Najsłynniejszy polski rycerz. „Zawisza. Czarne krzyże" Jacka Komudy

Data: 2021-04-13 13:45:41 Autor: Piotr Piekarski

Najsłynniejszy polski rycerz, którego imię żyje do dziś: Zawisza Czarny. Człowiek, którego słowo znaczyło więcej niż prawo. Ten, który za najwierniejszego giermka wziął syna pokonanego wroga. Stawał do walki tam, gdzie nikt już nie miał odwagi walczyć. A ludzie szli za nim, w ogień, pod deszcz strzał i bezlitosne ostrza. Po śmierć, albo po zwycięstwo, ale zawsze za nim.

Dla sługi, któremu dał słowo, sam zdobył oblężony zamek. Dla brata, wziętego do krzyżackiej niewoli, spalił świat.

Obrazek w treści

Zawisza. Czarne krzyże to historia wyjątkowego człowieka, spisana ze swadą właściwą prozie Jacka Komudy, dbałość o szczegóły i realia historyczne, która zapewni rozrywkę na najwyższym poziomie i wielbicielom średniowiecznej historii i czytelnikom ceniącym przede wszystkim żywą, trafiającą w serce opowieść. Do lektury zaprasza Fabryka Słów. Dziś w naszym serwisie znajdziecie premierowy fragment książki:

Brzeg Niemna tonął w oparach i mgłach ścielących się nad wodą jak dymy z dogasającego ogniska. Wysoko nad lasami czarne niebo ciął wąski sierp księżyca, blady ni­czym ofiarne ostrze żmudzkiego guślarza.

Noc wypełniona była skrzypem nienasmarowanych osi, dudnieniem kół, łomotem kopyt. Na brzeg zajeżdża­ły ciężkie wozy, kolasy i bigi. Wiozły klatki z drewnia­nych, zbitych na krzyż balików, nitowanych żelaznymi bretnalami. Niskie, włochate konie stawiały nogi szeroko, zapierały się, pochylając łby, jakby ciągnęły ciężar ponad siły. Obok maszerowali zbrojni – krępe chłopy w szarych tunikach na pancerzach, w obłych kapalinach i pruskich hełmach. Na pawężach, które dźwigali, widniały proste czarne krzyże na białym tle.

Wnętrza klatek spowijał mrok i mgła; tylko na prętach widniały blade znamiona: zaciśnięte, drobne, pokryte krwią dłonie.

Tych bladych rąk nie było widać z pagórka na skraju lasu. Samotny rycerz na potężnym kopijniczym koniu spoglądał posępnie na wozy i ich eskortę. Wysoki, smukły, w pełnej krakowskiej zbroi, w szłomie z podniesioną zasłoną wyglądał jak wyniosły, twardy jesion z boru. Na tarczy dzielonej w pas miał Sulimę.

Towarzyszył mu Żmudzin na kosmatym koniu. Rosły, potężny mężczyzna; osłonięty kolczugą, ze zwierciadlaną płytą pancerza na piersi, na głowie nosił pruską pekilhube z zasłoną jak w ruskich szłomach – przesłaniającą całą twarz, z okrutnym uśmiechem podniesionych w górę żelaznych ust.

Za nimi na podjezdkach czekali pachołkowie i giermek w kapalinie. Rycerz ociągał się, patrzył na czarną ścianę lasu, jakby czekał na wsparcie.

Jednak skraj pradawnego żmudzkiego boru był pusty...

Wreszcie się zdecydował. Podniósł rękę na znak i popędził wierzchowca ostrogami. Koń skoczył przed sie­bie, wybijając ciężki rytm; najpierw kłus, potem trójtakt galopu. Poczet ruszył w chwilę później – śladem rycerza idącego przodem niczym ostrze bojowego klina.

Na brzegu poniżej wzgórza potężny knecht z czarną brodą strzelił batem po dłoniach przeciskających się po­ przez pręty kratki. Z wnętrza dobył się pisk i szloch. Na okutym, zakratowanym wozie były dzieci. Brudne, przerażone, ściśnięte jak prosięta wiezione na targ. W szarych i białych świtach, pokrytych brudem i krwią.

– Schnauze, bydlęta!

Kolejnego ciosu już nie zadał... Zatrzymał się na ugiętych nogach, wpatrując się w mgłę, bo nagle usłyszał coś, co było głośniejsze niż skrzyp i klekotanie wozów.

