W ponurym domu, w którym rodzą się niechciane dzieci, sekrety i demony, tylko magia i kobieca siła chroni przed złem
Lato 1970 roku, duszne i lepkie od tajemnic, przynosi piętnastoletniej Nevie nowy rozdział w życiu. Przymusowo wysłana do rygorystycznego ośrodka Wellwood House, przytułku dla ,,upadłych" dziewcząt na Florydzie, ma jedno zadanie: urodzić dziecko i o wszystkim zapomnieć. Tam, wśród innych nastoletnich przyszłych matek, poznaje dziewczęta o złamanych sercach i niespełnionych marzeniach. Wszystkie trafiły tu, zmuszone do separacji od świata przez własne rodziny i otoczenie. Wszystkie mają milczeć. Ale nie wszystkie zamierzają to robić.
Gdy za sprawą tajemniczej bibliotekarki w ręce Nevy trafia stara księga czarownic, rodzi się coś więcej niż przyjaźń - powstaje krąg. Zaklęcia, szeptane po cichu nocą, mają wyzwalać. Dziewczyny rzucają uroki, łamią zasady i budzą coś, czego świat się boi - kobiecą siłę. Bo w świecie, gdzie najstraszniejsze potwory mają ludzkie twarze i władzę absolutną, czary okazują się najmniej przerażające...
,,Geniusz Hendrixa jako autora horrorów polega na umiejętności tworzenia złożonych wątków emocjonalnych. Żadna z jego książek tak doskonale nie uchwyciła ducha czasów, jak Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt. Szokująca i niepokojąca, a jednocześnie piękna i budująca powieść".
,,New York Times"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2025-10-28
Kategoria: Horror
ISBN:
Liczba stron: 468
Tytuł oryginału: Witchcraft for Wayward Girls
Dziwna jest ta książka i w sumie to nie do końca nawet wiem co mam o niej myśleć. Próbuję sobie jakoś te wszystkie przemyślenia na jej temat poukładać, ale co mi się poskłada do kupy to za chwilę wszystko się rozjeżdża i wychodzi jakieś totalne poplątanie. Wiem jednak jedno. Za stara jestem na taki rodzaj czytadła i cała ta magiczna otoczka z czarownicami po prostu mnie nie łechta. Zacznijmy jednak od początku, zanim wyleje swoje żale.
"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" zaczęło się bardzo obiecująco. Sam temat właściwie tej książki jest godny rozwinięcia i jak najbardziej poważnego podejścia. Mowa o nastolatkach w ciąży i wszystkich konsekwencjach z tym związanych. Czy to były dawne czasy czy też teraźniejsze, temat nadal może wzbudzać kontrowersje i oburzenie środowiska. Jak to? Dlaczego? Gdzie byli rodzice? No przecież to wstyd i hańba. Zniszczyła sobie dziewczyna życie... Właśnie z takim podejściem spotyka się też bohaterka książki i jej koleżanki, które mówiąc niezbyt ładnie: wpadły.
Co w takim razie? Nastoletnia Neva została wywieziona przez swojego ojca do ośrodka w jakim miały mieszkać dziewczyny takie jak ona. Pogubione, przestraszone swoim stanem i emocjonalnie niedojrzałe, które wiedziały tylko tyle, że przez wczesną ciążę zniszczyły sobie życie, a rodzinie przyniosły wstyd. Nie mówiąc już, że poczucie wstydu zostało im wpojone już na dzień dobry przez wszystkich innych dorosłych, również w ośrodku dla samotnych matek. Nieważne jak do tego doszło, ważne że największą za to karą miał się okazać całkowity brak wsparcia od najbliższych. Jedynym ratunkiem miało być dotrwanie do porodu w takim domu, oddanie dziecka i powrót jakby nic się nie stało do swojego środowiska i układanie sobie życia od nowa.
Dom Pani Wellwood do którego trafiały dziewczyny gwarantował im nową tożsamość na moment przebywania w nim i opiekę. Dodajmy, ze była to opieka specyficzna, kontrowersyjna i mocno uwzględniająca rygor i podporządkowanie się wszystkim zasadom jakie wprowadziła założycielka.
Dziewczyny zaczynają jednak na swój sposób się buntować i tworzyć wzajemny krąg czarownic. Pomaga im w tym tajemnicza bibliotekarka i książka dzięki której dowiadują się jak zostać superową czarownicą. Zaczynają więc stosować różne zaklęcia, czary i magię... przekonując się przy okazji, że to wszystko zaczyna działać...
Tych czarodziejskich scen jest naprawdę niezwykle sporo. Przyznam, że umęczyłam się przy nich odrobinę, bo ich niedorzeczność przekraczała moje pojęcie. Miałam wrażenie, że gdybym miała 16 lat to bardziej by mi ten klimat siadł w guście, a tak było pozamiatane. Dodatkowo strasznie zmęczyło mnie to gadanie o porodach. O tych wszystkich lękach i strachach. Ok- rozumiem, że to naturalne. Dobiło mnie jednak opisywanie tych porodów- każdego z osobna. Naprawdę niby to jak najbardziej wpasowało się w całą tematykę książki, ale ta powaga tematu została zarazem zasłoniona jakimiś zabawami w czary- mary. Niby był problem- a zrobiono z niego zabawę.
Być może to się spodoba młodzieży, nastolatkom... ale niech tego żaden facet nie czyta. Naprawdę dobrze radzę!
Skończyło się tak jak podejrzewałam, że się skończy. Bez szału. Nie powiem, że ta książka jest jakaś tragiczna i nie warta uwagi. Jest ona specyficzna i kontrowersyjna, ale też ta ciężkość miesza się z lekkością, kiedy te zabawy z czarami przybierają mocy. Jest bardziej strasznie niż zabawnie, ale jak ktoś ma wolny czas i lubi takie powieści z pewnością może się wkręcić. Musi być tylko otwarty na totalnie skrajne emocje.
Co się stało w domu Pani Wellwood? Czy wszystkie dziewczyny poradziły sobie ze swoimi "problemami" i udało im się ostatecznie zapomnieć o tych wydarzeniach? Co stało się z ich dziećmi? Czy czarodziejski krąg przetrwał na dłużej?
Kto chce niech czyta, ale tylko na własną odpowiedzialność.
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
ZDARZYŁO SIĘ TAMTEGO LATA
Bardzo czekałam na nową powieść Grady'ego Hendrixa. To taki autor, który potrafi łączyć klasykę grozy z powiewem świeżości. „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” ukazało się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Lubię ich książki. Sposób w jaki są redagowane i wydawane to zawsze najwyższy poziom. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Twarda oprawa, wysokiej klasy papier i interesująca szata graficzna. To jest to - tak właśnie powinna wyglądać doskonale wydana powieść. Co kryje się w jej wnętrzu ? Czy Hendrixowi uda się nas przestraszyć ?
Lato 1970 roku, na Florydzie wyjątkowo parne i duszne. Lepkie. Osaczające. Ośrodek Wellwood House to ponury przybytek mieszczący się gdzieś na odludziu. Otoczony lasem skrzętnie skrywa swoje sekrety. W takim miejscu nie słychać głośnych rozmów i śmiechu. Wellwood House przypomina więzienie. Tutaj właśnie trafia piętnastoletnia Neva. Dobrze pamięta dzień, w którym przywiózł ją tu ojciec i odjechał bez pożegnania. Od tej chwili Wellwood House stanie się jej domem na wiele miesięcy. Jednak to nie jest zwykły dom, to ośrodek dla upadłych dziewczyn. Z całej Ameryki trafiają tutaj dziewczęta, które zaszły w niechcianą ciążę. Odizolowane od rodziny, sąsiadów i całego świata. Mają ukryć swój wstyd. Urodzić dzecko i zapomnieć. Zapomnieć, by wrócić do rodziców. W chwili gdy przekroczyła próg Wellwood House, nie jest już Nevą. Na czas ciąży i połogu otrzyma inne imię. W rygorystycznym ośrodku czas biegnie w mozolnym tempie. Przestraszone, zahukane nastolatki czekają, by przejść przez coś, co jest dla nich nieznane. Gdy pewnego dnia w ręce Nevy trafia książka o zaklęciach czarownic, grupa dziewcząt zawiązuje sojusz. Co stanie się, gdy pełne niepokoju, skrzywdzone przez ludzi, osamotnione dziewczyny poznają wielką moc ? Co stanie się, gdy wyzwolona przez nie energia uderzy w tych, których nienawidzą ? Co stanie się, gdy przyjdzie czas zapłaty za podarowaną siłę ?
