Jak zostałam peruwiańską żoną

Wydawnictwo: Annapurna
Data wydania: 2019-11-27
Kategoria: Biografie, wspomnienia, listy
ISBN: 9788361968443
Liczba stron: 368
Język oryginału: polski

Ocena: 5 (2 głosów)

Podążając za radą ezoterycznej terapeutki, z biletem w jedną stronę Mia wyrusza w podróż życia po Ameryce Południowej, gdzie zmaga się z wrodzonym brakiem asertywności i niezdecydowaniem. W trakcie wyprawy bierze udział w ceremonii Ayahuaski, spędza czas w indiańskich wioskach, centrach medytacyjnych, a nawet w domu niebezpiecznych paramilitares, nieustannie starając się odnaleźć drogę do samej siebie. Ostatecznie podróż rzeczywiście nieodwracalnie przemienia jej życie, w sposób, którego nigdy nie wzięłaby pod uwagę.

Literatura faktu, którą czyta się jak dobrą powieść. Pełna humoru, bez cenzury ukazuje blaski i cienie spontanicznej podróży europejskiej kobiety w patriarchalnej kulturze macho. Bezpretensjonalna „Brigitte Jones w podróży”!

Tagi:

Kup książkę Jak zostałam peruwiańską żoną

Sprawdzam ceny dla ciebie ...
REKLAMA

Zobacz także

Opinie o książce - Jak zostałam peruwiańską żoną

Avatar użytkownika - ZaczytanyKsiazko
ZaczytanyKsiazko
Przeczytane:,

Mia Słowik w książce pt. „Jak zostałam peruwiańską żoną” przedstawia nam Amerykę Południową

Mia Słowik to debiutująca autorka humorystycznych relacji podróżniczych. Książka „Jak zostałam peruwiańską żoną” jest właśnie jedną z takich relacji.

Mia nie cieszyła się zbytnią uwagą ze strony swoich rodziców. Chyba, że tą negatywną. Uważali ją za pierdołę. Wytykali, że starsze siostry w jej wieku osiągnęły to, czy tamto. Kiedy dorastała zaczęła interesować się jogą, medytacją czy filozofią. Do tego była bardzo nieśmiała. Dla rodziny stała się dziwolągiem. Cały czas była strofowana, miała niskie poczucie własnej wartości. Jednym słowem, nie miała łatwego życia rodzinnego.

Zakolegowała się z Mirellą, kobietą, która prowadzi sesje terapeutyczne ustawień systemowych, coś z pogranicza psychologii i ezoteryki. Mirella namówiła ją, aby wyjechała. Nie do innego miasta, tylko dosłownie na koniec świata. Gdyby nie prezent od babci z okazji Świąt Bożego Narodzenia nie miałaby za co wyjechać. Babcia podarowała swoim córkom i wnuczkom pieniądze. Oczywiście zakładała, że wnuczka wykorzysta je w inny sposób, niż podróż do … Ameryki Południowej. W dodatku z biletem w jedną stronę. Nie minęły 2 tygodnie, a już siedziała w samolocie.

W trakcie podróży uczyła się języka hiszpańskiego. Na miejscu zaznała sporo nieprzyjemności ze strony osób, które dawały jej schronienie. Miejscowych dziwiło, że jako dziecko bawiła się lalkami Barbie. Wyśmiewaliśmy się z niej. U nich dzieci bawią się bębenkami. Damiano, chłopak z którym się związała drwił z niej, że nie potrafi tańczyć salsy, czy zrobić najprostszej tkanej bransoletki, naszyjnika. Nie mówiąc już o braku umiejętności gotowania. W tym kraju kobiety miały całkowicie inne zadania, niż te w Europie. Zarabiać na życie zaczęła chodząc po restauracjach i śpiewając ich ludowe pieśni. Zdarzyło im się nocować w domu paramilitares, czyli zbrodniczym ugrupowaniu parapolitycznym, którzy pod ukryciem lewicowych idei zajmowali się mordowaniem niewinnych ludzi. Mia często nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństw jakie na nią czyhały. Nie znając zbytnio języka, nie zawsze wiedziała, kto, co mówi. Damiano wytykał jej, dlaczego nie ma cały czas uśmiechu na twarzy i nie podchodzi do życia entuzjastycznie. Nie ma w sobie nic do zaoferowania, on jest mistrzem w taekwondo, świetnie gra na gitarze. Posiada również wiele innych umiejętności. A Mia?

