Ludzie tacy jak ty idą pierwsi do odstrzału. Fragment książki „Gdzie noc skrzy się lodem"

Data: 2019-11-12 11:21:08 Autor: Sławomir Krempa

Śnieg, mnóstwo lodu, mitologiczne wierzenia, magia i zbliżające się olbrzymie niebezpieczeństwo mrożące krew w żyłach.

Krwawoczerwone niebo pojawiło się nad śnieżną wyspą Skane, powodując, że na wioskę spada lawina strachu i…

W desperackiej próbie powstrzymania zbliżającej się zarazy starsi mieszkańcy wioski postanawiają zabarykadować jej granice, aby nikt zarażony nie zdołał się przez nie przedrzeć.

Nastolatka o imieniu Janna postanawia nie odwracać się od ludzi szukających schronienia. Zostaje jednak wygnana na kłujący mróz poza granice wioski.

Czy uda jej się przetrwać zbliżającą się zamieć śnieżną?

„Gdzie noc skrzy się lodem" to bardzo dojrzała, dotykająca aktualnych problemów, choć rozgrywająca się w świecie zupełnie nam nieznanym opowieść, którą czyta się z zapartym tchem, a po dotarciu do finału długo jeszcze rozważa się jej przesłanie.

- recenzja książki Gdzie noc skrzy się lodem

Do lektury powieści Lisy Lueddecke Gdzie noc skrzy się lodem zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie zaprezentowaliśmy premierowe fragmenty książki. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Rozdział 2

W ostrym świetle pochodni twarze wydawały się blade, oczy były załzawione. Alarm podniesiono jakiś czas przed moim powrotem. Walono pięściami w drzwi, echo krzyków odbijało się od ścian domów.

C z e r w o n e… L ó s… N i e b o… Te słowa wibrowały w moim ciele, gdy niepostrzeżenie dołączyłam do tłumu, który powłócząc nogami, zmierzał do środka wioski. Na niektórych twarzach widać było łzy, rozlegały się szepty podszyte niepewnością, wyciągano szyje, by lepiej widzieć teraz już zupełnie niegroźne nocne niebo. Spojrzałam na skłębione gwiazdy wysoko nade mną. Ani śladu po czerwieni widocznej jeszcze niecałe pół godziny wcześniej. Zrobiła już swoje. Przesłała wiadomość. Teraz należało się tym zająć.

Pochwyciłam spojrzenie wychodzącego z domu ojca. Obie dłonie położył na ramionach matki. „Później porozmawiamy o tym, gdzie się podziewałaś” – mówiły jego oczy, ale jego uwagę szybko odwróciły rozgorączkowane głosy zebranych mieszkańców wioski.

Coraz więcej ludzi wychodziło z domów. Po drodze otulali się pelerynami i chustami. Oczy mieli szeroko otwarte. Słaby podmuch wiatru szeptał o zbliżającej się śnieżycy. Czekając, aż ktoś się odezwie, przypomniałam sobie, jak ojciec kiedyś powiedział, że jeżeli nie będziemy słuchali słów natury szumu wiatru, chlupotu rzek, krzyku ptaków ostrzegających przed zbliżającym się drapieżnikiem – równie dobrze moglibyśmy już nie żyć. Drzewa, zwierzęta, nawet powietrze, mają własny język. Musimy nauczyć się go rozumieć albo przestaniemy istnieć. Przywiodło mi to na myśl opowieść dla dzieci, którą słyszałam dawno temu: „Strzeż się podstępów fössa, mówiono. On gra piosenki z wiatrem, ze śniegiem, szeleści liśćmi tylko po to, żeby zwrócić twoją uwagę, wypełnić twój umysł i potem wciągnąć cię na dno. Jeśli nurt rzeki śpiewa dla ciebie, przyciągając cię do siebie trochę bliżej, to zaklęcie fössa zaczęło działać i może być już za późno”.

Ponad majaczącymi przede mną domami widziałam las znajdujący się za nimi, otulony w ciemność i czar. Dałabym wszystko, żeby tam być w tym momencie. Wiatr poruszył kilkoma gałęziami pozbawionymi igieł, jakiś ptak przemknął z jednego drzewa na drugie.

Niedługo. Niedługo tam będę. Tymczasem postanowiłam zostać na tym ponurym pokazie ludzkiej solidarności, zebraniu kamiennych twarzy dyskutujących o tym, ile czasu nam zostało, zanim Skane zacznie kolejną grę, której koniec zobaczą tylko nieliczni.

Przeszył mnie dreszcz.

Mój ojciec – Sívar – naradzał się z Obenem i starcem o imieniu Alff. Rozmawiali ściszonymi głosami. Cała reszta skupiła się w pobliżu, szeptała i wskazywała na tych trzech mężczyzn, których wymiana zdań była tak ożywiona, że przyciągała uwagę wszystkich. Podeszłam bliżej do ich grupki i stanęłam za ojcem. Pozostałym niezbyt się to spodobało, zerkali w moją stronę, ale ja stałam nieporuszona. Przecież nie było w tym nic złego.

