Miasto jak zły sen – Dunla. Niby zwyczajne, a jednak coś w nim zgrzyta od samego początku. Duszne, prowincjonalne, pełne milczenia, układów i cieni przeszłości. Ulice pełne niedopowiedzeń, mieszkańcy, którzy wiedzą więcej, niż mówią. Cisza, która nie koi, ale ostrzega. Atmosfera jak mgła, gęsta, ciężka, lepi się do skóry. Fabuła sunie szybko, napędzana krótkimi rozdziałami, a mimo to trudno złapać oddech. Każda śmierć boli, każda zagadka rodzi niepokój. Wątki łączą się powoli, jakby celowo myliły tropy. Wszystko przesiąknięte czymś pierwotnym, brudnym, niepokojącym, jakby zło wyciekało z samej ziemi.
Śmierć prostytutki, na papierze zwykła tragedia. Ale sposób, w jaki ciało zostaje odnalezione, sposób, w jaki sprawę od razu zamiata się pod dywan, coś tu zdecydowanie śmierdzi. I nie tylko dosłownie. Potem kolejne zgony, kolejne tajemnice, coraz wyraźniejsze kontury czegoś dużo mroczniejszego. Gęsty klimat, paranoja, poczucie, że nic nie dzieje się przypadkiem, autor wie, jak wodzić za nos.
Rogate Bóstwo. Sekta. Miejscowe wierzenia, które brzmią jak z horroru, ale mają zaskakująco mocne oparcie w rzeczywistości. Mistyka miesza się z brutalnością i grozą. Nie ma taniego szokowania, jest powolne odkrywanie przerażającej układanki. Każdy trop wydaje się fałszywy, każdy świadek coś ukrywa. Zło nie nosi tu jednej twarzy, rozlewa się, zmienia kształty, dopasowuje się do ofiar.
Narracja zmienna, przeskoki między postaciami, różne punkty widzenia. Z jednej strony głębia. Można lepiej zrozumieć motywacje, lęki, błędy. Z drugiej trudno o sympatię. Nikodem Rand, główny bohater, irytuje bardziej niż intryguje. Infantylny, nieznośny, czasem wręcz żenujący. Brakuje mu ewolucji, nie dojrzewa z historią. Zachowuje się jak dojrzewający chłopiec, który nagle dostał za dużą odpowiedzialność. Lea? Blada, jakby zapomniana przez narrację. Postacie drugoplanowe ciekawsze, bardziej autentyczne.
A jednak historia wciąga, fabuła broni się mocno. Mimo irytacji, mimo zgrzytów nie sposób odłożyć. Wciąga bezczelnie, momentami wręcz hipnotyzuje. Nie da się oderwać, bo co chwilę pojawia się nowe pytanie, nowa groźba, nowy ślad. Akcja prowadzi za rękę, wciska w fotel, zmusza do przewracania kolejnych stron. Finał satysfakcjonujący. Mocny, konkretny. Bez przesadnego rozciągania cyklu. Dobry punkt końcowy. Książkę pochłoniecie w dwa wieczory, może jeden, jeśli nie pozwolicie sobie na sen.
I jeszcze jedno, pod powierzchnią kryminału tli się coś więcej. Refleksje. O samotności, o sile wspólnoty, o tym, co może się wydarzyć, kiedy przestajemy patrzeć sobie w oczy. O tym, że zło nie zawsze przychodzi z zewnątrz, czasem wyrasta tuż obok nas, podlewane codzienną obojętnością.
"Tańczmy, ciemność płonie" to kryminał z pazurem. Nie bez wad, ale za to z charakterem. Dla tych, którzy lubią, gdy coś zostaje pod skórą po ostatniej stronie. Dla tych, którzy nie boją się ciemności. 🔥
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2025-05-07
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 400
Dodał/a opinię:
maitiri_books
MISTRZOWSKI KRYMINAŁ AUTORSTWA PRAWDZIWEGO PROKURATORA! Zbiorowe samobójstwo trójki licealistów mogłoby być po prostu tragicznym zbiegiem okoliczności...
O krwawych i brutalnych zbrodniach opowiada wiele historii. Ale tylko jedną z nich napisał prawdziwy prokurator... W październikowy poranek spacerujący...