Wanda Rutkiewicz. Królowa gór

Autor: Monika Witczak
Okładka publicystyki dla Wanda Rutkiewicz. Królowa gór z kategorii Brak kategorii

Wanda Rutkiewicz była jedną z najbardziej utalentowanych i najsłynniejszych himalaistek na świecie. Jako pierwsza kobieta zdobyła K2, a jako pierwsza europejka i trzecia kobieta na świecie weszła na Mount Everest. Była także autorką i współautorką wielu książek alpinistycznych, z której najsłynniejsza to Na jednej linie. Góry były całym jej światem - tam dopiero czuła, że naprawdę żyje. Niestety, pasmo jej sukcesów przerwało tragiczne doniesienie z 12 maja 1992 roku. W ubiegłym roku minęła 25-ta rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz na Kanczendzondze - Górze Bogów.

 Wanda i Wanda

Wanda Rutkiewicz była kobietą o wielu twarzach, której nie da się tak łatwo zaszufladkować i rozgryźć. Każdy znał ją nieco inaczej, każdemu pokazywała inną naturę, inny charakter. Na pozór: delikatna, wręcz eteryczna, o niesamowitej urodzie i pięknym, melodyjnym głosie. Tak naprawdę: twarda, wytrzymała, o wysportowanym ciele i zniszczonych dłoniach. Z jednej strony: była bardzo kobieca, elegancka, zawsze dobrze ubrana i uczesana - jak prawdziwa dama. Wydawała się krucha i delikatna. Bardzo często coś gubiła, o czymś zapominała, bywała roztargniona i potrzebowała pomocy innych osób, by w ogóle funkcjonować i ogarniać wszystkie sprawy. I tę pomoc potrafiła zawsze świetnie sobie zorganizować. Wystarczyło, że się uśmiechnęła i poprosiła, a zawsze dostawała to, czego chciała. Wywierała niemalże magiczny wpływ na ludzi (nawet na tych, których spotkała po raz pierwszy) i potrafiła dobrze to wykorzystać. Zawsze miała wokół siebie mnóstwo wielbicieli, gotowych zrobić dla niej wszystko. Z drugiej jednak strony Wanda była egoistyczna i apodyktyczna, interesował ją tylko własny sukces i aby go osiągnąć, potrafiła wykorzystywać każdego, kto mógł jej pomóc. Była niezrównana jeśli chodzi o przygotowania do wypraw wysokogórskich, potrafiła załatwić sprzęt, o jakim nie śniło się wspinaczom w kraju w czasach PRL i sponsorów, o których było wówczas bardzo trudno. Jednocześnie była kiepskim liderem - rządziła twardą ręką, a jeśli ktoś jej się sprzeciwiał, kazała mu czyścić sobie buty. Nie znosiła krytyki, a gdy ktoś z niej żartował - obrażała się.

Kiedy organizowała ostatnie swoje wyprawy, niewielu już było ludzi, którzy zgadzali się na warunki, jakie dyktowała. Mimo wszystko, choć kondycyjnie była już dużo słabsza niż w latach swojej świetności, nie chciała oglądać się na innych. Była wielką samotniczką i zdecydowała, że swoje największe marzenie - zdobycie wszystkich ośmiotysięczników świata - zrealizuje samodzielnie. Zawsze mówiła, że góry są jej całym życiem, że tylko tam naprawdę jest sobą i tam też umrze. We Wrocławiu czy w Warszawie żyła tylko tymczasowo, w głowie wciąż mając góry. To na dużych wysokościach, w namiocie, czuła się jak w domu: pracowała, pisała książki i listy, słuchała muzyki, czytała i osiągała spokój, jakiego brakowało jej w mieście, wśród ludzi.

Aby w pełni zrozumieć fenomen Wandy Rutkiewicz, warto przyjrzeć się jej dzieciństwie, dorastaniu i relacjach w rodzinie. Właśnie tam należy szukać klucza do jej fascynacji wspinaczką i wyboru specyficznego trybu życia, który prowadziła.

Szczęśliwe dzieciństwo

Wanda Błaszkiewicz przyszła na świat 4 lutego 1943 roku w niewielkiej miejscowości Płungiany na Żmudzi (Litwa) w majątku dziadków - Jana i Barbary Pietkunów. Była drugą córką Marii Pietkun i Zbigniewa Błaszkiewicza. Miała jeszcze trójkę rodzeństwa - starszego brata, Jurka, i młodszych: Ninę i Michała. 

Zbigniew był wykształconym inżynierem Wydziału Mechanicznego Politechniki Lwowskiej, projektantem i wynalazcą, mówił biegle w czterech językach i miał wybitny umysł ścisły. Oprócz tego uprawiał sport - pływał, gimnastykował się i ćwiczył judo. Był człowiekiem mocno stąpającym po ziemi. Miał prawdziwy talent do usprawniania rzeczy i opatentował wiele wynalazków. Jego przeciwieństwem była żona, Maria, na którą najbliżsi mówili Mary.

