W rodzinie nie mówiło się o nich głośno. Fragment książki „Dzieci nie płakały"

Data: 2019-04-08 12:48:14 Autor: Sławomir Krempa
News - W rodzinie nie mówiło się o nich głośno. Fragment książki „Dzieci nie płakały

Był oddanym lekarzem. Pacjenci nazywali go dobrodziejem ludzkości, spędzał noce przy łóżkach swoich pacjentów, kupował leki dla ubogich. Czytywał Goethego i Schillera, kochał sztukę. Człowiek ten wstąpił do SS, a później NSDAP. Był lekarzem w Auschwitz, na Majdanku, w Neuengamme. W 1946 roku został skazany na karę śmierci przez powieszenie, brał bowiem udział w egzekucji dwadzieściorga żydowskich dzieci. Dzieci, które zostały zamordowane, by nie ujawniono, że poddawane były eksperymentom medycznym.

Alfred Trzebinski był wujem Natalii Budzyńskiej. Autorka książki Dzieci nie płakały zastanawia się nad tym, w jaki sposób świetny lekarz odnalazł się w pracy w obozach koncentracyjnych. Jak łatwo było mu wyrzec się wolności wyboru? Czy „dobrzy ludzie w czasach zła" muszą zostać nim dotknięci? Na te pytania odpowiada publikacja Wydawnictwa Czarne. Dziś prezentujemy jej premierowe fragmenty:  

Książkę, w której znalazłam opis zbrodni w Bullenhuser Damm, wypożyczyłam kilkanaście lat temu w osiedlowej bibliotece. Była to jedyna na półce książka o obozie w Neuengamme, takim niepopularnym w obozowej literaturze i wspomnieniach. Nie to co Auschwitz, Ravensbrück czy Treblinka. W książce było zdjęcie Alfreda Trzebinskiego. Mój ojciec jeszcze żył, ale nie pokazałam mu tej fotografii. Nie wiem dlaczego. Czasem przecież rozmawialiśmy na ten temat, choć traktował moją ciekawość z niecierpliwością. Raczej nie ciągnął tematu. Bo o czym tu mówić. Wstyd. „Po co ci te upiory” – mówił z kolei mój wujek, cioteczny brat taty. Kiedy go pytałam, czy ma jakieś fotografie Alfreda, odpowiadał, że miał, ale teraz nie ma. Nie będzie trzymał upiorów w domu. „A wiesz, że on był trochę podobny do twojego dziadka, a nawet do twojego ojca?” – powiedział wujek, a ja pomyślałam, że faktycznie, coś w tym jest, choć kiedy wpatruję się uważniej, to widzę podobieństwo ich wszystkich do prapradziadka Felicjana. Jakby te same oczy.

Zdjęcie Felicjana Trzebińskiego jest najstarsze w naszej rodzinie i pochodzi z 1892 roku. Atelier Rivoli et Cie w Poznaniu na Rue de Berlin 4, fotografia opisana po francusku, ale oczywiście to była Berlinerstrasse, samo centrum miasta – dziś to ulica 27 Grudnia. To zdjęcie rodzinne, wokół prapradziadka Felicjana i praprababki Agnieszki stoją ich dzieci.

Moi przodkowie to dowód na to, jak w Wielkopolsce pod zaborem pruskim mieszały się narodowości. Niemal każde małżeństwo mojej szlacheckiej rodziny z herbem było mieszane. Ojciec Felicjana, Piotr Paweł Trzebiński, plenipotent majątku ziemskiego gdzieś w powiecie obornickim, ożenił się z Wilhelminą Russ z Murowanej Gośliny. Z kolei Felicjan, urodzony w powiecie czarnkowskim, ożenił się z Agnieszką Hielscher z Breslau (która także wcale nie była stuprocentową Niemką: matka nazywała się Julianna Kręglewska). Ich dzieci również nie wybierały sobie drugiej połowy, kierując się narodowością. Ale wróćmy do zdjęcia.