Purytańska Ameryka początku lat siedemdziesiątych. To nie jest miejsce, gdzie problemy się rozwiązuje. Problemy się ukrywa. Wstyd, hańba, gniew boży. Szanująca się amerykańska rodzina z przedmieść nie uniesie ciężaru grzechu. Grzech należy zdusić w zarodku. W odpowiedzi na niszczycielskie działania szatana, który zwodzi młode kobiety, powstały miejsca takie jak Wellwood House. Miejsca, w których nikt nie zadaje zbyt wielu pytań. Do takiego miejsca trafiają nastolatki, które swoją pychą i głupotą sprowadziły hańbę na swoje rodziny. Tutaj urodzą. Tutaj oddadzą dzieci. Tutaj zapomną. Wyjdą stąd pozbawione brzemienia, oczyszczone, gotowe, by w przyszłości zostać przykładnymi żonami i matkami. O ile zapomną. W miejscu takim jak to nie ma miejsca dla magii. Nie ma także miejsca na bunt. Ani na miłość. Miłość matki do dziecka. Te dziewczyny mają po prostu pozbyć się owocu swojego grzechu. To one winne są tego, że na swoją rodzinę sprowadziły tak wielki wstyd. Witajcie w Ameryce - tu każde świństwo można zamieść pod dywan.
Grady Hendrix otwiera nowe drzwi. Wchodzi tam, gdzie do tej pory nikt nie miał odwagi zajrzeć. Do ukrywanego przez dekady systemu ośrodków dla samotnych nastoletnich matek. Żaden autor beletrystyki do tej pory nie poruszył tego zagadnienia. Hendrix po gruntownym zbadaniu zagadnienia ujawnia przed czytelnikami jeden ze skrzętnie skrywanych amerykańskich sekretów. Szacuje się, choć najprawdopodobniej są to dane zaniżone, że od początku lat sześćdziesiątych do mniej więcej połowy osiemdziesiątych, odebrano nieletnim matkom i skierowano do adpocji około dwóch milionów dzieci. Dzieci, o których ich matki miały zapomnieć. Grady Hendrix pod płaszczykiem grozy ukazuje zjawisko, które przez dziesięciolecia piętnowało młode kobiety. Przypadkowe odkrycie księgi z zaklęciami staje się katalizatorem, punktem zwrotnym, zapalnikiem, który wznieci rebelię. Jednakże czy w miejscu takim jak Wellwood House jest miejsce na magię ? Na marzenia ? Na to, by zawalczyć o własną godność ? Tym dziewczętom zabrano wszystko. Nikt jednak nie odbierze im więzi, które są w stanie stworzyć. Niespotykana opowieść o odwadze, siostrzanym braterstwie dusz i determinacji ku temu, by odzyskać swoje człowieczeństwo.
Hendrix to młody, zapalczywy lew. On nie pisze grozy - on definiuje ją na nowo. Obala klasyczne formaty, zgłębia tematy, które dla innych nie są wystarczająco dobrze rokujące, obnaża hipokryzję. Oddaje głos tym, którzy mieli milczeć na zawsze. Fascynuje mnie potęga jego wyobraźni i niesamowita empatia. Bardzo rzadko zdarza się, by mężczyzna tak wiernie oddał kobiece portrety psychologiczne, uchwycił cienką nić relacji tworzącej się między kobietami i oddał ich rozterki. Tymczasem Hendrix pisze tak, że ta powieść uderza nas obuchem w głowę. Precyzyjna, trudna, złożona. Książka, która daje szerokie pole interpretacyjne i skłania do tego, by pochylić się nad nią dłużej. U Hendrixa groza nadnaturalna miesza się z tą przyziemną, ludzką. W okowach konwenansów, hipokryzji i z psalmami na ustach, jedni ludzie decydują o losie innych. Ci mocniejsi i więksi zabrać mogą innym wszystko. A wszystko to w glorii i chwale prawa. Ludzkiego i boskiego. Grady Hendrix mierzy się ze wstydliwymi tajemnicami Ameryki. Jest wobec nich bezwględny. On po prostu patroszy system.
„Czarownictwo dla zbląkanych dziewcząt” to taka powieść, w której to, co nieziemskie stanowi jakby naturalną odpowiedź na to, co realne. Magia, którą autor wykorzystuje, zdaje się być naturalną odpowiedzią na problemy, które się pojawiają. Umiejętność łączenia dramatu z hororem jest rzadkim zjawiskiem. Hendrix to nowe pokolenie autorów grozy. Jest pisarzem, który klasykę dobrze zna, ale nie czuje oporu, by ją redefiniować, bawić się nią i zmieniać jej oblicze. „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” zaliczam do książek, które powinien przeczytać każdy. Nie jest to porywająca lektura, w której krew leje się strumieniami. Nie jest to także klasyczna opowieść o walce dobra ze złem. Książka każe nam zadecydować o tym, kto tu jest zły, kto zasługuje na wybaczenia, a kto na potępienie. Powieść o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. O walce o swoją niezależność i prawo do bycia matką. O decydowaniu o swoim ciele i umyśle. A także o tym, że za wszystko płacimy cenę. Świetnie napisana, trudna moralnie i intrygująca. Diabeł gorąco poleca.
“Usiądźcie. Posłuchajcie. Musicie zrozumieć, co nam zrobili, kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami”.
Floryda, lato 1970 roku. W Wellwood House kryje się ośrodek dla zbłąkanych, upadłych dziewcząt — tak właśnie nazywają go dorośli. To tutaj zostaje przymusowo umieszczona piętnastoletnia Nevie, pozbawiona prawa wyboru. Ma urodzić dziecko i zapomnieć. Ma nie pytać. Ma nie czuć. Najważniejsze, by wszystko zamieść pod dywan, by nie wybuchł skandal. W ośrodku spotyka dziewczyny takie jak ona — młode, zagubione, zaszczute. Każda z nich została tu „przekazana”, najczęściej wbrew sobie, w białych rękawiczkach podpisów i wyciągniętych w modlitwie rąk. Ich dzieci mają trafić do adopcji, a one same wrócić do poprzedniego życia i udawać, że nic nigdy się nie wydarzyło. Ich dni wyznaczają zakazy, nakazy i totalna kontrola. Pracują ponad siły, a każde najmniejsze przewinienie kosztuje je ból, upokorzenie, strach. Wmawia im się, że są grzesznicami, że skalały imię swoich rodzin.
Powieść szczelnie trzyma w napięciu — akcja płynie niespiesznie, jakby celowo dawała czas, by ten niepokój od środka rozlewał się coraz szerzej. Fabuła została poprowadzona tak, że w pewnym momencie zaczynamy czytać szybciej, jakby od tego zależał los bohaterek. Emocje uderzają gwałtownie, bez zapowiedzi. Autor pisze barwnie, dosadnie, w sposób ironiczny, chwilami brutalny i wulgarny, prawdziwy.
“Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to historia, która wciąga od pierwszych stron, obnażając zakłamanie, dwulicowość i okrucieństwo amerykańskiego społeczeństwa lat siedemdziesiątych. Społeczeństwa, które ramię w ramię z Kościołem i prawem potrafiło usprawiedliwić najbardziej bezwzględną przemoc wobec samotnych, bezbronnych, ciężarnych nastolatek. Dziewczęta stawały się hańbą, piętnem, brudem do sprania. Bezwartościowe, zbłąkane… nawet jeśli zaszły w ciążę z miłości, naiwności albo z gwałtu. System nie zadawał pytań. System karał. Ale gdy w ich ręce trafia książka o magii i czarownicach, coś zaczyna pękać. Dziewczęta odkrywają własną siłę, dostrzegają, że padły ofiarą perfidnego mechanizmu. Rodzi się bunt. A z niego — gniew. I pragnienie zemsty. Jednocześnie między nimi kiełkuje coś najcenniejszego: lojalność, czuła solidarność i przyjaźń, która daje im więcej, niż ktokolwiek dorosły kiedykolwiek chciał im dać. W tle zaś pobrzmiewa echo wojny w Wietnamie.
To książka ponadczasowa. Dla mnie — nie horror, lecz przejmujący, mroczny dramat o systemie, który stał się potworem. Bez twarzy, bez sumienia, bez litości. Potworem, który niszczył, bo mógł i chciał. Bardzo polecam! Tatiasza i jej książki :)
Lato roku 1970 na Florydzie należało do wyjątkowo gorących. Nie chodzi tu tylko o rozgrzane do czerwoności słupki rtęci, ale również o nastroje społeczne panujące wśród Amerykanów. Demonstracje uliczne przeciw wojnie w Wietnamie i szalejący ruch hipisowski przysłoniły jednostkowe dramaty, które rozgrywały się w zaciszach domów dla samotnych matek. O losach dziewcząt jednego z takich przybytków opowiada Grady Hendrix w swojej powieści pt. „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” z oferty Wydawnictwa Zysk i S-ka, w przekładzie Tomasza Bieronia.
W swojej najnowszej książce Hendrix udowadnia, że potrafi nie tylko bawić konwencją horroru, lecz również wykorzystywać ją do opowiadania głębszych, emocjonalnie angażujących historii. „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to powieść zanurzona w realiach historycznych, oparta na prawdziwych problemach, ale nasycona takim rodzajem grozy, która nie wynika z duchów czy demonów, lecz z ludzkiej bezsilności, społecznych uprzedzeń i krzywd, których nikt nie chce dostrzec.
Dom dla tytułowych „zbłąkanych”, ciężarnych nastolatek, w którym rozgrywa się większa część fabuły, staje się mikrokosmosem Ameryki lat 70. XX wieku: pełnym represji i moralizatorstwa, za którymi kryją się obsesje dorosłych sprawujących władzę. Hendrix kreśli bohaterki z wyjątkową empatią. Dziewczęta nie są tu jednolitym tłem, lecz portretami indywidualnych tragedii i nadziei. Łączy je wspólne doświadczenie odrzucenia i społecznej stygmatyzacji oraz chęć przeciwstawienia się złu, choćby za cenę własnego życia.
„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to jednak przede wszystkim opowieść o kobiecej solidarności: kruchej, rodzącej się w bólu, a zarazem ratującej życie. Hendrix, znany z umiejętności łączenia grozy z głęboką wrażliwością, tym razem stworzył książkę, która nie tylko trzyma w napięciu, ale również zmusza do refleksji nad tym, jak społeczeństwo traktuje tych, którzy najbardziej potrzebują wsparcia. To jedna najbardziej poruszających powieści tego autora.
„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” Grady’ego Hendrixa to książka, którą otwiera się jak stare drzwi na strychu, nie do końca wiemy, co znajdziemy w środku, ale już po pierwszym skrzypnięciu czujemy, że wchodzimy na teren pełen kurzu, sekretów i czegoś, co może odmienić naszą perspektywę.
Lato 1970 roku nie przypomina tu wakacyjnego pejzażu z pocztówki. Jest duszne, ciężkie i tętni niepokojem, jakby powietrze samo wiedziało, że wkrótce wydarzy się coś, czego nie da się objąć logiką. To w takim krajobrazie piętnastoletnia Neva zostaje wysłana do Wellwood House, miejsca, które nazywa się „ośrodkiem”, ale bardziej przypomina starannie zaprojektowaną pułapkę. Tu nie ma buntu, tu ma być cisza. A cisza, jak wiadomo, jest najwygodniejsza dla tych, którzy chcą, by nic się nie zmieniło. Wellwood House działa jak wielka maszyneria do mielenia dziewczęcej godności, powolna, skrzypiąca, ale skuteczna. Każda z nastolatek ma jedną rolę: donieść ciążę, oddać dziecko, wymazać swoją historię. To fabryka milczenia. I może właśnie dlatego to tak boleśnie działa, bo w trakcie lektury ma się wrażenie, że obserwujemy coś, o czym świat naprawdę wolał nie mówić.
A jednak ta powieść nie pozostawia czytelnika w mroku bez światełka. Światełko przychodzi w najmniej oczywisty sposób, wraz z tajemniczą księgą czarownic, podaną Nevie niemal mimochodem, przez bibliotekarkę, której spojrzenie mówi więcej niż jakiekolwiek zaklęcie. Nie jest to jednak opowieść o magii, która grzmi z nieba. To magia, która tli się w kącie, w zakazanych szeptach i splecionych dłoniach. Magia jako akt odzyskiwania siebie. Magia jako odmowa bycia niewidzialną. Magia jako język, którego nikt nie potrafi nastolatkom odebrać. Dla mnie właśnie w tym tkwi siła całej historii, w ukazaniu, że największe uroki rzucamy nie na świat zewnętrzny, ale na własny strach. Dziewczęcy krąg rodzi się tu nie z romantycznego czaru, lecz z desperacji, z potrzeby bycia wysłuchaną, choćby szeptem, choćby tylko przez jedną osobę w ciemnej sali sypialnej.
Atmosfera Wellwood House jest tak dobrze skonstruowana, że niemal czułam pod palcami szorstkie prześcieradła i słyszałam stuk obcasów kobiet, które miały pilnować „moralności”, a zapomniały o człowieczeństwie. To nie potwory z czeluści straszą w tej książce. To potworność systemu i to ona boli najmocniej. Bolesne jest to, jak bardzo rodzina potrafi znienawidzić własne dziecko, bo popełniło po prostu błąd, z niewiedzy, z niedochowania przez rodziców należytej staranności w edukacji seksualnej. Hendrix balansuje na granicy gatunków: trochę grozy, trochę powieści obyczajowej, trochę manifestu o kobiecej sile. Ale to, co zostaje po skończeniu ostatniej strony, to przede wszystkim poczucie, że obserwowaliśmy narodziny czegoś niezwykle cennego, a mianowicie solidarności, która potrafi przebijać beton. To nie jest horror, po którym będziesz sprawdzać, co kryje się w kątach pokoju. To jest horror, po którym będziesz jeszcze długo myśleć o tym, jak łatwo było kiedyś i jak łatwo wciąż odebrać dziewczynom głos. Horror o tym, jaki los potrafi jeden człowiek zgotować drugiemu, w imię chorej wiary, zasad i korzyści.
I właśnie dlatego „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” tak we mnie rezonuje. To książka, która nie krzyczy. Ona szepcze, ale w tych szeptach jest siła większa niż w niejednym krzyku. Jest złość, czułość, ból i coś, co przypomina zaklęcie na przetrwanie. A gdy ostatnia strona się kończy, ma się wrażenie, że gdzieś w ciemnym kącie wciąż skrzy się resztką magii ta stara księga czarownic, jakby czekała, aż ktoś kolejny odważy się ją otworzyć.
