Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej inteligencji?
Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci - brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Koppela, pracującego dla rządu USA, to rzeczywistość. Jego dzieło – przełomowa sztuczna inteligencja – nazywa się ZEUS. Ale właśnie zamieniło się w koszmar.
Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają twarda policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która... skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. ZEUS bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół. Są tylko poszczególni gracze.
Czy Koppel uciekł? A może go porwano? Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program?
Zapnijcie pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach.

Algorytm W.P. Rdzanka to pierwszy tom trylogii AI-gent. Mroczne kody. Do lektury zaprasza Dom Wydawniczy Rebis. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Algorytm. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
ROZDZIAŁ 27
Czwartek, 22 sierpnia,
Warszawa
O wpół do ósmej Ewa Dzik zaparkowała przed zgrabnym, choć nieco odrapanym budynkiem komisariatu policji na Ursynowie. Poczuła wszechogarniające zmęczenie po długim dniu pracy i zamarzyła o kubku słodkiej kawy z mlekiem skondensowanym, jednakże obawiała się, że takich rarytasów jej tutaj nie zaoferują. Oficer dyżurny przywitał się z nią, wstając zza biurka, na którym piętrzyły się zarówno teczki, jak i luźne, chaotycznie rozrzucone kartki.
– Dzień dobry, pani podkomisarz – powiedział wesoło, może nieco zbyt głośno.
Ewa rozpoznała w nim kolegę ze szkoły policyjnej w Szczytnie, który był o rok wyżej od niej.
– Cześć, Sławek! Nie sądziłam, że cię tutaj spotkam. Chciałeś chyba wrócić do Wrocławia.
– Chciałem, nie chciałem… Nie moja decyzja. – Podniósł rękę, obracając wierzch dłoni w jej stronę.
Na serdecznym palcu połyskiwała prosta złota obrączka.
– Ożeniłeś się! Moje gratulacje. – Miała nadzieję, że wypadła szczerze, bo w szkole trochę się w nim podkochiwała. Co prawda nigdy się z tym nie zdradziła, a jej uczucie dawno wygasło, ale nie potrafiła całkowicie się wyzbyć ukłucia zazdrości.
– Co cię sprowadza, Ewo, bo chyba nie szukasz pracy? – Pytaniu towarzyszył pogodny, lecz nieco wymuszony uśmiech.
– Pracy mam tyle, że chętnie się podzielę. Potrzebuję pomocy. – Ewa wyjęła teczkę z napisem „Dennis Lê” i otworzyła ją na kilku fotografiach. – Szukam tego gościa. Nazywa się Dennis Lê, pochodzenie wietnamskie, ale urodzony w Polsce. Znajduje się prawdopodobnie tutaj. – Wskazała okrąg zaznaczony na planie dzielnicy. – Tyle mamy z triangulacji jego komórki. Jak widzisz, używa nierejestrowanego czeskiego numeru na kartę i starej Nokii.
– Najlepiej jak pogadasz z dzielnicowym. Ten teren obsługuje dwóch ludzi, Jaskólski i Soboń. Linia podziału biegnie wzdłuż tej ulicy. – Sławek przejechał długopisem po mapie i wpisał nazwiska. – To pilne? Pytam, bo Jaskólski skończył służbę o siedemnastej, a Soboń jest w rewirze na interwencji.
– Sprawa jest ważna, artykuł sto osiemdziesiąt dziewięć.
– Dobra, rozumiem. Wzywam Sobonia. Jak nie skojarzy, będę dzwonić do Jaskólskiego.
– Okej. Dawaj go.
Sławek oddalił się w głąb pokoju i po chwili Ewa usłyszała, jak wywołuje dzielnicowego przez radio. Słowa były mało wyraźne, ale zrozumiała, że aspirant Soboń przyjedzie w ciągu kilku minut.
– Napijesz się czegoś? Wody, kawy?
– Marzę o kubku dobrze posłodzonej kawy ze skondensowanym mlekiem.
– Takich specjałów tu nie podajemy, ale cukru ci u nas dostatek i zwykłe mleko też się znajdzie. – Oficer ponownie posłał Ewie czarujący uśmiech.
Po chwili trzymała w ręku duże porcelitowe naczynie z logo policji, w które wkomponowano napis oznajmujący, że Sławomir Wróbel jest stróżem prawa.
– Prezent od żony, wtedy jeszcze narzeczonej.
Znów ten uśmiech, pomyślała Ewa. Czemu jednak już nie wydawał jej się taki uroczy? Skarciła się w myślach i stłumiła irracjonalne ukłucie zazdrości.
– Dzięki. – Zdobyła się tylko na tyle i czym prędzej zamoczyła usta w przesłodzonej kawie.
Sławek nie pożałował mleka, które wziął prosto z lodówki, przez co napój był ledwo ciepły, lecz Ewa i tak była wdzięczna za dawkę kofeiny. Wypiła szybko i zniknęła w łazience. Wyszła, dopiero gdy usłyszała rozmowę Sławka z przybyłym Soboniem.
– Soboń – przedstawił się funkcjonariusz, podając jej rękę.
– Dzik. – Ewa postarała się, aby jej uścisk był mocny i twardy.
– Pani pokaże facjatę tego typa. W moim rewirze mieszka sporo Azjatów. Najczęściej całe rodziny. Ciężko się z nimi dogadać, bo starsi znają ledwie parę słów po polsku.
– No, ten akurat po polsku mówi, bo urodził się i wychował w Szczecinie. Ma obywatelstwo, jest Polakiem.
– Powiedzmy… – To jedno słowo, rzucone z przekąsem, wiele mówiło o jego stosunku do przyjezdnych.
– Ma pan jakieś problemy z imigrantami z Azji? – wypaliła Ewa i było już za późno, żeby ugryźć się w język.
