Witaj w mrocznym świecie skruszonych gangsterów. „Mój przyjaciel gangster" Oskara Maya

Data: 2021-06-09 11:28:37 Autor: Piotr Piekarski

Witajcie w mrocznym świecie „skruszonych gangsterów”, świadków koronnych dyktujących scenariusze prokuratorom, skorumpowanych policjantów i mediów chodzących na pasku polityków, którzy nie cofną się przed żadną podłością, byle osiągnąć swój cel.

Obrazek w treści

Marka Wysockiego, młodego i ambitnego dziennikarza, zaczyna przytłaczać codzienna rutyna. W poszukiwaniu nowych wyzwań zgadza się na rozpoczęcie współpracy z Jarosławem Malewiczem, ps. Ratler, małym
świadkiem koronnym, byłym gangsterem grupy pruszkowskiej. Dawny banita, a dziś prężnie działający biznesmen, chce napisać książkę i – jak zapewnia – rzucić nowe światło na funkcjonowanie przestępczości zorganizowanej i powiązań prokuratorów z gangsterami.

Współpraca ta pociąga jednak za sobą dramatyczne konsekwencje, które postawią pod znakiem zapytania całe dotychczasowe życie i dorobek Wysockiego…

Oskar May to pseudonim warszawskiego dziennikarza, który ceni sobie anonimowość. W swojej pracy “wyspowiadał” wielu policjantów kryminalnych i przestępców. Suma tych doświadczeń skłoniła go do napisania powieści pod przewrotnym tytułem Mój przyjaciel gangster. Prywatnie miłośnik MMA, kina i muzyki rockowej (we wszelkich odmianach). Do lektury powieści Mój przyjaciel gangster zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki:

PROLOG

– Piździ – sapnął pod nosem, po czym splunął z obrzydzeniem.

Tylko tyle był w stanie wymamrotać. W takie dni nadkomisarz Krzysztof Jackiewicz miał dość fabryki, dość zasuwania w tę i z powrotem wysłużonym trapezem, który de facto nie przypominał polonezów z poprzedniej epoki – została już tylko slangowa nazwa. Miał powyżej uszu pretensji żony o wielogodzinne spóźnienia i zapach przetrawionej wódy. Był też znużony swoim zawodowym partnerem – Wiśniakiem. Na mrozie lepiej oszczędzać struny głosowe, ale Wieśniakowi – jak lubił go nazywać japa się nie zamykała.

– Kogoś musiał nieźle wkurwić – rzucił młokos, pochylając się nad sinokrwistym worem mięsa, które jeszcze kilka dni wcześniej, bez wątpliwości, nazwałby człowiekiem. – O co tu chodzi? – zapytał.

– Za grzyby go nie zajebali – rzucił Jackiewicz, przygryzając papierosa.

– Za grzyby? – zapytał z głupim grymasem młodszy policjant.

Krzysztof w akcie rezygnacji przewrócił oczami.

– Dobra, czekaj tu na łapiduchów, rozpytaj okolicznych, może ktoś coś widział. Jest już prorok, lecę – rzucił w końcu, kierując się w stronę szczupłego okularnika o wyglądzie urzędasa.

Wiśniak znał dobrze wybiegi starszego kolegi. Czasem miał wrażenie, że Jackiewiczowi wchodzenie w dłuższą rozmowę sprawia psychiczny i fizyczny ból. Sądząc po parszywie skrzywionych wargach – ból do samego szpiku. Prawie taki, jakiego w ostatnich chwilach życia musiał doświadczyć denat.

Spojrzenie trupa było puste i zimne. Mroźny poranek potęgował ponure wrażenie. Sina powłoka wtapiała się w oszronione połacie przetrzebionej, rzadkiej trawy. Tylko ta pozostawiona krew. Dużo krwi… Ciemnej, ostygłej, zaschniętej. Rozerwane mięśnie. Bebechy wylewające się spod rozchełstanego płaszcza… Jedynie to zdradzało przerwaną formę życia. Brak dokumentów zastępowała pospiesznie wykonana notatka: Mężczyzna w średnim wieku, wysoki, dobrze zbudowany. Wiek ok. 45 lat. Rany cięte i kłute. Kilkadziesiąt ciosów, prawdopodobnie nożem. Rozcięty brzuch. Widoczne zasinienia. Musiało dojść do bójki i szamotaniny (rozerwane ubranie).

