ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗕ó𝗴 𝗷𝗲𝘀𝘁 𝗱𝗼𝗯𝗿𝘆, 𝗮 𝗰𝘇𝗲𝗿𝗲ś𝗻𝗶𝗲 𝘀ł𝗼𝗱𝗸𝗶𝗲
Twórczość Małgorzaty Lis znam i bardzo sobie cenię, dlatego z radością sięgnęłam po najnowszą powieść 𝑇𝑒𝑟𝑒𝑠𝑎 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑎𝑛𝑎𝑤𝑖𝑎 ż𝑦ć. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że książka została wydana w ramach cyklu Opowieści z wiary, do którego eSPe po dłuższej przerwie powróciło. W dzisiejszych czasach tak bardzo potrzebujemy powieści niosących przesłanie, pełnych nadziei i wiary w ludzi. Mądrych i wzruszających. Początkowo Teresa nie wydawała mi się postacią szczególnie sympatyczną i nie jestem pewna, czy do końca zmieniłam o niej zdanie. Z perspektywy mojego spojrzenia na wiarę w Boga każdy z nas nosi w sobie coś z Teresy. Ważne jest jednak dostrzegać własne wady i nie próbować od razu całkowicie się zmieniać, lecz uczyć się z nimi żyć i starać się je przezwyciężać. Książka pozwala zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytania, które często odkładamy: Czy kocham bliźniego tak, jak siebie? A może brak mi miłości do siebie, przez co nie potrafię kochać innych? To opowieść, która skłania do refleksji nad własnym życiem i relacjami z innymi. Tytuł mojej recenzji nie jest przypadkowy. To zdanie znalazłam w książce i wydaje mi się, że doskonale oddaje sens tej powieści. Bóg jest dobry, a my powinniśmy cieszyć się życiem, choćby nawet słodkimi czereśniami.
Czworo dorosłych dzieci, ojciec Jerzy i matka Teresa, która w niczym nie przypomina Matki Teresy z Kalkuty. Ta jest marudna, złośliwa, a dzieci od niej uciekają. W swoich niewybrednych komentarzach nie widzi nic złego i zatruwa im życie na każdym kroku, a przy okazji także swoje. Uważa, że dzieci powinny być jej wdzięczne za wszystko, choć sama nie potrafi okazać im tej wdzięczności i ciągle narzeka. A to, że zakupy nie takie, a to, że okna nie umyte, choć jej córka ledwo nadąża z obowiązkami w swoim domu. Najmłodszy syn w jej pojęciu najbardziej ją zawiódł, bo nie tylko mieszka z dziewczyną, ale jego partnerka zachodzi w ciążę. Jak to tak bez ślubu? Nie są małżeństwem, a mieszkają razem, a teraz jeszcze dziecko.
Ulica Spokojna nosi swoją nazwę tylko pozornie. Dzieci odwiedzają dom rodzinny z niechęcią, a nadchodząca Wigilia jawi się im jak prawdziwa droga przez mękę. Teresa, jak zwykle, nie szczędzi nikomu swoich przemyśleń. W jej oczach są genialne, bo w ten sposób zbawia świat i rozwiązuje problemy, których nikt wcześniej nie dostrzegał. Mimo niezliczonych wad potrafi gotować wyśmienicie, co byłoby jej wielką zaletą, gdyby przy tym nie mówiła tak wiele.
Spotkanie przy wigilijnym stole zamieniło się w wielki dramat, wywołany reakcją Teresy, która na wieść, że młodzi nie zamierzają brać ślubu kościelnego, wpada w histerię. Wszyscy mieli już dość jej zachowania, ale nikt nie miał odwagi się jej sprzeciwić, nawet ojciec, który zwykle siedział milczący i nigdy nie stawał po stronie dzieci.
Teresa to dewotka w czystej postaci. Jej zachowanie niewiele ma wspólnego z prawdziwą wiarą, choć ona sama jest przekonana o własnej pobożności. Jest złośliwa, irytująca, wiecznie wszystkich poucza i narzuca swoje zdanie. Zastanawiałam się, jakim cudem jej dzieci, po takim przykładzie, same są osobami wierzącymi. Może poza najmłodszym Bartkiem, który postawił się matce kantem. Czy faktycznie nie wierzył, czy zgodnie z przysłowiem „na złość babci odmrożę sobie uszy” udawał niewiarę na pokaz? Zaskoczyła mnie natomiast postawa jego dziewczyny Oliwii. Choć twierdziła, że jest niewierząca, w swoim życiu kierowała się wartościami chrześcijańskimi, pokazując, że prawdziwa wiara nie zawsze idzie w parze ze słowami.
