Amant Jan Paderewski. Historia pianisty w książce „Jan Paderewski. Ulubieniec kobiet”

Data: 2022-07-01 09:10:56 | artykuł sponsorowany Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Ignacy Jan Paderewski był nie tylko wybitnym pianistą, ale także politykiem i społecznikiem, a przede wszystkim – wielkim patriotą. Choć Paderewski miał wyjątkową łatwość zdobywania sympatii innych, swoją oszałamiającą karierę zawdzięczał w głównej mierze… kobietom.

To one, jego muzy, żony i kochanki praktycznie go stworzyły, czyniąc z niego gwiazdę międzynarodowego formatu. A kobiet było w jego życiu wiele, bowiem ten niewysoki mężczyzna z burzą rudych włosów na głowie, jak przysłowiowy magnes przyciągał przedstawicielki płci pięknej i to nie tylko te urodziwe, lecz także te wpływowe, ale przede wszystkim obdarzone niebanalną osobowością. Dla niego zdradzały i porzucały mężów, wykorzystywały znajomości, by ułatwić mu karierę.

Obrazek w treści

Kim tak naprawdę był Ignacy Paderwski i jakie znaczenie w jego życiu miały kobiety? Na to pytanie w swojej książce Ignacy Paderwski. Ulubieniec kobiet odpowiedzi poszukuje Iwona Kienzler, niestrudzona popularyzatorka historii. Wraz z Wydawnictwem Bellona zapraszamy do lektury fragmentu Ulubieńca kobiet, który poświęcony jest relacji pomiędzy słynnym pianistą a Heleną Modrzejewską.

Magiczna siła nazwiska – spotkanie z Heleną Modrzejewską

Jak pisze biograf wirtuoza, Henryk Opieński, po śmierci Antoniny Paderewski „[…] powierzywszy małego synka troskliwej opiece przyjaciół*, stanął wolny wobec swoich dla sztuki obowiązków. Spojrzawszy w głąb samego siebie, objął okiem krytycznym swoją wiedzę, swoje dotychczasowe doświadczenie i »profesora konserwatorium« postanowił znowu przedzierzgnąć w ucznia. Czuł w sobie pęd równie silny od odtwórczości, jak i twórczości. Wykształcenie, jakie odebrał w konserwatorium, dało mu pewne podstawy, ale nie otwierało szerokich horyzontów, nie dostarczyło zaokrąglonej metodycznie fachowej wiedzy – a kulturalny stan ówczesnej muzyki w Warszawie nie mógł tworzyć odpowiedniej atmosfery dla wyrobienia się artystycznego na wielką skalę”.

Sam Paderewski twierdził, iż pozostając w Warszawie może być tylko i wyłącznie nauczycielem, a jemu wówczas marzyła się kariera kompozytorska. Co ciekawe, w owym czasie, co prawda na krótko, porzucił marzenia o zostaniu pianistą. Jak sam powiedział po latach: „Wszyscy mi mówili (i sam nawet zaczynałem w to wierzyć), że nigdy nie będę pianistą, lecz mam duży talent kompozytorski. Napisałem już parę utworów, które były wydane w Warszawie i odniosły pewien sukces. Zachęciło mnie to do dalszych studiów nad kompozycją”. I rzeczywiście, kompozycje Paderewskiego zyskiwały coraz większe uznanie zarówno krytyków, jak i publiczności. Recenzent Ech muzycznych gorąco polecał melomanom najnowsze dzieła kompozytora: Trois morceaux pour piano, Opus 2. Gavotte, Mélodie, Valse mélancolique. Entuzjastyczne recenzje wyszły także spod pióra jego serdecznego przyjaciela Władysława Górskiego, który pisał w jednym z artykułów w „Tygodniku Ilustrowanym”: „Na każdym z tych utworów znać, że nie jest on zrobiony, ale i odczuty. Pan Paderewski posiada wiele liryzmu oraz wiele nie udawanej fantazji i oryginalności, lecz brak mu jeszcze, żeby do bogactwa treści zdobył sobie bogactwo formy, ale na to potrzeba wiele lat pracy i doświadczenia”. Swego zachwytu nad młodym kompozytorem nie krył też krytyk Kłosów, Julian Stattler, który widział w Ignacym artystę obdarzonego wielkim talentem.

Jednak nie wszyscy podzielali zdanie Górskiego i Stattlera, obok garstki wielbicieli kompozytora, uważającego go za wschodzącą gwiazdę muzyki polskiej, istniała też grupa jego zaciekłych przeciwników. Według Bylickiego, kiedy Paderewski stał się popularny „[…] ludzie się o niego sprzeczali, a w niejednym salonie dyletant, krytyk lub miejscowe powagi miały sposobność przyłatania na tle dyskusji o Paderewskim swych artystycznych poglądów, wyobrażeń i przekonań. Wkrótce pojawiły się nawet niewielkie oboziki, które wzajemnie sobie na złość robiły i o ile jeden przesadzał na korzyść Paderewskiego, o tyle drugi spieszył z odsądzaniem go od talentu”. Co więcej, w spory dotyczące talentu kompozytora lub jego braku członkowie obu „obozików” starali się wciągnąć także zagranicznych artystów odwiedzających w tym czasie Warszawę. I w tym przypadku opinie były podzielone: jedni widzieli w nim materiał na świetnego kompozytora, drudzy odmawiali mu krzty zdolności, uznając za przeciętnego twórcę. Pewien francuski skrzypek stwierdził ze zdziwieniem: „robią z niego Chopina, psują go, a przecież nic w tym nie ma, nic”.

Ignacego wspierał jego serdeczny przyjaciel, autor przywołanej wcześniej recenzji, Władysław Górski, oraz jego żona, Helena, poślubiona przez niego w 1874 roku. Do Górskich zbliżył się po śmierci swej pierwszej żony. Według Adama Zamoyskiego z rozpaczy pomogła mu się wyleczyć Helena, otaczając go przyjaźnią i niemal matczyną opieką, i zapewne sporo w tym prawdy, Paderewski był częstym gościem w domu Górskich. Niektórzy widzą w tym nawet początek romansu, ale artysta był wówczas zbyt pochłonięty pracą nad swoim warsztatem, by trwonić czas na miłostki z mężatką i to w dodatku żoną serdecznego przyjaciela. Dom Górskich stanowił dla niego spokojną przystań, w której mógł odpocząć od nękających go trudów dnia codziennego i samotności. Faktem natomiast jest, że to właśnie pod wpływem Górskich, a głównie Władysława, Paderewski podjął decyzję o wyjeździe do Berlina, gdzie pracował profesor Friedrich Kiel.