– Minęło tyle czasu – powiedział Oben łamiącym się głosem. – Całe pokolenie się zestarzało, nie widząc zorzy.

– Tak, a morze jest słone i głębokie, tyle że mówienie takich rzeczy raczej nie podsuwa rozwiązania, prawda? – warknął Alff.

– Możemy dyskutować, dopóki morze nie zamarznie powiedział ojciec. – Ale ludzie czekają na słowa otuchy, dlatego musimy im je dać.

– Po co dodawać im otuchy, kiedy żadna otucha nie pomoże? – zaprotestował Oben. – Co komu po złudnej otusze?

– Jeśli uchroni nas przed chaosem i zamętem, to będzie warta zachodu aż do czasu, gdy wyciszymy strach na tyle, by wymyślić jakiś plan. Przemówić do mieszkańców wioski. Zorganizować ich.

– A niby jak ma wyglądać ta otucha? – zapytał Oben. Jakim kłamstwem ich nakarmisz? Powiesz im, że wszystko będzie dobrze? Poradzisz, żeby wrócili do łóżek i nie zaprzątali sobie głów setkami ludzi, którzy umarli w przeszłości? Żeby nie myśleli o tym, ilu z nas umrze w nadchodzących tygodniach? Gdzie w tym otucha, Sívarze? Wyjaśnij mi to.

Ojciec przez dłuższą chwilę wytrzymywał spojrzenie Obena z władczym i groźnym wyrazem twarzy.

– Gdzie jest nadzieja w powiedzeniu im, że nic nie można zrobić? Jeśli ludzie chcą przetrwać, co dobrego może im przynieść zniechęcenie i widmo pewnej śmierci? Wyjaśnij mi to, Obenie.

Oben skrzyżował ramiona na piersi i pokręcił głową, ale nic nie powiedział. Alff też nie miał nic do dodania.

Ojciec obrócił się, zobaczył, że stałam tuż za nim, ściągnął brwi, przez chwilę zbity z tropu, a potem zwrócił się do tłumu głosem pełnym siły, której najwyraźniej nikt inny nie czuł w sobie. Dzieci trzymały się mocno rąk matek i ojców, a w oczach wszystkich widać było przytłaczający ich ciężar, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Można było pomyśleć, że jakieś brzemię spadło z nieba i przycisnęło do ziemi zgromadzonych mieszkańców wioski, zbyt ciężkie, by dało się je odepchnąć. Tak właśnie działa strach, łamie siłę charakteru, odporność, aż zostaje z człowieka niewiele więcej poza kruchym kokonem, który wiatr z łatwością porwie ze sobą. Przytłaczający lęk, który sparaliżował mnie, kiedy pierwszy raz zobaczyłam zorzę, w jakiś sposób wyparował, a w następnych minutach poczułam przypływ nowych sił, co przypominało przebudzenie po dobrze przespanej nocy. Nie to, że się nie bałam – daleko mi było do tego – ale moje myśli stały się klarowne, a umysł spokojniejszy, kiedy determinacja zmieszała się we mnie z obezwładniającą akceptacją stanu rzeczy. Nie zamierzałam pozwolić, by mój strach się pogłębiał, niezależnie od tego, jak makabryczne wydarzenia pojawią się niebawem na horyzoncie.

Usiłowałam sprawiać wrażenie wyższej, wyprostowałam plecy i oddychałam głęboko.

Stara kobieta o imieniu Unna, która rzadko wychodziła z chaty i poruszała się wsparta na rzeźbionej lasce z rączką w kształcie głowy ptaka, ostrożnie przepchała się przez tłum wieśniaków. Odsunęłam się, żeby zrobić jej dojście do grupy mężczyzn stojących za mną, którzy umilkli na jej widok.

Unna zatrzymała się, żeby złapać oddech. Kosmyki włosów, które wysunęły się jej z warkoczy, powiewały na wietrze.

– Nawet jeśli któryś z was był już na świecie ostatnim razem – odezwała się drżącym głosem – był za młody, żeby cokolwiek pamiętać. Ale ja pamiętam wszystko, każdy dzień. Pamiętam, jak przyglądałam się własnym dzieciom, jakby były obcymi ludźmi, i czekałam, kiedy pot zacznie im się zbierać na brwiach, kiedy zaczną odkasływać krwią. – Wiele par oczu skierowało się na dzieci stojące między nami. Ja też na nie spojrzałam, nie mogłam się powstrzymać. – Pamiętam sąsiada, który zabił własną żonę nożem myśliwskim, kiedy zaczęła wykazywać symptomy zarazy, wywlókł potem z domu jej ciało i spalił, ale sam umarł cztery dni później. I pamiętam wędrowców z Isåvik, którzy uciekli ze swojej wsi, szukając schronienia u nas – do chwili, gdy jeden z nich zwymiotował krwią na dziecko człowieka, który ich przyjął pod swój dach. Choroba rozprzestrzeniła się z tamtego miejsca niczym wygłodzony pożar. Nie macie pojęcia, co znaczy pamiętać. Przeżywam wszystko od nowa każdego dnia. Popukała się palcem w skroń. – Nie zmuszajcie mnie, bym znowu przez to przechodziła.

