reklama

Przypadek. Jacek Przypadek. "Arszenik i stare obrazy"

Data: 2021-07-23 10:24:26 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Przypadek chodzi po ludziach, czyli komedia kryminalna z genialnym detektywem Jackiem Przypadkiem w roli głównej!

Jacek Przypadek dobiega trzydziestki, codziennie rozmawia ze zdjęciem zaginionej dawno temu w Himalajach narzeczonej, od ośmiu lat przygotowuje się do startu w maratonie, nie ma konkretnych planów na życie i cieszy się z tego, że nie musi ich robić. Do czasu… Pewnego dnia prosi go o pomoc ulubiona sąsiadka, pani Irmina Bamber, której skradziono obrazy. Po ich odzyskaniu bohaterowi udaje się również odszukać zaginioną kolekcję znaczków oraz udowodnić znanemu autorowi, że ukradł swoją najnowszą komedię niejakiemu Fredrze. Tak, nieco przypadkiem, zaczyna się detektywistyczna kariera Jacka Przypadka.

Nasz genialny detektyw łączy w sobie przenikliwość Sherlocka Holmesa z łobuzerskim wdziękiem porucznika Borewicza i irytującym charakterem doktora House’a. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że może liczyć na sympatię wielu kobiet i szczerą nienawiść rosnącej rzeszy swoich wrogów, którzy za jego sprawą trafili za kratki.  

Obrazek w treści

Arszenik i stare obrazy otwiera cykl doskonałych komedii kryminalnych, w których nic nie dzieje się przypadkiem, a wszystko dzieje się z Jackiem Przypadkiem! Do lektury powieści Jacka Getnera zaprasza Wydawnictwo Lira. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment powieści, tymczasem już teraz zapraszamy do lektury kolejnej jego części:

O każdym z mieszkańców kamienicy można byłoby powiedzieć coś ciekawego i nie można wykluczyć, że kiedyś autor to uczyni. Na razie jednak najbardziej dla nas interesujący będą lokatorzy z ostatniego, czwartego piętra, zamieszkujący lokale o numerach 12, 13, 14. 

Pod dwunastką mieszkał właśnie Jacek, kawaler lat blisko trzydziestu, wykształcenie wyższe, choć mocno niepełne. Znany był wśród sąsiadów z zamiłowania do chiromancji oraz mocnego postanowienia wystartowania w maratonie. Przygotowywał się do tego już z górą sześć lat, zawzięcie szlifując formę biegową na pobliskim Polu Mokotowskim. Nigdy jednak nie udało mu się osiągnąć odpowiedniej dyspozycji, dlatego wciąż był długodystansowcem teoretykiem. 

Prowadził on żywot dość niefrasobliwy, co było powodem do zmartwień jego rodziców. Szczególnie niepokoił się jego tata, pan Fryderyk Przypadek, który widział w synu spadkobiercę rodzinnych tradycji adwokackich. Matka, pani Felicja Przypadek, nie widziała wprawdzie w byciu prawnikiem niczego szczególnie pociągającego. Za to bardzo smucił ją fakt nieuporządkowanego życia uczuciowego jej pociechy i mocno kibicowała jego narzeczonej, aby ta zaciągnęła go w końcu przed ołtarz. 

Pod czternastką mieszkała pani Irmina Bamber, wdowa lat... tego autor, jako dżentelmen, wyjawić nie może. Żeby ułatwić jednak czytelnikom określenie jej wieku, powiedzmy, że jej wnuczek był trochę młodszy od Jacka, i na tym zakończmy te dywagacje. Studiowała psychologię, zdobyła nawet tytuł magistra, ale nigdy nie praktykowała w zawodzie. Za to umiejętności, które nabyła na uniwersytecie, skrzętnie wykorzystywała do sprawnego podtrzymywania kontaktów towarzyskich z wieloma osobami w mieście. Szczerze mówiąc, trudno było znaleźć kogoś naprawdę ważnego w Warszawie, kto nie znałby pani Irminy. 

