Szesnastoletnia Hela i jej mama Matylda wracają na Kociewie, w rodzinne strony. Tym razem powodem jest stary dom przy tryfcie, który odziedziczyły po ciotce, zmarłej w niewyjaśnionych okolicznościach. Matylda chce tu urządzić wymarzoną agroturystykę, ale wszystko sprzysięga się przeciwko niej. Sąsiedzi knują, zjawiają się nieproszeni goście, dochodzi do coraz groźniejszych wypadków.
Hela nie mówi nikomu, że dom przy tryfcie śni jej się od dawna, zupełnie jakby ją wołał i chciał przed nią odkryć swoje tajemnice. Kiedy Matylda zaczyna się dziwnie zachowywać, jej córka nabiera podejrzeń, że to stary budynek zmusza ludzi do czynienia zła. Czy dziewczynie uda się skonfrontować z własnymi lękami i odkryć tajemnicę domu?

Do przeczytania powieści Karoliny Głogowskiej Usypianka zaprasza Wydawnictwo Mięta. To opowieść o dalszych losach bohaterek, które czytelnicy poznali w powieści Szeptanka. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Usypianka:
PROLOG
Dziesięć, dziesięć, dziesięć… Dziewięć, dziewięć, dziewięć…
Osiem, osiem, osiem… Siedem, siedem, siedem… Sześć, sześć, sześć…
Otacza mnie czerń. Otwieram oczy, ale to niczego nie zmienia. Po omacku przesuwam się do przodu. W ciemności pojawiają się wydłużone świetliste kształty. Słabą poświatą wyznaczają mi drogę jak w korytarzu. Czy to sen? Skupiam się na swoich stopach, które stąpają powoli i ostrożnie. Są bose, mogę wyczuć pod nimi chłodną, zbitą i szorstką ziemię. Dłońmi dotykam ścian, są blisko. Najpierw mam wrażenie, że to mokra glina, potem faktura robi się twardsza i zaczyna przypominać zmurszałe drewno. Na końcu korytarza są drzwi. Im jestem bliżej, tym lepiej je widzę. Wszystko staje się coraz wyraźniejsze i bardziej rzeczywiste. Czy to sen? Powtarzam to pytanie sama do siebie. Zapach mydła i spalenizny świdruje mi w nosie. Podchodzę do drzwi i łapię za zimną klamkę. Skrzypnięcie, nagłe światło – i jestem w środku. To sień starego domu. Drewniana podłoga skrzypi pod moimi stopami. Czego ja tu właściwie szukam? Przechodzę przez próg do jakiegoś pomieszczenia. To czyjaś sypialnia, bo na środku stoi wielkie łoże z wysokim wezgłowiem. Czy to sen? Spójrz na swoje ręce, mówię sama do siebie. Wyglądają normalnie… Trzymam w nich niewielkie lustro. Chcę do niego zajrzeć, ale nic nie widać. Jest ciemno. Ustawiam się tak, żeby światło padało na taflę. Teraz lepiej. W odbiciu widzę kuchnię – znajduje się za moimi plecami. Ktoś siedzi przy stole. Kobieta i troje dzieci. Jest ktoś jeszcze. Za nimi, w kącie przy piecu. Odwracam się, żeby zobaczyć.
HELA
– Ona już nie wróci – mówi Lólka. Poprawia firankę w oknie i siada w bujanym fotelu. W kuchni rozbrzmiewają miarowe skrzypnięcia.
– Plamka? – Wciąż mnie ściska, gdy o niej myślę. Nasza ukochana siwa kotka zawsze chodziła tylko sobie znanymi ścieżkami, zjawiała się i znikała, kiedy jej pasowało, ale nigdy jej nieobecność nie trwała tak długo. – Nie wiemy na pewno… – usiłuję pocieszyć Lólkę i siebie.
– Ja już wiem… Wiem, bo mi się przyśniła – upiera się przy swoim.