Może nie od razu zaakceptowałam Teresę, ale od początku intrygowało mnie jej zachowanie i zastanawiałam się, co sprawiło, że postanowiła żyć. Z czasem jej historia uświadomiła mi coś ważnego. W mniejszym lub większym stopniu każdy z nas bywa podobny do Teresy. Lubimy doradzać, mówić innym, jak powinni żyć, i wierzymy, że nasze słowa naprawdę są im potrzebne. Wydaje nam się, że wiemy lepiej, że nasze doświadczenie to mądrość, którą warto się dzielić. Ale czy sami potrafilibyśmy tych rad słuchać? Pewnie nie, bo łatwo uwierzyć w swoją nieomylność. A przecież taka postawa zniechęca, oddala, sprawia, że ludzie się od nas odsuwają. Gdy w słowach brakuje miłości i cierpliwości, nawet najlepsze intencje mogą zranić. Teresa boleśnie się o tym przekonała, bo ciągłe pouczanie i próba naprawiania świata mogły ją kosztować więcej, niż się jej wydawało.
Może dopiero w takich chwilach, jak ta, którą przeżyła Teresa, odkrywamy, że najbliżsi potrzebują przede wszystkim naszej miłości, a nie porad i pouczeń. Zawał, śmierć kliniczna, a potem śpiączka uświadamiają jej, jaka była wcześniej. Wszystko, co robili inni, wydawało jej się niewłaściwe, a ona miała własne zdanie na każdy temat, nie zważając na to, że ktoś może myśleć inaczej. Leżąc w śpiączce, kiedy dzieci sądziły, że ich nie słyszy, dotarły do niej ich nie zawsze pochlebne opinie. Wcześniej nie miała pojęcia, co myślą i czują, bo w ogóle ich nie słuchała. Oceniała ich wyłącznie ze swojej perspektywy, z własnego punktu widzenia.
Jerzy bardzo kochał swoją Tereskę, ale wiedział, że często postępuje niewłaściwie. Wolał milczeć, niż narażać się na jej strofowanie, choć czasami trudno było nie dostrzec, jak męcząca i irytująca potrafi być. Próbował ją bronić przed innymi, choć wiedział, że to krzywdzi osoby, które mają rację. Młode pokolenie to oddzielny byt i nie da się go kształtować na własny obraz. Trzeba pozwolić mu żyć po swojemu i popełniać błędy. Tereska tego nie rozumiała. Wolała karcić zamiast chwalić. W jej oczach tylko dyscyplina gwarantowała właściwe wychowanie, nawet dorosłych już dzieci. Wiecznie wymagała i nieustannie narzekała, a wszyscy wokół uczyli się żyć w cieniu jej oczekiwań.
Każdego dnia docierały do Teresy słowa, które nie powinny były do niej trafiać. Było to bolesne i frustrujące, bo nie mogła się bronić ani wszystkiego wytłumaczyć. Przez całe życie dbała o dzieci, starała się uchronić je od złego, dawała dobre rady i wiele ich nauczyła. W jej oczach wychowała je najlepiej, jak potrafiła, a to, że teraz postępują inaczej, przypisywała partnerom i partnerkom. W tych chwilach dopiero zrozumiała, że to ona była obciążana winą za niepowodzenia swoich dzieci, które nie mogły przyjść po wsparcie, bo zamiast niego czekałaby na nie ostra krytyka.
Śmierć kliniczna, moment, w którym zdecydowała się wrócić, i długa śpiączka trochę ją zmiękczyły, ale stare przyzwyczajenia trudno było wyrzucić z życia. Teresa ze wszystkich sił próbowała być miła, lecz dzieci, przyzwyczajone do jej zrzędzenia i połajanek, wciąż węszyły w tym jakiś podstęp. Od najmłodszych lat wmawiała im, że na wszystko trzeba zapracować, nawet na miłość i szacunek. Teraz boleśnie odkrywa, że źle je wychowała. W jej domu wiecznie panowały dyscyplina, musztra i nieustanne pouczanie. Tak ją wychowano, że nie potrafiła postępować inaczej i nawet nie wiedziała, że można. Dzieci nie chcą wracać do domu, bo nigdy nie udało jej się z nimi zbudować prawdziwej więzi. Bały się jej, przychodziły odwiedzać z szacunku, ale w głębi serca nie darzyły jej sympatią.
𝑇𝑒𝑟𝑒𝑠𝑎 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑎𝑛𝑎𝑤𝑖𝑎 ż𝑦ć to wzruszająca historia świąteczna o zmianach i drugich szansach, choć większość akcji rozgrywa się już po świętach. Gdy wnuk zapytał mnie, co czytam, a potem o czym jest ta książka, stwierdził, że główna bohaterka to taki Scrooge z „Opowieści wigilijnej”. Lepszego porównania bym nie wymyśliła, tylko że nie ja na nie wpadłam. Teresa też nie zobaczyła tego, co główny bohater opowieści Dickensa, ale to, czego doświadczyła podczas śmierci klinicznej, a potem usłyszała, co sądzą o niej dzieci, gdy leżała w śpiączce, wystarczyło, by postanowiła zacząć żyć. Żyć inaczej.
