Zastrzyki z bakteriami i eksperymenty na dzieciach. Fragment książki "Dzieci nie płakały"

Data: 2019-04-15 11:26:44 Autor: pobarski
News - Zastrzyki z bakteriami i eksperymenty na dzieciach. Fragment książki

W kwietniu premierę miała książka Natalii Budzyńskiej Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS. To przerażająca opowieść, przedstawiająca rodzinne sekrety autorki – karierę wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza w obozach koncentracyjnych.

W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam pierwszy fragment tej książki, a dziś przeczytać możecie kolejną część swoistego rozliczenia z przeszłością, dokonywanego przez Natalię Budzyńską.

Którego dokładnie dnia rozpoczęły się eksperymenty na dzieciach, nie wiadomo. Wszyscy, którzy w tej sprawie zeznawali, zgadzali się co do tego, że przez pierwsze tygodnie dzieci nie ruszano. Mieszkały w warunkach o wiele lepszych niż w Birkenau, karmiono je nie najgorzej, bo przecież musiały być w miarę dobrze odżywione, skoro miały być przeznaczone na medyczne eksperymenty. Nawet Heissmeyer zdawał sobie sprawę z tego, że słabe i wyniszczone dziecko zbyt długo mu nie posłuży. Pobyt dzieci w Neuengamme miał być tajemnicą, ale była to tajemnica, o której wiedział cały obóz. W tym nieludzkim miejscu świadomość obecności niewinnych małych dzieci poruszała każdego więźnia. Nawet niektórzy esesmani czuli się z tego powodu niekomfortowo. Jeśli wierzyć zeznaniom Pauly’ego, Trzebinskiego czy Kitta, ten pomysł Heissmeyera uważali za przesadę. Trzebinski twierdził, że za każdym razem, kiedy Heissmeyer przyjeżdżał do obozu, patrzył na niego z takim wyrzutem, że ten prędko się od niego oddalał. Do opieki nad dziećmi skierowano dwóch francuskich lekarzy: profesora Florence’a i doktora Quenouille’a. Byli to panowie pod sześćdziesiątkę, obaj aresztowani za udział w ruchu oporu. Gabriel Florence był profesorem biologii i chemii na uniwersytecie w Lyonie, członkiem francuskiego komitetu Nagrody Nobla. Doktor René Quenouille był radiologiem. Mieli czuwać nad dziećmi, prowadzić ich karty chorobowe, wykresy temperatur, pobierać i badać krew, wykonywać zdjęcia rentgenowskie i w ogóle robić wszystko oprócz leczenia. Przecieram oczy ze zdumienia, gdy czytam, jak doktor Kitt zeznaje, że mój wujek dziwił się, że dwaj francuscy lekarze tak chętnie pomagają Heissmeyerowi w eksperymentach. Chętnie pomagają? A czy przypadkiem nie zostali do tego zmuszeni? Skoro Trzebinski, jak sam twierdził, nie mógł sprzeciwić się rozkazom, to jak mogli to zrobić więźniowie? A czy oni w takiej sytuacji, w jakiej zostali postawieni, nie pomagali dzieciom? Wiem o tym, bo według zeznań innych byłych więźniów profesor Florence ukradkiem wygotowywał roztwór z bakteriami, osłabiając tym samym ich działanie. To dlatego Trzebinski mógł potem powiedzieć, że właściwie z jednym wyjątkiem nie było tak źle, dzieci przecież biegały po baraku i bawiły się zupełnie niczego nieświadome, dostawały od więźniów zabawki i dodatkowe jedzenie, wyglądały całkiem zdrowo i cieszyły się z cukierków: „Kiedy przeprowadzano eksperymenty na dzieciach, to one oczywiście nie miały pojęcia, co się dzieje, traktowano je w bardzo miły sposób, miały nawet słodycze i zabawki i były całkiem szczęśliwe” – mówił mój wujek. „Aha, dostawały słodycze i gruźlicę do płuc” – podsumował prokurator. […]

Najpierw, zaraz po przyjeździe, dzieci dokładnie zbadano. Wszystkie były zdrowe oprócz jednego, u którego wykryto objawy gruźlicy.

W czasie, kiedy żona mojego wujka, młodziutka Leni, była już w zaawansowanej ciąży i wkrótce Trzebinskiemu miało urodzić się pierwsze dziecko, on sam przychodził dwa, a nawet trzy razy w tygodniu do baraku 4a i patrzył na żydowskie dzieci, którym Heissmeyer robił zastrzyki z bakteriami gruźlicy. Zarażał zdrowe dzieci chorobą, na którą w obozie nie było żadnego lekarstwa. Wcierał plwocinę chorych w naciętą, delikatną dziecięcą skórę. Polski więzień-lekarz, doktor Kowalski, zeznawał: „Osobiście widziałem, jaki wpływ miało to na dzieci. Sam widziałem, że ten mały punkt, który był pocierany, najpierw był lekko zaczerwieniony, a potem opuchnięty i bolesny. Widziałem, że gruczoły po stronie, po której dokonywano eksperymentów, były spuchnięte i powiększone. Następnie ten sam eksperyment został powtórzony po drugiej stronie ciała, i znowu stało się to samo. Potem gruczoły zostały całkowicie usunięte”. Powiększone węzły chłonne miały wielkość wiśni, a nawet gruszki, usuwane były chirurgicznie w łagodnym znieczuleniu miejscowym. Operacji nie wykonywał Heissmeyer, bo nie był przecież chirurgiem, tylko zlecił to zadanie jednemu z więźniów-lekarzy, Bohuslavowi Došlikowi, a świadkiem operacji był polski więzień Franciszek Czekała, który mówił później: „Pomieszczenie pierwszej pomocy rewiru pierwszego miało służyć jako sala operacyjna. Otrzymałem klamry, pęsety, skalpel, kilka ostrych haczyków oraz trochę nowokainy. Mniej więcej o godzinie 19.00, kiedy już wszystko było przygotowane, pielęgniarze przyprowadzili dzieci z rewiru czwartego do osobnego pomieszczenia rewiru pierwszego. Przebywałem w pomieszczeniu pierwszej pomocy rewiru pierwszego i byłem świadkiem wszystkich operacji. Dzieci rozbierano do pasa i kładziono na stole operacyjnym. Skórę pod pachami smarowano jodyną i każdemu dziecku dawano w celu miejscowego znieczulenia dziesięciocentymetrowy zastrzyk roztworu nowokainy. Doktor Bohuslav Došlik, lekarz operujący, wymacywał gruczoł pod pachą, robił pięciocentymetrowe cięcie i dokonywał jego usunięcia. Następnie wprowadzał do rany tampony. Każda operacja trwała mniej więcej kwadrans. Tego wieczoru zoperowano dziewięcioro dzieci. Francuscy więźniowie- -lekarze umieszczali gruczoły w szklanych pojemnikach ze spirytusem formalinowym i nalepiali etykietki z odpowiednim nazwiskiem i numerem dziecka. Po operacji przeniesiono dzieci znowu do rewiru czwartego.

