Miłość dodała jej skrzydeł. Odwaga pozwoliła je rozwinąć. „Miłość i odwaga" Anety Krasińskiej

Data: 2026-05-05 11:52:40 | Ten artykuł przeczytasz w 29 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Poznań 1918-1919

Młoda Felicja Wolińska dorasta w zaborze pruskim w tradycyjnej polskiej rodzinie, w której kobieta ma przyporządkowaną odpowiednią rolę społeczną. Tej zasady szczególnie mocno przestrzega matka, niechętnie patrząca na emancypację kobiet, a zwłaszcza swoich córek, dodatkowo głęboko zraniona z powodu śmierci najstarszego syna na froncie.

I wojna światowa powoli dobiega końca, jednak w Wielkopolsce wrze. Felicja obserwuje sytuację w kraju i zaczyna wierzyć w możliwość odzyskania niepodległości przez ojczyznę. Bez zgody nadopiekuńczej matki pomaga powracającym z wojny żołnierzom. Jako wolontariuszka pracuje w jadłodajni dworcowej, zbiera dla nich żywność od Poznaniaków i słucha o ich przeżyciach.

Dziewczyna jednak pragnie zrobić coś więcej dla ojczyzny. Z polecenia trafia do grupy zajmującej się renowacją broni mającej posłużyć przyszłym powstańcom. Tak zaczyna się jej przygoda niepodległościowa.

Czy Felicja poradzi sobie z nowymi obowiązkami? Czy uda się jej sprostać zadaniom zwiadowczym? Czy na drodze do wolności można spotkać miłość?

„Miłość i odwaga" Anety Krasińskiej grafika promująca książkę

Do przeczytania powieści Anety Krasińskiej Miłość i odwaga zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Miłość i odwaga:

Dopóki będzie istnieć polska kobieta, istnieć będzie problem polski.

Otto von Bismarck, premier Prus

Prolog

Wielka wojna wyszarpała matkom ukochane dzieci. Ojców pozbawiła prawowitych spadkobierców. Żonom z objęć wydarła mężów, a siostrom odebrała braci.

Każdego dnia drwiła z ludzkiego życia, mając je za nic. Pluła w twarz rannym i śmiała się, gdy żołnierzy dziesiątkowała hiszpanka. Do nikogo nie wyciągnęła ręki, karmiąc się łzami, bólem i krwią ludzkości pogrążonej w chaosie.

A gdy na horyzoncie pojawiła się wizja pokoju, nie zamierzała oddać tego, co zdobyła.

ROZDZIAŁ I

Listopadowy chłód pozostał na zewnątrz zatłoczonego Kościoła Świętego Marcina w samym sercu Poznania, miasta od ponad wieku zwanego przez Niemców Posen. I choć jedna z naw wciąż jeszcze nie została odbudowana po zniszczeniach dokonanych w połowie XVIII wieku przez Moskali i Prusaków, to zgromadzonym na niedzielnej sumie katolikom wystarczył skromny wystrój, jaki stanowiły witraże wypełniające wysmukłe ramy okienne okalające ołtarz, na którym w blasku chybotliwych płomieni świec lśnił malowany na desce obraz Matki Boskiej tulącej w ramionach Dziecię.

Panującą w świątyni ciszę przerwało skrzypienie desek uginających się pod wchodzącym na ambonę proboszczem Kazimierzem, który jak co tydzień głosił słowo Boże dla wiernych nie tylko z własnej parafii, ale dla wszystkich chętnych. A że liczni cenili trafne aluzje do aktualnej sytuacji okraszone szczyptą biblijnych odniesień, to skupiali się blisko ołtarza, by dokładnie wszystko słyszeć.

Ksiądz odchrząknął i przenikliwym wzrokiem powiódł po zgromadzonych, a widząc na ich twarzach wyczekiwanie, rozpoczął homilię. Jak zwykle nie miał notatek. Przyzwyczaił parafian, że mówił z głębi serca kryjącego się w postawnej sylwetce.

– My, dzieci Boże, nigdy nie możemy zapomnieć o matce, która karmiła, wychowywała, doradzała, gdy tego potrzebowaliśmy, i wspierała dobrą radą, gdy poddawaliśmy się niemocy oraz złości na rzeczywistość – powiedział, powoli cedząc słowa, by godnie rozbrzmiały w murach gotyckiej świątyni. – Tylko matka dba o każde swoje dziecko, nawet to błądzące we mgle i bez celu – zaznaczył i na chwilę zamilkł, dając czas swym słuchaczom na zrozumienie metafory. Potem oblizał usta, zrobił głęboki wdech i kontynuował równie głośno: – Dzięki niej jesteśmy silniejsi, bardziej rozumni i zdeterminowani, by znaleźć w sobie ducha odwagi! – zapewnił bez wahania. – Myśmy winni matce oddanie, nawet gdyby wiązało się to z cierpieniem, poświęceniem własnego życia i zdrowia! – zagrzmiał, a jego głos poniósł się ponad głowami zasłuchanych wiernych.