Mary była kobietą uduchowioną. Interesowała się buddyzmem, kulturą Wschodu i historią. Niestety, studia na Wydziale Historii Uniwersytetu w Kownie okazały się dla niej za trudne. Mary zajmowały górnolotne sprawy i rozmyślania, nie miała za to głowy do kwestii przyziemnych, takich jak prowadzenie domu, wychowywanie dzieci czy praca zarobkowa. Przedkładała lekturę, przyjęcia i życie towarzyskie ponad domowe obowiązki. Dbała na równi o swoją sferę duchową i cielesną - lubiła nosić piękne stroje i błyszczeć w towarzystwie, przepadała za salonowymi grami, nazywano ją „rasową lady”. Nie była jednak skora do szczególnej opieki nad dziećmi, dlatego w dzieciństwie Wandy to ojciec miał największy wpływ na jej charakter.

Niewątpliwie Wanda również odziedziczyła coś po matce, jak choćby niezwykłe przywiązywanie wagi do swojego wyglądu. Już jako dorosła kobieta bardzo dbała o to, by w każdych warunkach wyglądać perfekcyjnie - nawet w wysokich górach. Kiedy na sznurkach na pranie w górskich obozowiskach wisiały koronkowe majtki, wiadomo było, że można tam spotkać Wandę. Nikt nigdy nie widział jej w złym stanie czy z brudnymi włosami. Zawsze znajdowała sposób na kąpiel, nawet jeśli oznaczało to przejście kilkunastu kilometrów w jedną stronę.

Po zakończeniu II Wojny Światowej rodzina Błaszkiewiczów wyemigrowała do Polski. Zamieszkali u rodziców Zbigniewa w Łańcucie, jednak Mary zupełnie nie mogła dogadać się z teściową. Na szczęście wkrótce Zbigniew dostał intratną pracę na Politechnice Wrocławskiej i sprowadził żonę z dziećmi do Wrocławia. Zamieszkali w zrujnowanym w czasie wojny domu - poniemieckiej szeregówce, w której pozostały wciąż wszystkie przedmioty i sprzęty po poprzednich właścicielach. Dom był umeblowany i wyposażony, jednak wyglądał, jakby miał się za chwilę zawalić. Zbigniew i Mary nie naprawiali niczego i wciąż „siedzieli na walizkach” bojąc się, że niemieccy właściciele mogą w każdej chwili wrócić po swoje i będą musieli znowu się przenosić.

Nowe życie było dla Mary trudne. Nie była przygotowana do roli gospodyni i matki, zwłaszcza w ruderze bez bieżącej wody, w mieście, w którym trudno jest zdobyć cokolwiek do jedzenia, nie mówiąc o ubraniach i innych artykułach pierwszej pomocy. Im bardziej jej mąż zajmował się praktycznymi sprawami, tym bardziej ona oddawała się duchowym praktykom. Aby odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, zaangażowała się w działalność Towarzystwa Agni Jogi, propagującego religijno-filozoficzną naukę małżeństwa Roerichów, zafascynowanych Himalajami i buddyzmem. Do końca swoich dni organizowała spotkania z wyznawcami Agni Jogi w swoim domu.

Wieloma sprawami domowymi zajmował się Zbigniew - to on był odpowiedzialny za utrzymanie czystości i dbanie o dzieci, co nie było łatwe - zważywszy na brak wody. Poświęcał też dzieciom tyle czasu, ile tylko mógł. Uczył je domowych obowiązków i pozwalał na szalone zabawy. Skonstruował dla nich hulajnogę, łyżwy, rower i latawiec, strugał indiańskie łuki, urządzał zawody strzeleckie i uczył strzelać z wiatrówki, zabierał na spływ kajakiem i dbał o ich kondycję fizyczną. Organizował piesze wędrówki, przejażdżki rowerowe i motorowe, a także wyjścia w góry. To ojciec był dla Wandy pierwszym nauczycielem górskiego obycia. Uczył dzieci, jak zachowywać się w górach, jak zadbać o własne bezpieczeństwo i jakie przedmioty są niezbędne w plecaku, jak dbać o czystość i nie stwarzać zagrożenia dla siebie oraz innych. Być może to dzięki tym dziecięcym wyprawom z ojcem Wanda będzie później szczególnie wyczulona na zachowanie czystości na dużych wysokościach i zacznie organizować akcje sprzątania wysokich gór.

Tragedie, które zmieniły wszystko

Wanda była dzieckiem wesołym i ciekawym świata. Wzrastała w poczuciu miłości i akceptacji. Zabawy z ojcem i rodzeństwem były dla niej najszczęśliwszym okresem dzieciństwa. Niestety, pełnia szczęścia trwała w jej przypadku krótko - o wiele za krótko.