Czy warto przeczytać? Tak. Bo to jedna z tych historii, które nie tylko zajmują wieczór, one zmieniają sposób, w jaki patrzymy na milczenie, na dziewczęta i na to, co wciąż próbujemy ukrywać pod ładnym słowem „wstyd”. Ta historia wżera się w skórę czytelnika i pozostaje z nim jeszcze długo po zamknięciu książki.
Przenosimy się do roku 1970, gdzie piętnastoletnia Neva zachodzi w ciążę i zostaje przymusowo wysłana do ośrodka dla "upadłych" dziewcząt. Ma urodzić dziecko, oddać je i zapomnieć o tych zdarzeniach, podobnie jak pozostałe mieszkanki przytułku. Za pomocą tajemniczej bibliotekarki, w ręce Nevy trafia księga czarownic, a zrozpaczone i zbuntowane dziewczęta zaczynają tworzyć krąg i pokazywać swoją siłę...
Ta książka gatunkowo określana jest jako horror. Nie spotkałam się natomiast do tej pory z tak głęboko poruszającym, ważnym społecznie i wielowymiarowym znaczeniowo przedstawicielem tego gatunku. To nie o klasyczne "straszaki" tu chodzi. Macki zła i najbardziej przerażające scenariusze potrafią zgotować ludzie innym ludziom - zwłaszcza najbardziej bezbronnym. Autor bawi się konwencją, wplatając w grozę psychologię, co nieco z literatury pięknej, obyczaj i dramat socjologiczny.
W duszne, ciężkie opary atmosfery Wellwood House wkraczamy, aby się ubrudzić tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Pozornie ułożona placówka, surowa, acz resocjalizujące "zbłąkane" dziewczyny, dająca im nowy start. W praktyce: manipulacja, brutalność, odarcie z godności, wytykanie palcami i odbieranie człowieczeństwa. Począwszy od imienia, które zostaje na nowo nadane w progach, aż po przymusowy odbiórmłodym matkom ich dzieci. Nawet bez wkraczania w sferę nadprzyrodzoną, sam dramat tych bohaterek, który przecież realnie przed reformą miał miejsce, jest absolutnie porażający.
Fabuła, tocząc się z rytmem cyklu ciążowego Nevy, przybliża wspomnianą codzienność mieszkanek, ale i w pewnym momencie wkraczamy w niezwykle sensualną, wielowymiarową treść czarownictwa. I one razem robią piorunujące wrażenie, przede wszystkim emocjami, jakimi grają na czytelniku. Razem z dziewczynami odczuwamy zafascynowanie nowymi zdolnościami, ale też i strach oraz wstręt do ich konsekwencji. Czujemy nadzieję, aby zaraz ją stracić. Przeżywamy, cierpimy i w nieustannym kręgu życia odżywamy na nowo, wciąż z niezwykłą, kobiecą siłą.
Z tej powieści można czerpać garsciami w odkrywaniu metafor, znaczeń i nawiązań. Rewelacyjnie tu współgrają tak odmienne motywy, a całość zapada na długo w pamięci. Serdecznie polecam! 🔥
,,Musisz dokonywać wyborów albo świat dokona ich za ciebie"
W dzisiejszych czasach ciąża nastolatki nie wywołuje już społecznego skandalu, choć wciąż potrafi wzbudzić ciekawość. Samotne macierzyństwo przestało być powodem do wstydu, a młode kobiety coraz częściej wychowują dzieci bez małżeństwa i bez potępienia otoczenia. Nie zawsze jednak tak było. Zaledwie sześćdziesiąt lat temu społeczny ostracyzm potrafił złamać życie dziewczynie, która ,,zawiodła" oczekiwania otoczenia, a przede wszystkim rodziny. Określenie ,,panna z dzieckiem" było wyrokiem -- stygmatem odbierającym godność, który obciążał nie tylko samą dziewczynę, ale i jej najbliższych. To właśnie dla takich ,,problemów" powoływano do życia instytucje zwane domami samotnej matki, działające już od XIX wieku. O jednym z takich miejsc i losach dziewcząt opowiada książka "Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt", zapowiadana jako horror, co przez długi czas budziło we mnie dystans i obawy przed jej przeczytaniem. W końcu jednak postanowiłam wyjść poza swoją strefę komfortu i poznać historię Nevie, piętnastoletniej nastolatki, która latem 1970 roku zostaje wbrew swojej woli przywieziona do Wellwood House na Florydzie -- surowego ośrodka dla ,,upadłych" dziewcząt, którego cel jest jeden: dziewczyna ma urodzić dziecko, oddać je do adopcji i o wszystkim zapomnieć.
Moment przyjazdu rozdziera serce -- mimo błagań córki ojciec pozostaje niewzruszony, zostawiając ją w obcym miejscu bez pożegnania, którego tak rozpaczliwie potrzebuje. Nevie, natychmiast wrzucona w rygorystyczny porządek ośrodka, nie dostaje nawet chwili na oswojenie się z nową rzeczywistością. Jej imię zostaje zmienione na Fern, by nikt nie znał jej prawdziwej tożsamości. Wśród nastoletnich przyszłych matek, dziewcząt o złamanych sercach i niespełnionych marzeniach, odkrywa, że wszystkie trafiły tu z woli rodzin, skazane na milczenie. Ale nie wszystkie zamierzają się na to godzić.
Już sam prolog -- zapisany kursywą, w pierwszej osobie -- wprowadza w historię z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. To krótkie, ale intensywne świadectwo bólu i traumy, które dopiero później nabiera pełnego znaczenia. Jego dopełnienie pojawia się w ostatnim rozdziale, pełniącym funkcję epilogu, dzięki czemu powieść zyskuje konstrukcję klamrową. Ten zabieg sprawia, że losy Nevy od początku czytamy z poczuciem nieuchronności -- jakby coś już się wydarzyło i na zawsze odcisnęło na niej swoje piętno.
Dalsza część historii prowadzona jest w narracji trzecioosobowej i czasie teraźniejszym, co nadaje wydarzeniom intensywność i poczucie bliskości. Odsłania się przed nami codzienność dziewcząt zamkniętych w ośrodku w St. Augustine. To właśnie relacje między nimi stają się sercem opowieści -- poruszającym studium kobiecej solidarności rodzącej się z bólu, bezsilności i wspólnego doświadczenia utraty kontroli nad własnym życiem. W miejscu, gdzie strach ma być narzędziem dyscypliny, a milczenie obowiązującą zasadą, zaczyna kiełkować coś zupełnie innego: odwaga. Symboliczny sabat, który dziewczęta tworzą między sobą, staje się znakiem wspólnoty i przebudzenia.
Narracja rozwija się niespiesznie, chwilami wręcz leniwie, ale to właśnie ten rytm pozwala stopniowo budować napięcie i prowadzi do mocnych, niepokojących zwrotów akcji. Historia jest jednocześnie czarująca i surowa, wciągająca, a przy tym bezkompromisowo szczera. Jej największą siłą pozostaje odwaga mówienia o doświadczeniach, które przez lata spychano w cień.
Pewnego dnia, za sprawą tajemniczej bibliotekarki, w ręce Nevy trafia stara księga czarownic, która od pierwszych słów zaczyna ją fascynować. Zaklęcia szeptane nocą mają wyzwalać, dodawać odwagi, przywracać poczucie sprawczości. Razem z poznanymi w ośrodku współmieszkankami zaczyna łamać zasady i budzić to, czego świat boi się najbardziej: kobiecą siłę.
To także piękna opowieść o kobiecych relacjach -- kruchych, pełnych napięć, a jednocześnie niezwykle wspierających. Dziewczęta, choć zranione i zagubione, próbują stworzyć własną wspólnotę -- jedyną, jaką mają. Autor pozwala im być ludzkimi: wściekłymi, naiwnymi, odważnymi i zagubionymi. Dzięki temu historia nabiera autentyczności, dając nam w sposób wyraźny poczucie obcowania z doświadczeniem bohaterek, ich rozterkami, bólem, upokorzeniami, wstydem, poniżaniem, które mogło stać się udziałem realnych osób.
