Ona katoliczka, on niewierzący. Ona – z ziemiańskiej antykomunistycznej rodziny, on – z asymilowanej żydowskiej, ona – córka żołnierza AK, on – syn komunisty. Dwa światy, a jednak od prawie pięćdziesięciu lat łączy ich bliska przyjaźń. Zgodnie twierdzą, że mogą sobie powiedzieć znacznie więcej niż komukolwiek innemu. Małgorzata Niezabitowska, dziennikarka, pisarka, rzeczniczka pierwszego niekomunistycznego rządu, oraz Feliks Falk, słynny reżyser, a także scenarzysta, dramatopisarz i prozaik, we wspólnie napisanej książce konfrontują swoje biografie w rozmowie często intymnej, a zawsze bez cenzury.

Na wzburzonych falach to zapis przyjacielskiego i zarazem wzajemnie dociekliwego dialogu. Jego dodatkowym walorem jest to, że osobiste doświadczenia autorów splatają się z historią kraju, z najważniejszymi wydarzeniami, w których uczestniczyli lub byli ich świadkami.
Małgorzata i Feliks rozmawiają z czułością i swadą, nie unikają trudnych tematów, dają się poznać. A mają o czym opowiadać. Książkę opatrzyli cytatem z Oscara Wilde’a: W życiu chodzi o to, żeby być trochę niemożliwym. I ta myśl z pewnością będzie towarzyszyła czytelnikowi w trakcie lektury, bo właśnie takie trochę niemożliwe mają życiorysy.
Do przeczytania książki Na wzburzonych falach zaprasza Wydawnictwo Lira. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Na wzburzonych falach:
Początek
Feliks: Gorzko czy słodko, jak będzie?
Małgorzata: Gorzko w żadnym wypadku. Gorycz, zgorzknienie, okropne uczucia, autodestrukcyjne, wystrzegam się ich.
F: I udaje ci się?
M: Jak dotychczas tak. A co do słodyczy – bez przesady, od nadmiaru mdłości.
F: Lukru oboje nie lubimy, fakt. Czyli jak będzie?
M: Szczerze.
F: To między nami oczywista oczywistość, lecz bądźmy oszczędni z deklaracjami, bo zawsze, kiedy słyszę zapewnienia o prawdomówności, staję się nieufny.
M: Racja. I mnie, gdy ktoś zapowiada na wstępie „będę szczery”, przychodzi na myśl, czyżby wcześniej było odwrotnie? Przyjmijmy więc zasadę, że rozmawiamy jak nie do druku. Mamy zresztą ten absolutny luksus, że pozostawiamy do naszego uznania, co na końcu zrobimy. Czy nasze zwierzenia damy do publikacji, czy nie. A zatem pełny luz, bez żadnych wstępnych zobowiązań. I tu kolejne pytanie – skąd ten pomysł? Przyjaźnimy się od pół wieku i dlaczego akurat teraz?
F: Kiedy zaiskrzył pomysł tej rozmowy, uświadomiłem sobie, że jest czas, kiedy powinniśmy wyjaśnić sobie kilka spraw, wypełnić pewne luki. I w dużym stopniu właśnie z powodu naszej długotrwałej przyjaźni oraz tego, jaką jesteś dla mnie osobą, mogę się zmierzyć z tobą, zderzyć z moją postawą, z moim światopoglądem, z moim życiem. Mieliśmy przecież bardzo różne biografie. Jesteśmy jakby z dwóch odmiennych światów. Ja z asymilowanej żydowskiej rodziny, ty z rodziny ziemiańskiej, z tradycjami…
M: O długich tradycjach.
F: Tak, tradycja… I co jeszcze? Wierząca.
M: Katolicka rodzina. A ty niewierzący, ateista.
F: I bez tradycji. A brak tradycji, gdyż moi rodzice byli komunistami.
M: Moi zaś antykomunistami. Czego widomym znakiem są nasze imiona. Twoje – i zwróć uwagę, że pytam cię po raz pierwszy – po kim? Czy Feliks po Dzierżyńskim?
F: Tak podejrzewam, bo niby po kim? Taka była moda wśród komunistów, imiona po idolach.
M: I krwawy Feluś do nich należał.
F: Zdecydowanie. Stąd namnożyło się tych Felków, choćby Woroszylski, syn pisarza, wojującego zwolennika reżimu stalinowskiego, potem dysydenta.
M: Popularny był również wódz wszystkich wodzów. Włodek, przez którego się poznaliśmy, nosił imię…
F: …po Leninie. A bywało gorzej.
M: Masz na myśli Ninel Kameraz-Kos?
F: Znana sprawa…
M: ..., że Ninel od Lenin na wspak. „To przekleństwo mojego życia” powiedziała mi rozszyfrowując swoje imię, kiedy się przedstawiała. Na co ja: „Ale kto się domyśli?”. „Wszyscy” odpowiedziała. „Wszyscy wiedzą”. Ja byłam przykładem, że niekoniecznie, lecz widocznie w jej środowisku owszem.