29 marca 1948 roku w rodzinie Błaszkiewiczów wydarzyła się tragedia, która zapoczątkowała prawdziwą lawinę tragicznych następstw, zakończoną dopiero zaginięciem Wandy na Kanczendzondze. Starszy brat Wandy, siedmioletni Jurek, zginął tragicznie, rozszarpany przez pocisk przeciwartyleryjski. Chłopiec razem z dwoma kolegami podczas zabawy znalazł niewypał i rozpalił na nim ognisko. Była z nimi również Wanda, lecz chłopcy przegonili ją, tłumacząc, że wojna to sprawa tylko dla mężczyzn. Rozżalona dziewczynka pobiegła poskarżyć się mamie i właśnie to uratowało jej życie. 

Mary i Zbigniew próbowali poukładać jakoś swoje życie po tym tragicznym wypadku, postarali się nawet dość szybko o kolejne dziecko (już rok po tragedii urodził się najmłodszy Michał), lecz nic nie było w stanie zapełnić luki po pierworodnym Jureczku. Konflikty, które wcześniej wybuchały pomiędzy Zbigniewem a Mary, urosły do olbrzymich rozmiarów. Zbigniew próbował wpłynąć na żonę, by poszła do pracy, lecz Mary nie chciała o tym słyszeć. Wkrótce małżeństwa Błaszkiewiczów nie dało się już uratować. Awantury były w ich domu na porządku dziennym. Mary tłukła talerze, Zbigniew zamykał lodówkę na kłódkę i wydzielał pieniądze na dzieci. Dorastanie w takiej atmosferze odcisnęło nieodwracalne piętno na Wandzie, która nigdy nie będzie potrafiła stworzyć trwałego związku i zawsze już będzie uważać, że dom to miejsce, z którego się wychodzi, a nie do którego się wraca.

Dla pięcioletniej Wandy śmierć brata oznaczała symboliczny koniec dzieciństwa. Być może dziewczynka czuła się podświadomie winna tragedii. Ze wszystkich sił starała się więc naprawić napiętą atmosferę pomiędzy rodzicami, zajmując miejsce zmarłego brata. W wieku sześciu lat, ponad rok po tragedii, Wanda poszła do szkoły - i to od razu do drugiej klasy, do której chodziłby wówczas Jurek. Była mądra i bystra, a pod kierunkiem ojca bardzo szybko przerobiła materiał z pierwszej klasy. Mimo, że była dwa lata młodsza niż jej klasowi koledzy, uczyła się bardzo dobrze i nigdy nie miała problemów w szkole.

Wkrótce Wanda stała się nie tylko klasowym prymusem, była też najlepsza w całej szkole. Nie musiała spędzać wiele czasu na nauce, a i tak miała najlepsze stopnie. Jej ulubionym przedmiotem była matematyka. Odnosiła też wielkie sukcesy w sporcie: rzucała kulą, dyskiem i oszczepem, skakała wzwyż i w dal, biegała, jeździła konno. Należała do drużyny harcerskiej. Występowała na scenie, grała w szkolnym teatrze i recytowała wiersze. I we wszystkim musiała być najlepsza, by zaspokoić ambicje ojca i zasłużyć w jego oczach na miejsce po zmarłym bracie.

Od siódmej klasy Wanda już sama zarabiała na siebie i dokładała się do rodzinnego budżetu, prowadząc korepetycje. Jej motto brzmiało: licz sobie dużo, inaczej nie będą cię cenić. Wanda nie tylko zarabiała, ale też pomaga matce w prowadzeniu domu. Gotowała, sprzątała, opiekowała się młodszym rodzeństwem, czego szczerze nienawidziła. Zimą sama ogrzewała sobie pokój wiadrami wypełnionymi wrzątkiem. Przebywała poza domem tak dużo, jak tylko się dało.

Niestety, wysiłki Wandy, by scalić rodzinę, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. W 1959 roku, kiedy Wanda chodziła do klasy maturalnej, ojciec ostatecznie wyprowadził się z domu. Maria nie chciała dać mu rozwodu, to jednak nie przeszkodziło mu w ułożeniu sobie życia z inną kobietą. Wciąż interesował się dziećmi i łożył na ich utrzymanie, nie chciał jednak więcej marnować życia w nieudanym związku. Wanda razem z rodzeństwem i matką nadal mieszkała w sypiącym się poniemieckim domu. Od czasu wojny nikt nie zadbał, by wyremontować budynek, więc przypominał on bardziej ruderę niż prawdziwy dom. Brakowało w nim ciepłej wody i ogrzewania, piętro nie nadawało się do zamieszkania a dach groził zawaleniem. Ostatecznie to Wanda wyremontowała go, gdy zdobyła pierwszą pracę i uzyskała pożyczkę.