Ślub odbył się w Poznaniu, Felicjan był zecerem i mieszkał z żoną w tym czasie przy ulicy Fischerei (obecnie Rybaki). Na zachowanej fotografii on ma czterdzieści osiem lat, ona czterdzieści dwa, a wokół nich stoją ich dzieci. Zacznę od najmłodszej: w ślicznej jasnej sukience i krótkiej grzywce tuli się do mamy sześcioletnia Melania. Wyjdzie za mąż za Niemca, Artura Grimma, i zamieszka w Swinemünde (Świnoujściu), urodzi dwoje dzieci i umrze w 1936 roku. Za swoim ojcem stoi trzynastoletni Leon. Ożeni się z Miną Scheil, bardzo szybko owdowieje, pozna Marię Latosińską i przeprowadzi się do miejscowości Lissa, czyli Leszna. Będą mieli czworo dzieci. Obok niego Mikołaj, mój pradziadek, ma szesnaście lat, za osiem lat ożeni się z Marią Zglińską z Poznania, będzie pracował jako zecer w drukarni, potem zostanie jej kierownikiem i zainteresuje się genealogią. Dalej osiemnastoletnia Kazimira, ładna dziewczyna o pełnych ustach i ciemnych oczach, która poślubi Roberta Lorenza, no i Stefan. Ciekawe, historycy twierdzą, że kiedy polityka germanizacyjna w zaborze pruskim doszła do szczytów, Wielkopolanie ostentacyjnie zrywali stosunki z Niemcami, a w Poznaniu istniały jakby dwa odrębne światy: niemiecki i polski. Przeglądam różne źródła historyczne i co rusz natykam się na zdania typu: „W istocie Niemcy i Polacy w ciasnym obszarze dzisiejszego Poznania przechodzą jako obcy obok siebie”1 (napisał Moritz Jaffé na przełomie XIX i XX wieku). W książce państwa Trzeciakowskich czytam: „To istnienie dwóch społeczności, oddzielonych od siebie nie tylko mową, zwyczajami i niewidoczną barierą nieufności, o innych zamierzeniach i marzeniach o przeszłości. Jedni wracali myślami ku coraz odleglejszej przeszłości, gdy Poznań był ozdobą Korony Polskiej, i spoglądali w bliżej nieokreśloną przyszłość, […] drudzy starali się ugruntować w swej świadomości przekonanie, iż Poznań jest na wieki miastem niemieckim”.

Tymczasem, jak widać, dzieci Felicjana musiały wciąż w tym środowisku przebywać i dobrze się w nim czuć, skoro aż na czterech weselach jedli przy stole i tańczyli na parkiecie Polacy z Niemcami. […]

Oto zwykła wielkopolska rodzina. W domu Felicjana i Agnieszki mówiło się po polsku, ale niemiecki też był dobrze znany, szczególnie, że sprawy urzędowe załatwiało się w tym języku, no i uczono go obowiązkowo w szkołach. Nie wiem, czy dzieci wychowywano w duchu patriotycznym. Sądzę, że pamiętano i mówiono o Franciszku Trzebińskim, który poległ w powstaniu styczniowym, skoro pradziadek Mikołaj umieścił tę informację w drzewie genealogicznym. Ciekawe jednak, że te dzieci Felicjana, które za współmałżonków miały Niemców, wybrały kulturę niemiecką, a nie polską. Kazimira nazwała swoją córkę Gertruda, a dzieci Melanii miały na imię Waldtraut i Günther. Czytam u Normana Daviesa w Mikrokosmosie, że „niemieckość niosła ze sobą wielki prestiż. Była powiązana z bogactwem, wpływami, nowoczesnością, kulturą wysoką i władzą”.

Stefan na przykład wychowywał swoje dzieci: Irenę i Alfreda, „po niemiecku”, jak to potem określił jego syn. Mikołaj swoje – po polsku. Żona Mikołaja, Maria, była  zagorzałą patriotką, niektóre z ich dzieci, na przykład mój dziadek, sympatyzowały z ugrupowaniami skrajnie narodowymi.

Najczęstszy kontakt Stefan miał z rodziną swojego brata Mikołaja, który był świadkiem na jego ślubie, a ich dzieci były w podobnym wieku. Całkiem niezła gromadka kuzynów i kuzynek, stryjecznych braci i sióstr. Od Stefana: Irena i Alfred, a od Mikołaja: Janina, Jerzy (mój dziadek), Izabela, Melania, może jeszcze Franciszek Henryk, choć był najmłodszy, więc chyba nie zwracano na niego uwagi. Zastanawiam się, czy Alfred miał szansę zetrzeć się politycznie z moim dziadkiem Jerzym. Wyobrażam sobie, że to możliwe. Więc spotykali się: Alfred zapatrzony w wielkie Niemcy, Jerzy zapatrzony w wielką Polskę. Łączyło ich jedno: antysemityzm.

Nie tylko to. Także fakt, że obaj nie doczekali starości oraz rodzaj nagłej, nienaturalnej, tragicznej śmierci: umarli przez powieszenie. Mój dziadek powiesił się sam, jego żona była w ciąży i dokładnie miesiąc później urodził się mój ojciec. Alfred został powieszony przez brytyjskiego kata, słynnego Pierrepointa, po ogłoszeniu wyroku w procesie załogi KL Neuengamme.

W rodzinie nie mówiło się głośno ani o jednym, ani o drugim: ani o ich śmierci, ani o ich życiu.

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejne fragmenty książki Dzieci nie płakały. Jeśli ta historia Was zainteresowała, publikację Natalii Budzyńskiej możecie kupić już w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Wydawnictwo