Złowieszczy, zbliżający się grzmot kopyt!

Nagle w oparach zaczerniał wyszczerzony koński pysk, spięty łańcuszkiem munsztuka. Grzywa rozwiana w galopie, a w siodle – rycerz w zbroi! Z trójkątną tarczą na lewym ramieniu, z sulicą przerzuconą przez przedni łęk!

Knecht nie zdążył nawet pisnąć. Rycerz wpadł nań, ugodził w pierś litewską włócznią, zmiótł z siodła i obalił w błoto!

Podniosły się krzyki, gdy poczet wpadł między wozy, rąbiąc i tratując pawężników, kuszników i zbrojnych. Rycerz, obok niego wojownik w szyderczo wykrzywionej pekilhube i pozostała szóstka konnych przeszli przez karawanę jak furie, które wyrwały się z piekła, pozostawiając po sobie krew i dygocące, wdeptane w piach ciała.

Rycerz już zawracał konia, okrzykiwał swoich, by szli za nim, nie dając pardonu.

Więc poszli galopem przez noc i mgłę. Miecze zabrzęczały, tłukąc o hełmy, tarcze i żelazo, pod niebiosa bił wściekły wrzask i jęki rannych. Pachołkowie z krzyżami ulegli. Tratowani, rąbani, uciekali od wozów, wciskali się pod kolasy, rozbiegali. Rycerz ich nie gonił, przywołał poczet, dłonią w żelaznej rękawicy wskazywał drzwiczki do klatki, zamknięte na solidną kłódkę.

– Panie Wojciechu, żelazem!

Wezwany pachoł już podjeżdżał, osadził konia, ze­ skoczył z siodła. Dzieciaki na widok obcych poczęły przepychać się, szlochać; w uszy uderzył cienki krzyk rozpaczy. Stary Wojciech pochwycił topór, chciał zamachnąć się, ciąć w kłódkę, ale zawahał się, bo mali więźniowie w błagalnym geście wysuwali ręce przez kraty. Sapiąc, próbował podważyć skobel, ale bezskutecznie.

Wreszcie uderzył toporem w drewniany balik, z którego zrobiona była krata. Przerąbał go, wyłamał, poszerzył rozstęp między drewnianymi prętami. I wtedy... zobaczył po drugiej stronie krat brudnego chłopca o zwichrzonej, pokrytej błotem czuprynie.

Jednak dzieciak nie patrzył na starego sługę. Spoglądał ponad jego ramieniem, na rycerza z Sulimą na piersi. A potem sięgnął wzrokiem dalej, przez mgłę...

– Wojciechu! – krzyczał rycerz. – Na Boga, szybciej!

Opary rzedły, rozwiewały się, bo nadchodził świt – daleko za żmudzkimi borami i trzęsawiskami przedzierała się wolno smuga, czerwona jak krew.

I nagle w mgłach nad Niemnem pojawiła się śmierć.

Dziesiątki, może setka łodzi, szerokich, płaskodennych, wyładowanych zbrojnymi. Na dziobie każdej stał rycerz – zakonny brat w białym płaszczu, z czarnym krzyżem na lewej piersi.

Zgięci wpół knechci napierali na wiosła, aż jęczały dulki. A dalej w rzedniejącym mroku czaiło się coś jeszcze. Złowroga sylweta, wyniosła niczym katedra, wznie­siona na ogromnym płaskim galarze. Drewniany zamek na wodzie, zwieńczony zębatymi blankami!

– Krzyżacy! Cała rzeka! – krzyczał giermek, pokazując na Niemen.

Rycerz drgnął, spojrzał w lewo, zobaczył nadchodzącą nawałę.

– Uwolnijcie ich! – rozkazał. A potem wyrwał giermkowi sulicę z garści, zawrócił konia.

– Panie...

– Zatrzymam ich! Dam wam czas... A ty – Sulimczyk spojrzał na wojownika w pekilhube – chodź za mną!

Tamten ledwie dostrzegalnie skinął głową.

Łodzie już dobijały do piaszczystych łach, krzyżaccy knechci wyskakiwali z krzykiem i pluskiem do wody!