Powieść ,,Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" jest wprawdzie fikcją literacką, ale mimo to trudno nie myśleć, że do takich sytuacji mogło dochodzić naprawdę. W tym sensie powieść nie jest horrorem w tradycyjnym rozumieniu, gdyż nie straszy potworami, zjawami, czy jakimiś zombi, lecz pokazuje, że magia ma swoje dobre i złe strony. Wszystko ma swoją cenę, która zależy od naszych intencji i co z czarami zrobimy. Jednak prawdziwy horror kryje się w tym, co społeczeństwo potrafiło zrobić nastolatkom znajdującym się w sytuacji, na którą nie miały żadnego wpływu.
Pan Hendrix podkreśla, że napisał tę książkę nie tylko po to, by zrozumieć doświadczenia dziewcząt, lecz także by pokazać, co system im zrobił i jak brutalnie odebrał im godność, sprawczość i prawo do decydowania o sobie. Jak sam przyznaje, ,,bezdzietny, w średnim wieku mężczyzna to prawdopodobnie ostatnia osoba, która powinna pisać książkę, w której każda postać jest w ciąży", ale czuł, że musi oddać głos tym, którym go odebrano.
Bo w miejscu, gdzie najstraszniejsze potwory mają ludzkie twarze i absolutną władzę, czary okazują się najmniej przerażające.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem Zysk i S-ka
"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" to książka, która wchodzi pod skórę od pierwszych stron i pozostaje tam długo po zakończeniu lektury. Grady Hendrix tworzy historię, która z pozoru przypomina klasyczny horror, ale w rzeczywistości najstraszniejsze rzeczy nie kryją się tu w nadnaturalnych zjawiskach, lecz w ludziach i systemie, który nimi rządzi.
Najmocniej uderzyła mnie atmosfera dusznego, oblepiającego lata na Florydzie - nie tyle jako tło, co jako metafora osaczenia i bezradności bohaterek. Neva, piętnastoletnia dziewczyna wysłana do domu dla ,,upadłych" nastolatek, trafia do świata, w którym jej ciało przestaje należeć do niej, a decyzje podejmują dorośli przekonani, że wiedzą lepiej. W tej bezduszności instytucji jest coś znacznie mroczniejszego niż jakikolwiek upiór: świadomość, że podobne miejsca i podobne historie istniały naprawdę.
A jednak w tej ponurości pojawia się przestrzeń na coś jasnego - na więź między dziewczynami, na ciche, uparte pragnienie wolności, na magię, która staje się dla nich formą symbolicznego oporu. Nie chodzi tu o fantastyczne zaklęcia, ale o poczucie sprawczości i wspólnoty, które wyrastają tam, gdzie nikt nie spodziewa się siły. Ta magia przypomina bardziej szeptane obietnice, które mówią: ,,nie jesteś sama".
Czytając, miałam wrażenie, że Hendrix opowiada nie tylko historię osadzoną w latach 70., ale też zwraca się do współczesnego czytelnika, pokazując, jak łatwo system może odebrać głos tym, którzy nie mają mocy, nazwiska ani dorosłego ,,autorytetu" po swojej stronie. Największy horror okazuje się prosty i codzienny: wstyd, milczenie, presja społeczna, odmawianie młodym dziewczynom prawa do własnej historii.
To jedna z tych powieści, które czyta się z narastającym ciężarem w sercu, ale jednocześnie z poczuciem, że jest to lektura potrzebna. Porusza, drażni, uwiera, a w finale pozostawia z myślą, że prawdziwa siła rodzi się często z bólu i solidarności, a nie z cudownych mocy.
,,Widzicie, uczono nas, że najgorszą rzeczą na świecie jest diabeł, ale byłyśmy za małe, żeby zrozumieć, że są gorsze rzeczy od diabła. Byłyśmy za młode, żeby zrozumieć, że ich praca polegała na przekonywaniu nas, że najnaturalniejszą rzeczą na świecie jest zło i że większość złych rzeczy na świecie jest naturalna.".
Hendrix przenosi nas na słoneczną Florydę lat 70., a dokładniej do Wellwood House przytułku dla ,,upadłych" dziewcząt, czyli niezamężnych, ciężarnych nastolatek, oddanych tam przez własne rodziny. Pozbawione tożsamości i wszelkich praw, mają w ukryciu urodzić dziecko, a następnie oddać je do adopcji bardziej odpowiednim rodzinom. Potem mogą powrócić do domu, zapomnieć o wszystkim i żyć, jakby nigdy nic się nie wydarzyło...
Piętnastoletnia Nevie jest przerażona niespodziewaną ciążą i zraniona decyzją rodziców, którzy postanowili ukryć ją przed światem, by po cichu pozbyć się problemu. Po przybyciu do ośrodka poznaje inne młode dziewczęta, równie zagubione i odizolowane od świata przez swoich najbliższych. Tutaj Nevie staje się Fern i nie ma miejsca na marzenia ani wolność, a jedyne, co się liczy, to donosić ciążę. Jednak nie wszystkie zamierzają poddać się rygorystycznym zasadom, a w zranionych sercach zaczyna kiełkować bunt. Gdy w ich ręce trafia książka o czarach, zyskują moc, by odgryźć się oprawcom. Tylko każde zaklęcie ma swoją cenę.
Nie jest to horror w klasycznym tego słowa znaczeniu, a tym, co przeraża i szokuje najbardziej, to rzeczywistość miejsca, które piętnuje i obdziera z godności. Jawna niesprawiedliwość, która budzi nasz sprzeciw.
Historie dziewczyn są różne, a poznając ich przeżycia, trudno im nie współczuć. W końcu bardzo łatwo wrzucić wszystkich do jednego worka i oznaczyć plakietką zhańbione. Autor dobrze oddaje ich emocje, pozwalając nam śledzić, jak z każdym kolejnym miesiącem nie tylko zmieniają się ich ciała, ale przede wszystkim one same. Dojrzewają, odkrywają w sobie instynkty, o które wcześniej by się nie podejrzewały, a czasem po prostu mają zwyczajnie dość całego tego zamieszania ,,ze wszystkich sił sobie życzyła, żeby jej ciąża została unieważniona." Dużą rolę odgrywa tutaj, sugestywny klimat oczekiwania, ponury, gęsty, silnie oddziałujący na czytelnika. Jest też tytułowe czarownictwo, choć nie w takiej dawce, jakiej się spodziewałam, jednak znacząco wzbogaca ogólny przekaz. To poruszająca opowieść z pogranicza gatunków, o której długo nie zapomnę.
Hendrix to jeden z tych autorów, którzy mają umiejętność tworzenia historii w sposób nieoczywisty, a do tego wzbogacać ją o kontrastowe zabiegi i zestawianie zła z nostalgią, czy makabry z humorem, jednak w ,,Czarownictwie dla zbłąkanych dziewcząt" jest inaczej, jest intymniej, bardziej emocjonalnie, a jednak nieustannie historii towarzyszy mrok.
Powieść od początku przytłacza swoim ciężarem, ponieważ piętnastoletnia Neva trafia do przytułku dla ,,upadłych dziewcząt", miejsca gdzie młode kobiety mają zostać docelowo ,,naprawione" przez wstyd, ciszę i posłuszeństwo. Autor stworzył ten świat z niezwykłym realizmem, gdzie wyobrażania sama podsuwała mi projekcje pokoi, szaty modlitw i te błyszczące oczy matek, błyszczące bezdennym okrucieństwem.
Świat ten zostaje jednak wzbogacony o coś, na co władza nie ma wpływu, a mianowicie magię. Bohaterka odkrywająca starą księgę, która jest swoistym bodźcem do zjednoczenia i wspólnoty dziewcząt, który tworzy coś na wzór wspólnoty mającej pomoc w odzyskaniu godności. Hendrix świetnie połączył wątek nadprzyrodzony z buntem, dając mi historię, która zdecydowanie wymyka się gatunkowi.