Młodziutka Felicja Wolińska w otoczeniu najbliższej rodziny stała jak zahipnotyzowana, wpatrując się w księdza i wsłuchując w jego słowa. Uwielbiała te kazania, w których każde zdanie miało ukryty sens, ale prawdziwy patriota potrafił go błyskawicznie wychwycić. Od chwili, gdy po raz pierwszy zawędrowała na mszę do Kościoła Świętego Marcina, a było to ponad cztery lata temu, tuż przed wybuchem wielkiej wojny, stała się gorącą zwolenniczką idei wygłaszanych przez proboszcza parafii, do której nawet nie należała.

Początkowo ani rodzice, ani dwie siostry i najmłodszy, obecnie dwunastoletni brat nie chcieli nadkładać drogi, by minąć bazylikę kolegiacką położoną nieopodal ulicy Mostowej, gdzie mieszkali, i iść do oddalonego kościoła. Ale Felicja nie traciła nadziei i nie ustawała w namawianiu bliskich. Ostatecznie pomógł jej w tym pogrzeb najstarszego z braci poległego na froncie zachodnioeuropejskim.

Śmierć Teofila stanowiła olbrzymi cios dla Wolińskich, którzy wiedli spokojny żywot kochającej się rodziny. Kiedy odebrali z dworca kolejowego szczątki poległego, chcieli doprowadzić do jak najszybszego pochówku. Niestety, wraz z Teosiem przybyło kilkadziesiąt innych zwłok żołnierzy, których wcielono do wojsk cesarza Wilhelma, by przelewali krew za Niemców. Duchowni nie nadążali odprawiać mszy, a wysoka temperatura letnich dni nie sprzyjała przetrzymywaniu zabitych w domach. Szczęśliwie Felicji udało się wybłagać u księdza Kazimierza, by późnym wieczorem na cmentarzu odprawił krótkie nabożeństwo nad trumną brata. Wystarczyło kilka trafnych zdań, by Wolińscy, ich krewni i przyjaciele poczuli, że grzebią prawdziwego bohatera, który choć walczył w pruskiej armii, to reprezentował sprawę Polski żyjącej w sercach wszystkich rodaków.

*

– Dobrze prawi – szepnął stojący nieopodal Felicji starszy mężczyzna w lichej kapocie, mnąc czapkę w dłoniach. – Ach, żeby tak nasza matuchna Polska odzyskała swe dziatki, rozproszone przez tych trzech łapserdaków…

Felicja na znak zgody pokiwała głową i znów dała się ponieść barwnym metaforom ułożonym przez proboszcza, dla którego wolna ojczyzna stanowiła najwyższą wartość.

– Tymczasem od morza nadchodzi powiew chłodnej, wciąż jeszcze niepewnej bryzy zapowiadającej zmiany*. Módlmy się o to, by wiatr się wzmógł i przyjął rozmiary wichury, która rozhuśta łajbę z łupieżcami, a tym samym da nam upragnioną wolność.

Szmer nadziei przemknął pomiędzy słuchaczami, którzy oczyma wyobraźni widzieli, jaki los powinna zgotować natura zaborcy dręczącemu naród polski poprzez dogłębną, masową i bezustanną germanizację. Pozbawienie kraju jego ziem czy odbieranie możliwości decydowania o własnym losie z każdym rokiem bolało coraz mocniej. Nie wszystkie przewinienia mogły zostać rozgrzeszone, o czym mieszkańcy Wielkopolski doskonale wiedzieli.

Felicja zapatrzona w pochłoniętego płomienną przemową kapłana w pewnej chwili poczuła szturchnięcie. Obejrzawszy się, dostrzegła leżącą na podłodze młodą dziewczynę. Znała ją z widzenia. Pewnie widywały się na mszach. Kilku chłopaków ruszyło, by wynieść omdlałą ze świątyni. Felicja odsunęła się pod ścianę, by nie przeszkadzać, ale kątem oka wciąż obserwowała wydarzenia. Nawet ksiądz zamilkł, czekając na spokój. W pewnym momencie wzrok panny Wolińskiej spoczął na przeciskającym się w stronę delikwentki szczupłym, wysokim kawalerze z ciemnymi, krótko przystrzyżonymi włosami oraz z wąsami idealnie sięgającymi linii ust. Mijając wiernych, młodzian omiatał ich długim wojskowym płaszczem. Swoją wyprostowaną postawą oraz zdecydowanym spojrzeniem przyciągnął wzrok Felicji, dlatego z zainteresowaniem mu się przyglądała, dopóki nie zniknął w tłumie.