Poza tym nic. Wiśniak zerknął kątem oka na starego gadającego z prokuratorem. Ruszył w kierunku małej grupki gapiów. Do odwalenia miał masę rutynowej roboty. Dziś to wyzwanie, jutro wspomnienie, pojutrze migawka, za jakiś czas czarna dziura. Tak przynajmniej wydawało się wtedy podkomisarzowi Michałowi Wiśniakowi. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił. Czasami trudno domyć ręce, pozbyć się przykrego zapachu. Z tą sprawą miało być podobnie.

Rozdział I

Korporacja daje ci ciepełko, ale jednocześnie zasysa, wysysa i dusi – słowa starego znajomego zawsze przypominały mu się o siódmej dwanaście. Nienawidził nastawiać budzika według czegoś, co otoczenie nazywało ogólnie przyjętymi normami. Tyle wystarczyło, by zaliczyć toaletę, zjeść śniadanie i ruszyć w stronę swojej własnej pieprzonej Góry Przeznaczenia. Ten Mordor był bardziej niż przerażający – przytłaczał groteskowością.

Wydawca Marek Wysocki. To brzmi dumnie! Ale tylko brzmi. Jeszcze siedem lat temu Wysocki chwytał Pana Boga za nogi. Ujawniał szwindle, tropił niesprawiedliwość, deptał po piętach skurwysynom w dresach i białych kołnierzykach. A przynajmniej wydawało mu się, że tak jest. I chciał to robić nadal, ale z jego umiejętnościami na kulejącym rynku medialnym można było albo się dostosować i serwować ściśle spreparowaną papkę, albo dać się zmarginalizować i być głodnym. Wybrał pierwszą opcję. Złota klatka zawsze była dla niego lepszym rozwiązaniem niż pusty żołądek. Początkowo pocieszał się, że upór i determinacja pozwolą mu po godzinach robić prawdziwe dziennikarstwo, tworzyć znaczące reportaże, dalej wymachiwać swoim wydumanym sztandarem. Z czasem sam zaczął się nabijać z własnej naiwności.

Jedyne, o czym myślał po wycieńczających dyżurach, to relaks i totalne czyszczenie głowy – najlepiej przy ukochanych thrillerach albo na treningach kick-boxingu, w które mocno się wkręcił. Pierwszy kontakt z matą, zapach sali, przyspieszony oddech, przyjemny skurcz mięśni, poczucie uruchomienia uśpionych pokładów energii, szybkie i dynamiczne ciosy w tarczę w dwunastouncjowych rękawicach. I kopnięcia. Uwielbiał te momenty. Piszczel uderzająca o kawałek tworzywa imitującego skórę zawsze dawała poczucie satysfakcji i ulgi. Schodziło z niego całe napięcie kumulowane w ciągu dnia.

I jeszcze sparingi. Tylko on i rywal zamknięci w małej przestrzeni ringu. Patrzą na siebie w oczekiwaniu, kto pierwszy zaatakuje. W końcu ktoś zacznie, a wtedy nastąpi gradobicie, którego jedynym akompaniamentem będzie cisza przerywana przyspieszonym oddechem i biciem serca – słyszalnym jak nigdy. Niczego więcej nie chciał. Jeszcze tylko te pieprzone rytuały w ciągu dnia. W końcu trzeba było zarobić na bułkę z masłem.

Redakcja mieściła się na piątym piętrze nowego biurowca. Każdego dnia witał go widok pustego open space’u zapełniającego się w ciągu kilku godzin twarzami bez wyrazu, kakofonią informacyjnego szumu, firmowych plotek i lakonicznych small talków bez treści. Jedyną ucieczką było skupienie – przy popędzaniu redaktorów, poprawianiu ich tekstów, sugerowaniu zmian, planowaniu wywiadów i innych codziennych czynnościach z newsroomu. Media doby internetu nie znosiły opóźnień. Liczyła się szybkość i zdolność szybkiego reagowania.