Autor znakomicie posterował bohaterki, bo każda z nich skrywa swój dramat, każda na swój sposób złamana przez społeczne oczekiwania. Z jednej strony ich szepty są przejawem desperacji, a jednak dało się w tym wyczuć jakąś nutę nadziei. Historia nie jest o magi w znaczeniu dosłownym, a bardziej ukazuje magie jako środek wyrazu sprzeciwu i gniewu.
Finał nie jest jednoznaczny, pobudza pytania, chociażby o magię, czuć w tym wszystkim melancholię. Hendrix sprawia, że ten finał pozwala bardziej poczuć, czym jest strach zrodzony z bezsilności. Ta historia buła znacznie bardziej poruszająca niż się spodziewałam. Powieść, która boli, przeraża i wzrusza.
"Usiądźcie. Posłuchajcie. Musicie zrozumieć, co nam zrobili, kiedy byłyśmy dziewczynkami. To ważna rzecz, którą musicie zapamiętać. Byłyśmy dziewczynami niezsocjalizowanymi, łatwymi, napalonymi i emocjonalnie niedojrzałymi, które za szybko dorastały. Rose nie miała nawet osiemnastu lat, Holly właśnie skończyła czternaście, a ja piętnaście. Jakkolwiek chcecie nas nazwać, byłyśmy dziećmi."
Grady Hendrix, który znany jest bardziej jako pisarz balansujący na granicy horroru z groteską tym razem sięga po historię społeczną. Jak sam zapewnia, został zainspirowany do jej napisania ponieważ zetknął się z osobami w swojej rodzinie, które były samotnymi matkami w latach, o których traktuje książka.
"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" to powieść, która łączy wspomnianą przeze mnie historię społeczną z elementami horroru i opowiada o dziewczętach umieszczanych w domu dla samotnych matek. Rzecz się dzieje w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Towarzyszymy piętnastoletniej Nevie/Fern*, która po przybyciu do ośrodka spotyka inne dziewczyny sobie podobne - Rose, hipiskę, która chce zatrzymać swoje dziecko czy Zinnę, która chciałaby poślubić ojca swojego dziecka. Jednak to nie takie proste i nie jest ważne czego chcą dziewczyny, bo założenie tego domu i ich podobnych jest zgoła inne. Każda z nich ma wykonywać polecenia, słuchać personelu, pokutować za grzechy, a po rozwiązaniu zmuszane są do oddania swoich nowo narodzonych dzieci do adopcji. Bogate pary tylko czekają. Nikogo nie interesuje, co czuje przyszła matka. Przyjeżdża do tego ośrodka by pozbyć się problemu i nie przynosić wstydu rodzinie.
Jeżeli ktoś szuka wspomnianej w tytule magii, to trochę się zawiedzie, choć może wcale nie. Ona jest, ale chyba nie taka, na jaką liczy część czytelników. Faktycznie Hendrix umieszcza za pośrednictwem tajemniczej bibliotekarki księgę czarownic, która trafia w ręce Nevy/Fern. I ona pozwala by uwierzyć przede wszystkim w siebie i we własną siłę ,,bo w świecie, gdzie najstraszniejsze potwory mają ludzkie twarze i władzę absolutną, czary okazują się najmniej przerażające..."
"Byłyśmy ,,dziewczętami". Tak nas nazywali w artykułach, przemówieniach i aktach urzędowych: złe dziewczęta, neurotyczne dziewczęta, nieszczęśliwe dziewczęta, zbłąkane dziewczęta, samolubne dziewczęta, dziewczęta z kompleksem Elektry, dziewczęta próbujące wypełnić pustkę, dziewczęta łaknące uwagi, dziewczęta z przeszłością. Dziewczęta, które potrzebują dyscypliny (...) Dziewczęta, które nie potrafią odmówić."
"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" to powieść grozy, mroczna i niepokojąca, ale mimo wszystko pełna nadziei; z trudną tematyką i wciągającą fabułą.
Uważam, że powinno się ostrzec bardziej wrażliwe osoby i kobiety w ciąży. Myślę, że to nie będzie odpowiednia lektura dla nich. W książce znajdują się opisy ciąży i porodu bez filtra/bez upiększania, co porównywane może być, nie bez przyczyny, do horroru ciała.
Nie będę nikogo oszukiwać. Powieść Grady'ego Hendrixa nie jest dla każdego czytelnika, ale ja uważam ją za ważną i bardzo potrzebną.
Można jeszcze dodać - wielkie brawa dla autora za to jak świetnie potrafił ,,wejść w skórę" tych dziewcząt, odtrąconych, niechcianych, złych. Jestem pod ogromnym wrażeniem. A także dla tłumacza polskiego przekładu Tomasza Bieronia, który sprawił, że czułam się jakby do mnie ,,mówiła" dziewczyna/kobieta.
*dwa imiona nie są przypadkiem - dziewczynom nie wolno w ośrodku posługiwać się swoim imieniem i każda z nich otrzymuje nowe imię
Jest rok 1988. Abby i Gretchen są najlepszymi przyjaciółkami już od czwartej klasy szkoły podstawowej. Pewien wieczór, wypełniony beztroską...
Coś dziwnego dzieje się w salonie meblowym Orsk w Cleveland w stanie Ohio. Co rano pracownicy zastają tam połamane regały Kjërring, stłuczone szklanki...
Ocena: 5, Przeczytałam,
Są książki, które czyta się bez wysiłku. Płynnie, niemal odruchowo — przewraca się kolejne strony, docenia sprawnie poprowadzoną historię, odkłada je na półkę z poczuciem dobrze spędzonego czasu i idzie dalej. I są też takie, które od pierwszych stron dają znać, że nie będą chciały współpracować. Że nie pozwolą się czytać „ładnie”. Zamiast tego stawiają opór, wchodzą w przestrzeń czytelnika bez pytania o zgodę, zostają na dłużej i zaczynają poruszać rzeczy, które — wydawało się — dawno zostały poukładane i zamknięte.
„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” Grady’ego Hendrixa jest właśnie taką książką. Nie próbuje być wygodna ani przyjazna. Nie daje komfortu bezpiecznego dystansu, z którego można spokojnie obserwować wydarzenia, zachowując chłód i obiektywizm. Wręcz przeciwnie — wciąga czytelnika w sam środek historii i zmusza do emocjonalnego zaangażowania, nawet wtedy, gdy bardzo chciałoby się pozostać jedynie obserwatorem.
To lektura, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Zostaje pod powiekami, w myślach, w poczuciu niepokoju, które trudno od razu nazwać. I właśnie dlatego jest tak istotna. Bo nie jest kolejną opowieścią „o czymś strasznym”, czytaną dla dreszczu emocji. Jest doświadczeniem — cichym. Nie jest też horrorem w klasycznym rozumieniu tego słowa, opartym na strachu i gwałtownych efektach. To raczej opowieść o przemocy systemowej, o dziewczęcym gniewie tłumionym przez lata i o próbie odzyskania głosu w świecie, który konsekwentnie ten głos odbiera. Oraz o tym, jak cienka i nieoczywista bywa granica między buntem, który daje siłę, a buntem, który zaczyna niszczyć.
Wellwood House — miejsce, w którym dziewczęta mają zniknąćAkcja powieści rozgrywa się w 1970 roku, w Wellwood House — ośrodku przeznaczonym dla młodych, niezamężnych ciężarnych dziewcząt. Już sam fakt istnienia takiego miejsca działa jak zimny prysznic. To przestrzeń zaprojektowana nie po to, by realnie pomagać, lecz by usunąć problem z pola widzenia. Dziewczęta trafiają tam, by przeczekać ciążę w izolacji, urodzić dziecko, oddać je do adopcji i wrócić do świata, który ma zapomnieć, że kiedykolwiek istniały w tej „niewygodnej”, niewłaściwej wersji.
