„Smaki greckiej wyspy” to książka idealna na jeden wieczór. Krótka, lekka i bardzo klimatyczna, ma poniżej 200 stron, więc czyta się ją naprawdę szybko.
Już na początku zwróciłam uwagę na okładkę i grafikę, które są naprawdę piękne i świetnie oddają wakacyjny klimat. To jedna z tych książek, które aż chce się wziąć do ręki.
Historia skupia się na Katii, która wyjeżdża z rodzicami na wakacje. Nadal się uczy i ma wyrzuty sumienia, że w tym wieku jeszcze nie zarabia na siebie. Bardzo ją w tym rozumiem, bo sama podczas studiów mieszkałam z rodzicami i wiem, jak bardzo to odciąża, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawia się takie poczucie, że „powinno się już coś więcej”.
Z kolei Mateusz to zupełne przeciwieństwo. Pracował od kiedy tylko mógł i porzucił swoje marzenia o tańcu, żeby zarabiać. Ostatecznie zostaje rezydentem turystycznym i widać, że to doświadczenie mocno na niego wpłynęło.
Między nimi od początku czuć chemię, ale nie wszystko idzie w dobrym kierunku. Moment, w którym Mateusz dowiaduje się, że Katia jest na wakacjach opłaconych przez rodziców, bardzo mnie zirytował. Powiedział wtedy sporo rzeczy, które były dla mnie niepotrzebne i po prostu krzywdzące. Mam wrażenie, że wynikało to z jego własnych frustracji i tego, że sam musiał zrezygnować z marzeń.
Podobało mi się też tło tej historii. Mamy tutaj trochę klimatu Grecji i różne ciekawostki, co było dla mnie fajnym dodatkiem, bo sama nigdy nie miałam okazji tam być.
To przyjemna, szybka historia, ale czuję, że mogłaby być bardziej rozbudowana. Bardzo chętnie przeczytałabym coś dłuższego od tej autorki, bo potencjał zdecydowanie jest większy.