Kroniki portowe to opowieść o człowieku, który na zapomnianej wyspie odnajduje swoją tożsamość i odzyskuje utracone w dzieciństwie poczucie własnej wartości. To także rozgrywająca się na surowych, mroźnych wybrzeżach Nowej Fundlandii historia o tym, że do odwrócenia kolei losu nie zawsze trzeba wielkich rewolucji, tylko wystarczy dać się ponieść sprzyjającym nurtom.
Annie Proulx jest autorką dziesięciu książek. Uhonorowana m.in. Nagrodą Pulitzera, National Book Award, The Irish Times International Fiction Prize oraz PEN/Faulkner Award. Jej opowiadanie „Tajemnice Brokeback Mountain” stało się kanwą nagrodzonego Oscarami filmu. Jej najnowszą powieścią są Drwale.
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 2018-07-04
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 421
Język oryginału: Angielski
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
„Kroniki portowe” już od dość dawna znajdowały się na mojej priorytetowej liście lektur. Byłam ich ciekawa z dwóch powodów: po pierwsze z uwagi na tematykę, a po drugie ze względu na nagrodę Pulitzera, którą powieść została nagrodzona w 1994 r.Niestety po zakończonej lekturze mogę tej książce wystawić jedynie ocenę średnią.
„Kroniki portowe” należą do rodzaju tych książek, które zwykło się określać mianem „inne niż wszystkie” i to mi się w niej podoba. Lubię, kiedy fabuła związana jest bezpośrednio lub pośrednio z morzem, żywiołem, naturą przez duże N. Zaciekawiło mnie również życie ludzi na Nowej Fundlandii – dużej wyspie położonej u wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej, najbardziej zaniedbanej (jak zwykło się uważać) prowincji Kanady z surowym i ekstremalnym klimatem. Mieszka tu dość specyficzna i hermetyczna społeczność – ludzie twardzi, otwarci i pracowici, którzy żyją w swoim świecie wyznaczanym przez pory roku, pływy morza i porywy wiatru.
To właśnie tutaj, na ziemię swoich przodków, przybywa główny bohater powieści. Quoyle – mężczyzna w sile wieku po dramatycznych przeżyciach osobistych, po śmierci żony, zabiera swoje dwie córeczki i wraz z ciotką przenosi się ze Stanów Zjednoczonych do Nowej Fundlandii. Tu, na nadmorskim skalistym cyplu, stoi jeszcze rodzinny dom Quoyle’ów, którzy opuścili wyspę przed czterdziestu laty. W tym odludnym zakątku świata mężczyzna stara się na nowo stworzyć sobie i dzieciom dom.
Czy mu się to uda pośród hermetycznej społeczności Nowej Fundlandii?
Zaciekawiły mnie zmagania bohatera z przeciwnościami losu. Jego życie do tej pory pełne było niepowodzeń. Teraz znalazł się w zupełnie nowym miejscu, gdzie czekał na niego jedynie stary, rozpadający się dom smagany wiatrem od morza. Quoyle okazał się silnym i twardym człowiekiem, którego nie złamały ani obawy przed korzystaniem z łodzi, ani docinki i zgryźliwość otoczenia, ani wypadek na morzu, ani też utrata domu. Mężczyzna znalazł wśród sąsiadów wielu przyjaciół, otrzymał pracę w redakcji miejscowej gazety pisząc swoje „Kroniki portowe” i z dnia na dzień coraz bardziej asymilował się z tutejszą społecznością. Podziwiam go za bezgraniczną miłość do córek, poświęcenie i wytrwałość, która została nagrodzona nowym uczuciem.
„Woda może być starsza od światła, diamenty mogą pękać w gorącej koziej krwi, lodowe ognie mogą strzelać zimnym ogniem, na środku oceanu mogą wyrosnąć lasy, kraba może pochwycić cień dłoni, a wiatr można schwytać w węzły na kawałku sznurka. Może się tez okazać, ze miłość przychodzi czasem bez bólu i cierpienia”.