Pomiędzy kapalinami, chybocącymi sulicami i rohatynami przyciągał spojrzenie jeden jedyny siwy koń. Dextrarius stał na tratwie, którą poruszało sześciu wioślarzy, wyniosły, okryty białym zakonnym kropierzem. Dosiadał go jeździec we włoskiej płycie, w hełmie z płaską zasłoną i szerokim nakarczkiem. Kiedy tratwa weszła na płyciznę, spiął ostrogami wierzchowca, ten parsknął, spuścił głowę, nie chciał iść w wodę. Rycerz uderzył drugi, trzeci raz, mocno, brutalnie, aż dextrarius skoczył w przód na płyciznę i przerażony popędził aż na brzeg. Na piasku wyprzedził knechtów i kuszników.

Między wozami podniósł się zgiełk. Chłopiec przeciskał się przez nadkruszone toporem kraty, rwąc koszu­linę; złamany pręt pozostawił na jego ramieniu krwawą pręgę. Zamarł, widząc rycerza z Sulimą gnającego na Krzyżaka w białym płaszczu.

Patrzył, jak wpadli na siebie z rozmachem niby rozwścieczone byki. Sulimczyk uderzył włócznią – spod pachy, w sam bok przeciwnika.

Krzyżak zachwiał się w siodle, kiedy konie minęły się w galopie, tak blisko, że zdawać się mogło, iż splączą się munsztukami, ostrogami i rapciami. Ale w ostatniej chwili Sulimczyk uderzył tarczą o pawęż przeciwnika. Wybił go z siodła, rzucił na koński zad, zwalił na ziemię, aż jęknęły blachy zbroi...

...a potem nawrócił konia ku wozom.

Knechci, dotąd pędzący za dowódcą, zanieśli się jednym wielkim wrzaskiem, stanęli w miejscu. Dziesiątki rąk wyciągnęły się do leżącego, ktoś łapał rozszalałego konia, inni tylko spoglądali dookoła.

Na wozie chłopiec obrócił się, wyciągnął ręce do dziewczynki, która przeciskała się przez otwór w kratach wyłamanych przez Wojciecha. Nie zdążył. Z tyłu pojawił się cień, wzniósł się nad nim, czarny i złowieszczy.

Mały więzień zbladł. Rzucił się pod wóz, przepełznął na drugą stronę po piasku i krwi. Ominął charczącego, wypluwającego posokę knechta, przemknął obok kopyt szalejących koni. Zapadł w mrok.

Zobaczył jeszcze, że do Sulimczyka podjeżdża wojownik w szyszaku z wyrzeźbionym okrutnym uśmiechem rozciągającym żelazne usta. Nieznajomy uchwycił przyjacielskim gestem za osłonięte blachami zbroi ramię towarzysza. Wsadził prawą rękę pod naramiennik i...

Coś brzęknęło! Ostrze ze świstem wyskoczyło z rękawa niczym wystrzelone z kuszy. Wbiło się w przeszywanicę Sulimczyka w miejscu nieosłoniętym przez zbroję, sięgnęło ciała!

Rycerz krzyknął, zatrząsł się z bólu.

I wtedy, po tej długiej chwili, uderzyła na nich krzyżacka nawałnica. Sulimczyk dostał w bok hełmu gizarmą, stal wytrzymała, ale trzy pary dłoni chwyciły go za lewą rękę i nogę powyżej trzewika.

W jednej chwili ściągnęli go z konia, obalili na ziemię. Rzucili się nań jak na ociężałego żuka, pokryli niczym szarańcza, poczęli bić, ciąć, kopać i szarpać, jakby wychodziła z nich złość. Złość na śmiałka, który przed chwilą tratował, kłuł i wbijał w błoto ich kamratów.

– Staaać! Staaaać!

Krzyżak już wstał, przyszedł do siebie; przepychał się ku miejscu potyczki, okładając pachołków po łbach i plecach bojowym żelazem. W ręku miał młot z trójgraniastym ostrzem, nieco zagięty do dołu, z obuchem uformowanym na kształt pięści. Przepchał się wreszcie, roztrącił czeladź. A wtedy Sulimczyk w zakrwawionej, powgniatanej zbroi poruszył się, podniósł na łokciu.

Błysk! Krzyżak wzniósł broń do ciosu!

Leżący zastawił się poszczerbioną pawężą...

Młot runął na nią jak głaz. Trzasnęło drewno i żelazo; rysa przemknęła przez herbowe pole.

Krzyżak uderzył jeszcze raz – tarcza nie wytrzymała, pękła, rozszczepiona w połowie.