Był to muzyk cieszący się zasłużoną sławą, od 1868 roku wykładał kompozycję w berlińskim konserwatorium Sterna, a później w Hochschule für Musik. Był wychowawcą wielu wybitnych ówczesnych muzyków i kompozytorów; u Kiela studiowali m.in. Edward Grieg, Zygmunt Noskowski, Gustaw Roguski oraz Władysław Górski. Zapewne opinia tego ostatniego zaważyła na tym, że Ignacy zdecydował się studiować w Berlinie pod kierunkiem tegoż pedagoga. Uzyskawszy paszport i zezwolenie na wyjazd, Paderewski spakował walizki i na początku stycznia 1882 roku, głodny wiedzy, wyjechał na studia. Kiel przyjął go z otwartymi rękami, ale pierwsze lekcje u tego renomowanego pedagoga uświadomiły Ignacemu, jak niewiele jeszcze umie. Z czasem poczucie niedoskonałości narastało, pomimo że muzyk pracował nie tylko na lekcjach, ale także po zajęciach, grając nawet dwanaście godzin dziennie. Pracował tak intensywnie, że omal nie przypłacił załamaniem nerwowym. Na szczęście Kiel widział w nim niemały talent i zachęcał go do pracy nad techniką gry, zapewniając jednocześnie, że wierzy w jego zdolności.

Tego trzeba było młodemu Ignacemu, który usłyszawszy takie słowa, z jeszcze większym zapałem zabrał się do ćwiczeń, wierząc tym razem, że szybko ujrzy owoce swej pracy. Z czasem nauczyciel zaczął wyróżniać młodego Polaka spośród wszystkich swoich uczniów. Paderewski był tym nieco skrępowany, ale jednocześnie miał świadomość, że sympatia i wsparcie profesora pomogą mu jak najefektywniej wykorzystać czas spędzany w Berlinie.

Nauka i ćwiczenia zabierały mu wiele czasu, ale zawsze znajdował chwilę, by skreślić parę słów do Władysława i Heleny Górskich. Listy do Heleny są dość oficjalne, natomiast do Władysława nazywanego przez Paderewskiego „Kochanym Przyjacielem” pisane w poufałym tonie, co świadczy, iż w tym okresie to właśnie z Górskim łączyła Ignacego większa zażyłość. Choć trzeba przyznać, że niemal w każdym z listów dopytywał się o zdrowie „poczciwej” małżonki swego druha.

Muzyk, choć nie miał zbyt wiele czasu na życie towarzyskie, stopniowo poznawał Berlin, zarówno samo miasto, jak i jego mieszkańców. Czuł się nieco wyobcowany z tamtejszego środowiska, a co gorsze, jako człowiek narodowości polskiej, spotykał się dość często z dyskryminacją i antypolskim nastawieniem części mieszkańców. Po latach wspominał: „Jako Polak czułem się bardzo samotny. O ile mnie pamięć nie myli, niewielu rodaków studiowało wówczas w Berlinie. Niemcy zaś nie byli bynajmniej sympatyczni. Były to czasy prześladowań Polaków – odczuwało się to na każdym kroku. Bardzo mnie to bolało, bo nawet w rodzinie mego wydawcy Bocka, zdarzało mi się nieraz słyszeć bardzo ostre i gorzkie uwagi dotyczące mojego kraju. Od tej pory czułem do Berlina głęboką niechęć”.

Nie podobała mu się także atmosfera tego miasta, gdyż, jak przyznał później: „Berlin był wówczas miastem pełnym życia i stałego podniecenia, ale mało się w nim działo prawdziwej wesołości. Ludzie nie wiedzieli wówczas, jak się zabawić i jak spędzać czas w przyjemny sposób. Kawiarnie i piwiarnie stale były przepełnione, lecz chociaż panował w nich gwar – brakowało radosnej atmosfery”.

O wrażeniach muzycznych na bieżąco informował Władysława Górskiego: „W ogólności widzę tu rozwój muzyki ogromny. Na każdym kroku spotkać się można z muzykiem kompletnie kształconym. Masy tu ich chodzą bez butów, a przynajmniej w dziurawych, stanowisk się nie dorabiają […]. Na przykład taki Mannstaedt – muzyk znakomity – człowiek znający wszystko cokolwiek literatura muzyczna posiada, przy tym znakomity fortepianista, przyjął za 600 talarów posadę dyrektora orkiestry w Meinigen, w dziurze dziesięcioma tysiącami mieszkańców zapchanej” – pisał

w jednym z listów.

Wszelkie troski i strapienia Ignacego skutecznie odpędzali swoją serdecznością gospodarze wynajmowanego mieszkania przy Thurnstrasse 2, państwo Rohde. On sam mówił, że stworzyli mu drugi dom, podobnie jak niegdyś Kerntopfowie w Warszawie, i był im za to bardzo wdzięczny. Innym człowiekiem, którego obecność pomagała Ignacemu przetrwać ten trudny czas, był jego przyjaciel, Polak, Maurycy Moszkowski. Dzięki jego poparciu miejscowa firma wydawnicza Ed. Bote und G. Bock wydała kompozycje Paderewskiego, wypłacając mu honorarium, które wydało mu się wówczas astronomiczne, w wysokości dwustu marek. Po latach, kiedy Polak zdobędzie światową sławę, firma będzie mu wypłacać honoraria w wysokości kilku tysięcy marek. Szef wydawnictwa, Hugo Bock, nie tylko pokochał muzykę młodego kompozytora, ale polubił także samego Paderewskiego, który stał się częstym gościem w jego domu. A ponieważ Bock prowadził dom otwarty, w którym zawsze znalazło się miejsce dla miejscowych i przyjezdnych muzyków, Ignacy miał okazję poznać ówczesne znakomitości świata muzycznego: cenionego skrzypka, ucznia Liszta, Eugène de Alberta, skrzypka Josepha Joachima, Pabla de Sarasate i wreszcie Ryszarda Straussa, cenionego kompozytora późnego romantyzmu.