Najmniej można by powiedzieć o lokatorze spod trzynastki, bo... 

Ale o tym później, żeby za bardzo nie uprzedzać faktów. 

Tego dnia Jacek obudził się w miejscu, w którym najbardziej lubił to robić, czyli we własnym łóżku. Ziewnął i przeciągnął się. Potem przekręcił się na drugi bok, chcąc przytulić osobę, którą spodziewał się zastać z tej strony. Następnie, zdziwiony, że jest już w łóżku sam, podniósł się i oparł na łokciach. Lustrując spojrzeniem pokój, mrużył powieki wciąż nieprzyzwyczajone do światła. Na tle okna dostrzegł pospiesznie ubierającą się młodą kobietę, która wydawała się niezadowolona z jego pobudki. 

— Już lecisz? — zapytał z nutą rozczarowania w głosie. 

— Trochę się spieszę do redakcji. 

— Nie chcesz czegoś zjeść? — Jego głos był coraz bardziej rozżalony. — Mogę zrobić jajecznicę — zaproponował. 

Kobieta spojrzała na niego odrobinę rozczarowana. Wczoraj nie wyglądał na faceta, dla którego problemem może być fakt, że to będzie tylko jednorazowe spotkanie. Ba, odniosła nawet wrażenie, że niezobowiązująca forma znajomości jest ich obopólnym pragnieniem. 

— Byłeś super, ale chyba sobie nie robiłeś nadziei na coś więcej? — Dopięła ostatni guzik w swojej garsonce. 

— Szczerze mówiąc, Aniu, to myślałem... 

— Chyba za bardzo uwierzyłeś w te swoje wróżby z ręki. — Pogłaskała go po twarzy i pocałowała pożegnalnie w policzek. 

— Czyli już więcej się nie zobaczymy? — zapytał z miną zbitego psa. 

— Warszawa to bardzo małe miasto. — Popatrzyła na niego z litością. — Zawsze gdzieś możemy na siebie wpaść — powiedziały jej usta, za to oczy dodały: „ale nie liczyłabym na to”. 

— Ale…

— Naprawdę się spieszę.

Jacek otworzył szufladę swojej nocnej szafki i wyjął jedną z leżących na wierzchu wizytówek. Wręczył ją Ani. 

— Gdybyś zmieniła zdanie, to zadzwoń. 

„Boże, co za irytujący gość! — pomyślała. — A Malwina mówiła... Nieważne, nie ma co sobie nim głowy zawracać. Grunt, że wygrałam zakład. Jak zwykle!” 

Ania niechętnie wzięła wizytówkę i nie zaszczyciwszy już jej właściciela nawet spojrzeniem, wyszła. Jacek poczłapał za nią do drzwi i przekręcił w nich zasuwę. Gdy został sam, westchnął z żalem: 

— Boże, jacy ludzie są banalnie przewidywalni. 

A potem uśmiechnął się radośnie i poszedł do kuchni, żeby zrobić jajecznicę tak, jak najbardziej lubił. 

Dla samego siebie. 

W chwili gdy za drzwiami mieszkania należącego do Jacka Przypadka rozpoczynały się przygotowania do śniadania, do kamienicy przy ulicy Koneckiej 40 wchodził pan Antoni Gelberg. W lewej ręce miał stylową, zabytkową laskę, drugą przytrzymywał dużą kreślarską tubę przewieszoną przez prawe ramię. W drzwiach minął się z atrakcyjną kobietą, która podarła właśnie czyjąś wizytówkę, a jej resztki rzuciła niedbale na chodnik. Gdy był już na klatce, tuż przed schodami, zatrzymał się na chwilę i sapnął ciężko. 

