Tajemniczy Człowiek Zagadka porwał siostrę Zuzy Wróbel.
Więzienia stanęły otworem, a w stolicy grasuje Liga Złoczyńców. Wujek Zuzy, komisarz Antoni Wróbel, ma pełne ręce roboty. Czy uda mu się zapanować nad chaosem w Warszawie i czy odnajdzie swoją bratanicę Krysię? A może to Zuza - jak zawsze - będzie musiała wraz z przyjaciółmi wziąć sprawy w swoje ręce?
Samozwańczy Król Złoczyńców nie daje za wygraną, trudno jest odkryć jego misterny plan. Z takim przeciwnikiem Zuza jeszcze nie miała do czynienia.
Od czego jednak są Detektywi z Domu pod Dębem?
Pościgi, zagadki, zwroty akcji, pełna życia Warszawa ubiegłego wieku i tajemnice Zamku Królewskiego. Czeka was przygoda pełna humoru i nieustające dreszcze emocji.

Do przeczytania książki Tomasza Duszyńskiego Człowiek Zagadka i Liga Złoczyńców. Zuza Wróbel na tropie zaprasza Wydawnictwo Dwukropek. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment publikacji:
ROZDZIAŁ 1
Nazywam się Wróbel, Zuza Wróbel, i jestem detektywką.
Brzmi nieźle, naprawdę, ale prawda jest taka, że na detektywkę się nie nadaję. Czasem w trudnych sytuacjach przychodzą chwile zwątpienia. Kiedy porwano moją siostrę, zdałam sobie sprawę, że to, co robiłam do tej pory, było zwykłą zabawą. Że Zuza Wróbel starała się spełnić dziecięce marzenie, ale gdy przyszło co do czego, zderzyła się z okrutną rzeczywistością. Krysi nie ma, nie wiadomo, gdzie jej szukać. Jest mi z tym bardzo ciężko.
Na szczęście mam wsparcie ze strony wujostwa: cioci Helenki Winiarskiej i mojego wujka, komisarza warszawskiej policji, Antoniego Wróbla. Gdyby nie oni, pewnie już dawno bym się rozkleiła jak rozgotowane pierogi. Ciocia cały czas mnie pociesza, zapewnia, że wszystko będzie dobrze, a wujek, choć bardzo poważny, dwoi się i troi, żeby Krysię odnaleźć.
Wiem jednak, że nie będzie to proste. To, co od wczoraj dzieje się w Warszawie, wydaje się całkowicie niewiarygodne. W ciągu nocy i poranka z więzień uciekło ponad stu przestępców. Większość tych, którzy w ostatnich latach znaleźli się za kratkami za sprawą wujka Antoniego. Od rana zanotowano kilkadziesiąt włamań i liczne kradzieże. To przestępstwa różnego kalibru. Jedne wydawałoby się drobne, jak włamanie do sklepu zoologicznego i zrabowanie kilkudziesięciu worków z karmą dla psów, ale i są też naprawdę spektakularne, jak wtargnięcie do kamienicy hrabianki Koteckiej, której ukradziono złotą kolię z wizerunkiem, a jakżeby inaczej, egipskiego kota. W Warszawie zapanował chaos. Totalny chaos. Ogłoszono, że w stolicy powstała Liga Złoczyńców. Policjanci uwijają się jak w ukropie, żeby ich wyłapać, ale na razie bez większych sukcesów. Nikt nie wie, jak doszło do tak skoordynowanej akcji, w której na wolność wydostała się cała „elita” przestępczej ulicy Warszawy. To nie był przypadek. Podejrzewam, że ktoś to wszystko zaplanował i realizuje jakiś niejasny jeszcze dla mnie złowieszczy plan.
Nieustannie zadaję sobie pytanie, w jaki sposób porwanie mojej siostry jest z tym wszystkim powiązane? Bo jakieś powiązanie przecież być musi. Po co porywaczom Krysia? Czy wplątała się w jakąś aferę? A może… może jej porwanie ma związek z moim wujkiem? Jak wspomniałam, wielu z tych włamywaczy, kasiarzy, lipkarzy, doliniarzy i innego sortu bandytów skierował, na państwowy wikt w aresztach i więzieniach, mój wujek. Może jeden z tych, którzy odzyskali wolność, miał z komisarzem Wróblem na pieńku do tego stopnia, że postanowił się zemścić i dlatego wziął na celownik kogoś z naszej rodziny?