Ten ostatni zupełnie niechcący wywarł wpływ na polskiego kompozytora, a konkretnie na jego zachowanie na scenie. Otóż pewnego dnia u Bocków Paderewski miał okazję grać razem z nim. Przy okazji zauważył, że Strauss w trakcie gry robi wyjątkowo śmieszne miny. Po powrocie do domu zasiadł do fortepianu, zaczął grać, przyglądając się jednocześnie sobie w wiszącym na ścianie lustrze. Ku swemu zdumieniu odkrył, iż jego mimika w trakcie gry jest równie śmieszna, jak miny strojone przez Straussa. Wówczas rozpoczął ćwiczenia przed lustrem, stopniowo doprowadzając do zaniku dziwnej ekspresji ze swojej twarzy w czasie gry.

Po latach za najważniejsze wydarzenie z pobytu w Berlinie Paderewski uznał spotkanie z Antonim Rubinsteinem, rosyjskim pianistą, kompozytorem i dyrygentem, okrzykniętym przez ówczesnych melomanów największym żyjącym muzykiem i następcą samego Liszta. Ponieważ dziwnym zrządzeniem losu był bardzo podobny do Ludwika van Beethovena, krążyły pogłoski, jakoby był nieślubnym synem tego wielkiego kompozytora. Paderewski spotkał się z nim na obiedzie u Bocków. Sławny artysta wywarł na swoim młodszym koledze bardzo dobre wrażenie, okazał się bowiem człowiekiem miłym i bezpośrednim. Po skończonym posiłku Rubinstein poprosił Ignacego, by zagrał dla niego kilka swoich kompozycji. Nieco stremowany Paderewski spełnił oczywiście jego prośbę, a wielki kompozytor był nim wręcz zachwycony. Po wysłuchaniu jego gry Rubinstein powiedział: „Ma pan wrodzoną technikę i mógłby pan – jestem tego pewien – zrobić karierę jako pianista”. Tego było trzeba wątpiącemu w swe siły artyście. Po latach powie: „To, co powiedział, przeobraziło cały mój świat”. I rzeczywiście: słowa takiego autorytetu, jakim w owym czasie był rosyjski kompozytor, umocniły Paderewskiego w postanowieniu dotyczącym wyboru dalszej drogi życiowej – Ignacy wiedział już, że zostanie pianistą.

Z takim przekonaniem wrócił w sierpniu do Warszawy, gdzie co prawda powrócił do pracy w instytucie, tym razem jako nauczyciel w wyższej klasie fortepianu, ale jednocześnie, z uporem ocierającym się o obsesję, szlifował swoją technikę. Często koncertował, głównie z Władysławem Górskim, zarówno w Królestwie, jak i poza jego granicami. Latem 1882 roku przyjaciele występowali m.in. w Nałęczowie. Na początku 1883 roku Paderewski ponownie pojechał do Berlina, tym razem w towarzystwie Górskiego, by w miejscowym Hôtel de Rome dać recital kompozytorski, który ocenili jako „duży sukces”. Z Berlina muzycy udali się do Krakowa, by 23 lutego 1883 roku wystąpić z repertuarem własnych kompozycji. Niestety, choć koncert doczekał się bardzo dobrych recenzji w miejscowej prasie, a Władysław Żeleński uznał nawet, iż Paderewski ma przed sobą wielką przyszłość nie tylko jako pianista, ale też jako kompozytor, występ okazał się klapą, bowiem zawiodła publiczność. Na koncert przyszła zaledwie garstka słuchaczy.

Po powrocie do Warszawy podjął swoje obowiązki pedagogiczne, ale też dużo pracował nad sobą. Nie tylko godzinami ćwiczył technikę gry na fortepianie, ale też uczył się łaciny, matematyki, literatury i historii, uzupełniając luki w wykształceniu. Po latach wspominał, że prowadził wówczas dość męczący, jak również kosztowny tryb życia: „W dzień dla zarobku uczyłem w konserwatorium, a wieczorami codziennie od godziny 8. do 12. brałem prywatne lekcje. […] Miałem aż czterech nauczycieli, którzy do mnie przychodzili dzień w dzień. Było to bardzo kosztowne, musiałem więc udzielać lekcji również poza konserwatorium, aby móc opłacić swoją naukę”. Poważny zastrzyk finansowy stanowiły wówczas honoraria za felietony o życiu muzycznym w Warszawie oraz recenzje drukowane w ukazującym się od 6 października 1883 roku „Echu Muzycznym i Teatralnym”. Jednakże muzyk musiał dokonywać wręcz nadludzkich wysiłków, by znaleźć czas na prowadzenie zajęć w instytucie, udzielanie prywatnych lekcji, uczestnictwo w zajęciach dokształcających, ćwiczenia udoskonalające technikę gry i pisanie felietonów. Doprawdy nie wiem, jak on znajdował na to wszystko czas, wszak doba ma tylko 24 godziny. Nic dziwnego, że po latach stwierdził, iż żył wówczas „w ciągłym napięciu

nerwów”.

Wytchnienie dawały mu wizyty w domu słynnego lekarza Tytusa Chałubińskiego, który dziś pamiętany jest głównie jako odkrywca Zakopanego. Pomimo sporej różnicy wieku (doktor miał wówczas ponad sześćdziesiąt lat) panowie bardzo się zaprzyjaźnili. Co więcej, młody zapracowany muzyk odpoczywał psychicznie w jego towarzystwie. „W atmosferze jego domu odpoczywałem nerwowo i wydawało mi się, że odzyskuję na nowo radość życia” – przyzna, opowiadając o swoich losach Mary Lawton.

