Mój dom – Auschwitz. Prawdziwa historia. „Ostatnia więźniarka Auschwitz" Niny Majewskiej-Brown

Data: 2021-01-27 14:06:12 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Ponad 75 lat po wyzwoleniu obozu w Auschwitz okazuje się, że za jego drutami, w jednym z esesmańskich bloków, mieszka kobieta, która do dziś jest więźniarką tego miejsca i jego historii.

Obrazek w treści

Ostatnia „więźniarka" Auschwitz to niezwykła opowieść o rodzinnych dramatach i przewrotności losu, który połączył miłością więźniarkę obozów na Majdanku, w Ravensbrck i Buchenwaldzie z więźniem Auschwitz, zsyłając ich po wojnie do Birkenau.

Tych dwoje naznaczonych śmiercią ludzi współtworzyło Muzeum Auschwitz-Birkenau, tu urodziły się ich dzieci, tutaj przemieszkali i przepracowali całe życie i tu do dziś mieszka ich córka. Anna stała się ostatnią więźniarką Auschwitz. W wieku czterech lat, towarzysząc mamie, oprowadzała pierwszych zwiedzających. Zaraz po szkole podjęła pracę w muzealnym archiwum i pracuje w nim do dziś. Zna historię Auschwitz najlepiej i wie o nim niemal wszystko, uwięziona w szponach historii obozu.

Do lektury nowej książki Niny Majewskiej-Brown zaprasza Wydawnictwo Bellona. Wkrótce zaprosimy Was na spotkanie live z autorką. A już dziś w naszym serwisie przeczytać możecie premierowy fragment tej historii: 

Mamusia jest niemożliwa. Stale nalega, że powinnam nauczyć się szyć, a ja całym sercem tego nie cierpię. Teraz też się uparła, że jeśli nie opanuję ściegów, wykrojów i wreszcie nie uszyję samodzielnie dwuczęściowego kostiumu na zimę z szarej, miękkiej wełny, to nie puści mnie do Warszawy.

Kocham mamę i tylko dlatego, nie chcąc jej sprawiać zawodu, ślęczę nad naszym czarnym mundlosem, usiłując po raz enty nawlec nitkę. W jego dwóch szufladkach mama ukrywa swoje największe skarby: barwne guziki, mieniące się kolorami tęczy nici, gumki, ostre szpilki i skrawki koronek. Gdy byłam mała, uwielbiałam do nich zaglądać i bawić się guzikami. Udając, że są ludźmi, łączyłam je w rodziny, obdarowywałam przyjaźniami, miłościami, zazdrościami i wreszcie konfliktami, by pod koniec dnia wrzucić je z powrotem na dno szufladki.

Lubię monotonny stukot maszyny do szycia, miarowe obracanie się połyskującego srebrnego koła i równomierne opadanie igły na tkaninę, ale tylko wtedy, gdy siedzi przy niej mama. To ona opanowała tę sztukę do perfekcji i jest tu mistrzynią. Szyje nie tylko dla domowników, nieustannie przerabiając, co się da, ale też dla naszych sąsiadów i mieszkańców miasteczka. Lata temu skończyła w Warszawie kurs dla szwaczek i w niewielkim zakładzie krawieckim zdobywała pierwsze szlify pod czujnym i surowym okiem właściciela, pana Baumana.

Jest krawcową, bardzo dobrą krawcową, i jest z tego dumna. My zresztą też.

– Mamo, może ty dokończysz? – Naiwnie i raczej bez większej nadziei próbuję się wyzwolić od znienawidzonego zajęcia.

– Kochanie, musisz mieć jakiś fach w ręku. – Niewzruszona mama starannie składa wilgotną lnianą ściereczkę, którą przed chwilą wycierała talerze, i kładzie ją na stole.

Powtarza to za każdym razem, gdy usiłuję z nią dyskutować i wymigać się od szycia. Zafrasowana spogląda na mnie uważnie, jakby chciała przeniknąć moją duszę i przepowiedzieć mi przyszłość.

– I będę miała, przecież chodzę do szkoły. – Jak zwykle staram się ją przekonać, że moje stopnie i zaangażowanie mogą sprawić, że w przyszłości będę zarabiać, robiąc to, co lubię, a nie to, co po prostu potrafię i czego szczerze nienawidzę.

– To nie to samo – odpowiada twardo.

– Może zostanę nauczycielką albo lekarką? Przecież wiesz, że mam najlepsze stopnie w klasie i mogę…

– To nie to samo – upiera się. – Masz umieć robić coś, czego ludzie zawsze będą potrzebowali i za co ci zapłacą. Nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda, co się wydarzy, a szycie ci zagwarantuje zarobek. Musisz mieć fach w ręku.

– Moim zdaniem za dużo ode mnie wymagasz. – Dąsam się coraz bardziej i czuję, że za chwilę, wbrew mej woli, jakaś nieznana siła wyciśnie z moich oczu łzy.