W rzeczywistości mało kto potrafił się angażować – każdy z jego ekipy żył pauzą na papierosa, chwilą wytchnienia przy ekspresie do kawy czy przerwą na przygotowanie jedzenia. Najważniejsze to odbębnić dyżur i żeby nikt się nie przyczepił. Fabryka to fabryka. Liczą się cyfry. Zawsze sobie powtarzał, że gdyby wiedział, że tak będzie wyglądało „dziennikarstwo”, nigdy nie wziąłby się do tego kawałka czerstwego chleba.

– Dzień dobry, cześć – rzucił do kilku osób w newsroomie.

Nigdy nie miał zwyczaju sprawdzania grafiku. Kilka stanowisk redakcyjnych musiało być obstawionych i tyle. W końcu sam powtarzał w wywiadach, że najważniejszy jest człowiek. W trybach tej maszynerii nawet nie czuł wstydu. Warunki się zmieniły. Cała sztuka polegała na umiejętności dostosowania.

Zerknął na telefon. Kurwa, a ta czego? – burknął pod nosem. Pęknięty ekran smartfona witał go napisem „Naczelna”. Niechętnie przeciągnął palcem po ekranie.

– Halo, siema – rzucił, starając się, by jego głos zabrzmiał jak najpogodniej.

Mógł sobie darować spektakl.

– Cześć, Marek. Słuchaj, dlaczego nie daliśmy zajawki numeru naszego tygodnika? – zapytała z wyczuwalną pretensją w głosie.

– A mieliśmy dać? Nikt nic nie mówił o nowym terminie. Nic nie dos… – odpowiedział.

– To nieistotne. Skoro było na mailu, to trzeba było zrobić. – Jej głos coraz bardziej świdrował mu w głowie.

– OK, rozumiem. Dobra, zaraz wstawiamy – próbował zabrzmieć przekonująco, jak wyciszony terapeuta.

– Teraz jest trochę późno. Pilnujmy tego na przyszłość. Nie może być tak, że dostajemy coś i nie puszczamy. Wiesz, jakie są ustalenia – nie ustępowała.

– Dobra, już działam. I więcej nie nawalę – powiedział i zaraz skarcił się w myślach za to, że nie umiał się wybronić.

– OK, w kontakcie – rzuciła z niechęcią.

– OK, pa – zakończył z ulgą.

Wal się, pierdolona psychopatko! – Odruchowo zgniótł leżącą pod ręką gazetę i rzucił nią o ścianę. Sekretarka, przyspawana na ogół do laptopa z nieodłącznym okienkiem fejsa, odwróciła głowę.

– Panie Marku, jak nerwowo… – zagaiła.

– Taaa – rzucił.

Nie pozostawało nic innego, jak rzucić się w wir zadań. Wydać polecenia i znów zatopić się w serii nikomu niepotrzebnych czynności. Po raz kolejny się spisać albo coś koncertowo spieprzyć, nabić cyferki klikalności i oglądalności, skasować swoje, zapomnieć. Sam nie wiedział, kiedy stał się maszyną. Wiedział, że podstawa jego pracy to mocny tytuł, równie zachęcający lead, a reszty i tak nikt nie czytał. Najważniejsze to unikać procesów i pisać bez błędów. Za to groziła bowiem kara sto złotych od łebka. I chociaż świat zaopatrywał ludzkość w dobrodziejstwa w postaci błyskawicznych edytorów tekstowych, pokolenie millennialsów lubiło wyróżniać się również i na tym poletku, często sadząc byki. Marek lubił sobie w takich sytuacjach pofolgować i dać gówniarzom do zrozumienia, co myśli o ich pracy i oczekiwaniach. Summa summarum to nie oni mieli kłopoty. Zawsze kończyło się dydaktyczną pogawędką u dyrektora, do którego dochodziły słuchy o braku poszanowania dla pracowników. Wszystko i tak rozchodziło się po kościach – póki rosły liczby, Mareczek był OK. Z czasem nauczył się też nie wychylać, bo każde zaznaczenie własnego „ja” ściągało na niego kłopoty. A tych ostatnich pożądał najmniej, zwłaszcza odkąd wzięli z Anią kredyt na mieszkanie i planowali dziecko.