Małgorzata Lis pokazuje, że przeszłości nie da się zmienić, ale mamy wpływ na to, co dzieje się tu i teraz. My nie musimy się zmieniać, bo Bóg stworzył nas dobrze. Każdego dnia możemy odkrywać w sobie lepszą wersję siebie i wydobywać pokłady miłości, które kryją się w sercu. Skoro my nie dostrzegamy, jak jesteśmy piękni, jak mają to zobaczyć inni? Każdy z nas ma swojego anioła stróża, który codziennie podpowiada, jak okazywać innym więcej dobra i ciepła. Teresa miała swojego w postaci sąsiadki Róży, która pojawiła się w domu obok jakby znikąd. Gdy spełniła swoją rolę, do domu obok powróciła osoba, której wcześniej Teresa nie mogła znieść. Przekonała się, że życie potrafi czasem połączyć to, co wcześniej wydawało się niemożliwe.
𝑇𝑒𝑟𝑒𝑠𝑎 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑎𝑛𝑎𝑤𝑖𝑎 ż𝑦ć to historia, która każe zatrzymać się i spojrzeć inaczej na życie. Podobnie jak Teresa, można westchnąć: Ile czasu straciłam na głupoty. A przecież czas to miłość. Czy naprawdę miłością są wieczne uwagi i pretensje, nawet jeśli wypowiedziane w dobrej wierze? Czasem warto spojrzeć na siebie i zastanowić się, co naprawdę ma znaczenie. Niedobrze jest tworzyć dom, w którym zamiast miłości królują zasady i konwenanse. W takim miejscu trudno o ciepło, zrozumienie i prawdziwe relacje, bo wszystko podporządkowane jest regułom, a nie sercu.
Nie da się wszystkiego naprawić ani od razu stworzyć kochającej rodziny. Małgorzata Lis porównała proces uzdrawiania relacji do zakładania ogrodu. Nie można mieć wszystkiego natychmiast, trzeba cierpliwości, trzeba wyrywać chwasty i czekać na swoje sezony bez owoców. Teresa nieraz mówiła szybciej, niż myślała, a potem z pokorą przepraszała za swoje zachowanie. Przyzwyczajenia jednak są drugą naturą człowieka i trudno je tak od razu odrzucić. Jej dzieci nosiły w sobie poczucie winy, które kiedyś wzbudziła Teresa i które wciąż czasem dawało o sobie znać. Trudno im było pogodzić się z tym, że matka, którą znali od zawsze, nagle zaczęła zachowywać się inaczej. Wszystko, co kiedyś było oczywiste, teraz wydawało się nowe i nieznane, a oni musieli odnaleźć się w tej zmianie.
𝑇𝑒𝑟𝑒𝑠𝑎 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑎𝑛𝑎𝑤𝑖𝑎 ż𝑦ć to chyba najbardziej nietypowa książka świąteczna, jaką ostatnio przeczytałam, i wcale nie jest to zarzut. Właśnie ta inność bardzo mi się spodobała. Po jej lekturze wiele sobie uświadomiłam. Nikt z nas nie jest święty, ja też nie. To, co dobre dla mnie, dla kogoś innego wcale nie musi takie być. Doradzanie, poprawianie i wtrącanie się w cudze życie nie prowadzi do niczego dobrego. Czasem wystarczy po prostu być obok i wysłuchać. Trzeba kochać, a nie próbować naprawiać cały świat. Zmieniać siebie, nie innych. Bo ciągłe narzekanie i szukanie zła tam, gdzie go nie ma, potrafi zniszczyć więcej niż choroba czy bieda. Malkontenctwo to choroba duszy.
Tak bardzo staramy się nie powielać błędów swoich rodziców. Pragniemy budować dobre relacje z dziećmi, ich partnerami i wnukami, ale mimo starań nie zawsze nam to wychodzi. Czasem z marzeń o szczęśliwej rodzinie zostają tylko wspomnienia. A przecież do szczęścia potrzeba tak niewiele, odrobiny czasu, uwagi i uśmiechu. Życie mamy tylko jedno. Jeśli spędzimy je na narzekaniu i tęsknocie za tym, co dopiero ma nadejść, możemy przegapić to, co już jest. Nie każdy dostaje drugą szansę, tak jak Teresa.
Jestem wdzięczna autorce, że nie dokonała spektakularnej przemiany głównej bohaterki, lecz pokazała jej powolną, wewnętrzną metamorfozę. Małymi kroczkami Teresa próbuje się zmienić i coś naprawić. Jej dzieci podchodzą do niej zachowawczo, boją się, że ta przemiana mamy jest tylko chwilowa, a potem wróci tamta Teresa, którą tak dobrze znali. Wzruszające są opisy ogromnej miłości Jerzego, jego oddania i tego, jak bardzo angażował się w życie domowe, kiedy tylko miał ku temu okazję. Ta powieść dobitnie pokazuje, że nie musimy być doskonali. Mamy kochać. Bo to właśnie miłość jest w życiu najważniejsza i to z niej kiedyś rozliczy nas Bóg.
Wydawnictwo: eSPe
Data wydania: 2025-10-22
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 416
Dodał/a opinię:
Halina Więcek
Gdy marzenia się nie spełniają, zmień marzenia! Pięć koleżanek wpadło na niesamowity pomysł. Zorganizowały upragniony urlop w Portugalii - bez mężów...
Przejmująca opowieść o wielkiej miłości, zmaganiu się z cierpieniem i tlącej się mimo wszystko nadziei. W życiu osiemnastoletniego Kuby jednego dnia dochodzi...