6. grudnia 1972 roku wydarzyła się kolejna tragedia, która znowu zmieniła wszystko w rodzinie Błaszkiewiczów. Ojciec Wandy został brutalnie zamordowany przez lokatorów wynajmujących od niego część domu, jaki odziedziczył po swoich rodzicach w Łańcucie. Wanda była już wówczas dorosłą kobietą i odnosiła pierwsze sukcesy we wspinaczce wysokogórskiej, mimo tego zbrodnia wywarła na nią ogromny wpływ. Wszystko, co dotąd robiła, było w bardzo dużym stopniu podyktowane wpływem ojca. Nagle ojca zabrakło - i to w bardzo dramatyczny sposób. Wanda postawiła sobie za punkt honoru doprowadzenie do ukarania sprawców morderstwa i działała jako oskarżyciel posiłkowy. Główny sprawca zbrodni został skazany na wyrok śmierci. Historia zatacza koło - najpierw Jurek, potem Zbigniew. To jednak nie koniec dramatów w rodzinie Błaszkiewiczów. Największy miał się wydarzyć dwadzieścia lat później.

Początki wspinaczki

Wanda od dzieciństwa była zafascynowana sportem i uwielbiała wysiłek fizyczny. Już jako kilkulatka lubiła się wspinać - po drzewach, framugach drzwi, a nawet po ruinach, których w mieście nie brakowało. Nigdy nie bała się wysokości, coś wręcz pchało ją bez przerwy w górę, najwyżej jak tylko się dało. Ojciec skonstruował jej nawet specjalne buty, podklejone antypoślizgowymi paskami, aby mogła uniknąć wypadków. W pierwszych latach szkoły często spóźniała się na lekcje, bo musiała po drodze wspiąć się na każdą latarnię w parku. Lubiła górskie wycieczki, a im cięższą przeszła przeprawę, tym bardziej czuła się w swoim żywiole. Jeździła często na obozy harcerskie, na których uczyła się przetrwania w każdych warunkach. Nic więc dziwnego, że w końcu zapałała miłością do górskiej wspinaczki.

Ta największa przygoda w jej życiu zaczęła się „dopiero” na studiach, na które Wanda dostała się w wieku szesnastu lat. Studiowała na Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej, ale chodziła też jako wolny słuchacz na wykłady z fizyki, astronomii, chemii, matematyki i prawa. Była zdecydowanie umysłem ścisłym, choć początkowo studia nie szły jej tak dobrze, jak nauka w liceum - były bardzo trudne i wymagające. Wciąż ćwiczyła lekkoatletykę, zaczęła także z sukcesami grać w siatkówkę. Wydawało się, że to właśnie w tym drugim sporcie zajdzie naprawdę daleko. Grała w pierwszoligowym zespole Gwardii Wrocław, była typowana do kadry przed Olimpiadą w Tokio.

Jednak w 1961 roku wszystko się zmieniło. Jej uniwersytecki kolega, Bogdan Jankowski, zaprosił ją na wycieczkę na skałki - Sokoliki pod Jelenią Górą. Wanda miała przyglądać się, jak jej koledzy wspinają się po skalnych kominach. Gdy obaj znaleźli się na szczycie i spojrzeli w dół, omal nie spadli z wrażenia - Wanda wspinała się za nimi, po niemal pionowej ścianie, bez jakiegokolwiek sprzętu wspinaczkowego, bez zabezpieczeń, za to z szalonym błyskiem w oku.

To zupełnie nowe doświadczenie sprawiło, że Wanda nie mogła myśleć już o niczym innym, jak tylko o wspinaczce. Po latach wspominała: Pierwszy dzień w skałkach przyniósł mi doznania, które osłabiły wszystkie dotychczasowe fascynacje. Wkrótce Wanda została członkiem Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego, a już w rok po pierwszej wspinaczce skończyła Szkołę Taternictwa. Od tamtej pory liczyły się dla niej już tylko góry. Inne sporty, w tym również siatkówka, powoli odchodziły w cień. Ostatni raz zagrała w Gwardii Wrocław w 1965 roku, już po skończeniu studiów. Wiadomo jednak było, że siatkówka nie będzie jej życiowym powołaniem - choć grała w meczach, to odpuszczała zgrupowania i treningi, a na rozgrywki potrafiła przyjść wprost z pociągu, który przywiózł ją z gór. 