Jakiś mężczyzna zakasłał, poza tym tłum milczał, a ludzie stojący w jego pobliżu odsunęli się, zostawiając wokół niego puste miejsce.

– Współczuje ci, Unno – odezwał się ojciec, delikatnie dotykając jej ramienia. – Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jaki to dla ciebie ciężar.

– Dostatecznie szybko będziesz mógł się przekonać oświadczyła Unna stanowczo. – Pomiędzy zorzą i pierwszymi oznakami zarazy panuje strach, leją się łzy, ludzie planują jakby bez końca. Ale tak naprawdę czasu jest niewiele.

– Wiemy – odparł Alff, mało subtelnie przewracając oczami.

– Wracam do chaty – dodała Unna, zaciskając dłoń na lasce, gotowa do odejścia. – I zrobię to, co zrobiłam ostatnim razem: zostanę w środku. Żaden wędrowiec z innych wiosek nie zobaczy mnie chorej. Bo go nie wpuszczę do środka.

Odeszła powoli.

Po długim milczeniu, ciężkim od niepewności, zebranie wznowiono. Ich słowa – o zachowywaniu czujności i koniecznej dyskusji o środkach, które trzeba będzie przedsięwziąć, żeby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo – cichły w moich uszach. Błądziłam myślami, omiatając wzrokiem tłum, i zastanawiałam się, ilu z nas przeżyje w nadchodzących tygodniach…

Nagle napotkałam czyjś wzrok.

Nie odwróciłam spojrzenia.

Eri.

Nawet gdybym miała zobaczyć go, dopiero gdy minie wieczność, to i tak byłoby zbyt rychło. Był doskonałym myśliwym i synem wioskowej wdowy Svanhildy, której mąż umarł poprzedniej zimy razem z… innymi. Nie można było powiedzieć o Erim złego słowa: dbał o matkę i jej złamane serce, kiedy tylko nie włóczył się po lasach, a jego wiedza o pogodzie i lesie zaskarbiła mu spory szacunek całej wsi. Rok czy dwa lata temu odnalazł nawet zagubione dziecko, które zabłądziło między drzewami, kiedy zbliżała się śnieżyca. Przyprowadził zapłakaną dziewczynkę z powrotem prosto w ramiona jej rodziców, co spotkało się z ogromnym uznaniem mieszkańców wioski. Ale on i Sølvi byli jak bracia, zawsze razem, zawsze blisko siebie. Gdy myślało się o jednym z nich, natychmiast przychodził na myśl drugi. I było tak, od kiedy się poznali jako dzieci. Po odejściu Sølviego patrzenie na Eriego przekraczało moje siły, wywoływało potoki łez, które wylewałam za domem albo w kryjówce pod kocem. Nie umiałam poradzić sobie z bólem, dlatego unikałam go przez całe miesiące.

A potem w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Miałam poczucie, że on zabrał nam szczęście i nie udało się nam tego naprawić. Byłam przekonana, że nigdy mu tego nie wybaczę.

Początkowo dziwnie się czułam w sytuacji, kiedy osoba widywana wcześniej tak często znikła z mojego pola widzenia, ale wraz z upływem czasu jakoś do tego przywykłam. I w rok po odejściu Sølviego byłam już zupełnie oswojona z samotnością. Czyżby przyjemność sprawiało mi jedynie towarzystwo własnych myśli? Przekonałam się, że do kontaktów z ludźmi potrzebny jest pewien rodzaj energii, a bardzo często byłam tak wyczerpana, że zwykłe pozdrowienie przekraczało moje możliwości.

Ale teraz Eri stał i wpatrywał się we mnie. Ramiona skrzyżował na piersi, miał zdjęty kaptur, wiatr bawił się jego jasnymi włosami. Wydoroślał przez ten rok, od kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, stał się mężczyzną, z trudem go rozpoznawałam. Zagryzł górną wargę – to był nawyk, który kiedyś przypisywałam jego nerwowości. Gdy serce pękło mi z bólu po śmierci Sølviego i codziennie przeżywałam od nowa każdy dzień naszego związku, w jakiś sposób zapomniałam o Erim. Niemniej coś kazało mi się teraz zastanowić, czy nie podejść do niego. I zapytać, jak sobie radził od chwili śmierci najlepszego przyjaciela. Zapomniałam, że on również stracił w poprzednim roku kogoś bliskiego. Nie ja jedna przeżywałam dojmujący ból, jakby ktoś sięgnął w głąb mojego ciała i wyrwał mi serce. Śmierć potrafi zamazać obraz świata, przesłonić rzeczy oczywiste.

Powiew wiatru wcisnął mi kosmyki włosów do oczu, a zanim je odsunęłam, Eri odwrócił wzrok.

Czułam, jak ulatuje ze mnie każda cząstka ciepła, gdy patrzyłam na kobietę o imieniu Ragna, przeciskającą się przez tłum. Jej surowe rysy twarzy odrobinę łagodziła burza włosów, które opadały jej aż na piersi. Stanęła, wysoka, wyższa ode mnie o co najmniej kilka centymetrów, naprzeciwko trzech mężczyzn. Brodę trzymała wysoko uniesioną. Robiła wrażenie nieprzystępnej, zresztą jak zawsze. Może dlatego wszyscy od dawna jej unikali.