I tylko czasem przypominał sobie chwile, gdy jako wychudzony student robił pierwsze reportaże, podpadając miejscowym chuliganom, gdy nadeptywał na odcisk watażkom chwytającym się państwowej sukmany w ramach art. 60 Kodeksu karnego, gdy wreszcie pisał pierwszą książkę o prawdziwym życiu policjantów kryminalnych (kiedyś okrzykniętą kultową, dziś – po paru latach – już mało kto o niej pamiętał). W końcu nie opłacało się drukować kolejnego nakładu. I już tylko ceny na aukcjach internetowych sprawiały mu satysfakcję. Dużo tych dokonań… Sam zgodził się na przedwczesną emeryturę, przyjął rolę poprawiacza cudzych tekstów i poganiacza inteligentnych inaczej. To przynajmniej się opłacało. Poza tym na jego plecy dobrze działał wygodny firmowy fotel.

Z wielogodzinnego transu, przez maluczkich zwanego korpozapierdolem, wyrwał go dzwonek przyporządkowany do nieznanych numerów.

– Halo.

– Czeeeść, Mareczku, pozdrowienia zza grobu. Lorek mówi!

Jeśli są takie chwile, gdy niechęć w równym stopniu łączy się z zaciekawieniem, to był właśnie ten moment.

– Hej, faktycznie zza grobu – mruknął Marek. – Co tam?

– To ja dzwonię po paru latach, a ty mnie pytasz: „Co tam?” Tak bez pieszczoty? He, he – zaśmiał się Lorek chrapliwym śmiechem palacza. – Interes mam.

– O, proszę. To znaczy? – zapytał chłodno Marek.

– Wiesz, mam koleżkę, który miałby dla ciebie fajny temat…

– Loro, ja nie mam teraz czasu na takie historie. Mam ludzi do bieżączki, jest młócka polityczna w sprawie trybunału. Muszę ich przypilnować, nie mam nawet czasu podrapać się po dupie – odpowiedział.

– A drap się, kiedy chcesz, drap się – zarechotał stary znajomy. – Dzwonię, bo sam bym sobie w oczy nie spojrzał, gdybym ci nie powiedział. Możesz se dupę przyspawać do krzesła, ale ja wiem, co cię rusza. Kto, jak nie ty. Dlatego…

– Chłopie, co było, a nie jest itd. Znasz to przysłowie, nie? No właśnie – przerwał Marek.

– Dobra, dobra – powiedział niczym niezrażony Loro. Zróbmy tak. Daj mi piętnaście minut. Stawiam kawę, bo chyba dalej ją lubisz? I krótko przedstawię ci sprawę. Wchodzisz czy nie? Ja chcę mieć tylko czyste sumienie, że ci o tym powiedziałem. Pojutrze jestem w Warszawie. Pasi ci ósma? O ile nie pracujesz…

– Nie pracuję – rzucił Marek i po chwili miał ochotę ugryźć się w język.

– No to bravissimo! – niemal krzyknął Loro. – Nie wykręcaj się, szybko ci powiem, o co chodzi. Bo to nie jest sprawa na telefon. To u Romana na Powiślu. Ciao!

– Ale… – Marek nie zdążył nic dodać, kompan sprzed lat już się rozłączył. – Kurwa – dodał głośno, znów zwracając uwagę wszystkowidzącej sekretarki.

Asertywność nigdy nie należała do jego mocnych stron. Czasem wolał uciąć z kimś kontakt, wycofać się, niż marnować czas na tłumaczenie swojej odmowy. Nie była to nawet kwestia odwagi, ale zwykłego zniechęcenia. Ostatecznie często wolał stracić czas, niż szargać sobie nerwy. Zwłaszcza gdy znalazł się w sytuacji takiej jak ta. Głupio było się wykręcić.