Później potrzebowała chwili, by znów skoncentrować się na słowach proboszcza. Czuła jednak jakieś wewnętrzne rozedrganie i uświadomiła sobie, że nie ma ono nic wspólnego z kazaniem. Co pewien czas spoglądała w stronę drzwi i choć nie dało się ich dostrzec, to miała nadzieję, że po wyjściu z kościoła spotka młodziana w żołnierskim płaszczu. Wiedziała, że wielu takie nosi, służąc w wojsku cesarskim. Nawet w niedzielę czy po służbie nie zdejmowali ciepłego palta, oszczędzając na zakupie okrycia dla siebie.

Reszta mszy minęła na powtarzaniu łacińskich formułek stanowiących odpowiedzi na wezwanie kapłana. Raz czy dwa Felicja się pomyliła i dopiero krytyczne spojrzenie starszej siostry zmusiło ją do skupienia się na chwili obecnej.

Z rozczarowaniem rozglądała się po placu przykościelnym, gdy opuściła budynek. Po dziarskim młodziku z modnie przystrzyżonym wąsem nie było śladu.

*

Niedzielny obiad w domu Wolińskich zgromadził trzy pokolenia. Oprócz małżeństwa Klementyny i Wacława oraz ich czworga z sześciorga dzieci przy stole zasiedli także rodzice Wacława, mieszkający w suterenie tej samej kamienicy. Jeszcze jednego członka rodziny brakowało przy posiłku. Brat bliźniak Felicji od półtora roku walczył w armii pruskiej, a od lata nie dawał znaku życia. Dlatego też każdy niedzielny obiad rozpoczynano od wspólnej modlitwy za poległego Teofila oraz nieobecnego Ignasia.

Wacław uczynił znak krzyża, a potem zainicjował pacierz. Osiem głów pochyliło się nad talerzami ręcznie malowanymi w polne kwiaty. Przestronny pokój, pośrodku którego ustawiono dębowy stół z grubymi nogami, musiał dodatkowo pomieścić małżeńskie łoże, trzydrzwiową szafę, komodę oraz stolik z maszyną do szycia terkoczącą od rana do nocy, za wyjątkiem niedziel. Teraz urządzenie dające pracę wszystkim kobietom w domu odpoczywało pod oknem ustrojonym w szydełkowe firany, podarowane przez wdzięczną klientkę obsłużoną w ekspresowym tempie.

Po modlitwie Felicja wraz z siostrami zajęła się donoszeniem z kuchni głębokich talerzy z parującym rosołem z uprzednio zastygniętą i pokrojoną w równą kostkę kaszą manną. Najmłodszy Filip, który w tym roku znacznie urósł i teraz zrównał się wzrostem z matką, spojrzał na danie i jak zwykle się skrzywił.

– Lepiej zamilcz – strofowała brata najstarsza Wala, stawiając przed nim jego porcję. – Nie było czasu zagnieść ciasta na makaron przed mszą – przypomniała i odrzuciła na plecy złocisty warkocz.

– To nie mogła któraś z was zwlec się z łóżka wcześniej? narzekał Filip, doskonale znając odpowiedź.

– Cały tydzień wstajemy przed kurami, żeby nadążyć z robotą, to i w niedzielę nie dasz nam pospać? – obruszyła się najmłodsza z dziewcząt, Melania, zazwyczaj upinająca długie włosy w kok na czubku głowy. – A może sam byś tak zlazł z wyra po pierwszych dzwonach w bazylice i klusków narobił? – zaproponowała poirytowana.

– A co ja baba jestem, żeby w garach siedzieć?! – żachnął się chłopak i z nadzieją na zrozumienie zerknął w stronę pykającego fajkę dziadka Romana.

– Tu mój wnuk ma świętą rację – przyznał senior rodu Wolińskich, po czym zaciągnął się dymem tytoniowym, a po chwili wypuścił kilka białych chmurek w kształcie pochylonej ósemki. – Nam do kuchni pchać się nie wypada.

– Jak nie wypada stać przy garach, to tym bardziej nie przystoi grymasić na to, co inni podetkną pod nos – podsumowała babka Pelagia i z wyrzutem spojrzała najpierw na męża, a potem na jedynego wnuka, który pozostał w domu. Często pobłażała temu chłopcu, bo pojawił się w rodzinie, gdy reszta potomstwa Wacława wyrosła z pieluch, ale niekiedy miała dość jego marudzenia i wykorzystywania swego wieku, by coś wymusić na rodzeństwie lub rodzicach. – Znamy swe obowiązki i nie trza nam o nich prawić. Jak świat światem to do nas należało gotowanie, pranie i sprzątanie – przypomniała, poprawiając wysunięty z nisko upiętego koka kosmyk długich, siwych włosów. – A i wiele innych naszych obowiązków wam by się nie spodobało.

Filip zmełł przekleństwo w ustach w obawie przed burą babki i spuścił nos na kwintę, wiedząc, że tym razem niczego więcej nie osiągnie.

– Toć tego brakowało, żeby my się w domu plątali, a kobity szły na uniwersytety albo na wojnę. – Roman zachichotał i zgasił resztkę tytoniu nabitego do fajki, potem położył ją przed sobą i chwycił łyżkę.

