Okładka książki - Księżyce Jowisza

Księżyce Jowisza


Ocena: 4.25 (4 głosów)
opis

Są książki złe i książki nieudane, ale wiedzące, że są nieudane. Księżyce Jowisza Joanny Bober należą do innej kategorii: udają wielkie. To właśnie ta desperacja, by wejść do panteonu literatury monumentalnej, sprawia, że całość rozłazi się w szwach – od fizyczności wydania po rdzeń narracji, który zamiast serca okazuje się pustą skorupą.
Już okładka zdradza problem: ornamentyka wygląda przyzwoicie na pierwszy rzut oka, lecz centralny motyw – pocałunek dwóch chłopaków – zamiast prowokować czy wzruszać, wywołuje konsternację. Rysunek przypomina pracę z kółka plastycznego, a miękki, gazetowy papier nadaje całości formę ulotki, nie literatury. Podpis „J.M.M. Bober” miał brzmieć jak szyfr do wielkości – na wzór J.R.R., G.R.R. czy J.K. – a wyszedł jak autoparodia. Rowling ukrywała imię, by rynek ją zaakceptował; Tolkien i Martin ciężar nazwisk unieśli treścią. Tutaj inicjały są pustym gestem, echem bez znaczenia.
Pierwsze strony miały być mocnym uderzeniem. Zamiast tego dostajemy strzał ślepakiem: wrzask, wulgaryzmy, które nie detonują emocji, tylko rozlewają się jak błoto. Nie mam nic przeciwko brudowi, jeśli służy prawdzie. Ale tutaj każde „kurwa” jest wydmuszką – wtrętem, który ma zastąpić napięcie. Tolkien umiał budować grozę ciszą, a jeśli już sięgnąłby po słowo brudne, zrobiłby to w momencie koniecznym. Tu brud pojawia się od razu – nie jako bunt, lecz jako poza.
Narracja szybko pogrąża się w chaosie. Sceny pojawiają się i znikają, czas zapętla, przestrzeń nie ma ram. Raz jesteśmy w śnie, raz w jawie, raz w zaświatach, a potem znów w teraźniejszości – ale nie wiadomo czyjej. Brak punktu odniesienia sprawia, że każdy fragment jest mgłą, a każda scena – zawieszonym w próżni szkicem. To nie jest świadomy eksperyment, to zwykłe narracyjne niedbalstwo. Świat przedstawiony przypomina kartonową scenografię, która rozpada się przy pierwszym dotknięciu.
Światem tym rządzi jedno prawo: przemoc. Bohaterowie istnieją tylko po to, by ranić albo cierpieć. Krzywda powtarza się jak refren natrętnej piosenki. Problem w tym, że cierpienie nie prowadzi do żadnej pointy – nie oczyszcza, nie tłumaczy, nie buduje. To teatr bólu dla samego bólu. I tak jak w teatrze, kulisy szybko zaczynają być widoczne: wątki pojawiają się i gasną, postaci nie pełnią żadnej funkcji, a epizody wyglądają jak zapychacze objętości. Historia niby się toczy, ale bez dramaturgii, bez kulminacji, bez momentów, które wstrząsnęłyby czytelnikiem. Wszystko okazuje się przewidywalne – od pierwszych stron wiadomo, że nic nie zaskoczy.
Relacja głównych bohaterów miała być sercem książki. W praktyce jest spiralą powtarzalności: przemoc, seks, przebaczenie, znów przemoc. Ranienie, rozgrzeszenie, szept. Schemat, który mógłby posłużyć jako dramat psychologiczny, szybko wyczerpuje się w powtarzalności. Jeden z bohaterów od początku odstręcza ordynarnym językiem i brutalnością, a późniejsze próby usprawiedliwienia nie zmieniają pierwszego wrażenia. Sceny przemocy, mnożone do znudzenia, zamiast budować dramaturgię, znieczulają. Makabra bez katharsis nie prowokuje współczucia – wywołuje obojętność.
Styl miał być poetycki. Jest przeciążony. Metafory gubią sens, porównania są tak wyszukane, że brzmią groteskowo, a zdania skrzypią pod ciężarem ozdobników. To nie język, który coś otwiera, lecz język, który zasłania. Próby poetyzowania kończą się frazesami rodem z broszur ezoterycznych. Emocje duszą się pod warstwą stylistycznej pretensji.
Bohaterowie nie istnieją jako ludzie. Są symbolami, alegoriami, archetypami – gniewu, traumy, pożądania. Nie mają ciał ani codziennych gestów. Nie jedzą, nie odpoczywają, nie rozmawiają naturalnie. Nie ma łyżki zupy, półgłosem rzuconego „chodź”, nie ma drobiazgów, które czynią postać realną. Zamiast ludzi dostajemy figury, a trudno przejąć się losem manekina.
Książka próbuje też uciec w stronę filozofii i symbolu. Pojawiają się rozmaite tropy i nawiązania, które mają sugerować głębię, ale pozostają powierzchowne i wtórne. To, co mogłoby być przejmującą metaforą, zostaje podane w sposób ciężki i toporny, przez co zamiast napięcia i dramaturgii otrzymujemy rozwlekłe wyjaśnienia. Ambicja jest widoczna, lecz efekt końcowy to raczej wykład niż przeżycie literackie.
Całość Księżyców Jowisza jawi się więc jako książka, która chciała być wszystkim: romansem, filozoficzną rozprawą, powieścią drogi, traktatem mistycznym, dramatem psychologicznym. I nie udaje się jej żaden z tych rejestrów. Zamiast pełni dostajemy szkic. Zamiast historii – symulację. Zamiast literatury, która porusza, dostajemy literaturę, która męczy.
Lektura nie daje poczucia drogi ani celu – zamiast wciągającej narracji mamy mozolne brnięcie przez ciężką materię tekstu. To książka, która stara się uchodzić za dzieło o wyjątkowej wadze, lecz im bardziej podkreśla własną doniosłość, tym wyraźniej odsłania puste miejsca. „Księżyce Jowisza” nie upadają spektakularnie – one się rozpadają powoli, tracąc spójność i wewnętrzny puls, którego najbardziej w nich brakuje.

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. 

Informacje dodatkowe o Księżyce Jowisza:

Wydawnictwo: Seqoja
Data wydania: 2023-04-12
Kategoria: Romans
ISBN: 9788396680921
Liczba stron: 376
Język oryginału: polski
Dodał/a opinię: Quatr0

więcej
Zobacz opinie o książce Księżyce Jowisza

Kup książkę Księżyce Jowisza

Sprawdzam ceny dla ciebie ...
Cytaty z książki

Na naszej stronie nie ma jeszcze cytatów z tej książki.


Dodaj cytat
REKLAMA

Zobacz także

Reklamy