Mama się wścieknie. Fragment książki „Orangeboy"

Data: 2019-10-03 10:01:39 Autor: Sławomir Krempa

Szesnastoletniego Marlona od niedawna samotnie wychowuje owdowiała matka. Obiecał jej, że będzie dobrym człowiekiem. Nie tak, jak jego starszy brat Andre, który jest liderem gangu.

Nie jest to trudne, kiedy spędza się czas samemu ze sobą, słuchając albumów Earth, Wind i Fire swojego zmarłego ojca i oglądając filmy sci-fi. Ale wszystko się zmienia, kiedy pierwsza randka Marlona z przepiękną Sonią kończy się tragicznie. Ktoś zaczyna ścigać Marlona, a ten nie ma pojęcia, dlaczego. Chłopak ma bardzo mały wybór – jego ojciec nie żyje, a brat jest totalnie bezradny. By poznać prawdę i chronić bliskich, musi wybrać ścieżkę broni i narkotyków. Nadszedł czas walki o przetrwanie.

Książka Patrice Lawrence to opowieść o podziałach: klasowych, rasowych, kulturowych, ekonomicznych. O tym, jak silne jest pragnienie dominacji, rządzenia kimś, poczucia, że wzbudza się strach czy „respekt” w dzielnicy. To jednak także opowieść o próbach przeciwstawiania się złu. Złu, które przyciąga, kusi i oferuje wielkie nagrody, okupione równie wielkim cierpieniem. Orangeboy to książka, która skłania do refleksji, to świetna powieść zarówno dla rodziców, jak i nastolatków, po której warto porozmawiać, podejmuje ona bowiem tematy tylko z pozoru odległe.

- recenzja książki Orangeboy

Do lektury powieści Patrice Lawrence Orangeboy. Masz u nas dług zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. Dziś w naszym serwisie prezentujemy jej premierowe fragmenty: 

Josephine – za miłość, taśmę samoprzylepną i ogromny wybór herbaty.

Oraz rodzinie, tej brytyjskiej, trynidadzkiej i jamajskiej, która wypełnia moją głowę gąszczem pomysłów. 

STARY, wzroku nie potrafiłem od niej oderwać. Widziałem ją, nawet gdy przymykałem powieki. Miała gęste blond włosy, jeden kosmyk spływał za uchem do ramion. Rzęsy umalowała czarnym tuszem, a oczy podkreśliła zieloną kredką. Usta lśniły, wydawały się lepkie.

Sonia Wilson siedziała tuż obok, a mnie szumiało od tego w głowie.

Wokół nas wirowały karuzele wesołego miasteczka. Przyszły wszystkie rodziny z Hackney, miało się wrażenie, że teren skolonizował szczep wrzeszczących i wyjących ośmiolatków. Kolejka do samochodzików ciągnęła się poza barierkami, a jej ogon wystawał na trawę. Nogi zwisały z platformy wieży mocy, która gwałtownie spuszczała ludzi hen do Australii, po czym podrzucała z powrotem w górę. Karuzela ośmiornica najpierw kierowała w naszą stronę pasażerów wrzeszczących w wagonikach, a potem gwałtownie cofała.

Cały ten zgiełk konkurował z muzyką, której gatunki również stanowiły konkurencję dla siebie. Leciał ten sam co zwykle marny remiks. Beatlesi podani w sosie Franka Sinatry i doprawieni Michaelem Jacksonem. Ale spod całej tej kakofonii dobiegał basowy bit: stuk-puk, stuk--puk – dźwięk bicia mojego serca.

A gdybym tak wyciągnął rękę i dotknął piersi Soni, żeby sprawdzić, czy jej serce też tak wali? Cholera, rąbnęłaby mnie i wyleciałbym z Hackney na Hawaje! Roześmiałem się.

Rozejrzała się.

– Co cię tak bawi?

– Właściwie nic. Uśmiechnęła się.

– Ha, właśnie tak to działa.