Po roku pobytu w Warszawie Paderewski doszedł do wniosku, że przedstawia „pewną wartość jako pianista” i postanowił wrócić na studia do Berlina. Niestety, właśnie w tym czasie dała o sobie znać podstępna choroba jego synka. Ignacy z bólem serca zostawił malca pod opieką swojego ojca, który mógł mu zapewnić odpowiednią opiekę lekarską, i wyjechał doskonalić swój warsztat. Z niekłamanym bólem rozstawał się z małym Alfredem, który, jak wspominał po latach, był „nad wyraz mądry na swój wiek, przejawiał niezwykłą inteligencję, ale miał delikatny organizm i choroba czyniła z niego zupełnego inwalidę”. W Berlinie rozpoczął naukę u profesora Heinricha Urbana, kompozytora i pedagoga, który od 1881 roku wykładał kompozycję w Neue Akademie der Tonkunst. Jego uczniem był m.in. Karłowicz, polski dyrygent i kompozytor, którego obiecującą karierę przerwała tragiczna śmierć pod lawiną. Urban cieszył się opinią najlepszego nauczyciela w Niemczech, który od swoich studentów wymagał „dokładnej znajomości zasad harmonii i kontrapunktu”.

Studia u Urbana okazały się świetnym doświadczeniem dla Paderewskiego. Zawdzięczał im, jak potem sam przyznał, „mocne i trwałe podstawy orkiestracji”, ale swego berlińskiego nauczyciela cenił także za koleżeńskie podejście do studentów. Czas pobytu w Berlinie wypełniała mu nie tylko nauka, ale też uczestnictwo w życiu muzycznym miasta. Często chodził na koncerty, a recenzje z dwóch z nich, w lutym i marcu 1884 roku, przesłał do „Echa Muzycznego i Teatralnego”, obracał się także w towarzystwie muzyków poznanych jeszcze w czasie swojego pierwszego pobytu w tym mieście. Studia u Urbana przebiegały bez większych problemów, ale Paderewski tęsknił za krajem, martwił się też o zdrowie synka pozostawionego pod opieką ojca. Wciąż intensywnie ćwiczył grę na fortepianie. Do kraju słał list za listem: do Kerntopfów, Górskiego i ojca. Swoich przyjaciół prosił zwykle o przysłanie papierosów i tytoniu, bowiem już wówczas był namiętnym palaczem.

Tego nałogu nie pozbył się do końca życia, ale najwyraźniej najbardziej smakowały mu papierosy krajowej produkcji, bowiem nawet kiedy był już u szczytu kariery, przysyłano mu je z Warszawy. W listach do Górskiego pisał też o tęsknocie za Tatrami, do których miłością zaraził go Tytus Chałubiński. Po powrocie do Warszawy natychmiast chciał, oczywiście razem z Górskim, wyjechać w góry, zapewniając przyjaciela, iż Tatry właśnie „zrzucają zimowe sukienki i czekają na Pana z otwartymi […] przepaściami”.

Jednak do Zakopanego udało się Paderewskiemu przyjechać dopiero latem 1884 roku. Czekali już tam na niego Górscy oraz inni przyjaciele z Warszawy. Ignacy zaraz po przyjeździe rzucił się w wir życia towarzyskiego, biorąc udział w zabawach i górskich wycieczkach, ale nie zaniedbywał muzyki. Wciąż intensywnie ćwiczył, komponował i wraz z Górskim koncertował w Zakopanem. Grał nadspodziewanie dużo koncertów, w tym także charytatywnych, a w liście do swego przyjaciela, Rutkowskiego, utyskiwał: „Eksploatują nas tu pod tym względem strasznie”.

Nic dziwnego, młody kompozytor stawał się coraz popularniejszy, a wiele domów uznawało wręcz za zaszczyt goszczenie go u siebie. Oczywiście, przy okazji proszono go zawsze o jakiś, chociaż krótki, recital. Paderewski grał chociażby w Adasiówce u Róży Raczyńskiej, wnuczki samego Zygmunta Krasińskiego. Biograf artysty Adam Zamoyski twierdzi, że już wtedy Ignacy spędzał czas głównie z Heleną Górską, a „ich amitié amoureuse była już w pełnym rozkwicie, bardziej namiętna z jej strony, bardziej sentymentalna z jego”. Przeglądając korespondencje Paderewskiego z tego okresu, odnosi się jednak wrażenie, że artysta nie poświęcał zbyt wiele czasu żonie przyjaciela. Helena była z pewnością nim zafascynowana, ale czy to była miłość? Trudno powiedzieć.

Znacznie więcej czasu niż z panią Górską Paderewski spędził wówczas z Chałubińskim, który, obok miłości do Tatr i Zakopanego, zaszczepił w młodym muzyku także miłość do muzyki góralskiej. Lekarz organizował często wyprawy w góry razem z członkami kapeli Bartka Obrochty, „grajka góralskiego” cenionego przez gości przyjeżdżających do Zakopanego. Uczestnikiem owych wypraw był często także Paderewski, który już w 1883 roku, a więc jeszcze przed wyjazdem na studia do Urbana, wyruszył razem z Kleczyńskim na Podhale, by spisać melodie i tańce góralskie. Na podstawie niektórych z nich Ignacy stworzył kilka utworów, które później weszły w skład zbioru Album tatrzański opus 12. Chałubiński już wcześniej usiłował namówić któregoś ze znajomych kompozytorów do wykorzystania motywów muzyki góralskiej, ale nikt nie wyrażał entuzjazmu: „ten i ów pokiwawszy głową, rzekł: »Dzikie to jakieś monotonne, czym może to kogoś zainteresować?«”. Dopiero Paderewski dostrzegł piękno tych surowych melodii, widząc w nich wielki potencjał dla twórczości kompozytorskiej. Jak słusznie zauważył jego przyjaciel, Władysław Górski, kompozytor potrafił „tak wyzyskać pieśń ludową, że nie zatarła się jej pierwotna barwa, przeciwnie harmoniami uwydatnił ją jeszcze bardziej i odzwierciedlił jej fantastyczny pierwiastek i otoczenie, w którym powstała”.