– A może kiedyś tak się zdarzy, że i my pokażemy, że nie tylko w domu potrafimy sobie doskonale radzić – wtrąciła Felicja buńczucznie, co od czasu do czasu czyniła, by nieco ożywić rodzinne dyskusje.

– Nie pleć bzdur! – ostrzegła ją matka, wychylając się z kuchni. – Lepiej się pospiesz, bo zimny rosół nie jest smaczny.

Felicja głośno westchnęła, ale nic więcej nie rzekła, wiedząc, że jej zdanie pod tym dachem nie znajdzie poklasku. Co innego w przypadku Tereski Wojnarowskiej, z którą znały się od gimnazjum i kochały niczym siostry, ba, nawet bardziej, bo z młodszą o dwa lata Melanią i o tyleż samo starszą Walentyną często się spierały o to, która na niedzielną mszę włoży jedną z dwóch chustek na głowę, dla której ojciec przyniósł wstążki do włosów albo jak długo każda może nosić sznur korali podarowany im przez babkę.

W końcu i dziewczęta zasiadły przy stole.

Smakując aromatyczny rosół z kupionej na targu kury, Felicja rozmyślała o tym, którą z części mięsa warto wybrać na drugie danie. Wiadomym było, że serce i żołądek powędrują do Filipa, dziadek z ojcem podzielą się udkami, a dla reszty pozostanie suche mięso z piersi albo skrzydełka. Wybór niewielki, ale już dawno nauczyła się, że nie ma co grymasić, bo w tygodniu jedli dorodne pyry** z puszystym gzikiem***, rzadkie pyrki gotowane na wywarze warzywnym, szare kluski ze skwarkami ze słoniny czy smażone na smalcu plyndze**** ze startych surowych ziemniaków z dodatkiem mąki pszennej, jajek i soli.

– Nasz księżulo znów chwycił swe owieczki za serducha zaczął Wacław, szybko wiosłując w rosole, by w pierwszej kolejności wyłowić jak największe kawałki kaszy.

– Mądry i poczciwy z niego Polak – przyznała Klementyna i wierzchem dłoni wytarła brodę.

– Oby tylko ta rewolucja u Prusaków dała nam szansę – zauważył Roman, siorbiąc rosół z łyżki.

– A my żebyśmy zdołali jak najlepiej ten czas wykorzystać. Bez biadolenia, ociągania się i uników – podkreślił jego syn.

– Jednakowoż z rozsądkiem i spokojem, z którego Wielkopolanie słyną od wieków – zaakcentował Roman i powiódł wzrokiem po domownikach.

Rytmiczne potakiwania siedmiu głów sprawiły, że powrócił do siorbania rosołu, nie mogąc się doczekać postawienia na bialutkim obrusie półmiska z mięsiwem i miski z gorącymi pyrami pachnącymi minionym latem, kiedy to mimo swych sześćdziesięciu ośmiu lat pomagał w majątku państwa Hanców, którym pod nieobecność wysłanego na front teścia i męża zarządzała pani Małgorzata. Blisko trzydziestoletnia słomiana wdowa z korzeniami ziemiańskimi umiejętnie zawiadywała gospodarstwem, zamiast pieniędzy oferując parobkom metr zboża albo tyleż samo ziemniaków na zimę. Roman nie grymasił i zapłatę przyjął, a jego pracowitość została dostrzeżona przez Hancową, dlatego zaproponowała, aby przychodził dwa razy w tygodniu i doglądał dwóch źrebnych klaczy i kilku jałówek mających się cielić wiosną.

Przy wtórze rozmów o kazaniu proboszcza rodzina Wolińskich dokończyła obiad, a gdy dziewczęta pozbierały naczynia, przyszedł czas na obowiązkowy element niedzielnych spotkań.

– Dzisiaj to Filip zaczyna – przekomarzała się Melania, sadowiąc się pomiędzy siostrami na słomianym sienniku przykrytym kolorową kapą.

Felicja założyła za ucho niesforny kosmyk rozwichrzonych włosów i czekała na cotygodniowe występy najmłodszego rodzeństwa.

– Dlaczego znów ja? – obruszył się piegowaty, rudawy wyrostek. – Wyście też szkoły pokończyły.

– Ale ty wciąż biegasz na tajne lekcje, to może czego nowego się nauczyłeś – upierała się Melania.

– Nie chce mi się strzępić ozora – burknął, nachylając się nad dzisiejszym wydaniem „Kuriera Poznańskiego”, w którym na pierwszej stronie zamieszczono artykuł o zrzeczeniu się przez Wilhelma II praw do tronu i proklamowaniu republiki.

