Od czasu do czasu można przeczytać coś, co podobno jest mądre. Szczęśliwie odkryłem, że katalog wydawnictwa ArtRage można znaleźć na jednej z książkowych subskrypcji. Nic zatem nie szkodzi, by nie sprawdzić czegoś z ich pozycji.
Po rozpoczęciu lektury pierwszym, co przyszło, to refleksja nad literaturą piękną. Czym ona jest? To dosłownie beletrystyka (fr. belles lettres), czyli zwyczajnie fikcja literacka. Czytając „Ja, która nie poznałam mężczyzn” obok Jacka Dukaja, jestem w stanie zrozumieć, czemu wydaje go Wydawnictwo Literackie. Z kolei w przypadku prozy Jacqueline Harpman nie rozumiem wyłączania jej z literatury gatunkowej.
Omawiana książka podczas lektury początkowo nie chce dać się sklasyfikować. Zaczynamy od dystopii, która płynnie zmienia się w postapokalipsę, a na koniec dodaje do niej jeszcze powieść drogi. Język ani jakość nie wydaje się jakkolwiek ją wyróżniać, choć być może nie mam do tego kompetencji. Jednak po porównaniu ze słowami Dukaja, pozostaje ze mną pytanie: „czy określanie dziś czegoś literaturą piękną, nie jest praktycznie wybiegiem marketingowym?” W drugą stronę możemy mieć do czynienia z unikaniem określenia „fantastyką”.
W tym kontekście zacząłem czytać książkę, która nie zachwycała ani literacko, ani kreowaniem świata, ani jakąkolwiek głębią. Nasz główna bohaterka, w momencie rozpoczęcia akcji jest ona już nastolatką, ale apokaliptyczny scenariusz zaczął się dla niej dużo wcześniej. Jak wiadomo, cierpienie dzieci jest bardziej dotkliwe, a by utrzymać tę nieokreśloność jej wieku, jej imieniem wręcz staje się Dziewczynka. Jednak jak to określił Marcin Mortka ustami swojego bohatera w „20:32”, dodawanie dzieci do postapokalipsy to tani zabieg.
Zaczynamy bowiem w klatce z uwięzionymi czterdziestoma kobietami. Więcej lepiej nie wiedzieć, bo szczerze nie ma to nawet znaczenia. Przez to, że nasza bohaterka była właśnie dzieckiem, gdy trafiła do klatki, nie zna innego świata i nie ma rówieśników. Jest całkowicie wyobcowana i musi powoli odkrywać świat samemu lub z pomocą innych kobiet. Jest to wygodny zabieg do różnych rozważań nad relacjami międzyludzkimi i światem.
Niestety moim zdaniem ten potencjał został zupełnie niewykorzystany. Nasza Dziewczynka bardzo rzadko dochodzi do czegoś samemu, choć dochodzenie do ustalenia czasu było satysfakcjonujące. Jednak poza tą sytuacją bardzo rzadko jest ona detektywem lub naukowcem w stylu głównego bohatera „Projektu Hail Mary” Andy'ego Weira. Praktycznie zawsze rozpoznaje lub dochodzi do czegoś, bo jakiś trafem ktoś jej o tym opowiedział. W większości są to tylko pozakadrowe skojarzenia, które odbierają jej to sprawczość.
W równie niesatysfakcjonujący sposób świat nie jest spójny. Wśród czterdziestu kobiet jedna wykształcona miała wykształcenie pielęgniarskie, a wśród używanych i przekazywanych Dziewczynce słów jest choćby inercja (nie bezwładność!) lub kwinkuns (czy ktoś wie, co to, bez sprawdzenia?).
Zatem świat, przemyślenia ani fabuła nie mają tu tak naprawdę znaczenia. Co zatem ma? Choć refleksje społeczne nie są zbyt głębokie, to mogą być punktem wyjścia do własnej refleksji. Jednak dla mnie nie były zbyt pociągające ze względu na swoją płytkość. Jednak ta książka jest przede wszystkim egzystencjalna, można ją przeżywać lub interpretować całościowo.
Ja podczas jej czytaniem odczytywałem ją jako paradoks Fermiego, z racji na pewne skojarzenia, która sama autorka podrzuca. Jednak nic nie szkodzi interpretowania tej historii w kategoriach czyśćca niczym w „Zagubionych” (2004-2010), czy po prostu ludzkiego życia. Widziałem też interpretacje w kontekście biografii autorki, że opowiada ona o traumie bezsensu świata po Holocauście. Jak widać, można odnaleźć tu wiele, a być może każdy znajdzie coś dla siebie.
Jednak przede wszystkim tę książkę się czuje. Dlatego te wszystkie średnie elementy ostatecznie nie przeszkadzają. Nie o nie w tej pozycji chodzi. Dzięki temu nie jest to zła książka, ale nieco tanio dochodzi do swojego celu. Realnie nic nie daje, by potem zabrać. Beznadzieja jest zatem ciągła i słaba, a nawet pozorne chwile triumfu nie wybrzmiewają.
Przez tę emocjonalność nie można powiedzieć, że jest wybitna. Prawdopodobnie „Droga” Cormaca McCarthy’ego, do której nawiązywał wyżej M. Mortka, robi to lepiej, ale ona jeszcze przede mną. Jeśli ktoś chce ponownie poczuć egzystencjalny bezsens życia w stylu „Mitu Syzyfa” Alberta Camusa albo „Zatracenia” Dazaia Osamu, to „Ja, która…” być może się nada, ale może się okazać niezbyt satysfakcjonująca i niestety nie ma do zaoferowania wiele więcej.