Zapłaciła za hot dogi i podała mi jednego. Wycisnęła musztardę i keczup, kreśląc literę „s” na mojej parówce oraz dwie proste linie na swojej. Mogłem jej powiedzieć, że nie cierpię musztardy, ale przecież „s” to pierwsza litera słowa „Sonia”. Czyli tak jakby symbolicznie oddała mi siebie. W moich komórkach mózgowych wystrzeliły bąbelki serotoniny. Właśnie tak działa ecstasy; łaskocze cię w mózg. Uśmiechałem się: do sprzedawcy hot dogów, do pracownika lunaparku, do wszystkich.

– Spróbuj – zachęciła Sonia.

Kiedy wziąłem gryza hot doga, lepka bułka przykleiła mi się do podniebienia.

– Smakuje ci?

– Mhm.

Zmusiłem się do przełknięcia. Czułem, jak gęsta bryłka musztardy przykleja mi się do dna żołądka, w którym zdążyły się już wymieszać bułka z parówką. Moje jelita szarpnęły, gotowe na wszelki wypadek się zewrzeć. Sonia nie przestawała mi się przyglądać, ugryzłem więc kolejny kęs i pokiwałem głową. Przewody w moim mózgu błyskały niczym dwukolorowe jarzeniówki.

– Lepiej najpierw się naszamać – wyjaśniła. – Kiedy pigułka zacznie działać, na nic nie będziesz miał ochoty. No może poza mną.

Poczułem, że się rumienię. Nie, nie mogła mieć tego na myśli. Te dziewczyny z południowego Londynu wyrażają się jakoś tak inaczej, ot co. Gdy chwyciła mnie za rękę, ja znowu wyszczerzyłem kły. Musiałem wyglądać jak Pac-Man. Zaplotłem palce wokół jej palców, niezbyt mocno, żeby nie poczuła, jak się spociły. To znowu przez te narkotyki…

Albo po prostu bliski kontakt z jej skórą.

Staliśmy obok siebie, ramię w ramię, patrząc na drugą stronę wesołego miasteczka. Czy ona też to zauważyła? Że świat nabrał złotawych odcieni i lśnił?

– Chyba zaczyna działać.

– Dałam ci tylko ćwiartkę, Marlon. Ale to twój pierwszy raz, a pierwszy raz jest zawsze najlepszy.

Ha.

Może trzeba było trzymać gębę na kłódkę. Trzeba było pozować na Yasira albo innego wyszczekanego chwalidupę. Jeśli wszystkie ich historie były prawdziwe, to przed ukończeniem szóstego roku życia spalili tyle trawki, ile ważyli.

Przejechałem językiem po podniebieniu.

– Może coś jeszcze powinienem wypić? Wywróciła oczami.

– Nic ci nie jest. Ćwiartka to tylko okruszek.

Wyglądało na to, że zmierzam ku smutnej kompromitacji, wziąłem więc głęboki, cichy oddech i objąłem jej ramiona, niezbyt mocno, jedynie delikatnie je muskając. Nie odsunęła się, ale jej ramię pozostało przy ciele.

– Racja – odpowiedziałem. – To dużo lepsze niż odrabianie lekcji.

– Jasne.

– Mama się wścieknie.

Sonia wydęła dolną wargę w smutnym grymasie.

– Planujesz jej powiedzieć?

– W życiu!

– To w czym problem?

Moja matka jest londyńską Pytią i widzi wszystko.

– W niczym. Patrz! – Stanęliśmy przy stoisku z cukierkami i słodyczami, z których można było zrobić mieszanki. W kieszeni zostały mi jeszcze dwie dychy. Chcesz?

– Nie. Obejdźmy ten jarmark, zanim zacznie się jazda. Lepiej, żeby nie kręciło się wokół ciebie za dużo ludzi, jak już pigułka siądzie ci na psychę.

Mrugnąłem. Świat znowu zmatowiał.

– Chyba nie będzie tak źle, co? Lekko westchnęła.

– Żartowałam! Brałam to setki razy i jestem zdrowa jak ryba.

Owszem, wyglądała zdrowo. A nawet lepiej, ale wyszedłbym na zupełnego oblecha, gdybym powiedział jej to wprost.

– Co chcesz robić później? – spytałem.

– Nie wiem. Jeszcze tutaj nie skończyliśmy.

