Hermetyczni. Fragment książki „Algorytm"

Data: 2026-03-27 13:03:10 | Ten artykuł przeczytasz w 12 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej inteligencji?

Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci - brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Koppela, pracującego dla rządu USA, to rzeczywistość. Jego dzieło – przełomowa sztuczna inteligencja – nazywa się ZEUS. Ale właśnie zamieniło się w koszmar.

Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają twarda policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która... skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. ZEUS bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół. Są tylko poszczególni gracze.

Czy Koppel uciekł? A może go porwano? Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program?

Zapnijcie pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach.

„Algorymt" W.P. Rdzanka - grafika promująca książkę

Algorytm W.P. Rdzanka to pierwszy tom trylogii AI-gent. Mroczne kody. Do lektury zaprasza Dom Wydawniczy Rebis. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Algorytm. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

ROZDZIAŁ 27

Czwartek, 22 sierpnia,
Warszawa

O wpół do ósmej Ewa Dzik zaparkowała przed zgrabnym, choć nieco odrapanym budynkiem komisariatu policji na Ursynowie. Poczuła wszechogarniające zmęczenie po długim dniu pracy i zamarzyła o kubku słodkiej kawy z mlekiem skondensowanym, jednakże obawiała się, że takich rarytasów jej tutaj nie zaoferują. Oficer dyżurny przywitał się z nią, wstając zza biurka, na którym piętrzyły się zarówno teczki, jak i luźne, chaotycznie rozrzucone kartki.

Dzień dobry, pani podkomisarz – powiedział wesoło, może nieco zbyt głośno.

Ewa rozpoznała w nim kolegę ze szkoły policyjnej w Szczytnie, który był o rok wyżej od niej.

Cześć, Sławek! Nie sądziłam, że cię tutaj spotkam. Chciałeś chyba wrócić do Wrocławia.

Chciałem, nie chciałem… Nie moja decyzja. – Podniósł rękę, obracając wierzch dłoni w jej stronę.

Na serdecznym palcu połyskiwała prosta złota obrączka.

Ożeniłeś się! Moje gratulacje. – Miała nadzieję, że wypadła szczerze, bo w szkole trochę się w nim podkochiwała. Co prawda nigdy się z tym nie zdradziła, a jej uczucie dawno wygasło, ale nie potrafiła całkowicie się wyzbyć ukłucia zazdrości.

Co cię sprowadza, Ewo, bo chyba nie szukasz pracy? – Pytaniu towarzyszył pogodny, lecz nieco wymuszony uśmiech.

Pracy mam tyle, że chętnie się podzielę. Potrzebuję pomocy. – Ewa wyjęła teczkę z napisem „Dennis Lê” i otworzyła ją na kilku fotografiach. – Szukam tego gościa. Nazywa się Dennis Lê, pochodzenie wietnamskie, ale urodzony w Polsce. Znajduje się prawdopodobnie tutaj. – Wskazała okrąg zaznaczony na planie dzielnicy. – Tyle mamy z triangulacji jego komórki. Jak widzisz, używa nierejestrowanego czeskiego numeru na kartę i starej Nokii.

Najlepiej jak pogadasz z dzielnicowym. Ten teren obsługuje dwóch ludzi, Jaskólski i Soboń. Linia podziału biegnie wzdłuż tej ulicy. – Sławek przejechał długopisem po mapie i wpisał nazwiska. – To pilne? Pytam, bo Jaskólski skończył służbę o siedemnastej, a Soboń jest w rewirze na interwencji.

Sprawa jest ważna, artykuł sto osiemdziesiąt dziewięć.

Dobra, rozumiem. Wzywam Sobonia. Jak nie skojarzy, będę dzwonić do Jaskólskiego.

Okej. Dawaj go.

Sławek oddalił się w głąb pokoju i po chwili Ewa usłyszała, jak wywołuje dzielnicowego przez radio. Słowa były mało wyraźne, ale zrozumiała, że aspirant Soboń przyjedzie w ciągu kilku minut.