– To tak się knajder***** wyraża o swojej mowie ojczystej? podchwyciła babka i odebrała wnukowi gazetę, a potem zwinąwszy ją w rulon, pacnęła nią chłopca w głowę. – To dlatego, żebyście nigdy nie zapomnieli ani o tym, kim jesteście, ani o waszej historii, Aniela Tułodziecka****** zorganizowała tajne nauczanie, by krzewić polskość wśród najmłodszych. Wiele ryzykowała, a jednak zdołała osiągnąć cel, więc nie masz prawa marudzić, tylko polskim słowem zgrabnie kreślonym przez naszych wieszczów dziękować za to, co otrzymałeś na dobry początek.

Filip, widząc, że dłużej nie zdoła się migać, wstał, wyprostował się i poprawił nieco wystającą ze spodni koszulę. Następnie przełknął ślinę i począł recytować poetycki opis tęsknoty za ojczyzną podróżującego do Ziemi Świętej Słowackiego*******.

Rodzina Wolińskich zasłuchana w głos chłopca z równie dużą ciekawością łowiła kolejne wiersze pisane przez światłych Polaków, których tekstów nie sposób było poznać w szkolnej ławie.

Felicja doskonale pamiętała wiersze Mickiewicza, Norwida czy Słowackiego, wyrażające udrękę tych, co mogli jedynie tęsknie wzdychać do ojczyzny, głęboko wierząc, że kiedyś znowu z wdzięcznością powrócą na jej łono. Wiele z tych utworów poznała na tajnych lekcjach organizowanych w prywatnych domach przez zdeterminowane, oczytane i chętne do dzielenia się wiedzą Wielkopolanki.

Kiedy Filip opadł na ławę mocno zmęczony, pałeczkę przejęli dziadkowie i rodzice, którzy to na zmianę wygłaszali z pamięci fragmenty mickiewiczowskiej epopei.

Wisienką na torcie było śpiewanie zakazanych przez zaborcę piosenek. I chociaż Felicja uważała, że słoń nadepnął jej na ucho, przez co bardziej przeszkadza siostrom, niż pomaga, to nie pozwalano jej na wykręty.

*

Poniedziałkowy poranek powitał mieszkańców kamienicy przy Mostowej chłodem. W kaflowym piecu zdążyło wygasnąć, kiedy spali. Od centrum miasta długo się niosło echo przemarszu pruskiego wojska. Żadne z nich nie wiedziało, co to może oznaczać. Modlili się o to, by w Europie nie wydarzyło się coś najgorszego.

Felicja w grubym swetrze i spodniach uszytych na wzór ojcowskich, co z niemałym trudem przewalczyła u tradycyjnie myślącej matki, oraz ze schowanymi pod chustką niesfornymi kosmykami kroiła chleb, mocno przyciskając okrągły bochen do piersi. Wychodzące spod noża kromki nie były ani cienkie, ani równe, ale nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero co przyniesiony przez Filipa gorący chleb z piekarni, w której pracował ojciec, pachniał zakwasem, a skórka chrupała.

Melania nakładała na kromki cienką warstwę śmietany zebranej z mleka od krów z gospodarstwa Hanców. To dzięki pracy dziadka mieli stały dostęp do produktów mlecznych.

Po śniadaniu Filip wyszedł na lekcje do gimnazjum, a siostry przysunęły stół pod ścianę, zaś spod okna wysunęły nieco stolik z maszyną do szycia.

– Meluś, zacznij od zafastrygowania paska przy spódnicy dla pani Kępińskiej – poinstruowała Klementyna, sadowiąc się na stołku przy maszynie. – Fela, popruj sukienkę od pani Ryckiej, a ty, Wala, zrób obrąbek przy koszuli dla pana Deberta – dodała i skupiła się na przewlekaniu nici przez maleńkie uszko igły.

Felicja wyjęła z dolnej półki w szafie ubrania, którymi planowały się zająć, a potem odpowiednio rozdzieliła robotę. Ileż by dała, by móc teraz wyjść na miasto i pooddychać mroźnym powietrzem. Matka wiele razy powtarzała córkom, że mają szczęście i nie muszą wyściubiać nosa z domu, nawet gdy zadymka na podwórku hula. Jednak Felicja mogłaby patrzeć na swoje miasto nieustannie. Tutaj się urodziła i tu chciała spędzić starość, choć na innych warunkach niż jej dziadkowie i pradziadkowie dociskani pruskim butem.

Drobna dłoń Felicji zastygła, ledwie dotykając poprzecinanych nitek zwisających ze szwów sukienki pani Ryckiej. Felicja myślami powróciła do wczorajszej mszy i uroczego młodziana, którego obraz wyrył jej się w pamięci. Wcześniej nie zwracała uwagi na chłopców. Rówieśnicy wydawali się jej niedojrzali. Tak samo oceniała brata bliźniaka. Dopiero jego powołanie do wojska uświadomiło jej, jak szybko ci młodzieniaszkowie musieli wydorośleć. Wielu poszło na front wraz z Ignacym i Teofilem. Wielu też nie powróciło. A ci, co odnieśli rany, skutecznie unikali powrotu do piekła. Nie miała pojęcia, czy dostrzeżony wczoraj młodzieniec zdołał uniknąć poboru, czy może uchyla się od powrotu do służby. Wiedziała, że wielu dezerterowało przy pierw­szej nadarzającej się okazji, więc nie pojmowała, dlaczego Ignacy wciąż jeszcze nie powrócił z wielkiej wojny.