Ja miałam inny powód, żeby schodzić jej z drogi.

Cztery lata wcześniej jej syn Orri był sześciolatkiem. Uroczy, cichy chłopczyk, ale odludek, który praktycznie nie wychodził z wioski. Przyjęłam, że postępował zgodnie z poleceniami matki – zawsze podejrzliwej i pełnej bojaźni. Miałam czternaście lat i do moich zadań należało zbieranie drewna na opał razem z innymi mieszkańcami wsi, w tym z Ragną. Oddaliłam się od ścieżki i samotnie zbierałam do koszyka kawałki kory, kiedy usłyszałam długie, smętne wycie dochodzące z północy. Było za daleko, żeby wszczynać alarm, a ja znajdowałam się blisko wioski i szybko mogłam znaleźć w niej schronienie, ale wywołało we mnie uczucie dojmującej tęsknoty. Chciałam je gonić, zawodzić razem z nim, uciec w dalekie góry i nigdy nie wracać.

Powodowana kaprysem, położyłam dłonie po obu stronach ust i zawyłam w odpowiedzi. Miałam pewność, że dla wilka to było bez znaczenia, ale w tamtej chwili poczułam się rozkosznie dzika i wolna.

Podniosłam koszyk z ziemi. Obróciłam się. Spostrzegłam, że Ragna obserwowała mnie spomiędzy drzew z wyrazem nieufności aż gorejącym w jej oczach. Wiedziałam, że wszystkim o tym opowie i szepty na mój temat jeszcze się wzmogą, choć przecież nie zrobiłam nikomu żadnej krzywdy.

Tamtego dnia późnym wieczorem znaleziono krwawe ślady prowadzące z wioski do lasu i ustalono, że Orri został porwany przez wilka. Nigdy go nie odnaleźliśmy, a Ragna, która przez wiele dni zanosiła się płaczem i histeryzowała, niemal przy każdym oddechu wskazywała mnie palcem. Inni jej współczuli, żałowali jej, ale podejrzenia wobec mnie nie były wystarczająco przekonujące, by uwierzyli, że przyzwałam wilka, żeby zabił jej dziecko. W końcu pamięć o tym wydarzeniu zblakła i jedynie od czasu do czasu ktoś wspominał o nim szeptem, ale nigdy w jej obecności.

– Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tak słabi wobec czerwonych lós – powiedziała tak donośnie, żeby wszyscy usłyszeli, a głos miała mocny, mówiła takim tonem, jakby nas beształa, choć nikt na to nie zasłużył. – Kiedy drapieżniki wyruszają na łowy, słabe jednostki stają się ich pierwszymi ofiarami. – Umiała mówić w taki sposób, że przyciągać uwagę wszystkich.

Stojąc niedaleko, widziałam, jak mama oddychała głęboko. Alff odchrząknął:

– Masz jakieś propozycje?

Ragna rozejrzała się wokół, jej oczy zdawały się śmiać, gdy uświadomiła sobie, że wszyscy czekali, by mówiła dalej. Nie, nie uśmiechały się. To był szyderczy uśmieszek. Sekundę później jej rysy ponownie stężały.

– Sívar zdążył już wspomnieć o konieczności przedsięwzięcia jakichś kroków, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo. Odetniemy wieś od świata – rzekła, a jej głos miał siłę morskich fal w czasie zimowego sztormu. – Nikomu nie będzie wolno z niej wyjść ani do niej wejść, no może z wyjątkiem myśliwych, a i to rzadko. Żadnego handlu z innymi wsiami, żadnego łażenia do lasu. – Obrzuciła mnie spojrzeniem, które wywołało u mnie gęsią skórkę. – Żadnego przyjmowania wędrowców. Wszyscy słyszeliśmy opowieść Unny o gościu z Isåvik. To się n i g d y w i ę c e j nie powtórzy. Będziemy na zamianę pełnili warty na obrzeżach wioski. Zadbamy o to, żeby żadna zarażona osoba do niej nie weszła ani żadna z niej nie wyszła.

Powiał wiatr. Ktoś z tłumu zakasłał. Ale przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał.

– Ragno... – zaczął ojciec, a ton jego głosu zdradzał, że był wstrząśnięty do głębi. Potrzebował chwili, żeby dobrać słowa, bo w naszej wsi nie było miejsca na bezwzględne pomysły Ragny. – Dlaczego mielibyśmy to robić? I kto by nas posłuchał?

W jej oczach ponownie pojawił się błysk szyderczego uśmieszku. Poczułam złość narastającą we mnie niczym oddech smoka.

– Strach – odparła i miała rację. Co do tego nie było wątpliwości. – Ludzie zrobią wszystko, kiedy się boją, jeśli będą myśleli, że to uratuje im życie. – Zbliżyła się do tłumu i mówiła, jakby stał zbyt daleko od niej, by ją usłyszeć. – Załóżmy, że poddamy to pod głosowanie. Wynik znasz równie dobrze jak ja.