Po obronie pracy magisterskiej Wanda zaczęła pracę w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a w 1972 roku przeniosła się do Warszawy, podejmując pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych. Starała się być sumienną pracownicą, ale w głowie wciąż miała góry i w każdej wolnej chwili przygotowywała się do kolejnych wypraw. Do pracy przychodziła z plecakiem wypchanym kamieniami, a po pracy biegała wiele kilometrów po parku. Często chodziła zakatarzona, bo nawet zimą spała na strychu w śpiworze, wyrabiając sobie odporność na niskie temperatury i hartując organizm. Po pierwszych sukcesach w Alpach (1964-65), na Mont Blanc (1967 - pierwsze przejście kobiece wschodnią ścianą Aiguille du Grépon razem z Haliną Krüger-Syrokomską) i w Norwegii (1968 - z tą samą partnerką, pierwsze przejście kobiece przez wschodni filar Trollryggen w Norwegii) w pracy widywano ją coraz rzadziej. Nieustannie przynosiła podania o urlop i prośby o pozwolenie na kolejne wyjazdy. Nawet jeśli akurat nigdzie nie wyjeżdżała, to ciągle przygotowywała się do wypraw, udzielała wywiadów, zbierała fundusze, załatwiała sprzęt, pisała książki. W końcu w 1979 roku Wanda poprosiła o zatrudnienie na ¾ etatu, choć wciąż była głównie na bezpłatnym urlopie. Instytut Maszyn Matematycznych rozwiązał z nią umowę dopiero w 1990 roku, nie widząc możliwości dalszego przedłużania jej nieobecności w pracy.

Sukcesy i upadki

Niemal każde wejście Wandy na szczyt uznane było za sukces. Jednak ona po każdym z nich wciąż czuła niedosyt. Chciała wspinać się wyżej, szybciej, lepiej, więcej. Więc wciąż wyznaczała sobie nowe, coraz trudniejsze cele. Zawsze musiała pokazać, że jest najlepsza.

Warto wspomnieć choćby o kilku sukcesach, w których Wanda ustanowiła pierwsze kobiece wejścia na szczyty w historii wspinaczki. W 1967 roku w masywie Mont Blanc w towarzystwie Haliny Krüger-Syrokomskiej pokonała wschodnią ścianę Augille du Grépon. Było to pierwsze kobiece przejście tej drogi. W 1967 roku, również z Haliną Syrkomską, jako pierwsze kobiety pokonały wschodni filar Trollryggen w Norwegii. W 1970 roku Wanda weszła na Pik Lenina w Pamirze i wyrównała polski kobiecy rekord wysokości - 7134 m. W 1972 roku dokonała, jako pierwsza Polka i jedna z pierwszych kobiet, wejścia na Noszak. W 1973 roku w zespole kobiecym pokonała drogę braci Messnerów i Hiebelera na filarze Eigeru w Alpach. Było to pierwsze przejście kobiece i drugie w ogóle.

Niewątpliwie jednym z największych jej osiągnięć było pierwsze wejście na najwyższy spośród siedmiotysięczników - Gasherbrum III - w 1975 roku. Wanda była wówczas kierownikiem wyprawy i dała się poznać jako żelazna i nieugięta liderka, która dba przede wszystkim o swoje sukcesy. Relacje między uczestnikami były tak napięte, że wyprawa w każdej chwili mogła zakończyć się klęską. Na szczęście atak szczytowy okazał się sukcesem, a Wanda zapisała się na kartach historii złotymi zgłoskami i ustanowiła polski kobiecy rekord wysokości. Jak bardzo ciężka była to przeprawa, można zobaczyć na filmie Temperatura wrzenia, który był dokumentalnym zapisem poczynań całej wyprawy.

Już w trzy lata później, w 1978 roku, Wanda dokonała największego w jej karierze sukcesu: jako pierwsza Europejka, pierwsza Polka w ogóle i trzecia kobieta na świecie wspięła się na Mount Everest. Również i to wejście nie było dla Wandy łatwe. Choć była zastępcą kierownika międzynarodowej wyprawy, niektórzy wspinacze traktowali ją bardzo źle. Wanda musiała wykazać się naprawdę żelazną psychiką, by wytrzymać napięcia, które powstały w obozie. I tym razem okazało się, że jest jedną z najlepszych wśród nie tylko kobiet, ale i mężczyzn i może równać się z nimi, że w niczym nie jest od nich gorsza.

Gdzie ci mężczyźni? 

Mężczyźni w życiu Wandy odgrywali marginalną rolę i zawsze byli dla niej powodem do rywalizacji. Prawdopodobnie była to wina jej relacji z ojcem. To on był najważniejszym mężczyzną jej życia, ale równocześnie człowiekiem nieobecnym, któremu musiała nieustannie udowadniać, że jest najlepsza, a zwłaszcza - lepsza od nieżyjącego brata. Trudno jest konkurować z widmem. Ta relacja przeniosła się potem na jej potrzeganie mężczyzn. Nie wystarczało jej, że była najlepszą alpinistką wśród kobiet, że żadna nie mogła się z nią równać. Wanda musiała pokazać, że jest też tak samo dobra, a nawet lepsza, niż mężczyźni. Chciała udowodnić, że wspinaczka nie jest domeną tylko facetów, a to z kolei sprawiało, że mężczyźni czuli z jej strony zagrożenie, a nawet upokorzenie. Tak właśnie czuli się polscy wspinacze, którym Wanda „zabrała” sukces sprzed nosa, wspinając się jako pierwsza na Everest.