„Kobiety w Ameryce Południowej mają szersze biodra i bardziej tryskają kobiecością, niż na przykład w Europie.”

Na szczęście rozstała się z Damiano. Ja również nie wytrzymałabym ciągłej krytyki. Imała się różnych zajęć, aby tylko mieć strawę i nocleg. Pewno dnia poznała Artiego. To czego się o nim dowiedziała wzbudziło chwilowy szok. Zresztą, nie był on najmłodszy więc miał prawo mieć dzieci z innymi kobietami, dokładnie ośmioro. To właśnie Arti został ojcem jej dziecka. W ciąży wróciła do Polski. Urodziła pięknego Antosia, a z czasem dojechał do niej Arti. Mia będąc jeszcze w ciąży praktykowała jogę, która przynosi ulgę w m.in. w takich dolegliwościach jak bóle kręgosłupa, pleców, obrzęków nóg. Ćwiczenia pomagają również w późniejszym porodzie. Same dobra płyną z jej praktykowania.

„Widzisz tę obrączkę? – pokazał niewielki pierścionek na swojej dłoni Arti. – Zaręczyłem się z samym sobą, aby nigdy nie związać się z żadną kobietą. – Po czym jednym ruchem zdjął obrączkę i rzucił w kierunku rzeki. – Już jej nie chcę. Kocham cię!”

Jeśli interesuje Was co jeszcze spotkało Mię podczas pobytu w Ameryce Południowej oraz czy Arti nauczył się żyć w Polsce, w kraju, tak zupełnie innym od jego rodzimego? W kraju, gdzie kobieta ma swoje prawa. Zachęcam Was do lektury. Jest to powieść podróżnicza z mieszanką obyczajowej, więc dla osób lubiących powieści obyczajowe rewelacyjna. Mimo, iż Mia podczas swojej podróży pokazała mi sporo na temat tamtego zakątka świata, dla mnie była ona jednak troszkę naiwna w stosunku do drugiego człowieka, tym bardziej w obcym kraju, o innej kulturze. Ja nigdy bym się nie zdobyła na taką podróż, tym bardziej z biletem w jedną stronę. Podziwiam osoby, które tak potrafią. Książka oprócz ciekawej treści, która jest nam przedstawiona w interesujący i prosty w odbiorze sposób zawiera coś jeszcze co mnie urzekło, przepiękne malowidła, mam nadzieję, że pochodzą one spod pędzla Artiego.

Link do opinii

Jakim typem podróżnika jesteście? Pakujecie plecak i ruszacie przed siebie, czy wolicie wszystko zaplanować, a może zwiedzacie świat z bezpiecznej perspektywy domowego fotela, jak to się mówi "palcem po mapie". Ja jestem podróżnikiem numer dwa. Lubię komfort i wygodę. Przed wyjazdem dbam o to, aby pokój był zarezerwowany i wycieczki, z przewodnikiem, wybrane. Mia Słowik, autorka książki "Jak zostałem peruwiańską żoną" zaimponowała mi swoją odwagą. Kupiła bilet i poleciała na odległy kontynent, do Ameryki Południowej.

Fabuła
Mia próbuje zmierzyć się ze swoimi kompleksami. Za radą ezoterycznej terapeutki wyrusza w podróż w nieznane. Ląduje w Kolumbii, aby bez żadnego planu, wędrować po południowoamerykańskim kontynencie. Zderza się tam z patriarchalną latynoską kulturą, ale również z niezwykłą otwartością i chęcią pomocy żyjących tam ludzi. Mia podróżuje, pracuje, zwiedza, poznaje nowych ludzi i …. szuka. Szuka drogi w głąb siebie i sposobu na rozwiązanie swoich problemów.

W księgarniach internetowych (przejrzanych wyrywkowo) "Jak zostałam peruwiańską żoną" znalazłam w dziale literatura podróżnicza. I tu jest pies pogrzebany, że ta książka tylko w połowie traktuje o podróży, a może i w mniejszej części.