Niestety styl Annie Proulx nie przypadł mi specjalnie do gustu. Książkę czytało mi się dość ciężko. Niektóre fragmenty nie trafiały do mnie, lektura dłużyła mi się, ale… bardzo chciałam doczytać książkę do końca. Muszę dodać, że zdecydowanie lepiej wypadła druga część powieści, pod koniec akcja przyspiesza, więcej się dzieje i wzrasta zainteresowanie.
„Kroniki portowe” to na pewno wartościowa książka, dość oryginalna, ale wiarygodna i autentyczna do bólu. To powieść o tym, że zawsze jest czas na zmianę, nawet gdy nie ma perspektyw, gdy nie widać szans. Mógł tego dokonać bohater powieści i może to zrobić każdy z nas, gdy stanie na krawędzi życia.
Polecam.
Kolejny przykład tego, że film jest lepszy niż książka. Nieporównywalnie lepszy. Nie wiem od czego to zależy, ale jestem pod wrażeniem, że z gniota można było zrobić naprawdę dobre kino. Jeśli chodzi o książkę, to wydała mi się tak potwornie frustrująca, że aż trudno było to czytać. Raz, że była dla mnie rozwleczona i przegadana, a dwa, że bohater - nieudacznik i "dupa wołowa" - drażnił mnie swoją bylejakością i niezaradnością. Wiem, że są tacy ludzie i to drażni jeszcze bardziej. Zabrakło mi też klimatu z filmu, tego czegoś, co mimo wszystko sprawiało, że można było poczuć empatię, nadzieję czy cokolwiek innego. Książka jest dla mnie idealnym wyzwalaczem depresji, ponura, brzydka, zniechęcająca. Do czegokolwiek. Czuję się po niej chora. Potrzebuję detoksu.
Absolutnie cudowna historia. Prosta i magiczna. Zakochałam się w tej powieści, w tej wyspie, w bohaterach i ich codziennym życiu tak determinowanym przez naturę.
Quoyl jest jak duży niezgrabny miś, nieudolny, niezaradny i prostoduszny. Nie jest zbyt bystry ale jest poczciwy i ma dobre serce. Żona nie kocha go i zdradza na prawo i lewo, czyniąc z jego życia pasmo smutku i upokorzeń. Po jej śmierci Quoyl musi zmierzyć się z życiem i wziąć sprawy w swoje ręce. Razem z dwiema małymi córeczkami i ciotką przeprowadza się do Nowej Fundlandii. To tam na srogiej i pozbawionej wygód wyspie rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu.
Nowa Fundlandia to kraina sztormów i burz, dzika i surowa, gdzie nie brakuje deszczu, szarości, zimna i wody. W tym chłodnym i nieprzyjemnym świecie mamy bohaterów pełnych sprzeczności, takich jak klimat, w którym żyją. Z jednej strony szorstkich, surowych i twardych a jednocześnie przyjaznych, ciepłych i pomocnych. Za każdym z nich stoi bagaż doświadczeń lub przejmująca historia, która go ukształtowała. Bohaterowie są bardzo mocną stroną powieści, wykreowani bardzo sugestywnie i plastycznie. Nie sposób ich nie polubić.
Nie ma tu szalonej akcji pędzącej na łeb na szyję. Jest prosto, monotonnie i leniwie. Tchnie nostalgią i tęsknotą. Nie brakuje tu smutku i traum z dzieciństwa, dramatów i krzywd. Ale nie brakuje również serdeczności, życzliwości, wspólnoty i miłości.
To wspaniała opowieść o poszukiwaniu własnego ja, własnej wartości i godności, o niepoddawaniu się i o otwieraniu się na nowe. To również opowieść o potędze natury, która warunkuje życie wyspiarzy.
Ta historia wciąga. Wzrusza. Zachwyca. Przynosi spokój i wytchnienie w tym zabieganym i pędzącym świecie. Warto przeczytać :)
Opowieści o codzienności, która niepokoi i urzeka Annie Proulx powraca na tereny, na których rozgrywały się dramatyczne zdarzenia z Tajemnicy...
Drwale to wielopokoleniowa saga, która swój początek bierze pod koniec XVII wieku, kiedy dwaj ubodzy Francuzi, René Sel i Charles...