Zapadła cisza przerywana jedynie odległym pokrzykiwaniem kruka.

Ragna poruszyła czułą strunę. Napięcie było ogromne.

To moja matka była tą, która przerwała milczenie. Wystąpiła naprzód, nie odrywając wzroku od Ragny.

– Myślę, że niekoniecznie – powiedziała i szła, aż znalazła się mniej więcej pół metra od niej. Potrafiła mówić najuprzejmiejszym tonem, kiedy była najbardziej wytrącona z równowagi. – Choroba nadejdzie niezależnie od tego, czy będziemy pilnować granic naszej wsi. Nie wiesz, skąd zaraza przychodzi ani jak się dostaje do naszych ciał. Może być w następnym łyku wody, który połkniesz, następnym hauście świeżego powietrza, które wciągniesz. I nie mówię tego, żeby budzić przerażanie – tak brzmi prawda, i to wszystko. Jacy byliby z nas ludzie, gdybyśmy się odcięli od reszty świata i odmówili widywania się czy rozmawiania z tymi, którzy z nami sąsiadują?

– Tacy, którzy przeżyli – odpowiedziała Ragna. Wyprostowała plecy i wydawała się wyższa niż zwykle. Spojrzenie miała lodowate. – Po kilku tygodniach albo miesiącach możemy okazać się jedyną osadą, która nie poniosła żadnych ofiar. Jak możesz pozbawiać tych ludzi szansy na przeżycie? – Wskazała na stojące najbliżej dziecko, co było tanim chwytem mającym zaskarbić jej zwolenników. – Jak możesz się upierać przy zapraszaniu śmierci do naszych domostw?

– Jak możesz się upierać przy zostawieniu innych bez pomocy w obliczu śmierci? – zapytała matka przejmującym głosem. – W innych wioskach są dzieci takie jak to. Dzieci, które wkrótce mogą już nie mieć matek i ojców.

– Nie są nasze – rzuciła krótko Ragna. – Najpierw musimy się zatroszczyć o własne, podobnie jak inni muszą zadbać o swój przychówek. Każdy powinien dźwigać własny ciężar na tym okrutnym świecie. Wiesz to równie dobrze jak ja.

– Nie, nie wiem – wydyszała matka. – W tej chwili wiem jedynie, że ty nie masz pojęcia o miłości.

Coś zmieniło na chwilę rysy twarzy Ragny, emocje, których nie umiałam zidentyfikować, ale to przywiodło mi na myśl jej synka porwanego przez wilki. Na pewno go kochała, bo inaczej nie winiłaby mnie tak okrutnie o jego śmierć mimo to kobieta, która stała tutaj z kamienną twarzą, nie miała w sobie nic, co świadczyłoby o miłości i współczuciu. Lud Skane już dawno obrał sobie różne cele. „Żyjemy dla wolności” – mówili jedni. „Dla odwagi” – twierdzili inni. Ale jeśli nie żyliśmy dla miłości, żyliśmy na próżno.

– Zgadzam się z matką – odezwałam się, nadając głosowi stalową moc. – Odcinanie się od innych to egoizm i tchórzostwo. – Ostatnie słowo zaakcentowałam mocniej i wypowiedziałam bezpośrednio do niej. Jej kamienna twarz nawet nie drgnęła, ale popatrzyła na mnie tak nieprzyjaźnie, że niemal odwróciłam wzrok.

Niemal.

Ojciec skinął głową, podobnie jak Alff, niemniej Oben zachował milczenie i tylko przenosił spojrzenie z jednej osoby na drugą. Ojciec zwrócił się więc do niego:

– A co ty na to powiesz, Obenie?

Zapytany przez długą chwilę mierzył Ragnę wzrokiem. Najwyraźniej odbyła się między nimi rozmowa bez słów.

– Słyszałem o gorszych pomysłach w końcu – odpowiedział

Ojciec wydał z siebie pomruk niezadowolenia. Przetarł oczy obiema rękami.

– Nie bądź głupcem, Obenie – ofuknął go sfrustrowany. Widziałam wyraźnie, jak strach i niepewność budzą w ludziach instynkt samozachowawczy i wprawiają ich w rozgorączkowanie. Jedni mówili, że instynkt pomógł nam kiedyś przetrwać, inni dowodzili, że pomogło poczucie wspólnoty, więź skupiająca nas na celu i chęć nie tylko zachowania życia, lecz także doprowadzenia społeczności do rozkwitu. Zawsze uważałam, że chodziło i o jedno, i o drugie. Nie było nic złego w ochronie własnego życia, ale nie czyimś kosztem. N i g d y kosztem innych.