– Mnie tam się śnią różni ludzie i to wcale nie znaczy, że… coś im się stało. – Nadal trudno mi wypowiedzieć ostateczne słowa w odniesieniu do Plamki. Wciąż nasłuchuję charakterystycznego brzęknięcia parapetu, oznaczającego, że zaraz zobaczę kotkę w oknie. A może któregoś ranka obudzi mnie jej mruczenie nad głową i będzie tak, jakby nic się nie stało.
– Nie. – Lólka jest stanowcza. – Nie tak. Ona mi się śniła, jak leżała tu, na oknie. Tyłem. Patrzyła na sadek. Aaa… no właśnie. Okno wychodziło na sadek, a nie na podwórko…
– No i co to znaczy? – pytam bez przekonania.
– Okno w kuchni wychodzi na podwórko, tak?
– Tak.
– A w moim śnie było po drugiej stronie domu… – Lólka kiwa głową, jakby sama upewniała się co do swoich przemyśleń. – To znaczy, że Plamka też jest już po drugiej stronie.
Nie wiem, czy żartuje. Wygląda poważnie, a mnie na te słowa coś ściska za gardło. Odchrząkuję, bo nie chcę się teraz rozpłakać. Mamy zadanie do wykonania. Poprawiam telefon na statywie i włączam nagrywanie.
– Michalina Frankowska, urodzona w Turczu w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku. Okej, możesz mówić – zachęcam prababcię. – Tak jak ustaliłyśmy.
– To było taaak dawno… – Zawiesza głos i każe mi czekać. Urodzona gwiazda. – Ale ja wszystko pamiętam! – I mistrzyni suspensu. Moja prababka. Lólka.
Lólka to nie zdrobnienie od Michaliny, ale właśnie od prababci. Wiem, dziwne. Tu, na Kociewiu, wszystko jest trochę apartne. To znaczy, na polski, nietypowe. Oryginalne. Mówiąc eufemistycznie. Na przykład moja rodzina, składająca się z prababci Michaliny i babci Róży, czyli Busi. No i mojej mamy Matyldy – w skrócie Ma. A skoro one są dziwne, to pewnie ja też. W zeszłe lato przekonałyśmy się wszystkie, że łączy nas znacznie więcej, niż chciałybyśmy przyznać. I na nic się nie zdało, że Ma wyjechała z Turcza zaraz po maturze i poprzysięgła sobie, że nigdy tu nie wróci. Rok temu zmieniła zdanie, choć trochę zmusił ją do tego los. W każdym razie od tego czasu sporo się zmieniło, a my przyjeżdżamy z Gdańska do Turcza znacznie częściej i nawet odwiedziłyśmy babcie w święta Bożego Narodzenia. Było szałowo, dopóki przed sylwestrem nie zmarł sąsiad – i Busia zaciągnęła mnie na pustą noc, żebym zaznała trochę lokalnej tradycji. Brzmiało to dość magicznie, a przynajmniej tajemniczo, więc chętnie się zgodziłam. Myślałam, że ta pusta noc to jakiś świąteczny spacer do lasu albo misterium w kościele. Otóż nie. Poszłyśmy do czyjegoś domu. I wcale nie było w nim pusto, wręcz przeciwnie. W dużym pokoju zebrało się tyle ludzi, że ledwo się przecisnęłam, żeby zobaczyć, wokół czego się zgromadzili. Śpiewali, nawet ładnie, słyszałam różne instrumenty, więc zachęcona tym, zaczęłam się przepychać, ale natychmiast tego pożałowałam. Na środku pokoju stała ni mniej, ni więcej, tylko otwarta trumna ze zmarłym sąsiadem, ubranym w garnitur i z gromnicą w zaciśniętych dłoniach. Obok, na krzesełku, siedziała uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczynka, na oko pięcioletnia, i trzęsąc się na boki, przygrywała śpiącemu snem wiecznym dziadkowi na małym akordeonie. Tak… Przedziwny zwyczaj.
