Wanda Rutkiewicz. Królowa gór

Autor: Monika Witczak
Okładka publicystyki dla Wanda Rutkiewicz. Królowa gór z kategorii Brak kategorii

Wanda Rutkiewicz była jedną z najbardziej utalentowanych i najsłynniejszych himalaistek na świecie. Jako pierwsza kobieta zdobyła K2, a jako pierwsza europejka i trzecia kobieta na świecie weszła na Mount Everest. Była także autorką i współautorką wielu książek alpinistycznych, z której najsłynniejsza to Na jednej linie. Góry były całym jej światem - tam dopiero czuła, że naprawdę żyje. Niestety, pasmo jej sukcesów przerwało tragiczne doniesienie z 12 maja 1992 roku. W ubiegłym roku minęła 25-ta rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz na Kanczendzondze - Górze Bogów.

 Wanda i Wanda

Wanda Rutkiewicz była kobietą o wielu twarzach, której nie da się tak łatwo zaszufladkować i rozgryźć. Każdy znał ją nieco inaczej, każdemu pokazywała inną naturę, inny charakter. Na pozór: delikatna, wręcz eteryczna, o niesamowitej urodzie i pięknym, melodyjnym głosie. Tak naprawdę: twarda, wytrzymała, o wysportowanym ciele i zniszczonych dłoniach. Z jednej strony: była bardzo kobieca, elegancka, zawsze dobrze ubrana i uczesana - jak prawdziwa dama. Wydawała się krucha i delikatna. Bardzo często coś gubiła, o czymś zapominała, bywała roztargniona i potrzebowała pomocy innych osób, by w ogóle funkcjonować i ogarniać wszystkie sprawy. I tę pomoc potrafiła zawsze świetnie sobie zorganizować. Wystarczyło, że się uśmiechnęła i poprosiła, a zawsze dostawała to, czego chciała. Wywierała niemalże magiczny wpływ na ludzi (nawet na tych, których spotkała po raz pierwszy) i potrafiła dobrze to wykorzystać. Zawsze miała wokół siebie mnóstwo wielbicieli, gotowych zrobić dla niej wszystko. Z drugiej jednak strony Wanda była egoistyczna i apodyktyczna, interesował ją tylko własny sukces i aby go osiągnąć, potrafiła wykorzystywać każdego, kto mógł jej pomóc. Była niezrównana jeśli chodzi o przygotowania do wypraw wysokogórskich, potrafiła załatwić sprzęt, o jakim nie śniło się wspinaczom w kraju w czasach PRL i sponsorów, o których było wówczas bardzo trudno. Jednocześnie była kiepskim liderem - rządziła twardą ręką, a jeśli ktoś jej się sprzeciwiał, kazała mu czyścić sobie buty. Nie znosiła krytyki, a gdy ktoś z niej żartował - obrażała się.

Kiedy organizowała ostatnie swoje wyprawy, niewielu już było ludzi, którzy zgadzali się na warunki, jakie dyktowała. Mimo wszystko, choć kondycyjnie była już dużo słabsza niż w latach swojej świetności, nie chciała oglądać się na innych. Była wielką samotniczką i zdecydowała, że swoje największe marzenie - zdobycie wszystkich ośmiotysięczników świata - zrealizuje samodzielnie. Zawsze mówiła, że góry są jej całym życiem, że tylko tam naprawdę jest sobą i tam też umrze. We Wrocławiu czy w Warszawie żyła tylko tymczasowo, w głowie wciąż mając góry. To na dużych wysokościach, w namiocie, czuła się jak w domu: pracowała, pisała książki i listy, słuchała muzyki, czytała i osiągała spokój, jakiego brakowało jej w mieście, wśród ludzi.

Aby w pełni zrozumieć fenomen Wandy Rutkiewicz, warto przyjrzeć się jej dzieciństwie, dorastaniu i relacjach w rodzinie. Właśnie tam należy szukać klucza do jej fascynacji wspinaczką i wyboru specyficznego trybu życia, który prowadziła.