– Zastanów się nad tym choć przez chwilę, Sívarze. Wszyscy musicie dostrzec w tym sens. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że zaraza nie będzie pochodziła z naszej wioski. Zostanie tu zawleczona przez coś lub kogoś, a my możemy temu zapobiec. Odgrodzić się, zanim do nas dotrze. Jeśli takie odizolowanie się może zapewnić nam bezpieczeństwo, oszczędzić nam plucia krwią, aż nasze ciała staną się zimne, dlaczego chcesz nam tego odmówić? – Oben pokręcił głową. – Ojciec opowiadał mi o tym, jak to wyglądało zaledwie na rok czy dwa przed moimi narodzinami. Jak patrzył na własną siostrę zżeraną przez zarazę o d ś r o d k a, aż krew odpłynęła z jej twarzy. Nie mogła już mówić ani płakać, a on widział jej powolną śmierć. Oczy miała szeroko otwarte i pełne lęku jeszcze długo po zgonie. Nigdy tego nie zapomniał. Ragna mówi prawdę, choćby nie wiem jak trudno było się z tym pogodzić.

Oczy Ragny niemal rozbłysły przy tych słowach wsparcia, posłała mojemu ojcu wyzywające spojrzenie. Napięcie w powietrzu było jak gęsta i nieproszona mgła.

– Wydaje ci się, że nikt przed nami nie myślał podobnie? zapytał ojciec. – Wydaje ci się, że wreszcie rozwiązałaś problem zarazy, która nęka nas od pokoleń? A może po prostu jesteś śmiertelnie wystraszona, jak dziecko, które wysłuchało przed snem opowieści o upiorach? Odcinanie się od świata nie jest rozwiązaniem. Bardziej przypomina położenie palca na ranie w nadziei, że krew przestanie płynąć. Weź się w karby.

Zapanowała kolejna chwila ponurego milczenia, którą przerwał Alff.

– Przenieśmy tę dyskusję do chaty – zaproponował. Później przekażemy wiosce solidne argumenty.

Dało się słyszeć kilka słów protestu, ale dzieci zaczęły się wiercić, a na twarzach zebranych pojawił się strach wynikający z bliskiej obecności innych, jakby zaraza wypełzła z ziemi i już się o nich upomniała. Kiedy ruszyłam za ojcem i innymi do chaty Obena, Ragna złapała mnie za ramię. Wyrwałam się z jej uścisku i obróciłam twarzą do niej.

– Żadnych dzieci – powiedziała stanowczo, minęła mnie i weszła do środka.

– Ona ma osiemnaście… – zaczęła matka, ale Ragna przerwała jej.

– Żadnych dzieci – powtórzyła.

Poczułam ogień w żyłach, ale udało mi się go zgasić. Dzieci płaczą, kiedy nie dostają tego, czego chcą, a ja nie byłam już dzieckiem. Dlatego stawiłam jej czoło i sprowokowałam jedyną rzeczą, o której wiedziałam, że wyprowadzi ją z równowagi: posłałam jej szyderczy uśmieszek, taki sam, jakim wcześniej raczyła innych, jakbym wiedziała coś, o czym ona nie miała pojęcia.

Kwaśna mina, która wykrzywiła jej rysy, niemal wywołała u mnie szczery uśmiech, gdy się odwracałam.

Mrok gęstniał, w miarę jak oddalałam się od wsi. W następstwie zebrania mieszkańców wioski i spotkania z Erim patrzenia na niego – ogarnęła mnie przemożna chęć znalezienia się gdzieś daleko, i to ona pchnęła mnie w stronę lasu. Zostałam odprawiona niczym potulne dziecko, któremu zabroniono rozmów z dorosłymi. Krew się we mnie gotowała, i choć starałam się panować nad własnym wzburzeniem, obraz Ragny wykluczającej mnie ze spotkania nie chciał mnie opuścić.

Wspinałam się teraz stromą ścieżką coraz wyżej, aż na szczyt znanego mi klifu, zbyt oddalonego od wioski, żebym była tam bezpieczna. Gdyby matka i ojciec dowiedzieli się o tym, najpewniej na zawsze zamknęliby mnie w domu.

„Ciesz się wolnością, póki trwa” – pomyślałam z goryczą. Jeśli pomysł Ragny i Obena zostanie wprowadzony w życie, niewykluczone, że zostanę uziemiona we wsi na długie tygodnie. Poza tym, jeśli chodziło o Ragnę, wiedziałam jedno na ogół dopinała swego.

Ale nie tylko ja wypuściłam się do lasu. Między drzewami spostrzegłam inną dziewczynę przedzierającą się przez gałęzie i skały, usłyszałam cichą melodię, którą nuciła pod nosem. Enja. Przełknęłam ślinę, kiedy zobaczyłam jej twarz, jej tak dobrze znane mi rysy, których widok sprawił, że ścisnęło mi się serce. Była siostrą Sølviego, młodszą o niecałe dwa lata. Dawniej byłyśmy sobie bardzo bliskie, bo wiele czasu spędzałam z jej bratem… Ale podobnie jak w przypadku innych moich przyjaźni i ta legła w gruzach poprzedniego roku. Zajęta własnym cierpieniem, nie pomyślałam nigdy, że może potrzebowała przyjaznej duszy po śmierci brata, przez co później czułam się egoistką i wstydziłam tego tak bardzo, że unikałam jej na wszelkie możliwe sposoby. Jak można przejmować się cudzym bólem, kiedy człowiek z trudem znosi własny? Chciałam odizolować się od wszystkich, być sama z moimi ranami, żeby zaczęły się goić, zanim zacznę pomagać innym. I bez wątpienia ona była w takim samym stanie. Kulka białego futra podążała przy jej stopach, a ja przypomniałam sobie czas nie tak znowu odległy.

