tego wymigać. Kochałem uczyć. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym robić cokolwiek innego, mimo że wiązało się to z masą przykrych wspomnień.

– Albo? – Tylko tyle zdołałem wykrztusić. W głowie zaczęło mi wirować i miałem wrażenie, że za chwilkę zemdleję.

Roman sięgnął po drugą teczkę.

– Albo rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, bez wpisu do akt i innych konsekwencji – powiedział, podając mi dokumenty, a ja zamrugałem, nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Bezwolnie sięgnąłem po dokumenty i przejrzałem je z uwagą. Poza zrzeczeniem się odprawy i okresu wypowiedzenia, nie było w nich żadnych pułapek. Żadnych kruczków. Coś mi tu nie grało.

– A komisja? Olga… – wydukałem przez zaciśnięte gardło. Roman pokręcił głową, a ja zbaraniałem. – Skąd taka hojna propozycja? – Zmarszczyłem brwi, czując, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– Większość zarządu uznała, że nie byłoby rozsą nie roztrząsać tego niefortunnego zdarzenia, jakim była śmierć panny Piotrowskiej, z którą miałeś niestosowną relację, a zwolnienie dyscyplinarne oraz powołanie komisji z pewnością rozdmuchałyby ten incydent na nowo. – Zgrzytnąłem zębami, czując jak krew zaczyna mi się gotować w żyłach.

– Niefortunne zdarzenie? Incydent? – warknąłem. Nawet końska dawka benzodiazepin nie byłaby w stanie mnie teraz uspokoić. – Śmierć Olgi nazywasz incydentem?

– Jak orzekł prokurator, to był bardzo nieszczęśliwy wypadek, sprawców nie udało się złapać… – Roman przywołał na twarz udawaną troskę i smutek, jednak zbyt dobrze go znałem, aby nabrać się na te plewy. Poczułem, jak robi mi się ciemno przed oczami.

– Bo ktoś zmusił ojca zmarłej do ochrony ich tyłków! krzyknąłem, waląc pięścią w blat. Roman siedział niewzruszony i przyglądał mi się w milczeniu. Nagle do mnie dotarło. – Ach, czyli to jest ceną porozumienia? – Ledwo wydałem głos przez ściśnięte z emocji gardło. – Kłamstwo na temat tego, co spotkało Olgę?

– Raczej trzymanie się oficjalnej wersji zdarzeń, która pozwoli nam wszystkim wrócić do normalności i nie siać niepotrzebnego fermentu. – Dyrektor Charkat wyprostował się. Chrząknął, niedbale poprawiając mankiet idealnie wyprasowanej koszuli. – Ale to nie wszystko.

– Wiedziałem – parsknąłem gniewnie, czując jak od środka zaczyna mnie roznosić furia. Starałem się nie myśleć o tym, że dzięki temu układowi ja stracę pracę, a faktyczny sprawca będzie mógł bez żadnych konsekwencji skończyć szkołę, obnosząc się tryumfalnie po Perecu z tym, że wykurzył Grajewskiego. Przez zęby wycedziłem: – Co jeszcze? Mam publicznie wziąć winę na siebie czy przeprosić morderców?

– To by było zbędne i sprzeczne z interesem szkoły, bo przecież do żadnego morderstwa nie doszło. – Beznamiętny ton Romana jednoznacznie wskazywał na to, jakie są jego priorytety. Reputacja ponad wszystko. Aż dziw, że to hasło nie było oficjalnym mottem tej popierdolonej szkoły.

– Czego zatem chcecie? – Byłem już zmęczony tą rozmową. Chciałem jak najszybciej opuścić budynek Pereca.

– Oczekujemy, że dobrowolnie zrezygnujesz z nauczania w jakiejkolwiek, czy to prywatnej, czy publicznej, placówce edukacyjnej na dowolnym poziomie. – Słowa Romana sprawiły, że poczułem żółć w ustach.

– Nie możecie tego ode mnie wymagać przy porozumieniu – powiedziałem chłodno, siląc się na nonszalancję, choć w środku byłem coraz mocniej roztrzęsiony. – Nigdy nie obowiązywał mnie zakaz konkurencji, nie mówiąc o tym, że bez komisji dyscyplinarnej nie ma mowy o zakazie wykonywania przeze mnie zawodu nauczyciela.

– Cóż, masz wybór… – Roman postukał sugestywnie w pierwszą teczkę.

– Co jeśli bym się nie dostosował do tej… prośby? spytałem proforma, znając odpowiedź. Charkat przyjrzał mi się z jawną groźbą w oczach.

– Wówczas zarządowi zupełnym przypadkiem przypomni się twój udział we wcześniej wspomnianym incydencie, o którym czystym przypadkiem nie pamiętaliśmy podczas śledztwa, a o którym, bardzo mi przykro, będziemy musieli powiadomić komisję dyscyplinarną, nie mówiąc już o poinformowaniu prokuratury. Tak ważnych informacji, wskazujących sprawcę, nie będziemy mogli ukrywać…

Czując narastający wkurw, sięgnąłem po papiery i złożyłem podpis. Nie oglądając się na Romana, wstałem i podszedłem do drzwi, pragnąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Jednak w chwili, kiedy złapałem za klamkę, uznałem, że nie mogę wyjść pokonany.

– Roman? – Odwróciłem się na sekundę z miną niewiniątka.

– Tak? – Charkat, który nie ukrywał satysfakcji, wynikającej z faktu, że zagrałem zgodnie z jego wizją, mruknął zniecierpliwiony.

– Pierdol się.

Powieść Piotr kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Piotr
Ewa Hansen 0
Okładka książki - Piotr

#sprawiedliwośćdlaolgiPrzeszłość nigdy nie umiera. Zwłaszcza ta, która odbiera przyszłość i zmusza do poświęceń. Piotr Grajewski, bohater powieści „Olga”...