Jej głos zabrzmiał pusto. Powinienem był przestać zachowywać się jak paranoik. Dziewczyny takie jak Sonia szybko to wychwytują.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem:

– No to luz. Zrobimy, co zechcesz.

Musiała wyłowić jednak w moim głosie nutę niepokoju. Wykręciła się spod mojego ramienia i odwróciła twarzą do mnie. Pod tym kątem wyglądała inaczej. Kiedy się uśmiechnęła, jej twarz zrobiła się duża i okrągła jak u małego dziecka. Ujęła moją dłoń i ścisnęła ją na wysokości palców. Oł yes! Teraz cała moja głowa zamieniła się w jedną wielką żarówkę. Pewnie dostrzeglibyście ją z księżyca, nie, nawet z większej odległości: z miejsca oddalonego o trzydzieści bilionów mil stąd. Myślę, że jakiś astronom z Alfa Centuri zastanawiał się w tym momencie, czym jest ten nowy jasny pyłek przebłyskujący przez Drogę Mleczną.

Jej mały palec zbliżył się do moich ust i pogłaskał ich kąciki. Znajdujący się w odległości trzydzieści bilionów mil teleskop eksplodował od fali upału.

– Keczup – powiedziała. – Naprawdę słabo to wyglądało. Wyplątała drugą rękę z mojej dłoni, wyjęła chusteczkę z małej torebki i otarła mi usta. Jeszcze chwilę po zabiegu miałem wrażenie, że jej palec wciąż dotyka mojej skóry.

– Nie ma sensu myśleć, co zrobimy, dopóki jesteśmy tutaj, nie? – spytała. – I nawet jeśli później nic nie zrobimy, jutro też jest dzień. Dzisiaj jest taka jakby, sama nie wiem, przystawka. Danie główne wjedzie na stół dopiero jutro.

Nasze palce ponownie się splotły jak biało-czarna pajęczyna. Moja mama przynajmniej nie wyskoczy z żartami, że chodzę z białą dziewczyną. Ale rodzina Soni nie będzie pewnie tak tolerancyjna. Muszę poczekać na dobry moment, żeby ją o to spytać. Na razie jest na to zbyt wcześnie. Spróbuję następnym razem albo później.

A Tish? Jak zareaguje, kiedy już się dowie? – powinna ucieszyć się z mojego szczęścia. Bylibyśmy siebie godni.

Objąłem wzrokiem tłum. Ciekawe, co by było, gdyby był tu wyszczekany Yasir albo supertępy Ronnie. Albo Amir lub Saul, bądź jeszcze inny z tej paczki mentalnych trepów. Wyobraziłem to sobie. Kozackim krokiem wychodzą z jakiejś fury, po czym dostrzegają mnie i Sonię. I aż otwierają gęby ze zdumienia. Wtedy ja puszczam dłoń Soni i obejmuję ją na wysokości talii, wszystko to robiąc w zwolnionym tempie. A później odchodzimy, zostawiając leszczy w osłupieniu.

Wiem, wiem – płytki jestem. Ale taka prawda – ta dziewczyna przyciągała spojrzenia, chociaż było w tym coś więcej. Chciałem ją rozbawić. Pragnąłem dotknąć jej ramienia. Chciałem pokazać jej, że zapiera mi dech, gdy na mnie spogląda.

– Beczka zaćmienia! – Pociągnęła mnie w stronę kolejnej atrakcji.

– Dopiero zjedliśmy hot dogi!

– No i co z tego? Chodź!

Powiedzieć „nie”? Nigdy w życiu. Muszę tylko przestać myśleć o panice, która wybuchnie, gdy już tam zwymiotuję.

Wręczyłem żółte żetony gościowi od karuzeli i przeszliśmy dalej. Sonia przywarła do ściany, a ja stanąłem tuż obok niej. Gdy beczka zaczęła wirować, nasze palce się spotkały.

– No to jazda! – pisnęła.

Wbiło mnie w metal jak muchę w łapkę, hot dog w żołądku zmiażdżył się do postaci papki. Podłoga uciekła nam spod nóg, a Sonia zamieniła się w niewyraźną plamę zbudowaną z krzyku i różowego swetra. Nasze palce uciekły od siebie, nie mogłem odwrócić głowy, żeby ją zobaczyć. Krzyczała ona czy dziewczyna naprzeciwko? A może ja sam? Krew buzowała w głowie, jakby zaraz miała z niej trysnąć. I jeszcze ta musztarda. Przełknąłem ślinę. Jeszcze jedno kółko i kolejne.