– Zaczekaj… To znaczy, że nigdy stąd nie wyjechałaś? – pytam Lólkę.
– Raz byłam w Starogardzie, w pięćdziesiątym ósmym, ale tam nie ma nic ciekawego.
– No tak. Jasne. A poza tym nigdzie? Nigdy?
– Nie.
– Ale… dlaczego nie? – drążę.
– A dlaczego tak? Ja tu wszystko mam. I dom, i sadek, i moje bujany… – Lólka patrzy na mnie, jakbym to ja mówiła coś zaskakującego.
– No dobrze, to opowiedz, jak to było w Turczu w tym trzydziestym dziewiątym.
– Było gorąco. Bardzo. A ja już tak chciałam iść do szkoły.
– Zaczekaj… Przepraszam, możesz zacząć od początku? – Wychylam się zza telefonu. – Tylko dodaj, jaka była data i ile miałaś lat, dobrze?
Lólka w odpowiedzi przytakuje głową. Ściąga usta, przełyka kilka razy ślinę i cmoka, jakby zbierała odpowiednie słowa. I chyba naprawdę to robi. Rok temu, kiedy przyjechałyśmy z Ma pierwszy raz po latach, Lólka prawie się nie odzywała, a jeśli już, to gwarą, której nie mogłam zrozumieć. Nie wiem, czy to, co się wydarzyło w ubiegłe wakacje, wywarło na nią taki wpływ, że przypomniała sobie język polski. W dodatku w całkiem kwiecistej formie. Ciągle zdarza jej się odlecieć, to znaczy mówić dużo, elokwentnie i z sensem, a potem nagle zamilknąć na kilka dni. Staram się ją nagrywać, kiedy do nas „wraca”.
– To był ostatni dzień sierpnia tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, miałam siedem lat. Bardzo się cieszyłam, że idę do szkoły. Wszystko miałam przygotowane: zeszyt, ubrania, nowe buty. Zakładałam je, jak mama nie widziała, i wychodziłam na podwórko, choć panował upał. Inne dzieci jeszcze na bosaka biegały się kąpać nad rzekę. I miałam taki dłuuugi, gruby warkocz. I czerwoną wstążkę od taty. Inne dziewczyny to mi bardzo zazdrościły. Ale się wylichnęła, gadały. – Lólka zaczyna chichotać jak nastolatka, choć może raczej powinnam użyć słowa „chichrać”. Dzięki niej podłapuję coraz więcej kociewskich słówek i wciskam je, gdzie mogę, bo bardzo mi się podobają. Czasem budzę tym konsternację w szkole.
– Ale nie było pewne, czy pójdziesz do pierwszej klasy, bo wszyscy mówili, że będzie wojna. – Próbuję naprowadzić Lólkę na interesujący mnie wątek.
– Wojna? Jaka wojna? Ja tego nie słuchałam! – Lólka mówi radosnym, dziecięcym głosem, zupełnie jakby znowu była małą, psotną dziewczynką. – Mama kazała mi chodzić w płaszczyku, bo może trza będzie uciekać do lasu… A mnie było tak gorąco! Nie wiadomo było, czy nie przyjdą i nas nie zabiją. No i nie poszłam do szkoły… – Zamyśla się. – Dopiero później, jak już przyszli. Niemcy. Noo… oni byli tu już wcześniej, sąsiedzi. Ale ci inni Niemcy. Oni nas po niemiecku uczyli: der Apfel, die Sonne, das Fenster… A my musieliśmy powtarzać, bo inaczej toby żadnej szkoły nie było, tylko wywózka do Sztutowa albo do Zajączka…
– Zajączka? – przerywam.
– To las, co rośnie za Turczem. Oni tam rozstrzeliwali Polaków. Mówić dalej?
Kiwam głową.
– Dawali nam przydział na marmoladę, na mleko, na chleb… ale tylko na początku, bo potem to już nic nie było, tylko głód. I tatusia zabrali, załadowali na wagon, a my z mamą stałyśmy na dworcu, machałyśmy i patrzyłyśmy, jak odjeżdża z innymi mężczyznami…
– Dokąd?