Napijesz się czegoś? Wody, kawy?

Marzę o kubku dobrze posłodzonej kawy ze skondensowanym mlekiem.

Takich specjałów tu nie podajemy, ale cukru ci u nas dostatek i zwykłe mleko też się znajdzie. – Oficer ponownie posłał Ewie czarujący uśmiech.

Po chwili trzymała w ręku duże porcelitowe naczynie z logo policji, w które wkomponowano napis oznajmujący, że Sławomir Wróbel jest stróżem prawa.

Prezent od żony, wtedy jeszcze narzeczonej.

Znów ten uśmiech, pomyślała Ewa. Czemu jednak już nie wydawał jej się taki uroczy? Skarciła się w myślach i stłumiła irracjonalne ukłucie zazdrości.

Dzięki. – Zdobyła się tylko na tyle i czym prędzej zamoczyła usta w przesłodzonej kawie.

Sławek nie pożałował mleka, które wziął prosto z lodówki, przez co napój był ledwo ciepły, lecz Ewa i tak była wdzięczna za dawkę kofeiny. Wypiła szybko i zniknęła w łazience. Wyszła, dopiero gdy usłyszała rozmowę Sławka z przybyłym Soboniem.

Soboń – przedstawił się funkcjonariusz, podając jej rękę.

Dzik. – Ewa postarała się, aby jej uścisk był mocny i twardy.

Pani pokaże facjatę tego typa. W moim rewirze mieszka sporo Azjatów. Najczęściej całe rodziny. Ciężko się z nimi dogadać, bo starsi znają ledwie parę słów po polsku.

No, ten akurat po polsku mówi, bo urodził się i wychował w Szczecinie. Ma obywatelstwo, jest Polakiem.

Powiedzmy… – To jedno słowo, rzucone z przekąsem, wiele mówiło o jego stosunku do przyjezdnych.

Ma pan jakieś problemy z imigrantami z Azji? – wypaliła Ewa i było już za późno, żeby ugryźć się w język.

Jednak Soboń nie zrozumiał jej intencji.

Problemów raczej nie sprawiają. Sąsiedzi czasem narzekają, że Wietnamczycy gotują o trzeciej w nocy i smażą nieprzytomne ilości czosnku, ale poza tym są grzeczni, ciężko pracują. Problemy rozwiązują we własnym gronie. Są… jak by to ująć…

Hermetyczni – wtrąciła Ewa.

O, dobre słowo! Ciężko tam wejść. Porachunki załatwiają tak, że nic nie wiemy. Czasem coś wypłynie, ale wtedy już jest za późno. Jak ten trup na Wólce Kosowskiej… Mafia, kurwa!

Wróćmy do Dennisa Lê. – Ewa przerwała potok słów.

A tak… – Soboń popatrzył na fotografie. – Sam nie wiem… Oni wszyscy do siebie podobni. Z drugiej strony takich samotnie mieszkających mam w rewirze niewielu. Trzeba by każdego sprawdzić.

Długo to zajmie?

Cholera wie. Na Ursynowie żyje prawie dwieście tysięcy ludzi, a nas, dzielnicowych, jest trzydziestu. Na każdego przypada sześć, siedem tysięcy. Nie da rady znać każdego!

Soboń, ruszyłbyś dupę i pojeździł z panią podkomisarz po Żabkach i kebabach! – wtrącił ostro Sławek, a jego czarujący uśmiech gdzieś zniknął.

Dobra, dobra. Tylko się wysikam i już jedziemy.

Soboń poszedł do toalety, mamrocząc pod nosem. Ewa miała nadzieję, że umyje ręce, ale na wszelki wypadek postanowiła unikać jego dłoni. Po pięciu minutach, z przylizanymi włosami i mokrymi dłońmi, zszedł na dół i zaprosił ją do radiowozu. W ciągu pół godziny zdążyli odwiedzić blisko dwadzieścia miejsc i niczego nie znaleźli. W końcu dotarli do baru serwującego „oryginalne dania autentycznie tureckiej kuchni”. Ewa zorientowała się, że Soboń bywa tu często, bo stojący przy ruszcie śniady mężczyzna od razu zareagował na jego widok.