Pobyt w Zakopanem w lecie 1884 roku, ku zaskoczeniu kompozytora, okazał się bardzo kosztowny. W owych czasach była to modna miejscowość, ale na pobyt w niej nie trzeba było wydawać fortuny. Ignacy wcześniej pisał do swego przyjaciela, Antoniego Rutkowskiego, namawiając go do przyjazdu w Tatry: „Powinieneś skorzystać ze sposobności, ażeby poznać najpiękniejszą część kraju naszego. Wiele pieniędzy nie wydasz”. Niestety, rzeczywistość była mniej kolorowa i pobyt w Zakopanem okazał się znacznie droższy, niż spodziewał się Paderewski: „Jadąc tutaj ani się spodziewałem, że mnie ten wypoczynek taką masę pieniędzy kosztować będzie. Na pozór wszystko jest tanio, lecz jak przyjdą wycieczki, zabawy, a jeszcze dobroczynne składki, to kieszenie się wypróżniają z szalonym pośpiechem. Sześćdziesiąt guldenów na dzień wychodzi i diabeł wie na co […]” – pisał w liście do Kerntopfów, którzy oczywiście bezzwłocznie wsparli go finansowo, przesyłając odtąd co pewien czas sto lub sto pięćdziesiąt rubli. Co prawda, kompozytor miał stały dochód – tantiemy z niemieckiego wydawnictwa Bocków, ale spływały one bardzo wolno i Ignacy musiał zaciągać pożyczki.

Tymczasem Zakopane musiała opuścić Helena. Pożegnawszy się z Paderewskim, ze smutkiem wsiadła do dorożki, która miała odwieźć ją na dworzec. Jadąc górską drogą, dorożka się zatrzymała, by przepuścić powóz wiozący pewną damę. Kobieta, wychyliwszy się z okna powozu, wymieniła kilka uprzejmości z panią Górską, która na pożegnanie wyznała: „Zazdroszczę, że jedzie pani do Zakopanego; pozna pani jednego z bardziej zadziwiających młodych ludzi. A ja muszę stąd odjechać, muszę”.

Helena nie przypuszczała, że mijana w powozie dama nie tylko ulegnie fascynacji owym „bardzo zadziwiającym młodym człowiekiem”, ale także pchnie jego karierę na nowe tory. Ową kobietą była Helena Modrzejewska, gwiazda ówczesnych scen teatralnych o międzynarodowej sławie.

Kiedy Modrzejewska zjawiła się w Zakopanem, by nieoczekiwanie odegrać rolę „damy opatrznościowej” w życiu Paderewskiego, była u szczytu sławy, a swoje życie dzieliła między piękną posiadłością Arden, w dalekiej Kalifornii, a obszerną willą „Modrzejów” zbudowaną w stylu góralskim na Antałówce, w Zakopanem, dokąd często przyjeżdżała wraz z mężem, Karolem Chłapowskim. Zanim jednak zdobyła status gwiazdy, musiała przejść długą i trudną drogę, na początku której nic nie wskazywało na to, że nie tylko zdobędzie sławę, ale i podbije salony towarzyskie, gdzie brylować będzie jako wielka artystka i żona arystokraty.

Przyszła gwiazda scen polskich i amerykańskich urodziła się 12 października 1840 roku w Krakowie jako Helena Jadwiga Misel, nieślubne dziecko Józefy Benda z domu Misel, wdowy po zamożnym kupcu i rajcy miejskim. W domu wraz z Heleną wychowała się liczna gromadka nieślubnych dzieci Józefy, dokładnej ich liczby do dziś nie udało się ustalić biografom artystki. Pani Bendowa wiodła bowiem beztroski żywot „wesołej wdówki” i bardzo kochała męskie towarzystwo, zmieniając kochanków jak rękawiczki. Jej córka oficjalnie nigdy nie poznała nazwiska swego ojca, ale, kiedy już zdobyła status wielkiej aktorki, pojawiły się plotki, jakoby był nim sam książę Eustachy Sanguszko i ponoć to właśnie po nim dostały się jej w genach wrodzona dystynkcja i dobre maniery, dzięki czemu przyjmowano ją na salonach i zaakceptowano jej późniejsze małżeństwo z arystokratą. Faktem jest, że legalna córka księcia, również nosząca imię Helena, była łudząco podobna do Modrzejewskiej. Sama artystka nigdy nie komentowała tych pogłosek, a ojcem nazywała wieloletniego przyjaciela swojej matki, Michała Opida.

Nawiasem mówiąc, przyrodni bracia Heleny także związali się ze sztuką, dwaj z nich, Józef i Feliks, zostali aktorami, a trzeci, Szymon, był muzykiem. Czwarty z nich, Adolf,

był budowniczym, ale w swoim fachu osiągnął prawdziwe mistrzostwo i pracował m.in. przy odnawianiu krakowskich Sukiennic.

Ich matka była dość zamożną kobietą, bowiem zmarły mąż pozostawił jej całkiem spory majątek w postaci dwóch kamienic, ale w 1850 roku, kiedy Helenka miała dziesięć lat, domy kompletnie spłonęły w pożarze. Ponieważ pani

Bendowa musiała jakoś utrzymać gromadkę swoich dzieci, a alimenty wówczas nie istniały, zajęła się prowadzeniem kawiarni przy ulicy Szpitalnej w Krakowie. Dzięki temu mogła zapewnić swej córce dość dobre wykształcenie, wysyłając ją na pensję do sióstr prezentek, jak powszechnie zwano członkinie Zgromadzenia Panien Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

Jednym z częstych gości prowadzonej przez matkę Heleny kawiarni był niespełniony artysta Gustaw Zimajer, który, jeżeli wierzyć plotkom, równie często co prowadzony przez Bendową lokal odwiedzał jej sypialnię. To właśnie on jako pierwszy w młodziutkiej Helence ujrzał materiał na wielką aktorkę, postanawiając udzielić jej pierwszych lekcji aktorstwa. Owe lekcje miały dość osobliwy przebieg, bowiem w czerwcu 1860 roku dziewczyna oświadczyła matce, że spodziewa się dziecka. Tymczasem Zimajer był już żonaty. Pani Bendowa, chcąc uchronić córkę przed skandalem, zaleciła kochankom wyjazd poza Kraków. Zatrzymali się w Bochni, gdzie przedsiębiorczy kochanek Heleny zorganizował stosunkowo szybko zespół teatralny, w którym jego kochanka zadebiutowała. Para występowała jako państwo Modrzejewscy, a przybrane wówczas nazwisko stało się pseudonimem artystycznym Heleny. 27 stycznia 1861 roku na świat przyszedł jej syn Rudolf. Helena szybko powróciła do grania, występując na deskach teatrów Stanisławowa, Czerniowcowa, Rzeszowa, Brzeżan czy Nowego Sącza. W 1862 roku udało się jej zagrać rolę Skierki w Balladynie Słowackiego w teatrze we Lwowie, ale nie zagrzała tam miejsca na dłużej, bowiem w 1863 roku grała ponownie na prowincji. W tymże samym roku urodziła kolejne dziecko, córeczkę, która zmarła przeżywszy zaledwie cztery lata.