– Ja się lubiłam uczyć, więc się uczyłam nawet tego niemieckiego, ale najbardziej to lubiłam śpiewać. – Lólka kompletnie ignoruje moje pytanie, jakby w ogóle go nie usłyszała. – I warkocz miałam taki długi, gruby, i wstążkę czerwoną, mówiłam ci?
– Tak, przed chwilą.
– I dziewczyny tak mi zazdrościły… Taka Wisia najbardziej. Powiedziała, że jej tata też taką kokardę przywiezie, ale się nie doczekała, bo ją zabiła bomba. Ale jak ją chowali, to zaniosłam jej moją wstążkę, żeby jej zawiązali na warkoczu chociaż do trumny…
Nagłe szurnięcie krzesłem. W progu staje Busia.
– Mamo, po co ty jej opowiadasz takie okropieństwa? – pyta, ale raczej nie oczekuje odpowiedzi.
– Nagrywam prababcię do szkolnego projektu – przypominam.
– Przecież są wakacje. – Busia mruczy pod nosem, tak że ledwo udaje mi się ją usłyszeć. Chyba ma zły humor.
– Opowiesz jeszcze coś o tej bombie? Ona spadła tutaj, w Turczu? – wracam do Lólki.
– Jooo… tu dużo ich leciało! Od stycznia do marca. My to się nawet bawiliśmy w tych lejach…
– Głupoty… – burczy Busia.
– Żadne głupoty. Zapytaj Anusi… – obrusza się Lólka. – A tak zimno było tej zimy! Jezusie! Jak do nas Żydzi przychodzili w nocy… na bosaka!… to całe nogi mieli czerwone. Strach było patrzeć.
– Jacy Żydzi, co ty opowiadasz? – Busia kręci głową.
– Ze Sztutowa.
– Ze Sztutowa? Przecież nikt stamtąd nie uciekał. Widzisz… – Busia zwraca się do mnie. – Czego nie pamięta, to zmyśli. Taką będziesz miała historyjkę, a nie historię.
– A ta Anusia to kto? – dopytuję.
– Moja serdeczna przyjaciółka. Myśma się tam razem bawiły. Ona to dopiero miała przygody. Raz uciekła Niemcom.
– Anusia z nikim nie będzie rozmawiać – wtrąca się Busia.
– Jooo… Ty tam wiesz. – Lólka robi obrażoną minę.
– Wiem, bo jak Michałkowa chciała robić kronikę Turcza, to nic z niej nie mogła wyciągnąć. Zasznurowała usta i już. Zresztą kto by chciał opowiadać o takich strasznych rzeczach.
– A gdzie ta Anusia mieszka? – Pytam, bo już poczułam wyzwanie.
– Za rynkiem, koło poczty. Mały czerwony domek – mówi Lólka. No tak, tu się rzadko operuje adresami. – Musisz iść za rynkiem w górę, w lewo…
Dalej nie słyszę, bo Lólkę zagłusza dźwięk tłuczonych naczyń. No, nie dosłownie, ale Busia bardzo głośno, ostentacyjnie zdejmuje je z suszarki i chowa do szafek.
– Busiu, a musisz teraz? – podejmuję ostatnią próbę.
– Nikt za mnie tego nie zrobi – odpowiada nerwowo.
Widzę, jak ukradkiem ociera łzy. No tak. Mogłam się domyślić. W ogóle nie chodzi jej o wojnę i opowieści Lólki. Płacze za Plamką. Jak my wszystkie, gdy nikt nie widzi.