Z Lorkiem, a właściwie Leonem Romeckim, znali się od dziesięciu lat. To on pomagał mu podłapywać cenne kontakty w stolicy. Loro przez lata pracował w niszowych mediach, potem znalazł sobie synekurkę w szemranej fundacji, pod której adresem padały oskarżenia o powiązania z rosyjskimi służbami. Jednak nie to najbardziej odstręczało Marka od podtrzymywania zażyłości z dawnym kolegą. Leon coraz mocniej wchodził w rolę człowieka, który „lubi wiedzieć”. Niemal przy każdej okazji pytał o powiązania, zależności, układy. W pewnym momencie potrafił odzywać się tylko w tych sprawach. Rubikon przekroczył pytaniem o źródło informacji, które pojawiło się na portalu współtworzonym przez Marka. Wysocki nie miał zamiaru bawić się w kurtuazję. Szybko sprowadził Leona do parteru, ale Romecki – jak gdyby nigdy nic obrócił sytuację w żart.

– Oj, nie spinaj się tak, luz – uspokajał.

To jednak wystarczyło, żeby na dźwięk jego nazwiska w głowie Marka zapalała się lampka ostrzegawcza. Z czasem mocno ograniczył kontakty, a i sam Loro wydawał się raz na jakiś czas zapadać pod ziemię, unikając mediów społecznościowych i zmieniając numery telefonu.

Czego mógł chcieć tym razem? Pewnie nic ważnego, pomyślał Marek. Ale z drugiej strony… Cholera wie, z kim się zadaje i po co robi tę całą szopkę. No nic, nie zawadzi się spotkać, uspokajał samego siebie. Rozdział II

Leon niewiele się zmienił. Ogolona głowa, kilkudniowy zarost i nieschodzący z ust uśmieszek. Jego niski wzrost idealnie współgrał z zawadiackim usposobieniem wiecznego żartownisia.

Marek zauważył go zza szyby kawiarni. Romecki siedział mocno rozparty przy stoliku i śmiejącymi się oczami lustrował przechodniów. Powitał kumpla radosnym okrzykiem od samych drzwi.

– Siema, mistrzu! – zawołał. – Witam gwiazdę polskiego dziennikarstwa – dodał, ściskając mu dłoń, a drugą ręką podtrzymując łokieć Wysockiego.

– Gwiazdy są na niebie, ja tylko zbieram na bułkę z masłem. No i z szyneczką – rzucił Marek z zachowawczym uśmiechem.

– Nie bądź taki skromny. Parę książek na koncie, wydawca w dużej firmie medialnej, radzisz sobie – wychwalał Loro, zapraszając go do stolika. – Co u Ani?

– Dzięki, dobrze – powiedział Wysocki. – Pracuje tam, gdzie ostatnio, chwali sobie. Jest OK.

– Dalej sprzęt medyczny? Fajna branża. Stabilizacja. To kiedy ślub? – zapytał bezceremonialnie Leon.

– Planujemy w przyszłym roku. To będzie dobry czas… Ale chyba nie dlatego chciałeś się ze mną widzieć – odpowiedział Marek.

– A ty znowu tak na brutala, he, he – zarechotał Leon. No dobrze. Pamiętasz jeszcze Furę? Tego koronnego.

– Trudno zapomnieć kogoś, kto chciał cię puścić w skarpetkach. Wytoczył mi dwa procesy o naruszenie dóbr osobistych. Jeden przegrał, drugi w toku. Różnie może być – powiedział Marek. – A dlaczego o niego pytasz? Może w końcu pójdzie pierdzieć w pasiak?

– Kto wie. I możesz się do tego przyczynić – odpowiedział lakonicznie Loro.

– Brzmi jak superoferta z telezakupów Mango. A na poważnie, o co kaman? – zapytał Wysocki.

– Jak wiesz, Fura idąc w koronę, zdążył wkurwić wielu byłych kolegów. Mówili, że Pruszków chce go odjebać, ale to bujda. Dziadki martwią się o swoje procesy i zabezpieczenie własnych dzieciaków, nie latają z kałachami po mieście. To nie lata dziewięćdziesiąte. Można odegrać się w inny sposób – zagaił Leon.