Niebawem okazało się, że występy na prowincjonalnych scenach to za mało dla ambitnej, zdolnej, a przede wszystkim niebywale pracowitej Heleny. Zimajer, przekonany o wielkim talencie swojej kochanki, postanowił załatwić jej kontrakt w teatrach wiedeńskich, jednak ze względu na słabą znajomość niemieckiego z owych ambitnych planów aktorki nic nie wyszło. W końcu Modrzejewska, w 1865 roku, z nieznanych powodów zdecydowała się opuścić Zimajera oraz scenę prowincjonalną, wyjechała do Krakowa, gdzie uzyskała czteroletni angaż, a wraz z nim zaczęła osiągać pierwsze sukcesy i zdobywać coraz większą popularność. Jej wrodzony urok osobisty, dystynkcja oraz maniery, których nie powstydziłaby się żadna dama z towarzystwa, sprawiły, iż otworzyły się przed nią drzwi najwykwintniejszych salonów, na czele z należącym do Potockich pałacem Pod Baranami. U boku pięknej aktorki zaroiło się od adoratorów, ale ona, najwidoczniej rozczarowana poprzednim związkiem z Zimajerem, trzymała wszystkich na dystans. Poza tym przeżyła wielką osobistą tragedię, jej maleńkiego syna uprowadził jego ojciec, a jej były kochanek, wykradając go podstępnie z garderoby aktorki. Udało się jej go odzyskać dopiero po długich staraniach i wypłaceniu bardzo wysokiego odszkodowania. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji nie w głowie jej były romanse. Ale los szykował jej bardzo miłą niespodziankę.

Zespół krakowskiego teatru jeździł na gościnne występy, w tym także do Poznania, gdzie Modrzejewską na scenie ujrzał arystokrata, Karol Chłapowski, który zakochał się w niej niemal od pierwszego wejrzenia. Gdyby Helena była zwykłą prowincjonalną aktoreczką, prawdopodobnie skończyłaby jako jego utrzymanka, ale kiedy zdobyła serce arystokraty, była nie tylko gwiazdą, ale też i damą przyjmowaną w towarzystwie. Chłapowski nie miał więc innego wyjścia, jak tylko się jej oświadczyć, uzyskawszy wcześniej zgodę swojej rodziny, co było dość zaskakujące, zważywszy na opinię, jaką wówczas cieszyły się kobie ty grające w teatrze. Na szczęście Helena odwzajemniła to uczucie, znajdując w Karolu nie tylko dobrego męża, ale przede wszystkim pokrewną duszę, przyjaciela, który doskonale rozumiał jej pragnienia, marzenia i potrzeby. Dlatego po wyjściu za mąż nie zrezygnowała z kariery scenicznej, pomimo oburzenia całego klanu Chłapowskich. 

W walce z rodziną na szczęście miała po swojej stronie męża, który odtąd zawsze będzie ją wspierał. Kariera Modrzejewskiej nabrała zawrotnego tempa po jej przyjeździe do Warszawy, gdzie zyskała pozycję, którą można porównać do statusu współczesnych gwiazd filmowych. Zachwycano się nie tylko jej grą, ale też oryginalną urodą. „Była jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki.

Miała nieskazitelnie regularne rysy, duże, wyraziste oczy, ciemne, ale nie czarne, długie włosy, również ciemne, ale również nie wpadające w czarny kolor. Smukła, wiotka, gibka w ruchach, długo zachowała wielką sprawność fizyczną (dobrze pływała, do późnego wieku uprawiała jazdę konną). Głos miała dobrze postawiony – ale niezbyt duży. Tylko usilna praca poszerzyła jego naturalną, dość wąską skalę (mezzosopran) o nieco niższe rejestry. Za to z reguły zachwycano się barwą i melodyjnością jej głosu […]” – czytamy w biogramie zamieszczonym w Słowniku Biograficznym Teatru Polskiego.

Z bohaterem naszej opowieści łączyła ją wielka pracowitość. Paderewski, jak wspomniano wcześniej, potrafił ćwiczyć aż do utraty przytomności, Modrzejewska ćwiczyła swój głos tak intensywnie, że doprowadziła do zerwania strun głosowych. Oboje wiedzieli, że nawet największy talent wymaga systematycznej pracy. Poza tym Helena była pierwszą artystką dbającą o swój image i wizerunek publiczny; przymiarki i poprawki ubiorów szytych specjalnie dla niej trwały całymi godzinami. Nic dziwnego, że grono jej adoratorów systematycznie się powiększało – wyraźnie zauroczeni nią byli Adam Chmielowski, który namalował jej portret naturalnej wielkości, Stanisław Witkiewicz oraz Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni rysy aktorki nadał bohaterce pierwszej części Trylogii – Helenie Kurcewiczównie. Jednak nawet najprzystojniejsi i najbardziej wpływowi mężczyźni mogli jedynie marzyć o romansie z piękną artystką – Modrzejewska była wierną żoną, a w jej sercu królowali niepodzielnie dwaj mężczyźni jej życia: mąż i syn.

