Sąsiedzi… różnie to z nimi bywa. Z niektórymi można zawrzeć bliższą znajomość, innych unika się jak ognia. Potrafią zaleźć za skórę, ale i pomóc, wkurzyć i obgadać, ale są i tacy, którzy w chorobie przyniosą zakupy. Niektórzy lubią wiedzieć o wszystkim u wszystkich, inni unikają kontaktu i ledwo odpowiadają na powitanie. W zbiorowisku ludzkim można trafić na przeróżne typy, a jacy sąsiedzi byli bohaterami powieści Freyi Sampson?
Shelley House to budynek, który liczy sobie lekko ponad 100 lat. W swoich murach dawał schronienie setkom ludzkich postaci. Był świadkiem wydarzeń radosnych i tragicznych, narodzin i zgonów, kłótni i pojednań. Kiedy aktualni lokatorzy dostali nakaz eksmisji i wiadomość, że budynek zostanie zburzony, nie mogli przejść obok tego obojętnie. Postanowili zawalczyć o pozostawienie ich w spokoju. Jednak sprawa się komplikuje, kiedy jeden z lokatorów zostaje brutalnie zaatakowany, a policja nie za bardzo garnie się do rozwiązania sprawy. Dwie skłócone sąsiadki biorą wtedy sprawy w swoje ręce, próbując nie tylko uratować zabytkową kamienicę, ale i rozwiązać tajemnicę napaści. Co z tego wyniknie? Czy wścibska, gderliwa staruszka oraz młoda dziewczyna stroniąca od ludzi zdołają uratować lokatorów przed eksmisją i zabytkowy, pełen wspomnień budynek przed rozbiórką?
Historia stworzona przez Freyę Sampson zrobiła na mnie dobre wrażenie. Co prawda bardziej była to powieść obyczajowa z pogłębioną analizą psychologiczną bohaterów, bo wątek kryminalny raczej plątał się nieśmiało bokiem, ale jestem z lektury bardzo zadowolona. Podobał mi się i styl autorki, i fabuła, i bohaterowie, i poczucie humoru. Błyskotliwe dialogi pchały całą akcję do przodu i sprawiały, że uśmiech pojawiał się na twarzy, a kartki powieści same się przewracały. Pod płaszczykiem zagadki kryminalnej i szczypty humoru autorka przemyciła do fabuły również bardzo poważne i trudne tematy. Postacie zmagały się z własnymi demonami i bolączkami, co idealnie ukazało, że pod warstwą pozorów każdy z nas skrywa jakąś mniej lub bardziej bolesną historię. Często brakuje nam odwagi, by zburzyć barykady wzniesione przez drugiego człowieka i dostrzec, kim jest tak naprawdę. Wyjście lokatorów ze swoich mieszkań miało więc charakter symboliczny i stało się pretekstem do przemyśleń nad kondycją zarówno społeczeństwa, jak i nas samych. Bo tak szczerze, ile razy zdarzyło nam się wydać pochopną ocenę? Ferować wyrok, nie znając całości sprawy, tylko mając do czynienia z jedną sytuacją?
„Wścibscy sąsiedzi” to idealna lektura na kilka wieczorów. Intryga kryminalna jest ciekawym dodatkiem do fabuły, która jednak mimo wszystko skupia się na relacjach międzyludzkich, sąsiedzkich konfliktach, walce z konsekwencjami podjętych decyzji i próbie odnalezienia swojego miejsca – bezpiecznego i komfortowego azylu. To – wbrew opisowi wydawcy – głównie powieść obyczajowa o tym, jak balasty z przeszłości przeszkadzają w życiu, jak żałoba, strata, zbyt surowa ocena samego siebie, brak wybaczenia i samotność mają ogromny wpływ na zachowanie, postrzeganie świata i na to, jak patrzą na nas inni. Nieczęsto mi się to zdarza, ale w tym przypadku przejęłam się historią bohaterów na tyle, że kilka razy szczerze się wzruszyłam. Polecam każdemu, kto w literaturze szuka nie tylko rozrywki.