Beczka zwolniła, później się zatrzymała. Sonia ze śmiechem chwyciła mnie za rękaw.

– Wszystko dobrze, Marlon?

– Tak, super.

Staliśmy tak, patrząc na siebie, tylko przez sekundę. Znów chwyciliśmy się za ręce i odeszliśmy razem. Jej ramię dotykało mojego ramienia, jej włosy muskały moją twarz.

Ciekawe, jak wyglądałyby nasze dzieci?

Dzieci? Przecież jeszcze nawet jej nie pocałowałem! Gdybym ją wtedy pocałował, smakowałaby hot dogami i zabawą. Wystarczyło tylko przyciągnąć ją do siebie, położyć dłoń na plecach i lekko się pochylić.

Patrzyła na mnie.

– O czym myślisz, Marlon?

– O statkach kosmicznych.

Skąd, u diabła przyszło mi to do głowy? Na szczęście nie uciekła. Zachichotała.

– Czemu?

Pragnąłem zatrzeć złe wrażenie, ale moje usta postanowiły żyć własnym życiem.

– Wesołe miasteczko. Cały ten wizg przypomina start rakiety kosmicznej. Migające światełka są jak silnik w rozruchu, grawitacja, a…

Ruch moich ust zamarł tak szybko, tak szybko, jak się zaczął.

– Hmmm… okej – Zatrzymała się i puściła moją dłoń, ale nic więcej się nie działo. Teraz głaskała mnie po plecach. Po kręgosłupie. W samym środku. – Musieli nafaszerować te pastylki niezłym towarem.

Żołądek mi zapiszczał, ale starałem się nadać głosowi naturalne brzmienie.

– Czym dokładnie? Ponownie zachichotała.

– Magicznym pyłkiem.

Tylko czekałem, aż sobie pójdzie, a później od razu zadzwoni do kumpelek i opowie im o błaźnie, na którego wpadła w parku. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Jej dłoń przesuwała się w górę pleców, aż zaczęła miziać mi włosy na karku. Po moich mieszkach włosowych przeszedł prąd, a skóra wyprężyła się w kierunku jej palców jak głaskany kotek.

I powiedziała:

– No dalej, Marlon. Poopowiadaj mi trochę o tych statkach kosmicznych.

Tchnęła życie w moje usta.

– Wiem, to trochę nerdowate, ale mój tata był Star Trekowcem. Szalał na punkcie „Star Treka”, „Następnego pokolenia”, „Gniewu Khana”. Oglądał wszystko. Poza tym był fanem „Gwiezdnych wojen”, „Blade Runnera”. Podobały mu się nawet autentyczne starocie jak „Kosmos 1999”.

Włożyła palce pod mój kaszkiet i wykręciła jeden z warkoczyków.

– Może wszyscy tutaj są kosmitami, a my jedynymi przedstawicielami gatunku ludzkiego?

– Niektórzy naprawdę tak myślą. Szeroko rozwarła oczy.

– Poważnie? – Jej palec przesunął się powoli w dół mojego karku i zatrzymał na brzegu koszulki. – Opowiedz mi o tym!

Zaczęła kreślić kształty na tkaninie, rysować okręgi na guzowatej części mojego kręgosłupa. No, powiedz coś, Marlon!

– Proszę! Opowiedz mi o kosmitach-porywaczach! poprosiła.

– To nie żadne porwania. Niektórym ludziom coś się poprzestawiało w mózgu i nigdy nie zapamiętują twarzy. Ta choroba nazywa się prozopagnozja.

Na szczęście udało mi się jej nie opluć wiadrem śliny, która nagromadziła się w moich ustach przy wypowiadaniu tego słowa.

Uniosła brwi, jakbym jej tym zaimponował.

– Czyli nikogo nie rozpoznają?

– W pewnym sensie. Tak naprawdę nie pamiętają, czym jest twarz. Dla nich może wyglądać jak parasolka, kapelusz albo, nie wiem, banan. Dlatego mogą mieć wrażenie, że ich mama jest kosmitką lub innym stworem.