Muszę przestać już o tym rozmyślać i snuć teorie. Obiecałam wujkowi, że odpuszczę, że pozostawię policji zajmowanie się sprawą złoczyńców i poszukiwaniami siostry. Ale jak? Jak mam się nie zastanawiać, gdzie jest moja siostra, co się z nią dzieje i czy… Tę myśl akurat od razu wyrzucam z głowy. Krysia na pewno żyje. Porywacze się z nami nie skontaktowali, ale na pewno to tylko kwestia czasu.
Powróciłam myślami do wczorajszego dnia. Stałam na peronie, wpatrywałam się w szybę wagonu, na której pod wpływem pary uwidocznił się rysunek.
Głowa z uszami, trójkąt, biedronka, krzak i biskupia laska.
Takie było skojarzenie śledczych, którzy wymieniali między sobą uwagi. Każdy widzi to, co mu podpowiada doświadczenie. Wujek Antoni nie podzielił się ze mną swoją interpretacją rysunku Krysi. Być może wciąż zgadywał, co on oznacza, a może już wiedział i wolał przemyślenia zostawić dla siebie?
A co według mnie oznaczały figury i znaki? Wciąż nie byłam pewna. Wciąż szukałam powiązań i ukrytych znaczeń. Może nie dostrzegałam czegoś, co jest oczywiste?
Musiałam to rozgryźć, musiałam pomóc wujkowi odnaleźć Krysię. Nawet jeśli miałabym złamać dane słowo, postanowiłam poszukać jakichś śladów i wskazówek na własną rękę.
Przecież nie będę siedziała w domu, czekając na jakieś informacje. Zwariowałabym po kilku godzinach. Dlatego dziś z samego rana, wraz z moją przyjaciółką Anią Sikorą, zawędrowałyśmy na Kercelak. Oczywiście powiedziałam Ani, że spotykamy się tu tylko dlatego, że chcę przewietrzyć głowę. Byłam pewna, że mi uwierzyła.
– Lepiej powiedz mi od razu, co kombinujesz? Nie uwierzę, że przyszłyśmy tu tylko dlatego, żeby się dotlenić. I powiedz mi, co to za człowiek chodzi za nami krok w krok?
Uśmiechnęłam się.
– To nasz ochroniarz.
Popatrzyłam za siebie. Krok w krok szedł za nami znajomy mojego wujka Antoniego Wróbla. Wujek, obawiając się, że ktoś może porwać także mnie, przydzielił mi strażnika. Był to jeden z nowych współpracowników Urzędu Śledczego, niejaki Leon Wysocki. Nazwisko, przyznam, nie za bardzo do niego pasowało, bo aspirant Wysocki nie miał więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu i to w butach na wysokim obcasie, z kapeluszem z wywiniętym rondem. Podobno przez wiele lat pracował w cyrku, z którym zjeździł pół Europy. Rzucał nożami do celu, jak zaanonsował go wujek. Mnie się jednak wydaje, że nożami rzucano w Leona Wysockiego, bo na moje oko był to osobnik strasznie niezdarny. Dlaczego twierdzę, że pan Leon na mistrza rzucania noży się nie nadawał? Przed chwilą sprzedawca z warzywniaka rzucił mu w podarunku jabłko. Wysocki dość, że jabłka nie złapał, to dostał nim w oko. Ma teraz nad brwią potężną śliwkę. Ściąga na siebie wzrok wszystkich na targowisku.
Staram się na moją obstawę nie zwracać uwagi. Nie lekceważę zagrożenia, choć uważam, że gdyby ktoś chciał mnie porwać, zrobiłby to już wczoraj. Ewidentnie celem była moja siostra.
Ta myśl nieco mnie przytłoczyła. Ania od razu to wyczuła. Położyła dłoń na moim ramieniu.
– Twój wujek na pewno odnajdzie Krysię. To kwestia czasu. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.
Skinęłam głową. Obiecałam sobie przecież, że nie będę się mazać. Miałam cel. Na Kercelaku pojawiłam się z ważnego powodu.