– Fela, nie śpij, bo ci nożyczki z ręki wypadną i jeszcze siennik rozbebeszą – przezornie upomniała siedząca na skraju łóżka Melania.

– Może nasza Felcia się czymś zamartwia? – dociekała druga z sióstr, od trzech lat zaręczona z kawalerem z sąsiedniej kamienicy, który obecnie ukrywał się przed armią pruską u rodziny w Czarnkowie. – Za kimś tęskni?

– To ty masz za kim oczy wypatrywać, a ja co najwyżej mogę marzyć – przyznała Felicja cierpko, bo nie przywykła do rozmów o swych uczuciach.

– Czyli masz jakiegoś szczuna******** na oku? – Melania, dusza romantyczna, oczyma wyobraźni przynajmniej raz w miesiącu stawała na ślubnym kobiercu, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie uda się jej obdarzyć jakiegoś kawalera uczuciem. Przeciągające się działania wojenne nie sprzyjały miłości i przyczyniały się do deficytu kandydatów gotowych do żeniaczki.

– Bierzta się do roboty, bo ino patrzeć, jak zaczną się schodzić klientki, a my z robotą w lesie – strofowała Klementyna, na chwilę zdejmując nogę z pedału napędzającego maszynę do szycia, by choć przez moment odetchnąć.

Dziewczęta zamilkły, znając upór matki i jej przekonanie, że pogaduszki przy pracy mogą wprowadzać ferment. Znacznie bardziej lubiła, gdy córki śpiewały polskie pieśni, ale dzisiaj spodziewała się kilku klientek, w tym dwóch Niemek, a nie wiedząc, kiedy się zjawią, wolała nie ryzykować.

Felicja powróciła do prucia. A gdy się uporała z zadaniem, wyjęła z pieca kilka czerwonych węgli, wrzuciła do żelazka i rozprasowała poszczególne części sukienki. Jeszcze ciepły materiał ułożyła na stole, by matka mogła coś na nowo wykroić. Przed wojną znacznie rzadziej zdarzało się, by elegantki przerabiały odzież. Po czterech latach wyniszczania niemieckiej gospodarki nie było dnia, by ktoś nie prosił o uszycie nowej spódnicy czy spodni z za małych lub podniszczonych ubrań.

– Przygotuj łaty do przyszycia na rękawy, coby narychtować********* koszule dla Rosłoniaka – poleciła Klementyna, spoglądając na Felicję znad maszyny. – Strasznie dzisiaj ciemno. Ledwie południe przeszło, a już lampę trza włączyć, bo i bryle********** nic nie dadzą zmartwiła się, wiedząc, jak bardzo ostatnimi czasy podrożał prąd.

Felicja ustawiła lampkę na parapecie i wpięła wtyczkę do kontaktu. Potem zajęła się wykrawaniem ze znoszonych koszul dużych kawałków materiału. Następnie skrawkiem mydła odznaczyła linię, po której należało poprowadzić nożyczki, by uzyskać kształtne łaty. Równe płaty materiału lądowały na stole. Później Felicja zabrała się do przyszywania ich na rękawy.

Dochodziła piętnasta, gdy babka Pelagia weszła do mieszkania z pachnącą smacznie miską.

– Pyry z gzikiem – zapowiedziała, czekając, aż synowa i wnuczki oderwą się od pracy.

Gdy tylko usiadły w kuchni, każda chwyciła za swoją łyżkę i z ochotą pojadały z jednej miski. W tygodniu brakowało czasu na pogaduszki i dłuższe biesiadowanie. Nikt też nie zajmował sobie głowy rozstawianiem talerzy. Popiwszy obiad naparem z mięty, kobiety powróciły do swoich zajęć. Pelagia dorzuciła węgla do pieca ustawionego w rogu pokoju. Lada moment powinny się zjawić klientki i wstydem byłoby je przyjąć w zimnym pomieszczeniu.

Kiedy babka skończyła sprzątać i otworzyła drzwi na korytarz, stanęła twarzą w twarz z Rosłoniakową.

– Klementyna już czeka – zapewniła i zaprowadziła gościa do synowej, a potem wymknęła się do sutereny, do męża.

– Widzę, że robota wre, pani Wolińska.

– Ano dajemy radę – przyznała krawcowa, zdejmując z nosa okulary i podnosząc się, by podać połatane koszule.

– A wieczorem słyszałyście maszerujące pruskie wojsko? Rosłoniakowa ściszyła głos, uważnie oglądając wykonaną pracę.

– Niósł się hałas ponad rzeką – przyznała Klementyna.