Sonia wzięła głęboki oddech.

– Tak, chyba potrafię to sobie wyobrazić. Też mam czasem wrażenie, że moja matka jest z innej planety. Skąd ty to wszystko wiesz?

– Opowiadałem ci o moim bracie, pamiętasz? Skinęła głową.

– Kiedy leżał w szpitalu, lekarze dali mnie i mamie do przeczytania stertę artykułów z dziedziny neuronauki. Więc po prostu je przeczytałem.

– Bombowo. Może zostaniesz neurochirurgiem. Roześmiałem się.

– Ilu znasz neurochirurgów z Hackney? Szturchnęła mnie w plecy.

– Paru może by się znalazło. Albo ty będziesz tym pierwszym. Naprawdę cię na to stać, Marlon.

Nadszedł ten moment. Teraz. Kiedy trzymała lekko przekrzywioną twarz, patrząc na mnie z tym swoim uśmiechem. Miała dołeczki! Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej? Może do tej pory nie uśmiechała się w ten sposób.

W gardle mi zaschło i poczułem metaliczny posmak, ale wystarczyło, żebym dotknął ustami jej ust. Pocałunek na przystawkę.

Objąłem ją ramieniem, a ona przesunęła się w moją stronę, jakby znała schemat. Nie pozwoliłaby mi na to, gdyby jej się nie podobało. Ale podobało się, bo jej palce znowu głaskały mój kark. Popatrzyła wprost na mnie. Obok mnie. Za mnie.

Odsunęła się, cofając dłoń. Moja naga skóra zdawała się ku niej wyciągać. Chciałem, żeby znów mnie dotknęła.

– Przepraszam – powiedziałem. – Myślałem, że chciałaś, żebym…

– Nie teraz. – Wyglądało to tak, jakby szczelnie otoczyła się polem siłowym.

Dotknąłem jej ramienia.

– Co się stało?

Potrząsnęła głową i, odsunąwszy się ode mnie, sztywnym krokiem ruszyła przez wesołe miasteczko. Stałem, wpatrując się w zdeptaną trawę i śmieci. Czy ona mnie wkręca? Może jej kolega nagrywa wszystko z ukrycia i zaraz puszczą to na YouTubie? Nie. Znowu ta moja paranoja.

– Sonia! – krzyknąłem. – Czekaj.

Błysk jej różowego swetra znikał w tłumie. Zmrużyłem oczy. Nie była sama. Obstąpili ją trzej kolesie, byli zdecydowanie zbyt blisko niej. Jednym z nich był czarny chłopak z przylegającymi do skóry warkoczykami. On i chudy biały gostek z rowerem szli po jednej stronie Soni. Zdawało mi się, że są w tym samym wieku co ja, ale ich nie znałem. Ostatni nosił starą bejsbolówkę Stussy i naciągnięty na nią kaptur, który rzucał cień na jego twarz, przez co trudno było go rozpoznać. Potem ten czarny odwrócił się i wlepił we mnie wzrok z odpowiednio stężałym, wkurzonym grymasem na twarzy.

Co, do cholery?

To jej chłopak. Przyszedł po nią.

Spuściłem wzrok, po czym znowu go podniosłem. Odchodził, a pozostali kroczyli za nim. Gdzieś z tyłu głowy wykwitła uporczywa myśl. Kim on był?

– Sonia!

Ruszyłem w jej stronę. Wszyscy tatusiowie z dziećmi popatrzyli na mnie, później na nią, po czym znowu na mnie. Żaden z nich nie planował zejść mi z drogi. Była daleko z przodu, stała przy kolejce duchów, pocierając twarz. Oczy miała zamknięte. Stanąłem przed nią, chcąc dotknąć jej ramienia, ale zamiast tego opuściłem dłoń.

– Dlaczego tak przede mną uciekłaś? – spytałem. Otworzyła oczy i popatrzyła na mnie, jakbym był powietrzem.

– Poczułam, że zaraz zwymiotuję – powiedziała wreszcie. – Ale już wszystko dobrze. To przez tę przejażdżkę.