Po tygodniu dzieci ponownie sprowadzono do rewiru pierwszego i wtedy wyjąłem im tampony z ran. W czasie operacji, które odbywały się co czternaście dni, usunięto wszystkim dzieciom gruczoły pachowe. Podczas tych operacji zauważyłem, że wiele dzieci miało cięcia krzyżowe długości od trzech do czterech centymetrów. Nie wiedziałem, co to znaczy”.

Cierpiały. Bały się każdego zastrzyku, każdego pobrania krwi, każdej strzykawki. Środki znieczulające szybko przestawały działać, po zabiegu pojawiał się nieznośny ból. Płakały. Stawały się apatyczne. Leżały w swoich łóżkach. Nie widziały słońca, bo przecież okna były zamalowane. Nie cieszyły ich nawet zabawki sprezentowane im przez więźniów z okazji Bożego Narodzenia. Gorączkowały. Śniły o mamie. Przypominały sobie dotyk jej dłoni, może uśmiech i głos, może zapach?

Ale na pytanie prokuratora: „Czy to prawda, że dzieciom zamierzano wszczepić zarazki gruźlicy, a potem obserwować postęp choroby, co ostatecznie prowadziło do śmierci?”, Trzebinski odpowiedział wymijająco i cynicznie: „Te prątki gruźlicy były tak osłabione, że jest bardzo prawdopodobne, że dzieci miały szanse odzyskać zdrowie, bo na przykład dorośli bardzo szybko się regenerowali”.

W marcu 1945 roku na wykonanych zdjęciach rentgenowskich u niektórych dzieci pokazały się świeże ślady gruźlicy. Od dwóch miesięcy dzieci miały stałą gorączkę utrzymującą się na poziomie charakterystycznym dla tej choroby, a jedno z nich, Georges-André, było najbardziej osłabione ze wszystkich. Doktor Kowalski, zanim opuścił obóz 18 kwietnia, widział jeszcze dzieci i powiedział później, że były bardzo blade, straciły na wadze, a Georges „był prawie martwy”.

Podczas tej dziecięcej gehenny w obozie pracowali niemieccy lekarze, między innymi Trzebinski i Kitt. Mój wujek nawet czuł się za małych pacjentów odpowiedzialny, uważał, że powinien sprawdzać, czy przypadkiem – poza tym że znęcał się nad nimi Heissmeyer – nie dzieje się im nic złego. Nie omieszkał nadmienić w czasie procesu, że miał na dzieci uspakajający wpływ i że kiedyś jedno z nich powiedziało mu, że jest dobrym człowiekiem. Zaglądał do nich dwa razy w tygodniu, po czym wracał uspokojony do domu, do Leni i głaskał ją po coraz większym brzuchu. Leni urodziła zdrową dziewczynkę 2 lutego. O pierwszym imieniu dziecka, Ulrike, zadecydowała siostra Leni, drugie imię – Philine – to już pomysł Trzebinskiego. Kto by myślał o jakichś żydowskich dzieciach, kiedy w domu dzieją się takie rzeczy. Sprawami Heissmeyera niech zajmuje się on sam, Trzebinski nie chciał mieć z tym nic wspólnego.

Jeśli zainteresowała Was publikacja Natalii Budzyńskiej, możecie ją kupić w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS
0
Okładka książki - Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS

,,Dla nas, mieszkańców Mühlberga, jest niezrozumiałe, jak taki człowiek może być zbrodniarzem" - napisali jego byli pacjenci do trybunału wojskowego...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Pod naszym niebem
Sylwia Kubik
Pod naszym niebem
Tylko dla dorosłych
Nina Majewska-Brown
Tylko dla dorosłych
My Secret Youtube Life
Charlotte Seager
My Secret Youtube Life
Marzycielka
Katarzyna Michalak
Marzycielka
Cecylio, obudź się!
Dorota Wójcik
Cecylio, obudź się!
Ojciec, czyli o Pieronku
Szymon Wróbel
Ojciec, czyli o Pieronku
Kolory pawich piór
Jojo Moyes;
Kolory pawich piór
Coco i jej mała czarna sukienka
Annemarie Van Haeringen
Coco i jej mała czarna sukienka
Pokaż wszystkie recenzje