Szczęśliwe dzieciństwo

Wanda Błaszkiewicz przyszła na świat 4 lutego 1943 roku w niewielkiej miejscowości Płungiany na Żmudzi (Litwa) w majątku dziadków - Jana i Barbary Pietkunów. Była drugą córką Marii Pietkun i Zbigniewa Błaszkiewicza. Miała jeszcze trójkę rodzeństwa - starszego brata, Jurka, i młodszych: Ninę i Michała. 

Zbigniew był wykształconym inżynierem Wydziału Mechanicznego Politechniki Lwowskiej, projektantem i wynalazcą, mówił biegle w czterech językach i miał wybitny umysł ścisły. Oprócz tego uprawiał sport - pływał, gimnastykował się i ćwiczył judo. Był człowiekiem mocno stąpającym po ziemi. Miał prawdziwy talent do usprawniania rzeczy i opatentował wiele wynalazków. Jego przeciwieństwem była żona, Maria, na którą najbliżsi mówili Mary.

Mary była kobietą uduchowioną. Interesowała się buddyzmem, kulturą Wschodu i historią. Niestety, studia na Wydziale Historii Uniwersytetu w Kownie okazały się dla niej za trudne. Mary zajmowały górnolotne sprawy i rozmyślania, nie miała za to głowy do kwestii przyziemnych, takich jak prowadzenie domu, wychowywanie dzieci czy praca zarobkowa. Przedkładała lekturę, przyjęcia i życie towarzyskie ponad domowe obowiązki. Dbała na równi o swoją sferę duchową i cielesną - lubiła nosić piękne stroje i błyszczeć w towarzystwie, przepadała za salonowymi grami, nazywano ją „rasową lady”. Nie była jednak skora do szczególnej opieki nad dziećmi, dlatego w dzieciństwie Wandy to ojciec miał największy wpływ na jej charakter.

Niewątpliwie Wanda również odziedziczyła coś po matce, jak choćby niezwykłe przywiązywanie wagi do swojego wyglądu. Już jako dorosła kobieta bardzo dbała o to, by w każdych warunkach wyglądać perfekcyjnie - nawet w wysokich górach. Kiedy na sznurkach na pranie w górskich obozowiskach wisiały koronkowe majtki, wiadomo było, że można tam spotkać Wandę. Nikt nigdy nie widział jej w złym stanie czy z brudnymi włosami. Zawsze znajdowała sposób na kąpiel, nawet jeśli oznaczało to przejście kilkunastu kilometrów w jedną stronę.

Po zakończeniu II Wojny Światowej rodzina Błaszkiewiczów wyemigrowała do Polski. Zamieszkali u rodziców Zbigniewa w Łańcucie, jednak Mary zupełnie nie mogła dogadać się z teściową. Na szczęście wkrótce Zbigniew dostał intratną pracę na Politechnice Wrocławskiej i sprowadził żonę z dziećmi do Wrocławia. Zamieszkali w zrujnowanym w czasie wojny domu - poniemieckiej szeregówce, w której pozostały wciąż wszystkie przedmioty i sprzęty po poprzednich właścicielach. Dom był umeblowany i wyposażony, jednak wyglądał, jakby miał się za chwilę zawalić. Zbigniew i Mary nie naprawiali niczego i wciąż „siedzieli na walizkach” bojąc się, że niemieccy właściciele mogą w każdej chwili wrócić po swoje i będą musieli znowu się przenosić.

Nowe życie było dla Mary trudne. Nie była przygotowana do roli gospodyni i matki, zwłaszcza w ruderze bez bieżącej wody, w mieście, w którym trudno jest zdobyć cokolwiek do jedzenia, nie mówiąc o ubraniach i innych artykułach pierwszej pomocy. Im bardziej jej mąż zajmował się praktycznymi sprawami, tym bardziej ona oddawała się duchowym praktykom. Aby odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, zaangażowała się w działalność Towarzystwa Agni Jogi, propagującego religijno-filozoficzną naukę małżeństwa Roerichów, zafascynowanych Himalajami i buddyzmem. Do końca swoich dni organizowała spotkania z wyznawcami Agni Jogi w swoim domu.