– A tamci goście? Zaczepiali cię?

– Znam ich.

– Tak, też chyba poznałem tego czarnego.

– Może i go znasz. – Wzruszyła ramionami. – Nie wiem, z kim się zadajesz.

Sonia?

– Pomyślałem, wiesz, że jeden z nich jest może twoim chłopakiem!

– Co pomyślałeś? Podejrzewasz, że kręcę z dwoma naraz? Naprawdę tak myślisz?

O nie. Źle to zabrzmiało.

– Poważnie, Marlon? Jeśli naprawdę tak myślisz, to idź się gonić. Nie, czekaj, nie jeśli, a na pewno: idź się gonić!

Pobladła na twarzy i zmrużyła oczy, jakby słońce było zbyt jaskrawe.

Odczekałem chwilę, jak zawsze, kiedy Andre miał atak, i ściszyłem głos.

– Może to przez tę pastylkę czujesz się niedobrze?

– Nie, Marlon! Czuję się fantastycznie.

– Na pewno?

– Weź się odwal i mnie zostaw!

Mówiła na tyle głośno, żeby ludzie z kolejki odwrócili się i spojrzeli na nas.

– Dobrze – odpowiedziałem cicho. – Pójdę sobie. Ale żadne z nas się nie poruszyło. Potem Sonia wwierciła zaciśnięte pięści w oczodoły i skuliła się. Kiedy oderwała dłonie od twarzy, na jej policzku został rozmazany ślad po zielonej kredce do oczu.

– Przepraszam, serio. – Położyła mi dłoń na ramieniu, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. – Nie chciałam być taką zdzirą. W głowie mi łupie, jakbym dostała kulkę między oczy.

– Może chodźmy gdzieś, gdzie jest ciszej.

– Nie, nic mi nie będzie. To jak migrena, a one szybko atakują, ale i szybko mijają.

Nie oddychaj zbyt ciężko. Nie dotykaj jej głowy. Nie zaczynaj tego znowu. Wystarczy…

Objąłem ją obiema rękami, powoli wdychając powietrze, jakbym chciał ją do siebie przyciągnąć. Przymknąłem powieki i pozwoliłem brodzie opaść na czubek jej głowy. Obok nas przemknęła gigantyczna grupa dzieciaków, podskakując wokół i wyśpiewując refren piosenki „Thriller”. Ale nie przeszkadzało mi to, bo mogłem ją trzymać blisko siebie.

– Dzięki, Marlon. Czuję się już znacznie lepiej.

– Ekstra.

– Dobrze wyglądam?

– Tak, świetnie. Jak ideał. Szeroko się uśmiechnęła.

– Nawet gdybym wyglądała jak kocmołuch, to nie powiedziałbyś mi tego, co?

Szkoda, że nie przećwiczyłem paru takich gadek z Tish. Podsunęłaby mi kilka dobrych odpowiedzi na podobne pytania.

Sonia gmerała w swojej torebce, prawdopodobnie znowu szukała chusteczki. Szybko rozejrzała się wokół i wsunęła mi coś do ręki, po czym zacisnęła moje palce na przedmiocie, który okazał się plastikowym woreczkiem.

Spuściłem wzrok na dłoń.

– Co robisz?

– To prezent – odparła. – Możemy się nim podzielić.

– Co to jest? Wywróciła oczami.

– Dobrze wiesz, co to jest. Jest ich sześć.

W mojej zaciśniętej pięści spoczywało sześć pigułek ecstasy.

– Nie mogę ich wziąć. Jej twarz spochmurniała.

– Dlaczego nie?

Bo mama myśli, że siedzę w domu z nosem utkwionym w książce i przeżyje załamanie nerwowe, jak się dowie, co trzymam w dłoni.

Bo chłopcy tacy jak ja nie chodzą po Hackney z kieszenią wypchaną dropsami.

Bo…

– Po prostu nie mogę.

Wzruszyła ramionami, po czym zasłoniła moją pięść własną dłonią.

– Nie podoba ci się to, Marlon? Myśl, że ja i ty będziemy razem?