I jeszcze raz, z zamachu – szłom Sulimczyka wgiął się pod ciosem, rycerz opadł na drogę, legł pod przemożną siłą.

– Brać żywcem! – zakrzyknął Krzyżak.

Biało­bure morze knechtów pokryło leżącego jak jadowite robactwo. Chwyciło, przytrzymało, zdławiło wszelki opór. Zamaskowany jeździec w pekilhube spoglądał na to w milczeniu, nieruchomy jak posąg. Uśmiech zdrady i tryumfu wykrzywiał żelazne oblicze jego maski.

*

Krzyżacka kolasa toczyła się z takim chrzęstem i turkotem, jakby miała zaraz rozlecieć się w drzazgi. Powoził smutny pachołek w obcisłej robie i nasuniętym na oczy kapturze połączonym z pelerynką powycinaną w ząbki. Z boku jechało czterech konnych kuszników w kapalinach i zakonny rycerz. Na kolasie spoczywał blady i pokrwawiony Piotr z Garbowa zwany Krukiem, odarty ze zbroi, obolały, ale z zaciętym obliczem.

Krzyżak zdjął z głowy gładki włoski hełm z szerokim nakarczkiem. Jasne włosy zalśniły w słońcu; w błękitnych oczach patrzących szczerze i prosto czaiły się pogarda i drwina z jeńca.

– Jestem Leopold Koekritz von Dieber, z woli Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego komtur Wodokzen. Powinniście o mnie słyszeć.

– Dzikie i dalekie jest twoje komturstwo – odciął się Kruk. – Równie dobrze ja mógłbym mianować się kasztelanem malborskim.

– Będą o mnie mówić – zawyrokował Krzyżak z miłym uśmiechem – jako o pogromcy Piotra Kruka. Wyście wszak brat sławnego Sulimczyka z Garbowa?

– Zawisza upomni się o moją krzywdę.

Komtur uśmiechnął się tajemniczo. Wjeżdżali na rozstaje dróg w żmudzkiej puszczy. Stała tu karawana wozów i dwukołowych big, przy której krzątali się krzyżaccy knechci i słudzy w kapturach.

– Dokąd mnie wieziecie?

Dieber dał znak podniesioną ręką, aby się zatrzymać. Stanęli przy wozach wyładowanych workami z ziarnem.

– Doprawdy bardzo was lubię, panowie Polacy. Tacy z was miłosierni głupcy, że ze świecą szukać drugich. Ot, proszę, przywozicie zboże dla głodujących pogan. Jezus Chrystus by płakał. A w zbożu... Pokażcie, proszę!

Knechci zrzucali worki z wozu, rozpruwali je dagami. Z wnętrza wysypało się ziarno, pod którym zabłysła stal mieczy, czerniały ręczne kusze bez cięciw.

– Wiem dobrze, że jest was więcej na Żmudzi. Tam, dokąd jedziemy, pogadamy o tych miłosiernych wojownikach. I o zbożu. Ile, dla kogo, jakie są tajne znaki i hasła. Pogawędzimy w cieple.

Kruk zacisnął zęby. Oblicze miał spokojne, ale pod maską obojętności czuł chłód.

Od czoła kolumny narastał tętent kopyt. Nadjeżdżał jeździec w zwierciadlanej zbroi i pekilhube z szerokim uśmiechem wyrzeźbionym na zasłonie zakrywającej oblicze. Kruk nie chciał nawet na niego patrzeć.

– Czas na mnie, komturze – powiedział Żmudzin niskim, chropawym głosem. – Dotrzymałem umowy... – Rozwarł prawą pięść. Nietrudno było domyślić się, co oznacza ten gest.

– Zdrajca! – wycharczał Kruk. – Przeklęty cały twój ród. Oby wymarł, oby zgnił!

– Do końca nie wierzyłem, że go sprzedasz – rzekł von Dieber, nie zwracając uwagi na słowa jeńca, wesoły i niewinny jak młodzieniaszek w katedralnym chórze. – Ale tak, tym razem pan z Garbowa ma rację. Dziś w nocy dopuściłeś się grzechu zdrady. A jak nasz zakon karze zdrajców? Zaraz się dowiesz, bierzcie go!

Pułapka musiała być przygotowana wcześniej, bo strzelcy od razu przystawili kusze do pleców wojownika, dwaj inni chwycili za ręce z prawej i lewej.

Jeździec nie szarpał się. Nie krzyczał. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, prosto na lśniące groty.