– I co ja mam z tym wspólnego? – zapytał Marek.

– Kojarzysz Ratlera? – odpowiedział pytaniem Loro, badawczo przyglądając się rozmówcy.

– „Kojarzysz” to dobre określenie. Młodszy kolega Fury. Handel dragami na szeroką skalę. Zdaje się, że i jego wjebał – powiedział znudzonym głosem Marek. – I?

– I Ratler bywał w wielu miejscach. Mnóstwo widział i słyszał. A teraz chce o tym mówić.

– Dlaczego teraz?

– Wszystkie jego sprawy są zakończone. Teraz ma czas, środki i możliwości, żeby się odwinąć. Nie zapominaj, że przez Furę dostał większą pajdę – powiedział Loro, z wyraźną satysfakcją przyglądając się pobudzeniu Marka. A jak masz źródło, które samo wzbiera, to chyba jesteś happy man. Co?

– A dlaczego przychodzisz w tej sprawie akurat do mnie? Znasz go? – zapytał Wysocki.

– Zdarzyło się, zdarzyło. Poznałem go na imprezie u wspólnego znajomego.

– Co to za znajomy?

– O, proszę, proszę… A jednak udało mi się wzbudzić ciekawość – stwierdził. – Taki typ, który robi odwierty na Wschodzie, wiesz, poznałem go przez nasz instytut.

– Agentura, co? – zaśmiał się Marek.

– Oczywiście, niech i tak będzie. Tak czy siak, Ratler przeszedł na całkowity legal, zresztą trudno o inny wybór, bo też poszedł na współpracę z psiarnią. Dostał nawet małą koronę. – Romecki popatrzył na swoje paznokcie. Były czyste. – Ma parę biznesów, ale rozgląda się za dodatkowym groszem. No i tak się nasze drogi przecięły. Fajny gość.

– Mhm, pewnie. Bandyta, kapuś – żachnął się Wysocki.

– Wiesz, ludzie się zmieniają. Ten chłopak naprawdę zerwał z dawnym życiem. Nawet jeśli nie wierzysz w cudowne przemiany, jemu to się po prostu kalkuluje. Przytula kasę, ma łebskiego wspólnika, który nigdy nie trzymał z miastem. Jedyne, co zostało mu z przeszłości, to zamiłowanie do dobrej zabawy. Ale o tym może sam się zdążysz przekonać – zaśmiał się Lorek.

– O, widzę, że powoli przechodzimy do rzeczy. I to w kilka minut. Zmieniasz się na lepsze – rzucił Wysocki.

– Rozwijam się. – Leon wyszczerzył zęby. – Tak czy siak Ratler chce napisać książkę i wywalić wszystko na wierzch. Na grubo. Głównie chodzi o pierdolnięcie w Furę. Również o stare sprawy. I to takie, które mogą postawić pod znakiem zapytania koronę tego wieprza. Wiem, że miałeś z nim na pieńku, dużo o nim pisałeś i chyba masz szansę go dobić.

– Czekaj, czekaj… – Marek poprawił się na krześle. Skoro ma takie petardy, to czemu nie odpalał ich przed prokuratorem? A jeśli nie przed prokuratorem, to dlaczego do tej pory siedział cicho?

– I tu przechodzimy do sedna. Przed którym prokuratorem miał je odpalić? Wszyscy, którzy go słuchali, firmowali układ, który dał koronę Furze. I po co miał iść się wypaszczyć pismakom wcześniej, skoro właśnie Kowalski i Maculewicz, którzy stworzyli najsłynniejszego koronnego RP, grali pierwsze skrzypce w krajówce? No, pomyśl. Jak wiesz, za obecnej władzy zostali odstawieni na boczny tor. Co tam odstawieni. Zgnojeni! Został, co prawda, Frątczak, ale jest jedyny z tamtego rozdania. A Ratler wyczuł swoją szansę. Proste – wyjaśnił Loro, popijając duży łyk kawy.