Sølvi i Eri tropili dużego zająca – polowanie nigdy nie ekscytowało Sølviego, ale Eri zaofiarował się, że wprowadzi go w arkana tej sztuki – nieświadomi, że ja i Enja podążamy ich śladem. Nie robiłyśmy tego celowo. W każdym razie nie od początku. Miałyśmy zbierać chrust i zawędrowałyśmy razem w głąb lasu, gdzie naszą uwagę zwróciły ich głosy wśród drzew. Dobrze znałam Eriego. Wiedziałam, że zmysły miał wyczulone i całym sobą jednoczył się z lasem w chwili, gdy do niego wszedł, dlatego pilnowałam, żebyśmy szły pod wiatr i z dala od jego pola widzenia. Niemniej widać było gołym okiem, że są zbyt pochłonięci polowaniem, by zauważyć dwie śledzące ich dziewczyny. Rozmawiali ściszonymi głosami i poruszali się ostrożnie, powoli, żeby nie spłoszyć zdobyczy.

– Biedny Sølvi – wyszeptała Enja z uśmiechem. – Jestem pewna, że wolałby wędrować sam nago po nocy. Żaden z niego myśliwy. – To była prawda. Kiedy nie pisał ze mną na ścianie jaskini albo nie zaganiał owiec do zagrody, całe dni spędzał na rzeźbieniu, które było jego pasją. Wystrugiwał smukłe strzały, rękojeści do noży, łyżki i inne przyrządy kuchenne dla mieszkańców wioski. Kilka miesięcy wcześniej wygrawerował runy zapewniające miłość – a może jednak chodziło o rodzinę, trudno było powiedzieć – na gładkim kawałku drewna i powiesił je na sznurku. Noszę go na szyi od tamtej pory.

Jego górna warga była większa od dolnej, co czasami – jak w tej chwili – sprawiało, że wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać, a gdy się uśmiechał, jego twarz promieniała tak, że sam jej widok wskrzesiłby umarłego.

– Pójdziemy za nimi? – zapytałam szeptem, w pełni świadoma, jak bardzo sama byłabym poirytowana, gdyby ktoś chodził za mną. – Możemy też odejść stąd teraz, i nawet nie będą wiedzieli, że tu byłyśmy.

Enja uniosła dłoń.

– Nie, nie. Chcę mieć pewność, że braciszkowi się udało. Już najwyższa pora, żeby ktoś zdetronizował Eriego.

Brzmiało to niczym żart, ale jak w przypadku wielu żartów i ten miał w sobie ziarno prawdy. Imię Eriego często pojawiało się na ustach mieszkańców wioski, którzy chwalili jego umiejętności i dzielne serce. „Serce wojownika” – powiedział mój ojciec, a ja nigdy nie rozumiałam, dlaczego ta cecha była tak pożądana.

Ruszyłyśmy więc za nimi i mniej więcej dziesięć minut później obaj chłopcy zamarli w bezruchu, wpatrując się w coś między drzewami. Potem Sølvi uniósł łuk i wypuścił strzałę.

– Nie – odezwał się Eri, ale było za późno.

Coś blisko nas zaskomlało, a ja i Enja, powodowane instynktem, wybiegłyśmy z kryjówki.

Głowy obu chłopaków obróciły się natychmiast w naszym kierunku. Na twarzy Eriego widać było irytację i zmieszanie, a Sølvi był przerażony. Nie trafił w zająca. Zabił lisa.

– Zobaczyłem białe futro… – zaczął Sølvi, ale nie dokończył i tylko pokręcił głową.

– Trafiłeś idealnie i możemy mieć z tego pożytek – zauważył Eri z westchnieniem. – Ale nie na to polowaliśmy. – Popatrzył na mnie. – A skąd wyście się tu wzięły?

– Miałyśmy zbierać drewno na podpałkę i zaczęłyśmy iść za wami. – Chciałam zachować to w tajemnicy, ale niezadowolenie wyraźnie widoczne na jego twarzy sprawiło, że szybko zrezygnowałam z tego pomysłu.

– I żadna z was nie pomyślała, jak niebezpieczne jest skradanie się za myśliwymi, którzy mają łuki?

Wzruszyłam ramionami.

– Trzymałyśmy się za drzewami.

Enja najwyraźniej zauważyła coś na ziemi, bo przyklękła. Podeszłam do niej i zobaczyłam niewielki biały pyszczek wyzierający z norki w ziemi, prawie całkowicie zasłoniętej liśćmi.

– Była matką – powiedziała Enja.

– Och, szlag by to trafił – zaklął Sølvi pod nosem na widok stworzonka. Wcisnął swój łuk w dłonie Eriego, który wziął go zupełnie zaskoczony.