Jednak Soboń nie zrozumiał jej intencji.
– Problemów raczej nie sprawiają. Sąsiedzi czasem narzekają, że Wietnamczycy gotują o trzeciej w nocy i smażą nieprzytomne ilości czosnku, ale poza tym są grzeczni, ciężko pracują. Problemy rozwiązują we własnym gronie. Są… jak by to ująć…
– Hermetyczni – wtrąciła Ewa.
– O, dobre słowo! Ciężko tam wejść. Porachunki załatwiają tak, że nic nie wiemy. Czasem coś wypłynie, ale wtedy już jest za późno. Jak ten trup na Wólce Kosowskiej… Mafia, kurwa!
– Wróćmy do Dennisa Lê. – Ewa przerwała potok słów.
– A tak… – Soboń popatrzył na fotografie. – Sam nie wiem… Oni wszyscy do siebie podobni. Z drugiej strony takich samotnie mieszkających mam w rewirze niewielu. Trzeba by każdego sprawdzić.
– Długo to zajmie?
– Cholera wie. Na Ursynowie żyje prawie dwieście tysięcy ludzi, a nas, dzielnicowych, jest trzydziestu. Na każdego przypada sześć, siedem tysięcy. Nie da rady znać każdego!
– Soboń, ruszyłbyś dupę i pojeździł z panią podkomisarz po Żabkach i kebabach! – wtrącił ostro Sławek, a jego czarujący uśmiech gdzieś zniknął.
– Dobra, dobra. Tylko się wysikam i już jedziemy.
Soboń poszedł do toalety, mamrocząc pod nosem. Ewa miała nadzieję, że umyje ręce, ale na wszelki wypadek postanowiła unikać jego dłoni. Po pięciu minutach, z przylizanymi włosami i mokrymi dłońmi, zszedł na dół i zaprosił ją do radiowozu. W ciągu pół godziny zdążyli odwiedzić blisko dwadzieścia miejsc i niczego nie znaleźli. W końcu dotarli do baru serwującego „oryginalne dania autentycznie tureckiej kuchni”. Ewa zorientowała się, że Soboń bywa tu często, bo stojący przy ruszcie śniady mężczyzna od razu zareagował na jego widok.
– Cześć, Andrzej!
– Cześć, Burak. Nie zmieniłeś jeszcze imienia? – powiedział, chichocząc.
Tureckiemu kucharzowi dowcip zdążył już spowszednieć.
– Zmieniam jutro na Andrzej, a ty będziesz Burak. Chcesz kebab?
– Tak, daj nam dwa. Zobaczysz, nie pożałujesz! – zwrócił się do Ewy.
Gdyby nie poszukiwania, Ewa już dawno rzuciłaby mu w twarz, co myśli o jego poglądach. Jednak tym razem zdobyła się jedynie na skinięcie głową. Musiała przyznać, że jest głodna. Z przyjemnością wgryzła się w przypieczony lawasz. Soboń pochłonął swoją porcję w błyskawicznym tempie i pokazał zdjęcie Dennisa kucharzowi.
– Widziałeś typa?
Burak przyglądał się fotografiom dłuższą chwilę.
– Tak, on tu czasem coś bierze, ale nieczęsto.
– Wiesz, gdzie mieszka?
– Chyba gdzieś tam, bo zawsze chodził do pasów. – Słowom towarzyszył gest wskazujący osiedle po drugiej stronie ulicy.
– Okej, dzięki! Idziemy. – To ostatnie było skierowane do Ewy, która zjadła dopiero połowę.
Uniosła swoją porcję, pokazując, że się nie ruszy, dopóki nie skończy. Aspirant wzruszył ramionami i wyszedł przed lokal zapalić.
Wsiedli do radiowozu i przejechali kilkaset metrów. Podeszli do głośnej grupki młodych ludzi z puszkami w rękach, okupujących ławki przy placu zabaw.
– Co jest, kurwa? Znowu policja? Przecież nic nie robimy! – powiedział chłopak w bojówkach z wytatuowanym krzyżem celtyckim.
– Nie po ciebie, Dziamgor, przyjechałem. Nikt się nie skarżył. Na razie.
Widać było, że Soboń jest tu znany i cieszy się pewnym respektem.
– A pani nam blachy nie pokaże? – zachichotał chłopak z wygoloną głową, robiąc wulgarny gest.
Ewa spojrzała na niego twardo, co ostudziło jego zapał. Soboń pokazał zdjęcie Dennisa.
– Znacie go?
Młodzi mężczyźni przyglądali się fotografii. Wobec obcego zasada milczenia nie obowiązywała.
– Mieszka w mojej klatce na ósmym piętrze – odezwał się rudawy chłopak z twarzą usianą piegami, siedzący trochę z boku.
– No to chodź, pokażesz nam, a potem wrócisz.
Tamten się podniósł i ruszył w stronę odległego bloku.
– Zaraz! Podjedziemy.
Soboń poczekał, aż chłopak usiądzie z tyłu. Chodnikiem przejechali na sąsiednie podwórko.
– Jak się nazywasz? – spytała Ewa.
– Jan Kazimierski – odpowiedział cicho.
– Co tam robisz? Z tymi ludźmi? Od razu widać, że do nich nie należysz.
– Studiuję dziennikarstwo i chciałem coś o nich napisać, tak od środka. Uważam, że to ciekawy temat.
– A oni o tym wiedzą?
– Tak, tak! Na początku się stawiali, a teraz mam wrażenie, że są dumni. O, tutaj mieszkam.
Radiowóz się zatrzymał.
– No dobrze, panie Janie, może pan wracać. Powodzenia w pisaniu!
Książkę Algorytm kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