– Wy przeklęci...

– ...zdrajcy? – Dieber uśmiechał się miło jak uniżony sługa, a nie krzyżacki komtur. – Od was się tego nauczyliśmy, poganie. Wczoraj zadałeś cios Krukowi, jutro poderżnąłbyś gardło mnie. Pojutrze wystawiłbyś na hańbę cały nasz zakon.

– Co z nim, panie? – zagadał jeden z knechtów.

– Rzućcie go na drugi wóz – zakomenderował Krzyżak. – Z tobą też pogawędzimy, mój ty dziki Żmudzinie. Razem z Sulimczykiem będzie wam raźniej... I cieplej.

I nagle szarpnął głową, krzyknął, zaświstał przez zaciśnięte zęby.

Miejsce Kruka na wozie było puste. Po prostu zniknął, ranny, pokrwawiony; przecież ledwie się ruszał!

– Staaać! – krzyknął rozpaczliwie Dieber. – Gdzie jeniec? Gdzie ten przeklęty Polak? Gdzie Kruk?!

– Tam, tam, panie! – wskazał jeden z knechtów. – Uchodzi!

– Za nim!

Krzyżacy zaczęli zawracać konie, na ciasnej drodze zawadzali o siebie, przepychali się; trzask, jeden z wałachów kopnął, ktoś mało nie zleciał z ciężkiego siodła, zakotłowało się.

– Dalej! Dalej! – wrzeszczał Dieber.

Kruk uciekał, pokrwawiony, to unosząc, to opuszczając związane z przodu ręce. Biegł truchtem, choć ciemne plamy latały mu przed oczyma. Potem już tylko szedł, półprzytomny, zbolały.

Nie dopadli go. Nie musieli. Nagle od strony wozu dojechał doń w galopie zakonny półbrat w dublecie i tu­ nice z krzyżem jak wielkie T. Nie musiał nawet tratować uciekiniera. W przelocie, mijając go i opryskując roztopionym błotem z resztkami śniegu, po prostu zdzielił styliskiem rohatyny przez plecy. Kruk jęknął, runął. Przez chwilę, leżąc na pokrytej breją drodze, ruszał rękami i nogami, jakby jeszcze chciał pełznąć. Nie starczyło sił.

Z tyłu nadciągała nawałnica, krzyki, pluskanie kopyt na rozmokłym trakcie. Coraz bliższe i... coraz wolniejsze. Zdobycz nie mogła im ujść.

Ludzie w białych płaszczach opadli go ze wszystkich stron, ze złością, z furią zaczęli kopać, tłuc raz za razem, wyładowując gniew za podłą przedwiosenną pogodę, za błoto, za nędzne żmudzkie drogi. Za brak piwa i ciepłej strawy na tej parszywej rejzie.

Na szczęście Piotr z Garbowa zwany Krukiem już tego nie czuł. Odpływał w dawno minione czasy; kolejne wiosny, zimy, lata migały mu przed oczyma jak stronice przewracane w księdze.

Tymczasem zdyszany, wściekły Leopold von Dieber przypadł na koniu do półbrata, który pierwszy powalił Kruka. Oparł rękę na jego ramieniu, pogładził pieszczotliwie.

– Dobra robota, Hans – powiedział. – Ten polski pies gotów był uciec. Jeszcze dobierzemy się do niego w Wodokzen, co, kamracie?

Uśmiech Hansa starczył za odpowiedź.

Książkę Zawisza. Czarne krzyże kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zawisza. Czarne krzyże
Jacek Komuda2
Okładka książki - Zawisza. Czarne krzyże

Najsłynniejszy polski rycerz, którego imię żyje do dziś: Zawisza Czarny. Człowiek, którego słowo znaczyło więcej niż prawo. Ten, który...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na wieki wieków Pani Amen
Bianka Kunicka - Chudzikowska
Na wieki wieków Pani Amen
Spowiedź Goebbelsa
Christopher Macht
Spowiedź Goebbelsa
A miał być happy end
Katarzyna Kalicińska
A miał być happy end
Niskorosła
Joanna Bartoń
Niskorosła
Wędrówka
Anna Onichimowska
Wędrówka
Sam i Watson patrzą sercem
Ghislaine Dulier
Sam i Watson patrzą sercem
Największy sekret
Rhonda Byrne
Największy sekret
Pokaż wszystkie recenzje