– Wie pani, co tak ich przypiliło? – podchwyciła Felicja do tej pory udająca skupienie na guzikach przyszywanych do koszuli Deberta.

– Cieszyli się jak dzieci, bo potwierdziło się, że monarchię obalono – odparła Rosłoniakowa i rozpięła palto, czując bijące od pieca ciepło.

– A to dobrze dla nas? – Felicja przysunęła się bliżej przybyłej, przyzwyczajona, by o tak ważnych sprawach nie trąbić na lewo i na prawo.

– Jeśli Bóg pozwoli, to i co dobrego z tego wyniknie – przyznała Rosłoniakowa, a zaakceptowawszy naprawione odzienie, oddała je, by Felicja mogła je złożyć i zapakować do siatki.

– A pozwoli, pozwoli – przekonywała Klementyna, mając w głowie tylko to, by syn jak najszybciej powrócił do domu.

Klientka jeszcze przez chwilę opowiadała o tym, z jaką fetą żołnierze świętowali, a potem uregulowała rachunek i wyszła, spiesząc się do domu na obiad.

Chwilę później do drzwi mieszkania na pierwszym piętrze zapukała druga z umówionych na dzisiaj klientek. Postawna Niemka bez słowa przekroczyła próg, wymijając najmłodszą z córek krawcowej, i weszła do pokoju.

– Dzień dobry, pani Debert – odezwała się Wolińska, stając obok maszyny. – Wszystko czeka na panią przygotowane do odbioru – wyrecytowała poprawną niemczyzną. – Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?

– A kto to wie, co nas wszystkich czeka… – mruknęła Niemka, mocno gestykulując. – Nie wiadomo, czy się szykować na świętowanie czy na opłakiwanie – dodała, rozpinając kożuch i zdejmując z głowy lisią czapę.

– Coś się stało? – spytała Klementyna łagodnie.

– Ano wojnę przegraliśmy – burknęła. – Rozejm dzisiaj podpisaliśmy we Francji. Dość naszych dzieci wyrżnęli – załkała.

Wolińska aż przysiadła, nie potrafiąc ustać na drżących nogach. W jednej chwili przed oczami pojawili się jej dwaj synowie. Obydwaj radośni i piękni. Takimi ich zapamiętała, zanim wysłano ich na front.

Felicja widziała ból na twarzy matki. Znała tę minę. Sama też nieraz myślała o Ignacym, z którym była bardziej zżyta. I choć bywały chwile, że miała go powyżej uszu, to gdy zabrakło jego śmiechu, docinków i żartów, czuła pustkę, której nikt nie potrafił wypełnić.

– Niech wracają jak najszybciej – wyszeptała Klementyna łamiącym się głosem. – Dzieci to dzieci. Nieważne, z jakich ro­dziców zrodzone – dodała, nie zważając na to, co może sobie pomyśleć rozmówczyni. W tej chwili górę wzięły emocje towarzyszące każdej matce pragnącej szczęścia swych pociech.

Inga Debert z lekką urazą łypnęła na krawcową, która śmiała zrównać jej ból ze swoim, potem wyciągnęła z torby portmonetkę i podała gospodyni ustaloną kwotę. Schowawszy koszule do siatki, bez słowa opuściła kamienicę przy Mostowej.

– Ignaś wróci? – dopytywała Melania, patrząc to na matkę, to na siostry.

– Módlmy się, by tak się stało – odparła Klementyna i natychmiast się przeżegnała. – Jedenasty listopada na zawsze przejdzie do historii jako dzień końca rozlewu krwi tych, którzy bili się w nie swojej sprawie.

– Myślicie, że to prawda? – Felicja nie wyglądała na przekonaną.

– Niemcy dobrze wiedzą co w trawie piszczy i oczywiście by się nie przyznali do porażki, gdyby ich do tego nie zmuszono stwierdziła matka.

Felicja wolałaby się upewnić co do tej informacji. W pierwszej chwili przyszło jej do głowy, by biec do księdza Kazimierza i jego zapytać. Szybko zbeształa się w duchu za ten pomysł, wiedząc, że nie wypada przeszkadzać kapłanowi w codziennych obowiązkach. Coś ją jednak gnało do wyjścia. Chciała jak najszybciej potwierdzić zasłyszane wieści.

– Wyskoczę po gazetę – oświadczyła, wbijając igłę w poduszeczkę i zdejmując naparstek z palca. – Może zdążyli już co napisać.

– Poszarzało za oknem. Gdzie ci się tułać po ciemku!

– Latarnie włączone, to się nie zgubię, a na powrocie zajrzę do ojca i razem wrócimy – obiecała i nie czekając na zgodę, wybiegła z pokoju. Po drodze chwyciła palto i ruszyła na schody. Już za drzwiami poczuła dojmujący chłód, więc niezwłocznie się przyodziała. Sunąc przez podwórko, starannie zapinała wszystkie guziki.