Jest noc. Ciepła. Idę pod górę wąską brukowaną uliczką. Docieram do czerwonego płotu. Wchodzę przez furtkę i zatrzymuję się na podwórku. Rozglądam się. Byłam tu wiele razy. Przed sobą widzę stary wiejski dom. Kiedyś był chyba biały, teraz jego najjaśniejszymi punktami są jaskrawozielone okiennice. Okna, przez które przebija się nikłe światło, wyglądają jak oczy. Ten dom na mnie patrzy. Ogarnia mnie strach. Chcę uciec, ale nagle znajduję się w środku, w ciemnym korytarzu. Odwracam się do drzwi i próbuję je otworzyć. Są zamknięte. Zaczynam w nie walić. Wiem, że jestem w Turczu, że Ma, Busia i Lólka są gdzieś daleko. Krzyczę głośno, żeby mogły mnie usłyszeć, a jednocześnie przychodzi mi do głowy myśl, że to głupie i naiwne z mojej strony. Przecież mój głos do nikogo nie dotrze z takiej odległości. Wołam tatę, choć to jeszcze bardziej idiotyczne, bo on mieszka w Szwecji ze swoją nową rodziną.
Czuję drapanie w gardle, ciemny korytarz wypełniony jest gryzącym dymem. Nagle przypominam sobie, że na tyłach domu są drugie drzwi. Idę tam, ale zamiast dojść do celu, jakimś trafem wchodzę do sypialni. Na środku stoi ogromne łoże z rzeźbionym wezgłowiem. Obok niego – sosnowa bieliźniarka zamykana na kluczyk. Przekręcam go i otwieram drzwiczki, za którymi skrywa się kolumna szuflad. Wiem, co się zaraz wydarzy. Wysuwam najwyższą szufladę i wyjmuję z niej dziwne lustro. Jest niewielkie i ma nieregularny kształt, jakby było kawałkiem stłuczonej tafli, którą ktoś postanowił oprawić w ramki. Boję się w nie zajrzeć, ale i tak to robię. Czuję, jak oblewa mnie zimny pot. Słyszę warczenie. Odwracam się. Na łóżku leży wielki czarny pies. Nie widziałam go wcześniej. Jego białe kły jaśnieją w ciemności. Nagle pies się podnosi i na mnie rzuca. Lustro wypada mi z rąk. Krzyczę. Ten krzyk mnie budzi. Siadam zdyszana na łóżku. W uszach wciąż słyszę własny przerażony głos.
W sieni rozlegają się szybkie kroki, po chwili drzwi otwierają się z impetem i do kuchni wchodzi Busia. Wygląda, jakby za moment miała wybuchnąć, ale wcale nie ze złości.
– Gdzie Matylda? – pyta.
Mam nadzieję, że Ma znowu czegoś nie nabroiła. Nie lubię, jak te dwie się kłócą.
– Nie wiem, coś mówiła, że musi jechać na zakupy…
Busia niecierpliwie wygląda przez okno, jakby mama miała się od tego zmaterializować na podwórku.
– Zjesz coś? – zagaduje.
Czasem mam wrażenie, że ona nie może po prostu usiąść i odpocząć. Cały czas musi być czymś zajęta, a najlepiej, jeśli to ma związek z karmieniem innych ludzi.
– Racuchy? – proponuję. Może to ją uspokoi, bo naprawdę wygląda, jakby za moment miał jej pójść dym z uszu. Jest zaróżowiona na całej twarzy.
– Ruchanki z fjutem, raz! – komenderuje Busia, a ja rozdziawiam buzię ze zdziwienia. Chyba się przesłyszałam, ale wolę nie pytać.
Busia wyciąga rondelek, podgrzewa w nim mleko, po chwili zdejmuje je z ognia, przelewa do kubeczka i dodaje drożdże. Miesza i stawia miksturę na parapecie.
– Dzięki temu ciasto szybciej ruszy… dlatego to ruchanki. No gdzie ta Matylda? –Znowu wygląda przez okno. Wraca do stołu i bierze się do jabłek. Obiera skórkę tak zręcznie, że wychodzą jej długie, nieprzerwane skrawki. Potem kroi miąższ w kosteczkę. – No, wreszcie! Gdzie ty byłaś? – Rzuca nożyk, gdy w drzwiach staje mama.