Główny temat to walka autorki z kompleksami. Na jej przykładzie bardzo wyraźnie widać, jak destrukcyjne bywa przyklejanie łatek w dzieciństwie. Mia dostała łatki wariatki, beztalencia, nieudacznika. Spowodowały, że dziewczyna łatwo się poddaje, nie widzi swoich atutów, albo widzi je w samych negatywnych cechach, nie wierzy w sukces swoich przedsięwzięć. Szuka pomocy (i bardzo dobrze), ukojenie znajduje w jodze i medytacji, kolejnym krokiem jest zwrócenie się do ezoterycznych doradców. Mirella, która zdobyła jej zaufanie, radzi jej wybrać się w podróż. W taki sposób Mia trafia do Ameryki Południowej.

Początek książki to rasowa literatura podróżnicza. Mia wędruje od kraju do kraju. Opisuje co widziała, jakich ludzi poznała, jak radzi sobie w innej kulturze. Podróż niebezpieczna i szalona, ja na pewno nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, ale ona to zrobiła i ma na swoim koncie niesamowite doświadczenie. Na swojej drodze spotkała wielu przyjaznych ludzi, ale też znalazła się w niebezpiecznych sytuacjach np. gdy spotkała kolumbijskich bojowników zwanych paramilitares. Mia bardzo mocno zawierzyła w ludzką życzliwość, niektóre z jej decyzji mogą wydawać się głupie i naiwne, ale ktoś/coś musiało nad nią czuwać, bo w tym całym szaleństwie nie stała się jej żadna krzywda.

Ton książki zmienia się kiedy Mia poznaje swojego mężczyznę. Z książki podróżniczej przekształca się ona w książkę o damsko-męskich relacjach. Relacjach bardzo skomplikowanych, bo charaktery i zachowanie partnerów są determinowane przez dwie, bardzo różne kultury. Ten związek to seria wielu przepychanek i prób wzajemnego dotarcia się. Związek bardzo trudny, dla obu stron. Czy ma szansę na happy end?

Na jednym z książkowych portali zerknęłam na pierwsze opinie o książce i spotkałam się z określeniami, że jest ona lekka i zabawna. Ja chyba czytałam inną książkę. Historia Mii bardzo mnie wciągnęła, ale podczas czytania nie uśmiechnęłam się ani razu. Powiem wręcz, że ta książka wywołała u mnie tak duży niepokój i gonitwę myśli, że nie mogłam po niej spać. Być może ktoś, kogo ta książka rozbawiła tu trafi i wyjaśni mi dlaczego. Co jest takiego śmiesznego w historii dziewczyny, która boryka się z poważnymi problemami z samooceną. Ja wręcz miałam ochotę odnaleźć ją na Facebooku, napisać do niej i zapytać się jak się czuje. Jeszcze raz podkreślę, że książkę czytało się świetnie, ale czułam się trochę jak wredna sąsiadka, która zbiera na osiedlu plotki i to uczucie nie było dobre. Zastanawiam się dlaczego Mia Słowik zdecydowała się opublikować tę historię. Czy to jedna z tych publikacji, które są formą terapii?

Podróż do krajów Ameryki Południowej została zaaranżowana za radą ezoterycznej doradczyni. Dla autorki kwestie duchowe są bardzo ważne i dużo o nich pisze. W trakcie czytania książki myślałam, że w mojej recenzji poleje się krytyka w tym temacie. I nie chodzi mi o samo korzystanie z takich usług. Jeżeli coś pomaga i nikomu po drodze nie dzieje się krzywda, to nie mam nic przeciwko. Bardziej przerażało mnie ślepe zawierzenie Mii swoim doradczyniom. Bardzo dziwnie wyglądało, kiedy czytałam, że nie odwiedzi szamana, bo nikt nie będzie jej mówił, co ma robić, a za kilka stron dzwoniła do Mirelli zapytać, czy powinna związać się z panem A czy B. Krytyka jednak się nie poleje, a wręcz powiem, że autorka mi zaimponowała. W epilogu bardzo mądrze pisze o tym dlaczego zwróciła się do takich osób i co sądzi o jakości i sposobie dawania przez nich rad. Dla mnie był to najlepszy i najważniejszy fragment książki, a może po prostu dobrze napisany morał.