Wieloma sprawami domowymi zajmował się Zbigniew - to on był odpowiedzialny za utrzymanie czystości i dbanie o dzieci, co nie było łatwe - zważywszy na brak wody. Poświęcał też dzieciom tyle czasu, ile tylko mógł. Uczył je domowych obowiązków i pozwalał na szalone zabawy. Skonstruował dla nich hulajnogę, łyżwy, rower i latawiec, strugał indiańskie łuki, urządzał zawody strzeleckie i uczył strzelać z wiatrówki, zabierał na spływ kajakiem i dbał o ich kondycję fizyczną. Organizował piesze wędrówki, przejażdżki rowerowe i motorowe, a także wyjścia w góry. To ojciec był dla Wandy pierwszym nauczycielem górskiego obycia. Uczył dzieci, jak zachowywać się w górach, jak zadbać o własne bezpieczeństwo i jakie przedmioty są niezbędne w plecaku, jak dbać o czystość i nie stwarzać zagrożenia dla siebie oraz innych. Być może to dzięki tym dziecięcym wyprawom z ojcem Wanda będzie później szczególnie wyczulona na zachowanie czystości na dużych wysokościach i zacznie organizować akcje sprzątania wysokich gór.

Tragedie, które zmieniły wszystko

Wanda była dzieckiem wesołym i ciekawym świata. Wzrastała w poczuciu miłości i akceptacji. Zabawy z ojcem i rodzeństwem były dla niej najszczęśliwszym okresem dzieciństwa. Niestety, pełnia szczęścia trwała w jej przypadku krótko - o wiele za krótko.

29 marca 1948 roku w rodzinie Błaszkiewiczów wydarzyła się tragedia, która zapoczątkowała prawdziwą lawinę tragicznych następstw, zakończoną dopiero zaginięciem Wandy na Kanczendzondze. Starszy brat Wandy, siedmioletni Jurek, zginął tragicznie, rozszarpany przez pocisk przeciwartyleryjski. Chłopiec razem z dwoma kolegami podczas zabawy znalazł niewypał i rozpalił na nim ognisko. Była z nimi również Wanda, lecz chłopcy przegonili ją, tłumacząc, że wojna to sprawa tylko dla mężczyzn. Rozżalona dziewczynka pobiegła poskarżyć się mamie i właśnie to uratowało jej życie. 

Mary i Zbigniew próbowali poukładać jakoś swoje życie po tym tragicznym wypadku, postarali się nawet dość szybko o kolejne dziecko (już rok po tragedii urodził się najmłodszy Michał), lecz nic nie było w stanie zapełnić luki po pierworodnym Jureczku. Konflikty, które wcześniej wybuchały pomiędzy Zbigniewem a Mary, urosły do olbrzymich rozmiarów. Zbigniew próbował wpłynąć na żonę, by poszła do pracy, lecz Mary nie chciała o tym słyszeć. Wkrótce małżeństwa Błaszkiewiczów nie dało się już uratować. Awantury były w ich domu na porządku dziennym. Mary tłukła talerze, Zbigniew zamykał lodówkę na kłódkę i wydzielał pieniądze na dzieci. Dorastanie w takiej atmosferze odcisnęło nieodwracalne piętno na Wandzie, która nigdy nie będzie potrafiła stworzyć trwałego związku i zawsze już będzie uważać, że dom to miejsce, z którego się wychodzi, a nie do którego się wraca.

Dla pięcioletniej Wandy śmierć brata oznaczała symboliczny koniec dzieciństwa. Być może dziewczynka czuła się podświadomie winna tragedii. Ze wszystkich sił starała się więc naprawić napiętą atmosferę pomiędzy rodzicami, zajmując miejsce zmarłego brata. W wieku sześciu lat, ponad rok po tragedii, Wanda poszła do szkoły - i to od razu do drugiej klasy, do której chodziłby wówczas Jurek. Była mądra i bystra, a pod kierunkiem ojca bardzo szybko przerobiła materiał z pierwszej klasy. Mimo, że była dwa lata młodsza niż jej klasowi koledzy, uczyła się bardzo dobrze i nigdy nie miała problemów w szkole.