– Przejść się, a co? – Ma posyła mi badawcze spojrzenie. Pyta mnie w ten sposób, czy powinna się spodziewać kłopotów.
Wzruszam ramionami.
– Mam wspaniałe wieści! – kontynuuje Busia. I z tymi słowami wreszcie ulatuje z niej trochę powietrza. – Stefci się zmarło…
– Słucham? Mamo, no co ty…
– Oj, no przecież nie o to mi chodzi, za kogo mnie masz? – Busia się obrusza. – To tylko wstęp. Stefcia, bidulka, ostatnie dni spędziła w Kocborowie…
– Co to Kocborowo? – dopytuję.
– Dzielnica Starogardu Gdańskiego – odpowiada Ma.
– Szpital dla nerwowo chorych – uzupełnia Busia. – Pomieszało jej się w głowie na stare lata, ganiała Ewcię po domu z siekierą…
– Że co? – Ma podchodzi do mnie i zakrywa mi uszy.
Odsuwam jej ręce.
– No wiesz, mówią, że w końcu to ona Ewcię zabiła, ale ja w to nie wierzę… – Busia kręci głową.
– Stefcia i Ewcia? – podchwytuję.
– Tak, dwie ciotunie. Całe życie nierozłączne.
– Yyy… mamo… – odzywa się Ma. – Czy możesz mi wyjaśnić, w jaki sposób śmierć twojej kuzynki, Kocborowo i domniemane morderstwo z użyciem siekiery wiąże się z jakąkolwiek wspaniałą wieścią? I w ogóle czy musisz opowiadać takie historie przy dzieciach? – Zerka na mnie.
– Ale ja mam szesnaście lat. Gdybym się urodziła przed wojną, to miałabym już własne dzieci.
– Hela, czy zawsze musisz przywoływać małoletnie macierzyństwo? Jest coś, co chcesz mi powiedzieć?
– Tak. Że masz paranoję. – Uśmiecham się niewinnie.
– Jakby co, to ja nie będę wychowywać żadnych dzieci, rozumiesz? W moim życiu nie ma przestrzeni na małe bąbelki. Nie ma mowy! – Ma się nakręca, co nawet trochę mnie śmieszy. Trochę.
– Przepraszam bardzo! – Busia chyba nie spodziewała się, że rozmowa pójdzie w tę stronę. – Przede wszystkim to nie było żadnego morderstwa z użyciem siekiery!
– To jak zmarła ta Ewcia? – wtrącam się.
– Nooo… jeśli mam być zupełnie szczera… to wypadła przez okno.
– Jeszcze lepiej… – komentuje Ma.
– Myła okna i wypadła? – upewniam się.
– Mogło tak być – odpowiada Busia. – Chociaż… niektórzy twierdzą, że to dlatego, że Stefcia ganiała ją z tą siekierą. – Głos Busi robi się coraz słabszy.
Znam ten ból, zaczynasz coś mówić, a potem słyszysz własne słowa, które zaczynają ci się wydawać strasznie głupie, i żałujesz, że w ogóle się odezwałaś.
– No i… i tego… no, Ewcia przed nią uciekała i ten… wypadła przez okno – kończy Busia już bardzo cichutko.
– Jezus Maria Józef… – wylicza Ma. – Ja chyba nie chcę znać tej historii.
– Jeszcze gadali, że Stefcia ją wypchnęła, ale nie wierzcie w to. – Busia odzyskuje rezon.
– Ja, szczerze mówiąc, mam zamiar za sekundę zapomnieć, że w ogóle to wszystko usłyszałam, i tobie, Hela, radzę to samo. – Ma naprawdę bywa czasem zabawna.
– Tak jest! – Salutuję.
– W każdym razie nic nikomu nie udowodniono. W ogóle nic nie ustalono. A teraz Stefa odeszła, na szczęście zabrała tajemnicę do grobu, a my mamy spokój. O!