Po pewnym czasie scena warszawska przestała jej wystarczać i Helenie zamarzył się podbój Ameryki. Było to bardzo zuchwałe i na pozór zupełnie nierealistyczne przedsięwzięcie, ale, jak napisała w liście do jednej ze swoich przyjaciółek: „szalony, kto nie chce wyżej, jeżeli może”, więc zebrała potrzebną sumę pieniędzy i wraz z rodziną oraz grupą przyjaciół pojechała do Stanów. Wśród towarzyszących jej osób znaleźli się Julian Sypniewski, Łucjan Paprocki oraz, wciąż wpatrzony w nią jak w obraz, Henryk Sienkiewicz. Wydawałoby się, że Modrzejewska, marząc o podboju amerykańskiej publiczności, porywa się z motyką na słońce: miała już trzydzieści sześć lat, a poza tym nie znała ani słowa po angielsku. Początkowo wraz z rodziną i przyjaciółmi zatrzymała się w miejscowości Anaheim w Kalifornii, na zakupionej wcześniej farmie, gdzie założyła oazę dla artystów. Niestety, owa „oaza” okazała się skarbonką bez dna, pochłaniającą w błyskawicznym tempie fundusze aktorki, a jej mąż nie chciał utrzymywać farmy, uznając, że skoro jego małżonka zdecydowała się występować w teatrze i za własne pieniądze nabyć gospodarstwo, powinna sama łożyć na jego utrzymanie.

Wówczas Modrzejewska była już blisko wyznaczonego celu: zdecydowała się na łatwiejszy do wymówienia dla amerykańskiej publiczności pseudonim Modjeska i wciąż intensywnie uczyła się angielskiego pod okiem nauczycielki o polskich korzeniach Jo Tucholsky, która załamywała ręce nad jej akcentem. Po ośmiu miesiącach nauki artystka stwierdziła, że dojrzała do występów na scenie, i 20 sierpnia 1877 roku udało się jej zadebiutować na deskach California Theater w San Francisco i odnieść oszałamiający sukces, o czym z radością powiadomiła męża, wysyłając

mu telegram o treści: „Zwycięstwo! Modjeska”.

Świadek jej triumfu, Henryk Sienkiewicz, w swojej korespondencji do kraju nie krył zadowolenia, z entuzjazmem donosząc: „O! już było zwycięstwo! Zwycięstwo wielkie, w rocznikach polskiej sztuki niesłychane. Gdy [Modrzejewska – dop. I.K.] skończyła, cisza trwała jeszcze przez chwilę, jakby publiczność nie zdołała się ocknąć od razu z upojenia. Potem… trudno opisać, co się stało. Burza prawdziwa oklasków, okrzyków, nawoływań. Zimna z natury publiczność uniosła się do tego stopnia, iż potem dziennikarze mówili mi, że jak Ameryka Ameryką, nie pamiętano takiego entuzjazmu. […] Aktorowie sami byli zdziwieni. Tu publiczność zwykle nie oklaskuje nikogo.

Artystka sama nie spodziewała się niczego podobnego. Po skończonym akcie wyszła rozrzewniona i upojona. Teatr wył, ryczał, klaskał, tupał. Mężczyźni odbierali swoim ladies bukiety i ciskali je na scenę; starzy rodacy nasi płakali jak małe dzieci; słowem, oczywistość przeszła wszelkie nadzieje i wszelkie oczekiwania”.

Potem było coraz lepiej: Modrzejewska, o której prasa i publiczność mówiły Madame, odbyła tournée po Stanach trwające kilka miesięcy, w czasie którego zarobiła fortunę. Po kraju podróżowała pociągiem, w specjalnie dla niej przygotowanym wagonie o nazwie „Poland” lub „Modjeska”. Amerykańskie elegantki naśladowały jej sposób ubierania się, zamawiały u modystek kapelusze, jakie nosiła Modjeska, a prasa bulwarowa zamieszczała artykuły zawierające sensacyjne i oczywiście wyssane z palca informacje na temat jej życia, których artystka nie raczyła nawet komentować. Do czasu, gdy w jednej z gazet pojawiła się wzmianka o jej romansie z E. Boothem. Tego nie mogła zignorować, w grę wchodziło bowiem jej dobre imię, a co gorsza – ucierpieć na tym mogło jej małżeństwo z Karolem. Wzmianka prasowa o rzekomym związku z Amerykaninem spotkała się z jej strony z tak ostrą reakcją, że redakcja pokornie przeprosiła na łamach pisma.

Obawiam się jednak, że współcześni widzowie oglądając występy aktorki zapewne poczuliby się mocno rozczarowani i zupełnie nie zrozumieliby fenomenu jej wielkiej popularności, ale pamiętajmy, iż w dobie triumfu Modrzejewskiej obowiązywał zupełnie inny niż współcześnie model gry aktorskiej. Już sam Paderewski w swoich wspomnieniach przyznał: „Modrzejewska była uczennicą starej, klasycznej szkoły gry – sztuka aktorska owych czasów różniła się bardzo od obecnej. W grze aktorów więcej było patosu, mniej naturalności, panował tak zwany »wielki styl« gry. Wymagał on od aktorów większego deklamatorstwa. Grę cechował pewien swoisty, dzisiaj już zapomniany styl, zwłaszcza w wielkich klasycznych dramatach”. 

Kiedy Modrzejewska zjawiła się w sierpniu 1884 roku w Zakopanem, była u szczytu sławy. Miała już czterdzieści cztery lata, ale wciąż była piękną kobietą, do której wzdychali dużo młodsi od niej mężczyźni. Paderewskiego poznała na uroczystości zorganizowanej z okazji otwarcia willi na Antałówce. Muzyk przybył w towarzystwie dobrych znajomych artystki, państwa Chałubińskich, a Tytus przedstawił go Modrzejewskiej jako „drugiego Chopina”.

Ignacy, który bardzo szybko znalazł się pod urokiem Heleny, tak był zaaferowany spotkaniem z nią, że usiadł do fortepianu, by naprędce zaimprowizować Krakowiaka, wywierając wielkie wrażenie zarówno na pięknej gospodyni, jak i na zebranych w „Modrzejowie” gościach.

Młody, przystojny kompozytor z miejsca zdobył nie tylko sympatię Heleny, ale także jej męża, Karola Chłapowskiego. W jednym z artykułów zamieszczonych w internecie

spotkałam się nawet z opinią, że Paderewski kochał się w Modrzejewskiej, ale moim zdaniem jest to gruba przesada, choć młodzieniec z całą pewnością był pod jej urokiem. Podobnie jak cała śmietanka towarzyska, która zebrała się wówczas w polskiej stolicy Tatr.