– Podoba…

– Jutro możemy zrobić sobie piknik, jeśli tylko pogoda dopisze. Każde z nas łyknie jeszcze jedną połówkę, położymy się i odpłyniemy. No dobrze już – powiedziała promiennie. – Wiem, że powinieneś się uczyć. Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty.

– Przepraszam. Po prostu nie mogę.

Szybko mrugnęła dwa, trzy razy, a potem się uśmiechnęła. Jedną dłoń trzymała na mojej pięści, a drugą położyła na moich plecach i palcami docisnęła koszulkę do skóry.

– To nie jest fair, że całe ryzyko biorę na siebie ja powiedziała. – Jeżeli ja jestem trochę zła, ty również musisz być trochę zły. Razem mamy prawo być źli.

Jutro, kiedy będziemy leżeć obok siebie na kocu, wpatrując się w chmury, jej włosy zaiskrzą jak słońce. Pochylę się nad nią, ona przymknie oczy, wyciągnie rękę i przyciągnie mnie do siebie. Ponownie na mnie spojrzała. Jej usta wciąż lśniły. Czy gdybym ją pocałował, moje usta też zrobiłyby się błyszczące?

– No więc? – spytała.

Wepchnąłem torebeczkę głęboko do kieszeni jeansów. Poruszyłem się i objąłem ją ramieniem, ale ona się wykręciła.

– No już! – powiedziała. – Wsiadajmy!

– Do kolejki duchów? One zawsze są do bani! Kciukiem pogłaskała wierzch moich palców. Zadziałało jak naciśnięcie dźwigni: otworzyła się tama, zza której gwałtownie wypłynęły wszystkie endorfiny. Prawie przylgnęła ustami do mego ucha.

– Ciemno tu. Możesz je ujaić.

– Co?

– Pigułki. Możesz je, no wiesz, wepchnąć w gacie. Tam będą bezpieczne.

Skąd ona o tym wie? Ja sam kojarzyłem tę metodę tylko dlatego, że była to jedna ze sztuczek starych kumpli Andre. Czasem zakładali dodatkowe bokserki, żeby mieć pewność, że ich towar jest bezpiecznie i dobrze schowany.

– Tak. Jasne – powiedziałem.

Podałem kolejne żółte żetony dzieciakowi w czerwonej kurtce. Nawet on nie mógł się powstrzymać od ukradkowego zerknięcia na Sonię. Uśmiechnąłem się do niego.

W wagoniku było ciasno jak w czołgu, chociaż żadne z nas nie było grubasem. Poręcz wciskała się w uda. Moje jeansy ocierały się o takie same spodnie Soni, woreczek w kieszeni wciskał się w jej biodro. Nigdy nie zdołam go wyjąć i wsadzić w majtki, jeśli ktoś mi w tym nie pomoże.

Jezu, Marlon. Okaż trochę szacunku! Mój brat w moim wieku zdążył zaliczyć dwie panny z liceum, ale ja nie chciałem lasek na jeden numerek. Chciałem jednej dziewczyny, tej dziewczyny, która siedziała obok mnie. Lepiej będzie, jeśli najpierw pójdę do tojtoja, a dopiero później schowam pigułki.

Położyłem rękę na ramieniu Soni, moje palce dotknęły jej włosów. Przez głowę dziewczyny, kilka milimetrów dalej, przelatywał strumień myśli. Szkoda, że nie mogłem ich poznać.

Wagonik wjechał przez drzwi w kompletną ciemność, a powietrze zadrgało od stukotu szyn.

– Rodzice często zabierali mnie do Littlehampton powiedziałem. – Miałem zaledwie cztery lata, ale już wtedy wiedziałem, że kolejka duchów jest tandetna.

Nie odpowiedziała, pewnie w ogóle mnie nie słyszała. Ciężko było w tym jazgocie usłyszeć własne myśli, przy tych jękach, piskach, brzęczących łańcuchach i trzaskających drzwiach. Wszystko to było pewnie sztucznie podkręcone, żebyśmy przestali się zastanawiać, jak bardzo jest żałosne. Spojrzałem w mrok. Światło to gasło, to się zapalało, ukazując szare nochale czarownic i plastikowe kości koloru zjełczałego masła. Z któregoś kąta zawył ogr, gdzieś daleko z tyłu wrzasnęło dziecko. Żaden z tych odgłosów nie zabrzmiał autentycznie.