Wellwood House pełni funkcję zawieszenia — miejsca pomiędzy. Pomiędzy tym, kim dziewczęta były „przed”, a tym, kim mają się stać „po”. Nie ma tu przestrzeni na żałobę, na sprzeciw, na zadawanie pytań. Jest za to jasno określony scenariusz, którego nikt nie oczekuje, by one negocjowały. Ich zadaniem jest podporządkować się rytmowi dnia, regułom i decyzjom podejmowanym ponad ich głowami. Hendrix bardzo świadomie nie przedstawia Wellwood House jako jawnego piekła. To nie jest miejsce krzyków i otwartej, fizycznej przemocy na każdym kroku. Przeciwnie — to przestrzeń uporządkowana, niemal sterylna, przesycona językiem troski, moralności i „właściwego postępowania”. I właśnie w tej pozornej łagodności tkwi jej największa groza. Bo przemoc nie zawsze krzyczy. Czasem mówi cicho, uprzejmym tonem, zasłania się dobrymi intencjami i wmawia, że wszystko dzieje się „dla twojego dobra”.
Czytając opisy codzienności w Wellwood House, trudno oprzeć się wrażeniu narastającej duszności. Dziewczęta są pozbawione prywatności, autonomii, prawa do decydowania o własnym ciele i własnej przyszłości. Każdy element ich dnia jest kontrolowany, regulowany, oceniany — od sposobu zachowania po emocje, które wolno im okazywać. Cisza ma tu smak wstydu, a posłuszeństwo urasta do rangi najwyższej cnoty.
I choć akcja osadzona jest pół wieku temu, trudno nie zauważyć, jak bardzo te mechanizmy pozostają aktualne. Wellwood House przestaje być jedynie miejscem na mapie fabularnej — staje się symbolem systemu, który wciąż próbuje decydować za dziewczęta i kobiety, narzucając im jedyną „właściwą” narrację i odbierając prawo do własnego głosu.
Neva — gniew jako forma przetrwania
Główną bohaterką powieści jest Neva — piętnastoletnia dziewczyna, która trafia do Wellwood House wbrew własnej woli, bez prawa do sprzeciwu i bez poczucia, że ktokolwiek naprawdę chce jej wysłuchać. Od pierwszych stron widać, że nie jest to postać, którą łatwo polubić. Neva jest zamknięta w sobie, podejrzliwa wobec innych, pełna tłumionej złości. Nie próbuje wzbudzać sympatii ani zrozumienia, nie szuka akceptacji czy współczucia. I właśnie to sprawia, że jest jedną z najbardziej autentycznych bohaterek, z jakimi miałam do czynienia od dawna — nie jest „przyjemna” dla czytelnika, ale jest prawdziwa, namacalna w swoich lękach i reakcjach.
Jej gniew nie ma w sobie nic z teatralnego buntu ani efektownych gestów. Jest cichy, gromadzony latami, osadzony głęboko pod powierzchnią codziennych reakcji, jak niewidoczna rzeka pod lodem. Czasem bywa wręcz niewygodny dla czytelnika, bo nie daje się łatwo usprawiedliwić ani oswoić — nie ma w nim prostych moralnych kodów ani spektakularnej sprawiedliwości. A jednak to właśnie ten gniew staje się dla Nevy formą przetrwania — ostatnią przestrzenią, w której może zachować poczucie własnej tożsamości, że wciąż jest sobą, a nie jedynie „problemem do rozwiązania” przez system czy osoby wokół niej. W tym gniewie kryje się jej siła, jej autonomia i sposób, w jaki stawia opór światu, który próbował ją całkowicie stłumić.
Hendrix nie idealizuje swojej bohaterki i nie próbuje uczynić z niej symbolu niewinności ani literackiej ofiary, którą łatwo można współczuć. Neva bywa egoistyczna, impulsywna, momentami irytująca w swojej nieufności i zamknięciu. Popełnia błędy, reaguje zbyt ostro, czasem rani innych, broniąc tego, co pozostało jej najcenniejsze. Ale to właśnie te cechy sprawiają, że jej perspektywa jest tak przekonująca i prawdziwa. Czytelnik widzi jej wątpliwości, momenty słabości, ale też błyski odwagi i sprytu. Nie mamy tu do czynienia z literacką figurą ofiary — mamy do czynienia z dziewczyną, której odebrano wybór, a która instynktownie, często chaotycznie, broni resztek własnej podmiotowości. W tym chaosie i nieidealności kryje się jej ludzka siła, która sprawia, że Neva zostaje w pamięci jeszcze długo po zakończeniu książki.
Wspólnota zrodzona z bóluJednym z najważniejszych elementów tej powieści są relacje między dziewczętami. Hendrix nie proponuje nam prostego obrazu siostrzeństwa ani łatwego pocieszenia w postaci natychmiastowej solidarności. Nie ma tu jednego frontu przeciw opresji, nie ma natychmiastowej zgody i harmonii. Zamiast tego autor ukazuje pełne spektrum emocji: zazdrość, rywalizację, strach, wzajemne uprzedzenia, a czasem po prostu zmęczenie, które prowadzi do konfliktów i napięć między bohaterkami. Każda z nich próbuje przetrwać w obrębie systemu, który stara się je kontrolować, i każda reaguje inaczej.
Jednak równocześnie powoli wyłania się coś znacznie głębszego i bardziej prawdziwego — świadomość wspólnego doświadczenia krzywdy. Dziewczęta odkrywają, że choć ich losy i historie różnią się szczegółami, ich ból i poczucie niesprawiedliwości splatają się w jeden wspólny wzór. Wspólnota, która w ten sposób powstaje, nie opiera się na ideologii ani na deklaracjach. Rodzi się z doświadczenia, z milczenia, które kiedyś wydawało się nie do zniesienia, i z momentów, w których ten ciężar można podzielić z kimś innym.
Proces budowania tej wspólnoty jest długi i bolesny. Wymaga konfrontacji z własnymi lękami, gniewem i poczuciem winy, a także z uprzedzeniami wobec innych dziewcząt, które początkowo wydają się rywalami, a czasem zagrożeniem. Dopiero poprzez cierpliwe poznawanie się i obserwowanie siebie nawzajem rodzi się prawdziwa więź — nieidealna, pełna napięć, ale realna i przynosząca siłę. To nie jest przyjaźń, która wszystko naprawia ani opowieść, w której bohaterki od pierwszej chwili trzymają się razem w zgodzie. To raczej sojusz zrodzony z konieczności, sojusz, który daje im przestrzeń do odzyskania głosu, do poczucia własnej wartości i autonomii, nawet jeśli wciąż czują strach. I to właśnie sprawia, że relacje między dziewczętami w „Czarownictwie dla zbłąkanych dziewcząt” są tak przekonujące i pełne autentyczności — bo pokazują, że wspólnota nie rodzi się w idealnych warunkach, lecz tam, gdzie ból zmusza ludzi do szukania siebie nawzajem.
Czarownictwo jako akt sprzeciwuMotyw magii w tej powieści zasługuje na szczególną uwagę. U Hendrixa czarownictwo nie jest ani fantastyczną dekoracją, ani bezpieczną ucieczką od rzeczywistości. Nie ma tu różdżek, baśniowych rytuałów ani prostych zaklęć, które natychmiast rozwiązują problemy. Magia staje się natomiast językiem buntu, formą komunikacji z samą sobą i światem, w którym dziewczęta konsekwentnie tracą sprawczość. To sposób, by powiedzieć: „Ja tu jestem, i mam prawo decydować o sobie, nawet jeśli świat próbuje mi to odebrać”.