Wkrótce przestała zwracać uwagę na pokryte białym puchem ulice i otulone śnieżną kołderką drzewa niknące w szarości popołudnia. Zamiast tego skupiła się na panującym na ulicach gwarze. Przechodnie przystawali przy zebranych w grupki rozmówcach i przysłuchiwali się coraz to nowym informacjom, nie wiedząc, co to może oznaczać dla państwa, siłą wcielonego do Cesarstwa Niemieckiego.

Felicja mijała kolejnych dyskutantów, licząc na to, że zdoła znaleźć choć jednego gazeciarza, któremu pozostały niesprzedane egzemplarze dzisiejszego wydania „Kuriera Poznańskiego”.

Właśnie przeszła obok parku przed bazyliką kolegiacką, gdy dostrzegła znajomego sprzedawcę gazet ciągnącego pusty wózek. Przyspieszyła kroku i zrównała się z mężczyzną w wieku swego ojca.

– A jest jeszcze choćby maluchny kawałek naszego dziennika? – zagadnęła, opromieniając swą twarz uśmiechem.

– „Kuriera” panienka szuka? – upewnił się gazeciarz, zatrzymując się i wsadzając sobie papierosa w usta.

Felicja ochoczo skinęła głową.

– Dzisiaj redaktory nie zdążyli narychtować – przyznał, zapalając zapałkę, a następnie umiejętnie podsuwając ją pod papierosa. – Grygolić*********** co popadnie nie chcieli, coby ludziom we łbach nie skotłować nadto, to trza czekać.

– A o czym się teraz gada? – dopytywała.

– Ponoć nasi wknaić************ się chcą do rządzenia w mieście szepnął, łypiąc na boki, a potem znów się zaciągając.

Felicja nieco się cofnęła, by dym mógł się rozpłynąć w mroźnym powietrzu, ale po chwili się zbliżyła.

– Co to oznacza? – zastanawiała się z przejęciem na twarzy.

– Czas na duże zmiany – mruknął.

– Jak duże?

– Być może największe od lat. Kto to wie.

– Jesteśmy gotowi?

– A co mamy nie być? – Spojrzał spod oka na wiotką kibić dziewczyny, która mogła być w wieku jego syna powołanego do wojska równo rok temu. Ileż by teraz dał, żeby zamiast chłopaka urodziła się córka. Tym nikt nie kazał iść na front. – Wiara************* gotowa czynić zmiany. Ponoć jakieś rady się zbierają, a co uzgodnią, tego nijak przewidzieć, więc nie lofruj************** bez celu, tylko leć do chałupy i czekajcie na jutrzejsze wydanie dziennika polecił, a potem rzucił niedopałek i przydeptał trzewikiem.

Felicja stała oszołomiona wieściami. Jeszcze nie potrafiła ocenić, co mogą zwiastować dla niej, dla Poznania, a nawet dla całej Polski, ale czuła, że na jej oczach dochodzi do zdarzeń, które zapoczątkują wiele zmian.

Pełna nadziei ruszyła w drogę powrotną, zapominając o odwiedzeniu piekarni, w której pracował ojciec. Mdłe światło ulicznych latarń wyznaczało drogę na Mostową, gdzie nowin oczekiwała rodzina.

Przypisy:

* Bunt marynarzy w Kilonii, tzw. Kieler Matrosenaufstand, który rozpoczął się 3 listopada 1918 r. i zapoczątkował rewolucję w Niemczech, co ostatecznie doprowadziło do upadku monarchii [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].

** Pyry – ziemniaki [z gwary poznańskiej].

*** Gzik – rozdrobniony biały ser, wymieszany ze śmietaną lub mlekiem, doprawiony solą i pieprzem, czasami z cebulą, szczypiorkiem czy koperkiem [z gwary poznańskiej].

**** Plyndze – placki ziemniaczane [z gwary poznańskiej].

***** Knajder – malec, niedorostek [z gwary poznańskiej].

****** Aniela Tułodziecka – założycielka Towarzystwa Przyjaciół Wzajemnego Pouczania się oraz Opieki nad Dziećmi „Warta” w 1894 r.

******* Juliusz Słowacki – Hymn [Smutno mi, Boże…].

******** Szczun – chłopak [z gwary poznańskiej].

********* Narychtować – przygotować [z gwary poznańskiej].

********** Bryle – okulary [z gwary poznańskiej].

*********** Wknaić się – wcisnąć się [z gwary poznańskiej].

************ Grygolić – bazgrać [z gwary poznańskiej].

************* Wiara – ludzie [z gwary poznańskiej].

************** Lofrować – włóczyć się bez celu [z gwary poznańskiej].

Książkę Miłość i odwaga kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Miłość i odwaga
Aneta Krasińska0
Okładka książki - Miłość i odwaga

Poznań 1918-1919 Młoda Felicja Wolińska dorasta w zaborze pruskim w tradycyjnej polskiej rodzinie, w której kobieta ma przyporządkowaną odpowiednią rolę...

Wydawnictwo