Cześć, Andrzej!

Cześć, Burak. Nie zmieniłeś jeszcze imienia? – powiedział, chichocząc.

Tureckiemu kucharzowi dowcip zdążył już spowszednieć.

Zmieniam jutro na Andrzej, a ty będziesz Burak. Chcesz kebab?

Tak, daj nam dwa. Zobaczysz, nie pożałujesz! – zwrócił się do Ewy.

Gdyby nie poszukiwania, Ewa już dawno rzuciłaby mu w twarz, co myśli o jego poglądach. Jednak tym razem zdobyła się jedynie na skinięcie głową. Musiała przyznać, że jest głodna. Z przyjemnością wgryzła się w przypieczony lawasz. Soboń pochłonął swoją porcję w błyskawicznym tempie i pokazał zdjęcie Dennisa kucharzowi.

Widziałeś typa?

Burak przyglądał się fotografiom dłuższą chwilę.

Tak, on tu czasem coś bierze, ale nieczęsto.

Wiesz, gdzie mieszka?

Chyba gdzieś tam, bo zawsze chodził do pasów. – Słowom towarzyszył gest wskazujący osiedle po drugiej stronie ulicy.

Okej, dzięki! Idziemy. – To ostatnie było skierowane do Ewy, która zjadła dopiero połowę.

Uniosła swoją porcję, pokazując, że się nie ruszy, dopóki nie skończy. Aspirant wzruszył ramionami i wyszedł przed lokal zapalić.

Wsiedli do radiowozu i przejechali kilkaset metrów. Podeszli do głośnej grupki młodych ludzi z puszkami w rękach, okupujących ławki przy placu zabaw.

Co jest, kurwa? Znowu policja? Przecież nic nie robimy! – powiedział chłopak w bojówkach z wytatuowanym krzyżem celtyckim.

Nie po ciebie, Dziamgor, przyjechałem. Nikt się nie skarżył. Na razie.

Widać było, że Soboń jest tu znany i cieszy się pewnym respektem.

A pani nam blachy nie pokaże? – zachichotał chłopak z wygoloną głową, robiąc wulgarny gest.

Ewa spojrzała na niego twardo, co ostudziło jego zapał. Soboń pokazał zdjęcie Dennisa.

Znacie go?

Młodzi mężczyźni przyglądali się fotografii. Wobec obcego zasada milczenia nie obowiązywała.

Mieszka w mojej klatce na ósmym piętrze – odezwał się rudawy chłopak z twarzą usianą piegami, siedzący trochę z boku.

No to chodź, pokażesz nam, a potem wrócisz.

Tamten się podniósł i ruszył w stronę odległego bloku.

Zaraz! Podjedziemy.

Soboń poczekał, aż chłopak usiądzie z tyłu. Chodnikiem przejechali na sąsiednie podwórko.

Jak się nazywasz? – spytała Ewa.

Jan Kazimierski – odpowiedział cicho.

Co tam robisz? Z tymi ludźmi? Od razu widać, że do nich nie należysz.

Studiuję dziennikarstwo i chciałem coś o nich napisać, tak od środka. Uważam, że to ciekawy temat.

A oni o tym wiedzą?

Tak, tak! Na początku się stawiali, a teraz mam wrażenie, że są dumni. O, tutaj mieszkam.

Radiowóz się zatrzymał.

No dobrze, panie Janie, może pan wracać. Powodzenia w pisaniu!

Książkę Algorytm kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
AI-gent. Mroczne kody. Algorytm
W.P. Rdzanek0
Okładka książki - AI-gent. Mroczne kody. Algorytm

"Niebezpiecznie dobre" - Vincent V. Severski. Wejdź do świata zbrodni, hakerów i cybersłużb. Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej...

Wydawnictwo
Autor
Recenzje miesiąca
Opad
Opad

František Kotleta

Pokaż wszystkie recenzje