Czarownictwo w powieści pełni rolę bardzo wyraźnej metafory. Hendrix pokazuje, że magia nie cofa czasu ani nie unieważnia traumy. Nie chroni przed konsekwencjami systemu ani nie sprawia, że krzywda przestaje istnieć. Daje natomiast coś równie istotnego: pozwala nazwać gniew, żal, poczucie niesprawiedliwości i tłumione od lat emocje. Sam akt nazwania ich, uznania ich obecności, staje się formą rewolucji — cichą, osobistą, ale niezwykle mocną. Autor nie romantyzuje tej mocy. Każde zaklęcie, każdy rytuał ma swoją cenę. Każdy akt sprzeciwu niesie konsekwencje — czasem dla samej osoby, czasem dla innych wokół niej. Hendrix w mistrzowski sposób pokazuje, że władza i gniew są dwuznaczne: mogą wyzwalać, ale mogą też niszczyć. Czarownictwo nie daje prostych odpowiedzi ani łatwych triumfów; zmusza do refleksji nad tym, gdzie przebiega granica między sprawiedliwością a zemstą, między siłą a destrukcją.
Dzięki temu magia w „Czarownictwie dla zbłąkanych dziewcząt” staje się nie tylko środkiem narracyjnym, ale również emocjonalnym językiem bohaterów. To narzędzie do odzyskania głosu, do odczucia własnej wartości i obecności w świecie, który stara się ją im odebrać. I choć nie zmienia przeszłości, pozwala im odzyskać fragment kontroli nad własnym życiem i własnym ciałem — coś, czego nie da się przecenić w kontekście historii Wellwood House i dziewcząt, które tam trafiają.
Horror bez potworówChoć „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” bywa klasyfikowane jako horror, jego groza jest zupełnie inna niż ta, do której przyzwyczaił nas gatunek. Nie ma tu gwałtownych efektów, krwi na stronach ani klasycznych potworów, które zagrażają bohaterom. To horror subtelny, intymny i wciągający właśnie dlatego, że wydaje się możliwy. Najbardziej przerażające w tej historii jest to, jak łatwo przemoc zostaje usprawiedliwiona troską, a kontrola — moralnością. Jak banalne stają się decyzje, które dla dziewcząt oznaczają utratę godności, prywatności i prawa do własnego głosu. I jak niewiele trzeba, by świat zamknął drzwi przed tymi, którzy są „niewygodni”.
To horror społeczny. Systemowy. Taki, który nie potrzebuje potworów, bo prawdziwym zagrożeniem jest obojętność — przekonanie, że „tak po prostu musi być”. To nie jest fikcja odległa od rzeczywistości. To historia, która pokazuje, że struktury społeczne i instytucje mogą wyrządzać krzywdę równie skutecznie jak każde stworzenie z koszmaru. I że czasem najgorsze rzeczy dzieją się w ciszy, w przestrzeni pozornie uporządkowanej i „bezpiecznej”, gdzie ofiara nie ma komu powiedzieć o swoim bólu.
Czytając tę książkę, wielokrotnie czułam złość — nie tylko na bohaterki i bohaterów, ale przede wszystkim na świat, który stworzył warunki dla takiej opresji. Na mechanizmy, które odbierają młodym dziewczętom prawo do samodzielnych decyzji, które zamieniają gniew w ciszę i izolują jednostki w imię „dobrego wychowania” lub „moralności”. To gniew wymagający refleksji, niełatwy do okiełznania, bo dotyka nas bezpośrednio — jako czytelników, obserwatorów i, w pewnym sensie, współodpowiedzialnych.
I myślę, że właśnie o to Hendrixowi chodziło. O to, by czytelnik nie mógł pozostać neutralny. By poczuł niepokój, który nie znika po zamknięciu książki. By doświadczył, że prawdziwy horror nie zawsze ma oczywiste oblicze, a czasem kryje się w codzienności, w strukturach i w normach, które przyjmujemy za pewnik.
Styl, który nie oszczędzaJęzyk powieści jest oszczędny, momentami niemal surowy. Hendrix nie ucieka w poetyckie metafory tam, gdzie potrzebna jest dosłowność. Każde zdanie wydaje się starannie wyważone, tak aby emocje mogły wybrzmieć same, bez zbędnego upiększania. Opisy są precyzyjne, chwilami wręcz chłodne, jakby narrator celowo zostawiał przestrzeń, w której czytelnik musi sam dopowiedzieć sobie to, co najbardziej bolesne. Uczucia bohaterek są gęste, nasycone wstydem, lękiem i gniewem — często niewygodne, trudne do przyjęcia i przetrawienia. To nie jest literatura, która podaje wszystko na tacy ani taka, która prowadzi za rękę. To literatura wymagająca obecności, skupienia i gotowości na to, by wejść w emocjonalny dyskomfort.
Hendrix operuje ciszą równie świadomie jak słowem. Dialogi między bohaterkami często brzmią jak niedopowiedzenia, jak próby formułowania myśli, które jeszcze nie mają bezpiecznego kształtu. To język ludzi, którzy dopiero uczą się mówić o krzywdzie, o gniewie, o wstydzie, którego długo nie mogli nazwać. W tych przerwach, w zawahaniach i urwanych zdaniach, kryje się ogrom znaczeń — drobne gesty, spojrzenia, napięcia w powietrzu, które mówią więcej niż rozbudowane monologi. Czasem jedno krótkie zdanie potrafi wybrzmieć mocniej niż cała strona opisu.
To styl wymagający cierpliwości, ale też nagradzający zaangażowanie. Im dłużej się czyta, tym wyraźniej widać, jak konsekwentnie została skonstruowana ta historia: każdy detal, każda decyzja językowa, każdy fragment narracji służy budowaniu atmosfery i napięcia. Nic nie jest tu przypadkowe — nawet oszczędność bywa formą intensywności. Ten język nie tylko opowiada historię — tworzy doświadczenie. Sprawia, że czytelnik nie jest biernym obserwatorem, lecz kimś, kto współodczuwa, reaguje i zostaje z tymi emocjami jeszcze długo po odłożeniu książki.
Dlaczego to dobra i ważna książka„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to dobra książka nie dlatego, że jest idealna. Ma momenty nierówne, fragmenty trudne, sceny, które pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Ale jest uczciwa. Nie szuka łatwego efektu, nie proponuje pocieszających zakończeń ani prostych moralnych lekcji. To literatura, która wymaga od czytelnika uważności i gotowości na konfrontację z czymś niewygodnym, czymś, co zostaje w myślach długo po odłożeniu książki.
To opowieść o dziewczętach, które miały zniknąć. O gniewie, który nie mieści się w ciszy. O potrzebie odzyskania głosu — nawet jeśli ten głos drży, nawet jeśli krzyk bywa chaotyczny, nieuporządkowany, niepokorny. To historia, w której bohaterki odnajdują swoją siłę nie w spektakularnych triumfach, lecz w małych aktach sprzeciwu, w milczeniu, w nieustannym stawaniu w obronie siebie i innych.
Po zamknięciu tej książki długo nie mogłam sięgnąć po kolejną. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam czasu, przestrzeni na to, by pozwolić tej historii wybrzmieć. I to, dla mnie, jest najlepszym dowodem na to, że miałam do czynienia z literaturą nie tylko dobrą, ale ważną. Taką, która zostaje w człowieku. Która wstrząsa, zmusza do refleksji i otwiera oczy na rzeczy, o których wcześniej wolałoby się nie myśleć.
Niełatwą. Niekomfortową. Ale prawdziwą. I właśnie dlatego z pełnym przekonaniem polecam tę książkę — szczególnie tym czytelnikom, którzy nie boją się literatury wymagającej, poruszającej i pozostawiającej ślad. To powieść, do której się nie „wraca dla przyjemności”, lecz po to, by ponownie zmierzyć się z jej emocjami i znaczeniem. I właśnie w tej sile oddziaływania tkwi jej największa wartość.