Marek przyznał w duchu, że to wszystko układało się w całość. Nie spodziewał się, że Leon przyniesie mu konkret. A przynajmniej coś sprawiającego takie wrażenie.

– To co? Zainteresowany? – zapytał Loro.

– Wiesz dobrze, że nie dam ci odpowiedzi ad hoc. Mam swoje sprawy, jestem zajebany robotą. Chociaż przyznaję, brzmi ciekawie. Ale musiałbym spotkać się z Ratlerem odpowiedział Wysocki.

– Jasna sprawa. Spotkaj się, pogadaj i sam zdecyduj. Myślę, że warto, bo masz gruby temat na Furę. Ludzie uwielbiają książki byłych gangsterów, nie mówiąc już o bandyckich porachunkach. Nawet literackich – zaśmiał się Leon. – Tak czy siak, masz, panie Marku Wysocki, bestseller w kieszeni.

– Dobra, dobra, na razie daj mi namiar na tego łba. Albo przekaż mu mój numer. W sumie jego interes – rzucił Marek.

– A i owszem. Odezwie się do ciebie niebawem – powiedział Lorek z szerokim uśmiechem. – No to ugadani! Klasnął w ręce.

– Wstępnie, ale nic nie obiecuję.

– Wiadomo.

Nie można ufać samemu sobie, pomyślał Wysocki.

Miał się skupić na robocie w tym redakcyjnym kurwidołku. Prostej, żmudnej, codziennej łupaninie, która dawała mu comiesięczny stabilny zarobek. Nic mniej, nic więcej. Prosty układ. Tymczasem jego niepohamowana ciekawość wpychała go nieuchronnie w kolejną wojnę. I to chyba największą w całej jego śmiesznej przygodzie nazywanej dziennikarstwem. Przynajmniej się żyło, usprawiedliwił się w myślach.

Leniwym wzrokiem spojrzał na wrześniowe słońce odbijające się od okien niskiego biurowca na Marszałkowskiej. Ruch był stosunkowo niewielki. Miasto jeszcze nie wprawiło się w szaleńczy rytm metropolii, jakby nie wybudziło się z wakacyjnego letargu. Studenci nie powrócili do miasta, dzieciarnia w godzinach przedpołudniowych kisiła się w szkołach. Było umiarkowanie ciepło, a powietrze rześko pachniało. Zawsze w takich okolicznościach przypominał sobie, za co tak kochał wczesną jesień.

Ania też wzięła wolne tego dnia. Może wyskoczą dziś na miasto? Trzeba było chwytać te chwile. Czuł, że przyda mu się głębszy oddech. Zwłaszcza przed atrakcjami, które niechybnie dopiero były przed nim.

Ledwo doszedł do samochodu, poczuł wibracje w kieszeni. Na ekranie smartfona pojawił się nieznany mu numer.

– Tak?

– Mówi Jarosław Malewicz. Dostałem pana numer od Leona. Pewnie zna pan sprawę.

Zaczęło się szybciej, niż myślał.

Wieczorny chillout w dzień wolny od pracy zazwyczaj wiązał się z głową pełną niepotrzebnych myśli. Irytujące niepisane prawo znalazło zastosowanie również i tym razem. Serial, który mieli oglądać wspólnie z Anią, okazał się dla niego ciągiem ruchomych obrazów z niesforną kakofonią dźwięków. Tylko udawał skupienie. Nieudolnie.

– Marek, co się dzieje? – zapytała Ania.

– A co ma się dziać? Nic, wszystko gra – odpowiedział oschle. – Wiesz, chyba kroi mi się większy temat. Może książka, zobaczymy.

Nie miał ochoty bawić się z nią w ciuciubabkę. Tym bardziej że z jego twarzy można było czytać jak z otwartej książki. Okrągłe, duże oczy słabo skrywały prawdziwe intencje.

– Nie wiem, jak znajdziesz na to czas. Ale to świetnie – powiedziała, przysuwając się do niego na kanapie. O czym?

– Raczej o kim – rzucił z zawadiackim uśmiechem.