W życiu uczuciowym Wandy nie było lepiej. W młodości, w czasach liceum, nie interesowały ją kontakty damsko-męskie. Uważano ją za osobę chłodną i wycofaną. Dopiero na studiach zaczęła interesować się płcią przeciwną. Ale prawdziwe związki i głębokie relacje jej nie interesowały. Zakochiwała się na chwilę, za każdym razem w kimś innym. Nie byli to jednak przypadkowi mężczyźni - musieli to być najlepsi spośród wspinaczy, a przynajmniej tacy, którzy czymś się wyróżniali. Wszyscy znali charakter i miłosne upodobania Wandy, dlatego w 1970 roku wieść o jej ślubie z „Kiciusiem”, czyli wspinaczem Wojtkiem Rutkiewiczem, była dla środowiska wspinaczkowego szokiem. Małżeństwo jednak przetrwało tylko kilka miesięcy, formalnie - dwa lata. Wanda nie znosiła żadnych ograniczeń, nie mogła też znieść myśli, że mąż może być w czymś od niej lepszy. Zamiast rodzinnego życia, wicia gniazdka i powiększania rodziny wybierała wciąż wyprawy w góry, które z kolei dla jej męża przestały mieć aż tak wielkie znaczenie. Również drugie jej małżeństwo, zawarte w 1982 roku z Helmutem Scharfetterem, niemieckim lekarzem i wspinaczem, przetrwało tylko dwa lata i było bardzo burzliwe. Wanda nie ukrywała, że „zwykłe” życie jej nie interesuje. Naprawdę dobrze czuła się tylko na wyprawach i tam też zawierała bliższe, także intymne, relacje z mężczyznami, które jednak zupełnie urywały się po zejściu z gór, co Wandzie nie przeszkadzało. Wyjątkiem był jej związek z Kurtem Lyncke, trwający od 1989 roku. Wanda wówczas bardzo się zmieniła i wyglądała na szalenie zakochaną. Podchodziła do tego związku wyjątkowo poważnie, być może dlatego, że byli z Kurtem idealnie dobrani. Wanda myślała nawet o powtórnym wyjściu za mąż. Niestety, w 1990 roku Kurt tragicznie zginął podczas wspinaczki na Broad Peak. Wanda bardzo to przeżyła i chyba nigdy nie otrząsnęła się do końca po tej stracie, choć przecież wcześniej straciła w podobnych okolicznościach wielu przyjaciół.

Obok niewątpliwych sukcesów Wanda przeżywała również upadki (także dosłowne). Na skałkach spadła z wysokości 18 metrów, uszkadzając kręgosłup. W Andach porwała ją lawina i cudem uniknęła śmierci. Najgorszy wypadek przytrafił jej się w 1981 roku. Podczas wspinaczki na Elbrus potrącił ją inny alpinista, w wyniku czego Wanda spadła kilkadziesiąt metrów w dół i doznała otwartego złamania kości udowej. Rana długo się goiła, bo początkowo była źle poskładana. Dopiero w Austrii pod okiem doktora Helmuta Scharfettera (przyszłego męża) doszła do siebie. Pomimo tak poważnego urazu, Wanda zupełnie się nie oszczędzała. Już w 1982 roku o kulach przemierzyła cały lodowiec Baltoro i dotarła do bazy pod K2 (w tej nieudanej wyprawie zginęła partnerka Wandy - Halina Krüger-Syrokomska). W tym samym roku doszło do ponownego samoistnego złamania tej samej kości udowej i Wanda musiała nieco przystopować z karierą wspinaczkową. Nie mogła jednak usiedzieć spokojnie i przez jakiś czas jeździła w rajdach samochodowych.

Karawana do marzeń

Dopiero po czterech latach od wypadku Wanda wróciła do pełni formy. W 1985 roku zdobyła szczyt Nanga Parbat, a następnie ogłosiła plan na kolejne lata. Początkowo chciała zdobyć jeszcze trzy ośmiotysięczniki i zakończyć karierę. Później zmieniła plan na pięć ośmiotysięczników, by ostatecznie zdecydować, że chce zdobyć całą koronę Ziemi. W ciągu roku miała wejść na osiem niezdobytych dotąd ośmiotysięczników. Swój sportowy plan nazwała karawaną do marzeń i choć wyprawy rozciągnęły się w czasie, robiła wreszcie to, czego pragnęła przez całe dorosłe życie - niemal nie schodziła z gór.