Aktorka zapamiętała Ignacego jako sympatycznego, wesołego człowieka oraz interesującego interlokutora. Szybko zrozumiała, że treścią życia Paderewskiego jest muzyka. „Często przychodził do naszej willi i nie sposób było go utrzymać z dala od fortepianu. Czasami grał do późna w nocy i trzeba go było siłą odrywać od instrumentu, kiedy roznoszono zakąski. […] Grając, tak był głęboko pochłonięty muzyką, że ta intensywność przeżycia miała działanie aż hipnotyczne. Frazował też z taką wyrazistością i zrozumieniem sensu utworu, że jego gra robiła wrażenie czegoś niezwykłego” – pisała później Modrzejewska. 

Obserwując jego grę, artystka dostrzegła w nim coś, czego nie widzieli nawet najbardziej uważni i przenikliwi krytycy muzyczni, coś, co mogła zobaczyć tylko osoba o dużym doświadczeniu scenicznym – materiał na wielką gwiazdę.

„Wiedziałam, że zdobędzie rozgłos i fortunę – stwierdziła później w swoich pamiętnikach. – Jego poetyczna twarz w połączeniu z talentem musiała dać znakomite rezultaty”.

Nic dziwnego, że gorąco namawiała młodzieńca, aby pomyślał o międzynarodowej karierze pianisty, udzielając jednocześnie rad dotyczących występów na scenie. Co więcej, namawiając go do podjęcia tej odważnej decyzji odwołała się nawet do jego patriotyzmu, argumentując, iż jego obowiązkiem jako Polaka jest zdobycie międzynarodowej sławy. Sam Paderewski jednak wciąż nie wierzył we własne siły. Twierdził, że nadal nie jest dość dobrze przygotowany do występów scenicznych i wcześniej powinien wziąć lekcje u jakiegoś renomowanego pedagoga. Indagowany przez Modrzejewską i jej męża wymienił nazwisko mieszkającego w Wiedniu Leszetyckiego. „Mówiłem im, jak bardzo pragnę wyjechać do Leszetyckiego, który uchodził za największego pedagoga ówczesnych czasów i którego liczni uczniowie grali doprawdy przepięknie” – wspominał po latach Paderewski. Niestety, na przeszkodzie realizacji tego planu stał brak funduszy, lekcje u Leszetyckiego słono kosztowały, poza tym trzeba było pokryć koszty podróży i utrzymania w Wiedniu. Na szczęście Modrzejewska postanowiła pomóc zdolnemu muzykowi.

Zaproponowała, aby wystąpił z koncertem w Krakowie, a jego recital miał uzupełnić jej występ. Paderewski wprost zaniemówił z wrażenia i ze szczęścia, usłyszawszy tę propozycję; nazwisko aktorki na afiszu oznaczało jedno – wypełnioną po brzegi salę i wyprzedaż biletów. Oczywiście, bez wahania przystał na wspólny występ. Pomysł Modrzejewskiej okazał się strzałem w dziesiątkę. Paderewski wspominał: „Jej nazwisko figurujące w programie miało magiczną siłę. Deklamowała parę poematów i wzbudziła, jak zawsze, furorę. Sala była przepełniona, a dochód z koncertu wyniósł czterysta guldenów. Było to wtedy około dwustu dolarów, co dla mnie przedstawiało ogromną sumę!”. Paderewski oczywiście zamierzał zatrzymać dla siebie jedynie część zarobionych pieniędzy, ale ku jego zdumieniu Modrzejewska zrezygnowała z honorarium. Zapewne współczesnym czytelnikom suma dwustu dolarów, jaką wówczas zarobił muzyk, wydaje się śmieszna, ale w owych czasach dolar miał zupełnie inną siłę nabywczą niż dzisiaj, krowę można było nabyć za zaledwie kilka centów, tak więc kwota ta stanowiła niemalże fortunę. Dość powiedzieć, że starczyła na podróż do Wiednia i paromiesięczne studia u Leszetyckiego. 

Modrzejewska nie zapomniała o swoim protegowanym i odtąd uważnie śledziła jego losy, a sam Paderewski zawsze powtarzał, że to właśnie jej zawdzięczał realizację marzeń, a co za tym idzie – późniejsze triumfy. Póki co wyjechał jednak do Wiednia, gdzie, choć o tym jeszcze nie wiedział, czekała na niego kolejna kobieta, która zauroczona „poetyczną twarzą” muzyka weźmie go pod swe skrzydła, znacznie ułatwiając dalszą karierę. 

Bibliografia: 

  • H. Opieński, Ignacy Jan Paderewski, Kraków 1960, 
  • I.J. Paderewski, Pamiętniki, Kraków 1961 
  • A. Piber, Droga do sławy. Ignacy Jan Paderewski w latach 1860–1902, Warszawa 1992 
  • A. Zamoyski, Paderewski, Warszawa 1992 
  • B. Nierenberg, Helena Modrzejewska – jedna z najwybitniejszych polskich aktorek w historii (wywiad z profesorem Emilem Orzechowskim), na: nto.pl
  • H. Sienkiewicz, Debiut Modrzejewskiej w San Francisco, na: teatralny.pl

Zachęcamy do zapoznania się z pełną treścią publikacji. Książkę Iwony Kienzler kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

[tabela=6231911

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Ignacy Paderewski. Ulubieniec kobiet
Iwona Kienzler 0
Okładka książki - Ignacy Paderewski. Ulubieniec kobiet

Ignacy Jan Paderewski był nie tylko wybitnym pianistą, ale także politykiem i społecznikiem, a przede wszystkim – wielkim patriotą. Choć Paderewski...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Tylko to, co ważne
Agnieszka Stec-Kotasińska
Tylko to, co ważne
Odrodzone królestwo
Elżbieta Cherezińska
Odrodzone królestwo
Szpiedzy i sufrażystki
Krzysztof Beśka
Szpiedzy i sufrażystki
Leśniczanka
Klaudia Duszyńska
Leśniczanka
Hotel spełnionych marzeń
Justyna Drzewicka
Hotel spełnionych marzeń
Moc Amelki
Barbara Gawryluk
Moc Amelki
Pokaż wszystkie recenzje