– Dobra, dobra, panie poprawny. – Seksownie wykrzywiła buźkę, wysuwając język jak niesforny uczniak. – To o kim? – dodała już całkiem serio.

– Tym razem o złym człowieku – westchnął. – Wiesz, bandzior, w dodatku kapuś. Ale mamy wspólnego wroga.

– Jesteś pewien, że chcesz w to wchodzić? Pamiętasz, ile spokoju zabrał ci ten poprzedni? Jak mu tam…

– Właśnie to jest ten wróg. Można mu się odgryźć rzucił, głaszcząc ją po policzku.

– Tylko uważaj na siebie – szepnęła. – Żeby nikt mi cię nie skrzywdził – dodała, pieszcząc jego udo.

– O, tak to możesz mnie ostrzegać, pani profesor… rzucił.

– Mmm… Dziś bawimy się w dydaktykę? Czemu nie. Ktoś tu chyba był niegrzeczny… – zanim dokończyła, zamknął jej usta pocałunkiem.

Szybko zdjął jej bluzkę – pod spodem nic nie miała. Zszedł niżej – już po kilku sekundach spodenki, które zakładała wieczorami, leżały w najdalszym kącie pokoju. Uwielbiał jej ciało. Delikatną skórę, zapach, wiotkie ręce, zgrabne piersi, szczupłe uda, ale przede wszystkim twarz. Duże niebieskie oczy, obfite usta, brzoskwiniową opaleniznę, często pokrywającą się rumieńcem jak u podlotka. Feeria naturalnych barw pięknie komponowała się z blond włosami. Jakby do pokoju wpadło słońce, pomyślał.

Łapał te promienie łapczywie, na zapas. Chciał się w nich zanurzyć. Już na zawsze, jakby nie było jutra.

Lubiła na niego patrzeć, gdy spał. Na jego delikatnej skórze pojawiały się już pierwsze zmarszczki. Zauważyła też kilka, na pierwszy rzut oka zupełnie niewidocznych, siwych włosów. Wychodził z niego stres. Bo zawsze starał się czerpać z życia garściami. Zmieniało się jego ciało, nawyki, ale tego stylu, podejścia do życia pewnie już nigdy się nie pozbędzie.

Poznała go, gdy bardziej przypominał chłopca niż mężczyznę. Szczupły, wręcz chudy, z lekko roztrzepaną, bujną czupryną, zawsze z torbą przy boku. Wyglądał wtedy jak licealista. Mimo to było w nim coś cholernie męskiego. Nieokiełznana determinacja i parcie do przodu sprawiały, że od zawsze widziała w nim faceta, jakim stał się teraz. Lokata długoterminowa, uśmiechnęła się w duchu.

Potrzebowała kogoś takiego. A on potrzebował jej. Nawet gdy wracał wkurwiony i nieprzyjemny, pozostawał jej Mareczkiem. Owszem, kłócili się. Czasem padały mocne słowa. Ale dalej widziała w nim tamtego szczupłego chłopaka z nieokiełznanym kędziorem na czubku głowy, odprowadzającego ją na komendę, po tym, jak została napadnięta w centrum. A potem czekał. Musiał tam stać ze trzy godziny. Okrył ją swoją kurtką, bo właśnie zaczynało padać. Pewnie tak brzmią wszystkie banalne historie miłosne. Ale z kimś takim jak on nigdy nie była skazana na monotonię.

Książkę Mój przyjaciel gangster kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Mój przyjaciel gangster
Oskar May0
Okładka książki - Mój przyjaciel gangster

Witajcie w mrocznym świecie „skruszonych gangsterów”, świadków koronnych dyktujących scenariusze prokuratorom, skorumpowanych...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Autor
Recenzje miesiąca
Skręcona historia
Jakub Ostromęcki
Skręcona historia
Zaginiona apteka
Sarah Penner
Zaginiona apteka
Strażnik Klejnotu
Katarzyna Rygiel
Strażnik Klejnotu
Król Myszy
Zuzanna Orlińska
Król Myszy
Cienie Paryża
Paulina Kuzawińska
Cienie Paryża
Pokaż wszystkie recenzje