Wkrótce Wanda stała się nie tylko klasowym prymusem, była też najlepsza w całej szkole. Nie musiała spędzać wiele czasu na nauce, a i tak miała najlepsze stopnie. Jej ulubionym przedmiotem była matematyka. Odnosiła też wielkie sukcesy w sporcie: rzucała kulą, dyskiem i oszczepem, skakała wzwyż i w dal, biegała, jeździła konno. Należała do drużyny harcerskiej. Występowała na scenie, grała w szkolnym teatrze i recytowała wiersze. I we wszystkim musiała być najlepsza, by zaspokoić ambicje ojca i zasłużyć w jego oczach na miejsce po zmarłym bracie.

Od siódmej klasy Wanda już sama zarabiała na siebie i dokładała się do rodzinnego budżetu, prowadząc korepetycje. Jej motto brzmiało: licz sobie dużo, inaczej nie będą cię cenić. Wanda nie tylko zarabiała, ale też pomaga matce w prowadzeniu domu. Gotowała, sprzątała, opiekowała się młodszym rodzeństwem, czego szczerze nienawidziła. Zimą sama ogrzewała sobie pokój wiadrami wypełnionymi wrzątkiem. Przebywała poza domem tak dużo, jak tylko się dało.

Niestety, wysiłki Wandy, by scalić rodzinę, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. W 1959 roku, kiedy Wanda chodziła do klasy maturalnej, ojciec ostatecznie wyprowadził się z domu. Maria nie chciała dać mu rozwodu, to jednak nie przeszkodziło mu w ułożeniu sobie życia z inną kobietą. Wciąż interesował się dziećmi i łożył na ich utrzymanie, nie chciał jednak więcej marnować życia w nieudanym związku. Wanda razem z rodzeństwem i matką nadal mieszkała w sypiącym się poniemieckim domu. Od czasu wojny nikt nie zadbał, by wyremontować budynek, więc przypominał on bardziej ruderę niż prawdziwy dom. Brakowało w nim ciepłej wody i ogrzewania, piętro nie nadawało się do zamieszkania a dach groził zawaleniem. Ostatecznie to Wanda wyremontowała go, gdy zdobyła pierwszą pracę i uzyskała pożyczkę.

6. grudnia 1972 roku wydarzyła się kolejna tragedia, która znowu zmieniła wszystko w rodzinie Błaszkiewiczów. Ojciec Wandy został brutalnie zamordowany przez lokatorów wynajmujących od niego część domu, jaki odziedziczył po swoich rodzicach w Łańcucie. Wanda była już wówczas dorosłą kobietą i odnosiła pierwsze sukcesy we wspinaczce wysokogórskiej, mimo tego zbrodnia wywarła na nią ogromny wpływ. Wszystko, co dotąd robiła, było w bardzo dużym stopniu podyktowane wpływem ojca. Nagle ojca zabrakło - i to w bardzo dramatyczny sposób. Wanda postawiła sobie za punkt honoru doprowadzenie do ukarania sprawców morderstwa i działała jako oskarżyciel posiłkowy. Główny sprawca zbrodni został skazany na wyrok śmierci. Historia zatacza koło - najpierw Jurek, potem Zbigniew. To jednak nie koniec dramatów w rodzinie Błaszkiewiczów. Największy miał się wydarzyć dwadzieścia lat później.

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - kanon
kanon
Dodany: 2018-05-22 08:10:20
0 +-

Kochała góry. A one zabrały ją na zawsze do siebie. Mocno ryzykowała każdą wyprawę, oddana była swojej pasji.

Avatar użytkownika - Joannate
Joannate
Dodany: 2018-02-27 17:47:23
0 +-

Temat na czasie, bo himalaizm zrobił się modny. 

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-02-27 08:21:52
0 +-

@MonikaP  Ja też nie. Pamiętam z lat szkolnych Kukuczkę i Rutkiewicz, którzy poszli w góry i zginęli. Dla mnie to było niepojęte wtedy i dziś.

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-02-26 15:49:32
0 +-

Chyba nie zrozumiem nigdy takiej pasji...

Warto przeczytać

Reklamy