Wanda wchodziła kolejno na K2 (1986), Shisha Pangma (1987), Gasherbrum II (1989), Gasherbrum I (1990), Cho Oyu (1991). Zaraz po zejściu z Cho Oyu dołączyła do wyprawy na Annapurnę, którą dowodził Krzysztof Wielicki. Wanda miała wtedy już czterdzieści osiem lat. Nie była tak sprawna jak wcześniej. Poruszała się bardzo wolno, nikt nie chciał z nią chodzić w parze. Coraz częściej sama wyruszała na szczyt (Cho Oyu zdobyła samotnie). Na Annapurnie szła jako ostatnia, bez partnera, ponieważ Krzysztof Wielicki zdecydował, że może stanowić zagrożenie dla silniejszych i szybszych wspinaczy. Na wysokości około 7900 metrów Wanda spotkała schodzącego w dół Ryszarda Pawłowskiego i zapytała go, jak wygląda droga na szczyt. Pawłowski nie chciał udzielić jej informacji, ale ostatecznie powiedział, żeby rozglądała się za starymi poręczówkami, bo one prowadzą na szczyt. Wanda zdobyła Annapurnę dopiero po zmroku. Próbowała zrobić zdjęcia, by udokumentować swe dokonanie, ale żadne nie wyszło.

Pawłowski po zejściu do obozu powiedział o tej sytuacji Krzysztofowi Wielickiemu, a ten już po powrocie do Warszawy podzielił się wątpliwościami z innymi wspinaczami. Nie wierzył, że Wanda mogła wejść na szczyt sama - tym bardziej, że miała zranioną nogę. Ktoś zaniósł tę rewelację do prasy i rozpętała się prawdziwa afera. Środowisko górskie podzieliło się na zwolenników i przeciwników Wandy. Ostatecznie po przeprowadzeniu śledztwa i obróbce zdjęć ze szczytu w specjalnym laboratorium w Wiedniu udowodniono, że alpinistka zdobyła szczyt. Wanda wspominała później, że było to najgorsze doświadczenie w jej życiu. 

Wanda prawdopodobnie już wtedy znajdowała się w głębokiej depresji, która trwała od lipca 1990 roku - od momentu, gdy na Broad Peak na jej oczach zginął Kurt Lyncke. Sytuacja po zdobyciu Annapurny tylko pogorszyła jej samopoczucie. Dochodziła do tego świadomość, że jest coraz starsza, ma coraz mniej siły i być może nie uda jej się spełnić swojego marzenia. Mimo wszystko nie chciała odpuścić i zdecydowała, że karawana do marzeń ruszy dalej.

Góra Bogów

Kanczendzonga - Góra Bogów - miała być jej dziewiątym ośmiotysięcznikiem. Dwadzieścia lat wcześniej, gdy Wanda i jej przyjaciele byli młodymi wspinaczami, matka Wandy przestrzegła ich, by nigdy nie próbowali zbliżać się do szczytu Kanczendzongi, bowiem według wierzeń Agni Jogi znajdowała się tam siedziba bogów, zakazana dla ludzi. Każdy, kto tam dotrze, będzie skazany na śmierć. Przestrogi te jednak nie robiły na Wandzie wrażenia. W 1992 roku dołączyła do wyprawy prowadzonej przez Meksykanina, Carlosa Carsolio. Towarzyszył jej młody wspinacz, Arkadiusz Gąsienica-Józkowy.

Wyprawa od początku była pechowa. Pierwszy atak szczytowy, przeprowadzony w kwietniu, nie udał się. Dwóch meksykańskich wspinaczy doznało wówczas poważnych odmrożeń i nie mogli kontynuować wspinaczki. Arkadiusz Gąsienica-Józkowy zatruł się i już do końca wyprawy był wyłączony z wszelkich działań. Nie opuścił jednak obozu, chciał zostać ze swoją mentorką. Sama Wanda również nie prezentowała najwyższej formy. Była bardzo powolna, szybko traciła siły.

W maju Carsolio i Rutkiewicz postanowili ponowić atak szczytowy, idąc osobno. Mieli spotykać się w obozach, które założyli jeszcze w kwietniu, podczas pierwszego podejścia pod szczyt. Jednak obozy III i IV nie przetrwały, zasypała je lawina, więc alpiniści odpoczywali w śnieżnych jamach, w bardzo trudnych warunkach. W obozie IV skończyły im się zapasy jedzenia, gaz i woda. Wanda była odwodniona, wymiotowała i miała biegunkę. Mimo wszystko kontynuowała wspinaczkę. Z obozu IV wyruszyli 12 maja o 3:30 nad ranem. Carsolio szedł pierwszy, zdobył szczyt i spotkał Wandę dopiero, gdy schodził ze szczytu, o godzinie 20:00 na wysokości około 8200-8300 metrów. Wanda chciała odpocząć i przespać się kilka godzin, a rano ruszyć znowu na szczyt. Carlos przekonywał ją, by razem z nim zeszła do obozu, ale odmówiła. Twierdziła, że wszystko jest w porządku, potrzebuje tylko odpoczynku. Zachowywała się i mówiła zupełnie trzeźwo i spokojnie, więc Meksykanin nie mógł jej zmusić do zejścia, choć wiedział, że to ich ostatnie spotkanie. Przy tak złym stanie zdrowia Wandy, odwodnieniu, braku pożywienia i wody nie miała szans na przeżycie w „strefie śmierci” - na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów, w temperaturze ponad - 30 stopni, przy wietrze wiejącym około 100 km na godzinę i przy intensywnych opadach śniegu. Wanda prawdopodobnie też o tym wiedziała i miała świadomość, że to jej ostatnie chwile. Nie zdecydowała się jednak na odwrót. Być może zdawała sobie sprawę z tego, że ta porażka będzie oznaczała, że nie da rady wejść na żaden z pozostałych ośmiotysięczników i jej kariera będzie musiała się zakończyć.