Wyprawa na czwarte piętro mogła mu się wydawać pewnym wyzwaniem, bo dobiegał sześćdziesiątki. Ale laska w jego ręku była jedynie kamuflażem. Miała tylko dodawać wiarygodności temu, że zatrzymuje się na każdym półpiętrze, sapiąc kilka razy na znak, jak bardzo się zmęczył. Ten postój służył jednak głównie dokładnemu rozejrzeniu się wkoło i sprawdzeniu, czy nikt go nie widzi. 

Kiedy był już w połowie między trzecim a czwartym piętrem, z mieszkania numer trzynaście, znajdującego się na wprost schodów, wyszedł jego nowy właściciel. Był to pan Roman Bączek ubrany w pochlapany farbą strój budowlańca. Jego widok na moment stropił antykwariusza. Gdyby był na jednym z niższych pięter, mógłby po prostu ominąć lokatora spod trzynastki i pójść spokojnie do góry. Ale w tej sytuacji było to niemożliwe. Dlatego musiał wymyślić błyskawicznie coś innego. Z pomocą przyszedł mu jego niesforny but, który miał skłonność do rozwiązywania się i w tej chwili był również bliski tego stanu. Pan Antoni schylił się, rozwiązał do końca sznurówkę, a następnie starannie zaczął ją zawiązywać. 

Pan Bączek również wydawał się być nieco zaskoczony widokiem antykwariusza. Był jednak nowym lokatorem, dlatego nie miał pojęcia, czy ten starszy jegomość nie przyszedł w odwiedziny do kogoś z jego sąsiadów. Postanowił zatem go zignorować. Spokojnie zamknął drzwi i ruszył na dół. Minął Gelberga dość obojętnie i po chwili był już piętro niżej. 

Antykwariusz odczekał jeszcze moment, układając symetrycznie na bucie zawiązane sznurowadła. Dopiero gdy osiągnęły one perfekcyjny stan, wyprostował się i rzucił spojrzenie w dół schodów, sprawdzając, czy pan Bączek oddalił się dostatecznie. Następnie wszedł na czwarte piętro i stanął przed drzwiami mieszkania pani Irminy Bamber. Drzwi te wyglądały najsolidniej ze wszystkich na piętrze, a na dodatek były zaopatrzone w dużą liczbę zamków. Zapukał do nich energicznie. Wciąż jednak bardziej interesował się tym, czy nikt go nie widzi, niż faktem, czy ktoś mu za chwilę otworzy. Kiedy się upewnił, że żadna para oczu go nie obserwuje, sięgnął do kieszeni po komplet wytrychów i po krótkim namyśle włożył jeden z nich do zamka w drzwiach. Spróbował go przekręcić, jednak bez powodzenia. Wtedy chwycił za klamkę, by poruszyć odrobinę drzwiami i w ten sposób ułatwić pracę wytrycha. Jednak, ku jego zdziwieniu, drzwi otworzyły się całkowicie, zapraszając do wejścia. 

„Czyżby zapomniała je zamknąć?” — zdziwił się. Jeszcze raz upewnił się, że nikt go nie widzi, i wszedł do mieszkania pani Irminy Bamber. 

Myliłby się ten, kto by pomyślał, że Jacek jest słabym kucharzem i dlatego na śniadanie serwował pospolitą jajecznicę. Przypadek gotował świetnie, wszystkie jego znajome jedzące u niego kolację z uznaniem wypowiadały się o jego kulinarnych możliwościach. Tylko że Jacek zawsze hołdował najprostszym rozwiązaniom. A dla samego siebie szkoda mu było czasu na robienie czegoś bardziej wyszukanego. 

Radosny jak szczygiełek wszedł do kuchni, ale zanim otworzył lodówkę, by wydobyć z niej jajka, sięgnął na jedną z półek. Nim chwycił położone tam na płask zdjęcie w ramce, przyjrzał się uważnie, pod jakim kątem leżało. Uśmiechnął się. Nie mogło być wątpliwości — ktoś w nocy poruszył fotografią. Właściwie mógł się tego spodziewać. Przecież wiedział, że Ania jest dziennikarką śledczą. 