Podsumowanie
Emocji i przemyśleń dużo, ale przychodzi czas podsumowania i oceny. Kiedy sięgałam po książkę "Jak zostałam peruwiańską żoną" spodziewałam się literatury podróżniczej z akcentem na kwestie obyczajowe – pani pojechała do Peru, trochę pozwiedzała i poznała pana. Dostałam fascynującą, ale gorzką historię. Historię, która wciąga i którą czyta się bardzo dobrze, ale przy tym wywołuje przewracanie oczami i natłok myśli. Jako materiał do czytania oceniam ją wysoko. Wciągnęła mnie – pochłonęłam ją w dwa wieczory, co przy pracy na etacie i małym dziecku jest niezłym wyczynem. Nie wiem, czy powinna zostać wydana, czy nie jest zbyt osobista. Autorce życzę szczęścia i spokoju. Mam nadzieję, że ostatecznie je znalazła.

Link do opinii

Lubię literaturę faktu i bardzo chętnie po nią sięgam. "Jak zostałam peruwiańską żoną" została zakwalifikowana właśnie do tego gatunku, więc decyzja o przeczytaniu była prosta i jednoznaczna. Troszkę obawiałam się, czy aby na pewno będzie to taka całkiem dokumentalna pozycja, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Dodatkowo muszę przyznać, że o autorce czyli Mii Słowik nigdy nie słyszałam. Jednak czytanie nieznanych czy debiutujących pisarzy nie jest dla mnie żadnym problemem, więc czemu nie kolej na Słowik? Jest ryzyko jest zabawa, ewentualnie jej nie ma...

Mia Słowik to kobieta, która w życiu nie miała lekko. By poprawić swoją samoocenę chodziła nie tylko na wszelkiego rodzaju terapie, ale także do wróżek! To jedna z nich dała pewną radę dziewczynie, która z biletem w jedną stronę zaryzykowała i wyruszyła do Ameryki Południowej. Tam jako wolontariuszka ląduje w Kolumbii, a dokładniej w San Augustin. Poznaje kulturę oraz obyczaje panujące na dalekim kontynencie. Prócz tego poznaje również Damiano, który z czasem zostaje jej partnerem. Niestety związek z tamtejszym mężczyzną nie jest dla Mii łatwy, a nawet przyjemny. Tam okazywanie uczuć oraz udowadnianie, że się kocha to nie słowa i czułe gesty. To umiejętność grania na bębnach, gotowanie czy... robienie biżuterii! Jak by tego było mało, kobieta według Damiano nie potrafi się poruszać, tańczyć, czy mówić, a nawet się śmiać! To powoduje, że samoocena Mii i wiara w siebie znów wisi na włosku. Jednak tym razem bierze wszystko w swoje ręce, a za namową partnera pije nawet ziołowy napar na bazie ayahusaki. Niestety okazuje się, że kobieta jest na niego odporna, czary nie działają, a efekty są jedne:

"Płakałam i rzygałam, jednak leśnych duchów nie widziałam"*

Niestety związek z Damiano kończy się wraz z gotówką Mii, więc w momencie rozstania kobieta postanawia ruszyć dalej. Tym razem pada na Peru, a dokładniej do Iquitos. Tam poznaje kolejnego mężczyznę, z którym wdaje się w kolejny związek bez miłości. Jednak to właśnie ten mężczyzna i relacja z nim zmienia całe życie kobiety. Podróż powrotna do domu i ponowna do Peru dają się Mii we znaki, szczególnie że nie podróżuje już sama. Jednak stara się jakoś wszystko poukładać na tyle na ile jest w stanie to zrobić choć jest niezwykle ciężko. Sytuacja zarówno w domu rodzinnym, jak i w Peru nie jest lekka

W życiu nie pomyślałabym, że dokumentalną książkę będzie się czytać jak naprawdę dobrą powieść. Autorka i zarazem bohaterka tejże pozycji walczy z własnymi problemami, kompleksami, a jednocześnie próbuje sama siebie w tym wszystkim odnaleźć. Czy uda jej się odnaleźć drogę do szczęścia, pozbyć się kompleksów oraz problemów? Nie powiem, bo chciałabym żebyście dowiedzieli się sami. Na ogromny plus zasługuje lekkie pióro autorki, umiejętność do obrazowego opisywania miejsc, które odwiedziła, a także wiele zawartych w książce ciekawostek o kulturze, obyczajach czy tradycjach. Dodatkowo śliczne ilustracje, które zamieszczone są w środku, które robią ogromne wrażenie. Polecam każdemu, ale bardziej miłośnikom książek obyczajowych niż podróżniczych. Miłej lektury!

* - Cytat z "Jak zostałam peruwiańską żoną" Mia Słowik

Link do opinii