Carsolio czekał na Wandę przez dwanaście godzin w obozie IV i przez dwa dni w obozie II. Zostawił jej wszystko, czego potrzebowała do przeżycia, gdyby udało jej się zejść z góry. Potem wrócił do bazy i poinformował wszystkich o tym, co się wydarzyło. Arkadiusz Gąsienica-Józkowy był wstrząśnięty, ale zdawał sobie sprawę z tego, że po tak długim czasie w strefie śmierci nie jest możliwe, by Wanda przeżyła. Mimo wszystko do końca życia obwiniał się, że mógł zrobić dla niej więcej - mógł iść w górę i spróbować ją odszukać. Jednak zabrakło mu odwagi i wsparcia. Meksykanie pozostawili go samemu sobie, zajęli się świętowaniem zwycięstwa i zwijaniem wyprawy. Gdy Arkadiusz czekał kolejne kilka dni w obozie I, Carsolio kazał mu wracać do domu. 

25 maja 1992 roku do Polski dotarła depesza o zaginięciu Wandy. Dwa tygodnie później wrócił Arkadiusz Gąsienica-Józkowy. Rok później odbyła się rozprawa sądowa, na której uznano Wandę Rutkiewicz za zmarłą w dniu 13 maja 1992 roku. Jednak jej matka do końca swoich dni uważała, że Wanda żyje. Na początku twierdziła, że córka przeszła na drugą stronę Kanczendzongi i schroniła się w jednym z tybetańskich klasztorów, ponieważ nie chciała już wracać do dawnego życia. Była przekonana, że Wanda na wszelki wypadek miała pochowany sprzęt i zapasy jedzenia w różnych pieczarach na terenie całych Himalajów, więc z pewnością udało jej się przeżyć. Następnie twierdziła, że Wanda trafiła do krainy Szambali, Doliny Nieśmiertelnych, do której wejście znajduje się niedaleko szczytu Kanczendzongi. Wstęp tam mają tylko nieliczni wybrańcy, a Wanda do nich z pewnością należała. Mówiła, że ma stały duchowy kontakt z córką i gdyby działo jej się coś złego, to z pewnością by o tym wiedziała. Poza tym odbierała nieraz dziwne telefony, podczas których wyraźnie słyszała poprzez trzaski i syki w słuchawce głos Wandy wołającej: „Mamo”. Była pewna, że w ten sposób córka dawała jej do zrozumienia, że wszystko u niej w porządku. Co dziwne, jakiś czas po zaginięciu Wandy dwójka polskich turystów utrzymywała, że widziała w jednym z klasztorów po tybetańskiej stronie gór starszą kobietę, która była łudząco podobna do Wandy Rutkiewicz.

Choć najbardziej prawdopodobne jest, że Wanda zamarzła tuż pod szczytem Kanczendzongi albo wpadła w jedną z lodowych szczelin, zagadki jej zniknięcia już nigdy nie uda się rozwiązać. Niezależnie od tego, czy przysypał ją śnieg, czy też znalazła schronienie w klasztorze, ukochane góry na zawsze zatrzymają ją dla siebie. Tak, jak zawsze chciała.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - kanon
kanon
Dodany: 2018-05-22 08:10:20
0 +-

Kochała góry. A one zabrały ją na zawsze do siebie. Mocno ryzykowała każdą wyprawę, oddana była swojej pasji.

Avatar użytkownika - Joannate
Joannate
Dodany: 2018-02-27 17:47:23
0 +-

Temat na czasie, bo himalaizm zrobił się modny. 

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-02-27 08:21:52
0 +-

@MonikaP  Ja też nie. Pamiętam z lat szkolnych Kukuczkę i Rutkiewicz, którzy poszli w góry i zginęli. Dla mnie to było niepojęte wtedy i dziś.

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-02-26 15:49:32
0 +-

Chyba nie zrozumiem nigdy takiej pasji...

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Manhattan Babilon
Lech Majewski
Manhattan Babilon
Nigdy nie będziesz mną
Anna M. Brengos;
Nigdy nie będziesz mną
Orangeboy. Masz u nas dług
Patrice Lawrence
Orangeboy. Masz u nas dług
Mały manipulator
Bartosz Sztybor;
Mały manipulator
Westerplatte
Jacek Komuda
Westerplatte
Harem
Alex Vastatrix, Waldemar Bednaruk
Harem
Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów
Jolanta Berezowska, Małgorzata Berezowska
Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów
Pokaż wszystkie recenzje