Ustawił zdjęcie na stole, gdzie zwykle spożywał domowe posiłki. Na fotografii była uśmiechnięta dwudziestokilkulatka ubrana w ciepłą puchową kurtkę. Za nią, w tle, majaczyły wielkie góry okolone błękitnym niebem. 

— Widzisz, Baśka, znów musimy jeść we dwoje. Te kobiety... 

Baśka, jak zawsze, odwzajemniła jego uśmiech i spokojnie przyglądała się, jak przyrządza jajecznicę, czekając na kolejny wspólny posiłek. Jednak tym razem nie dane im było w spokoju spożyć śniadania. Ledwie tylko Jacek włożył pierwszy kęs do ust, zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz i ciężko westchnął. „Czego on może ode mnie znowu chcieć?” — pomyślał z niechęcią. Odebrał jednak. 

— Cześć, tato... No dobrze, przybiegnę do ciebie... Jak tylko zjem śniadanie. 

Jacek rozłączył się i odłożył komórkę. Spojrzał na zdjęcie i zapytał: 

— Za co ty go lubiłaś, Baśka? Jest aroganckim, pewnym siebie i zarozumiałym bufonem. Jeśli dziś będzie chciał ze mną rozmawiać o tym co zwykle, to mu się postaram wybić to ostatecznie z głowy. I nie patrz tak na mnie, bo mi śniadanie nie będzie smakować. 

Kiedy talerz po jajecznicy wylądował w zlewie, pod kamienicę na ulicy Koneckiej 40 zajechała taksówka. Jej kierowca zerknął na taksometr i powiedział do pasażerki: 

— Dwadzieścia pięć złotych. 

Pani Irmina sięgnęła do torebki i wyjęła portmonetkę. Chwilę w niej grzebała, w końcu podała taksówkarzowi trzydzieści złotych. 

— Proszę i dziękuję. 

Zadowolony kierowca schował zapłatę okraszoną napiwkiem, wysiadł i otworzył bagażnik. Pani Irmina stanęła obok, czekając, aż wyjmie jej walizki. Ta chwila jednak nie następowała, a taryfiarz stał z niewzruszoną miną. 

— Może by mi pan pomógł to wnieść na czwarte piętro? Tu nie ma windy. 

— Niestety, proszę pani, lekarz zabronił mi dźwigać ciężary. 

— No tak, a ja wygrałam plecy na loterii — mruknęła pod nosem pani Irmina i chwyciła swoje bagaże. 

— Jak pani chce, to mogę pani drzwi przytrzymać. 

Pani Irmina najchętniej odburknęłaby coś niemiłego, ale powstrzymała się, bo przy targaniu dwóch walizek nawet otwarcie drzwi na coś się mogło przydać. Kiwnęła więc przyzwalająco głową. Taksówkarz podszedł do ogromnych drzwi z nieprzezroczystego szkła. Szarpnął za klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły. 

— Zamknięte są — poinformował swoją klientkę, która postawiła walizki i sięgnęła do torebki po klucze.

Książkę Arszenik i stare obrazy kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Arszenik i stare obrazy
Jacek Getner0
Okładka książki - Arszenik i stare obrazy

Przypadek chodzi po ludziach, czyli komedia kryminalna z genialnym detektywem Jackiem Przypadkiem w roli głównej! Jacek Przypadek dobiega trzydziestki...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Dom marionetek
Natasza Socha
Dom marionetek
Oszukany czas
Kinga Tatkowska
Oszukany czas
Kilka niedużych historii
Katarzyna Wasilkowska
Kilka niedużych historii
Szukając nadziei
Adrianna Klara Kłosińska
Szukając nadziei
Sercem i rozumem
Wojciech Sobina
Sercem i rozumem
Pani z wieży
Magdalena Wala
Pani z wieży
Dobry chłopak
Iwona Wilmowska
Dobry chłopak
Domek na końcu świata
Danuta Noszczyńska
Domek na końcu świata
Pokaż wszystkie recenzje