F: Chodziła do mojej szkoły i rzeczywiście wiedzieliśmy, choć wtedy jej imię było raczej powodem do dumy. Dopiero potem stało się dla niej piętnem.
M: Akurat „wszyscy wiedzą” wyartykułowane przez Ninel kojarzy mi się z twoim stwierdzeniem, że wszyscy wiedzą, że jesteś Żydem. Skąd oni wiedzą?
F: No właśnie, skąd?
M: Zwłaszcza, że to ciągnie się od dawna, kiedy nie było Internetu.
F: Zwłaszcza, że ja nie jestem Żydem. Znaczy, w sensie etnicznym nawet w stu procentach, ale jeśli mówimy o autoidentyfikacji…
M: … nie, nie mówimy. O tożsamości będziemy rozmawiać później. Ja tylko wspomnę, ponieważ podkreślamy tutaj różnice między nami, że jestem mieszanką. Płynie też we mnie krew Litwinów i Ormian.
F: I ponoć polskiego króla.
M: To dyskusyjne, lecz z pewnością Giedymina, w dwudziestym pierwszym pokoleniu w prostej linii.
F: Proszę, proszę… A twoje imię po jakieś świętej, tak?
M: Po świętej dziewicy i męczennicy z przełomu III i IV wieku. Jej imię wywodzi się z greckiego pospolitego słowa margarit, perła.
F: Nieźle, Dzierżyński i święta perła.
M: Uznajmy to za symbol różnic między nami.
F: Uznajmy. A jednocześnie jesteśmy bardzo blisko i tobie mogę powiedzieć znacznie więcej niż komukolwiek innemu.
M: Nie mogę się doczekać. I przy okazji zaczynamy od obalania stereotypu, że kobieta i mężczyzna nie mogą się ze sobą przyjaźnić. Nam się udało, choć przyznaję, że zdarza się to rzadko. Także w moim życiu. Ty jesteś jedynym przyjacielem mężczyzną, jakiego mam.
F: Ty moją jedyną przyjaciółką. I paradoksalnie, z żadnym spośród męskich przyjaciół, których kilku posiadam, nie mógłbym podjąć takiej rozmowy. A jeśli chodzi o kobiety, zwierzałem się jedynie psychiatryczkom, kiedy miałem depresję.
M: To się nie liczy, działo się w ramach terapii i zwierzenia były jednostronne.
F: A między nami będą na równych prawach. I proszę, nie oszczędzaj mnie.
M: Ani mi to w głowie, przeciwnie, mam zamiar cię cisnąć. Sporo wiem o tobie, a chcę się dużo nowego dowiedzieć.
F: Obiecuję wzajemność. Zaczynajmy.
M: Moment. Osadźmy się w czasie, gdyż o naszej przyjaźni, o jej mocy świadczy również, że nie wynika z sentymentu dzieciństwa albo młodości, który często bywa fundamentem. Dorastasz z kimś razem, łączą was wspomnienia ze szkoły, z wspólnych zabaw, wycieczek, różnorodnych przygód. Z dzisiejszej perspektywy niektóre mogą być oceniane raczej negatywnie, ale że kojarzą się z młodymi latami, darzysz je nadal sentymentem. Natomiast my poznaliśmy się jako ludzie dorośli.
F: Ja byłem już dzieciaty.
M: I w Kazimierzu, gdzie się spotkaliśmy w zimie 1973 roku, byliście we trójkę, ty, Mariola i mała, śliczna dziewczynka.
F: Monika miała sześć lat.
M: Ja dwadzieścia cztery, ty – był chyba marzec – niedawno skończyłeś trzydzieści dwa.
F: Ach, ta twoja pamięć… Przyda się nam.
M: Będziemy przerabiać nasze biografie w te i wewte i gdybyś czegoś zapomniał, służę pomocą.
F: Własne życie wciąż nieźle kojarzę, gorzej z historią kraju, która będzie się przeplatać z naszymi osobistymi i to na przestrzeni ostatniego stulecia.
M: Przesadziłeś, tacy wiekowi nie jesteśmy.
F: Nie, ale nie będziemy się trzymać kurczowo dat naszych narodzin. Są rodzice, dziadkowie…
M: Dobrze, nie kombinujmy teraz, startujmy. Kto pierwszy?
F: Ustępuję ci miejsca.
M: By zasiąść w konfesjonale.
F: W konfesjonale, o ile się orientuję, jedna z osób klęczy, a u nas patrzymy sobie prosto w oczy. I niech tak zostanie.
W naszym serwisie przeczytacie już premierowy fragment książki Na wzburzonych falach. Publikację kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