– Pamiętasz, że robisz strzały, którymi poluję? – zapytał Eri, przewieszając sobie dodatkowy łuk przez plecy. – To, że nie ty nimi strzelasz, nie uwalnia cię od odpowiedzialności.

– To mogę zmienić – odparował Sølvi. – Przyszedłem tutaj, żeby się nauczyć tropienia zajęcy, a nie zabijać matkę.

– Witaj na Skane – powiedział Eri. – Ludzie tacy jak ty idą pierwsi do odstrzału.

Kiedy obróciłam się w stronę Enji, tuliła już w rękach małego liska. Zwierzątko usiłowało się uwolnić, piszczało ze strachu, zupełnie zdezorientowane, ale ona mocno je trzymała.

– Biorę go do domu – oświadczyła, patrząc bratu prosto w oczy.

– Świetnie – odpowiedział.

Słowa Eriego wypowiedziane do Sølviego prześladowały mnie później, już po tym, kiedy ta przeklęta wyspa upomniała się o niego, ale wtedy niewiele sobie z nich robiłam.

Enja niosła koszyk w jednym ręku, bo zapewne wyszła zbierać jagody albo szczapy na podpałkę. Jej wierny lis podążał za nią krok w krok. Powinnam z nią porozmawiać, dowiedzieć się, jak sobie radziła. Odwróciłam się jednak. Tysiące wymówek kołatało mi się po głowie i zderzało ze sobą. Nie musiałam się decydować na jedną z nich, żeby uniknąć tej rozmowy. Postępowałam tak od roku. Jeden dzień więcej nie wyrządzał większej szkody.

Gdybym umiała być ze sobą szczera, przyznałabym, że nie byłam jeszcze gotowa, by ze złamanym sercem pomagać komuś, kto też cierpiał. Nie odnalazłam jeszcze wszystkich kawałków samej siebie, by poskładać je w całość, stać się kimś, na kim mogłaby się oprzeć, i nie byłam pewna, czy kiedykolwiek stanę się znowu taką osobą.

Poślizgnęłam się na oblodzonej skale, ale odzyskałam równowagę, rozkładając ramiona na boki. Wspinałam się coraz wyżej na zbocze i teraz od kamienistego gruntu u podnóża wzniesienia dzieliła mnie spora odległość. Upadku stąd mogłabym nie przeżyć.

Zatknęłam włosy pod futrzaną opaskę założoną na uszy, które mimo wszystko marzły. Mój oddech przypominał dym wylatujący z komina, ale słońce poniżej chmur dawało wystarczająco dużo ciepła, by ręce i nogi mi nie grabiały. Miałam na sobie tyle warstw ubrania, że mróz musiałby się nieźle natrudzić, żeby się dobrać do mojego ciała.

Na szczycie klifu odetchnęłam głęboko i usadowiłam się na tyle blisko krawędzi, żeby mieć stamtąd dobry widok, ale na tyle daleko, żeby nie kusić losu. Skały, strome urwiska i jodły ciągnęły się kilometrami aż do miejsca, gdzie pokryty lasem horyzont stykał się z szarym niebem. W dole, po mojej prawej stronie cienkie smużki dymów unosiły się znad dachów wioski. Wiedziałam, że ten widok powinien napawać mnie otuchą – przywodzić na myśl dom, ciepło, bliskie mi otoczenie – ale prawdziwe emocje towarzyszyły mi tutaj, w dzikich ostępach, a nie w zamknięciu czterech ścian.

Niedaleko po mojej lewej stronie kłębiły się fale, kipiało morze. Niezbyt często wędrowałam na wybrzeże, bo wystarczały mi przyjemności, które zapewniały jaskinie i lasy tej ziemi. Co więcej, matka i ojciec zabronili mi chodzenia na brzeg morza, kiedy byłam mała, i choć na ogół sprawiało mi przyjemność wyprawianie się w miejsca zakazane, temu poleceniu zawsze byłam posłuszna. Rzadko kiedy bałam się rzeczy znajdujących się poza wioską, ale wzburzone morze mnie przerażało.

Powieść Gdzie noc skrzy się lodem możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:

 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Gdzie noc skrzy się lodem
0
Okładka książki - Gdzie noc skrzy się lodem

Śnieg, mnóstwo lodu, mitologiczne wierzenia, magia i zbliżające się olbrzymie niebezpieczeństwo mrożące krew w żyłach. Krwawoczerwone niebo pojawiło...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Okna z widokiem na Weronę
Hanna Kowalewska
Okna z widokiem na Weronę
Niedzielna dziewczyna
Pip Drysdale
Niedzielna dziewczyna
Ktosiek 2.0
Beata Piliszek-Słowińska
Ktosiek 2.0
Zawsze i na zawsze
Jenny Han
Zawsze i na zawsze
Brytyjska monarchia od kuchni
Adrian Tinniswood
Brytyjska monarchia od kuchni
Grypa. Sto lat walki
Jeremy Brown
Grypa. Sto lat walki
Relikwiarz
Elżbieta Bielawska
Relikwiarz
iBoy
Kevin Brooks
iBoy
Pokaż wszystkie recenzje