Ale oświetlenie tego miejsca było dziwne, jakby zassali wszystkie jaskrawe kolory do jednej dziury. Spuściłem wzrok na dłonie, były szare. Palce Soni podskakiwały na poręczy, później się zrelaksowała. Położyłem dłoń na jej dłoni, w taki sam sposób, jak ona zrobiła to przedtem.

Z jakiejś dziury wyskoczyła głowa wrzeszczącego zombie.

Roześmiałem się.

– Tylko popatrz na tego! Widać podtrzymujące go sznurki!

Sonia nie odpowiedziała, nawet na mnie nie spojrzała. Istniało ryzyko: na samą myśl o tym coś zakłuło mnie w klatce piersiowej, że koniec końców, wcale nie chciała ze mną chodzić.

Zatrzymaliśmy się gwałtownie. Rozprostowałem rękę, moje palce przelotnie zahaczyły o jej włosy. Wciąż żadnej reakcji. Odwróciłem się do niej, ale ona siedziała ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Pracownik wesołego miasteczka zwolnił blokadę poręczy w wagoniku przed nami. Machał uciętą głową, wprawiając tym w pisk małe szkraby. Był to gumowo-plastikowy łeb z przesuwającymi się to w górę, to w dół ślepiami.

– Sonia?

Ucięta głowa niebezpiecznie szybowała w naszą stronę. Jak zareagowałaby Sonia, gdybym upuścił pigułki na jej kolana i uciekł, zostawiając ją samą?

– Sonia?

Pracownik wesołego miasteczka stał przed nami z dyndającą w dłoni głową. Poruszał ustami, jakby śpiewał jej piosenkę.

– Sonia! – Szturchnąłem ją w ramię.

Jej głowa opadła do przodu, dłonie wciąż trzymały poręcz. Na rękawie lśnił jasny kleks musztardy.

Boże…

Cały jej kark był wykrzywiony w nienaturalny sposób. Jeśli się odwrócę, jeśli mocno zacisnę powieki i wytrzymam tak odpowiednio długo, a później je otworzę, ona usiądzie wyprostowana, śmiejąc się ze mnie. Żartownisia. Nie, to nie może dziać się naprawdę.

Poręcz zgrzytnęła i podskoczyła, mężczyźni zaczęli wyciągać Sonię z krzesła, ja, potykając się, wygramoliłem się chwilę później. Obcy ludzie położyli ją na ziemi, rękami uciskali klatkę piersiową, przez co całe ciało dziewczyny aż podskakiwało. Usta mężczyzny pompowały powietrze przez jej – lśniące – usta. Kiedy pierwszy ratownik się od niej odsunął, otoczyła mnie głucha cisza.

Jeszcze ten dzieciak z warkoczykami, który stał tuż za barierką.

Nie, to nie była rzeczywistość, lecz jakieś zwarcie w mózgu, drops musiał być mocny jak cholera.

Ale z głębi mojego gardła wydostawał się ryk. On był prawdziwy.

W naszym serwisie możecie przeczytać kolejny fragment książki Orangeboy. Powieść Patrice Lawrence kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Orangeboy. Masz u nas dług
0
Okładka książki - Orangeboy. Masz u nas dług

Szesnastoletniego Marlona od niedawna samotnie wychowuje owdowiała matka. Obiecał jej, że będzie dobrym człowiekiem. Nie tak, jak jego starszy brat Andre...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Orangeboy. Masz u nas dług
Patrice Lawrence
Orangeboy. Masz u nas dług
Nigdy nie będziesz mną
Anna M. Brengos;
Nigdy nie będziesz mną
Mały manipulator
Bartosz Sztybor;
Mały manipulator
Westerplatte
Jacek Komuda
Westerplatte
Zabójstwo na cztery ręce
Karolina Morawiecka;
Zabójstwo na cztery ręce
Harem
Alex Vastatrix, Waldemar Bednaruk
Harem
Noc, kiedy umarła
Jenny Blackhurst
Noc, kiedy umarła
Manhattan Babilon
Lech Majewski
Manhattan Babilon
Pokaż wszystkie recenzje