– Może, ale zrozum, że to była jedyna umiejętność, która tutaj, z dala od domu, we Francji, mi się przydała. Nikt nie zatrudniłby mnie w szkole czy w biurze, przecież nie znałam francuskiego.

– Czasy się zmieniły.

– Obawiam się, że nie aż tak.

– Moim…

– Lepiej pokaż, co tam znowu sknociłaś. – Mama się pochyla, muskając mój policzek kosmykiem kruczoczarnych włosów.

Wyraźnie czuję konwaliowy, słodkawy aromat jej perfum i mimowolnie przymykam oczy, jakbym podświadomie chciała nauczyć się go na pamięć. Zapamiętać na zawsze.

– Tylko się nie denerwuj – uprzedzam. Nie lubię tych chwil, gdy przygląda się mojej pracy, wskazuje błędy i niedociągnięcia, bo wiem, że każe mi pruć, zrobić wszystko od nowa, i jak zwykle powie, że za mało się przykładam.

– No, no, muszę powiedzieć… – mówi ku mojemu zaskoczeniu, jednocześnie ciągnąc za nieodciętą nitkę. Zawija ją na palec wskazujący i szybkim, zdecydowanym szarpnięciem urywa – że jestem miło zaskoczona. Prawie idealnie.

Od tego „prawie” zaczynają się wszystkie moje krawieckie kłopoty, ale tym razem, o dziwo, jest inaczej. Mama uważnie ogląda obszycie dziurek, sprawdza, czy rękawy żakietu są równe, czy dobrze przyszyłam guziki, i wreszcie, odłożywszy robótkę na stół, patrzy mi prosto w oczy.

– Brawo, jesteś gotowa. Gdybyś zrobiła w spódnicy o trzy centymetry dłuższą podszewkę, byłoby idealnie. – Uśmiecha się promiennie, a w jej policzku pojawia się dołeczek. – Mireille, uroczyście oświadczam, że nauczyłaś się szyć.

– Naprawdę?

– Tak, kochanie, jestem z ciebie dumna. – Poklepuje mnie po ramieniu.

– Obiecaj, że już nigdy nie będę musiała ślęczeć przy maszynie. – Przy okazji sukcesu, jaki właśnie stał się moim udziałem, usiłuję na zawsze uwolnić się od tego zajęcia.

– Ja mogę ci tylko obiecać, że cię przy niej nie posadzę. Wzdycha cicho i po chwili dodaje: – Ale nie wiem, co zaplanował los.

Gdybyśmy tylko wtedy wiedziały... Dzięki jej uporowi to właśnie szycie, do którego mnie przymuszała, w późniejszych latach nieraz ratowało mnie przed biedą i beznadzieją. Pozwalało zarobić na chleb. Nie zostałam bowiem ani nauczycielką, ani lekarką, ani nikim innym, kim sobie wymarzyłam. Los wszystko pogmatwał tak, że gdyby w tamtym dniu ktoś uchylił rąbka tajemnicy i ukazał mi mój świat za dziesięć–dwadzieścia lat, nie uwierzyłabym i zwyczajnie go wyśmiała.

– Dobre i to. Czyli mogę jechać? – Podekscytowana, nie wierząc w swoje szczęście, klaszczę w dłonie z nadzieją, że wreszcie się zgodzi.

– Do Warszawy? – Mama się droczy, udając, że nie wie, o czym mówię.

– Wiesz, jak nie mogę się doczekać.

– Wiem, wiem. I owszem, możesz jechać.

Przypadam do niej i ściskam ją tak, że niemal traci oddech. Serce bije mi jak oszalałe i miałabym ochotę skakać radośnie jak dziecko, ale tego nie robię, w obawie, że mama uznałaby takie zachowanie za niedojrzałe i na powrót dostrzegła we mnie małą dziewczynkę, po czym cofnęła zgodę na eskapadę.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Ostatnia „więźniarka" Auschwitz. Powieść Niny Majewskiej-Brown kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Ostatnia "więźniarka" Auschwitz
Nina Majewska-Brown0
Okładka książki - Ostatnia "więźniarka" Auschwitz

Ponad 75 lat po wyzwoleniu obozu w Auschwitz okazuje się, że za jego drutami, w jednym z esesmańskich bloków, mieszka kobieta, która do dziś...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Reklamy
Recenzje miesiąca
Domek na końcu świata
Danuta Noszczyńska
Domek na końcu świata
Kilka niedużych historii
Katarzyna Wasilkowska
Kilka niedużych historii
Sercem i rozumem
Wojciech Sobina
Sercem i rozumem
Dobry chłopak
Iwona Wilmowska
Dobry chłopak
Bez opamiętania
Paulina Wysocka-Morawiec
Bez opamiętania
Pokaż wszystkie recenzje