– Noo, jak sprawą zajmował się ten twój dzielnicowy Andrzejek, to się nie dziwię, że nic nie ustalono. – Ma pije do znajomego policjanta, który podobno mnie szukał ubiegłego lata.
– Nie było żadnej sprawy. Dobrze, nie chcesz wiedzieć, to nie – stwierdza Busia z wyrzutem. – A ja tak się cieszyłam, że ci powiem. Że wreszcie spełni się twoje marzenie!
– Jakie marzenie, mamo?
– O agroturystyce! – wykrzykuje Busia i robi minę, jakby nie miała zamiaru powiedzieć nic więcej, dopóki Ma nie zacznie jej błagać.
– Jakiej agroturystyce, gdzie? – Głos Ma łagodnieje.
– W domu Stefci!
– Tym domu, gdzie doszło do zabójstwa, o którym przed chwilą nam opowiedziałaś? – upewnia się Ma.
– Nic nie powiedziałam! – obrusza się Busia. – Miałaś o tym zapomnieć.
– Dobrze, mów…
– No więc chyba jakiś Anioł Stróż mi podszepnął, żebym zawczasu do niej chodziła, rozmawiała, namawiała. Stefcia nie miała dzieci i bałam się, że odda wszystko na Kościół czy inne schronisko dla zwierząt. Nie żebym im żałowała. – Tu Busia wykonuje przed sobą znak krzyża. – Do końca nie byłam pewna, bo pod koniec nie było ze Stefcią kontaktu. Nic ci nie mówiłam, żeby nie robić niepotrzebnie nadziei. – Busia wstaje, wyciąga spod torebki papierową teczkę, wyjmuje z niej jakieś pismo i z wielką dumą kładzie je na stole. – Dziś byłam u notariusza na otwarciu testamentu i proszę… Stefa, jeszcze o zdrowych zmysłach dzięki Bogu, przepisała dom na mnie, ale ja go oczywiście nie potrzebuję. Jest twój. – Busia podsuwa pismo mamie z miną dziecka, które kładzie przed rodzicem świadectwo z czerwonym paskiem.
– Woooo… – Chyba na razie tylko ja się tym ekscytuję. – Co to za dom? Gdzie jest? Duży? Stary?
– Nie za duży, nie za mały, stary, ale jary! – przekonuje Busia. – Piękny dom, który nasz dziadek wybudował jeszcze przed wojną. Z poddaszem, drewnianymi podłogami i kaflowymi piecami… No, nie będę ukrywać, że wymaga, hm… pewnego odświeżenia. Stefcia z Ewcią nic w nim nie odnawiały, ale dbały o niego. Dach nie przecieka, żadnej wilgoci ani innych takich. Piece chodzą jak ta lala! A w obejściu jeszcze stodoła jest, to będziesz mogła tam robić te swoje… warsztaty jogińskie, czy co tam chciałaś. Zresztą sama zobaczysz. Możemy iść tam nawet teraz.
– Teraz? – pyta Ma, jakby Busia zaproponowała jej co najmniej lot w kosmos.
– Nakładaj szlorki i chładko idziemy! – rozkazuję.
– No, mądre dziecko – chwali Busia, po czym zaraz pyta podejrzliwie: – A gdzie ty się tak po kociewsku nauczyłaś?
Tak szczerze, to nie wiem. Nagle przyszły mi słowa, które czasem wypowiadają obie z Lólką. Nie mam nawet pewności, czy użyłam ich w dobrym znaczeniu, ale widocznie tak. No cóż, jak to mówią zupełnie nie po kociewsku, ale raczej po boomersku: genu nie wydłubiesz.
– Mamo, czekaj… gdzie w ogóle jest ten dom? – Ma nadal wygląda na półprzytomną.
– Na końcu tryfty – stwierdza Busia, po raz kolejny wprawiając mnie w zdumienie.
– A tryfta to…? – dopytuję.
– Oj, no jak ci to wytłumaczyć… Sama zobaczysz.
Książkę Usypianka kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