Zapuściłyśmy się w rejon, gdzie wciąż handlowano tak zwanym żywym towarem. Harmider na ulicy był spory. Szczekanie, miauczenie, gdakanie i gruchanie dochodziło z każdego zakątka.
– Może jakiegoś ciapciusia dla panienek?
Stanął przed nami chudy, tyczkowaty mężczyzna szczerzący pożółkłe zęby. Nazwałam go w myślach Wyżłem.
– Nie, dziękujemy – powiedziałam. – Ciapciuś nam niepotrzebny.
– To może pekińczyka albo jakiego psa niskopodłogowego? Zapewne chodziło o jamnika.
– Ani niskopodłogowego, ani pekińczyka – odparła z irytacją Anka. – A ciapciusiami to są ci, co zarabiają na nieszczęściu zwierząt!
– Bez nerwów, panienko – zaśmiał się sprzedawca. – Jak coś panienkę ugryzło, to trza szukać lekarza, albo lepiej weterynarza.
Facet obrócił się na pięcie w poszukiwaniu bardziej obiecującego klienta.
– Niech pan zaczeka! – zawołałam za chuderlakiem. Ania popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
– No, czekam. To jak z tym ciapciusiem będzie, zainteresowana?
– Załóżmy, że mam już ciapciusia i szukam dla niego jakiejś porządnej karmy.
– Porządnej karmy? – Mężczyzna wybuchnął śmiechem. Ciapciusiowi wystarczy to, co ze stołu! Jak resztki schaboszczaka dostanie, to będzie szczęśliwy jak krowa na wybiegu.
– No dobrze – zawiesiłam głos. – To powiedzmy, że mam rasowe krowy, tfu… znaczy się psy, nawet trzy. Muszą jeść porządnie, bo… bo wezmą udział w konkursie, są czempionami.
– Rasowy czempion? Takiego psa to ja jeszcze nie widział. Jak chce dla niego lepszej karmy, to prosto do rzeźnika, na pewno rzuci mu jaką porządną kość.
Z tym człowiekiem trzeba było inaczej, najlepiej prosto z mostu. Musiałam się jednak pilnować, żeby Leon Wysocki mnie nie podsłuchał i nie doniósł wujkowi, że coś kombinuję.
Rozejrzałam się. Wysocki zniknął mi z pola widzenia, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że zasłonił go kucyk, którego dosiadały jakieś dzieciaki.
– Szukam karmy, ale porządnej, specjalistycznej, jak z zoologicznego – doprecyzowałam.
Mężczyzna zmrużył oczy, poskubał z namysłem brodę i odezwał się chłodno:
– Specjalistyczna karma, jak z zoologicznego, a to ciekawe… Idź sobie, panienko, do domu, pogłaskaj te trzy niewidzialne czempiony, co to je sobie wymyśliłaś, i daj mnie spokój. Kłopotów mi nie trza.
Spaliłam temat. Wzbudziłam czujność sprzedawcy i było jasne, że nic już z niego nie wyciągnę. Musiał jednak coś wiedzieć, skoro zareagował tak nerwowo.
– Do widzenia panu – pożegnałam się. – Ktoś inny zarobi porządną sumkę od mojego papy.
Okręciłam się na pięcie i ruszyłam, mijając klatki, w których trzymano gołębie. Sikora podążyła za mną. Wysockiego znów straciłam z oczu. Nawet jego kapelusz nie wystawał ponad mrowie ludzkich głów. Zastanawiałam się, czy aby nie został w tym tłumie zadeptany.
Przystanęłyśmy obok stoisk z butami i galanterią skórzaną.
– O co chodzi z tą karmą? – zapytała Anka.
Wyciągnęłam z plecaka najnowsze wydanie „Kuriera Warszawskiego” i pokazałam przyjaciółce pierwszą stronę. Nagłówek artykułu krzyczał ogromnymi literami: „Przestępcy na wolności, Liga Złoczyńców odpowiada za chaos w stolicy!”.
– Czytaj tutaj. – Wskazałam palcem fragment artykułu tuż pod reklamą tapczanów Knippenberga.
– Włamanie do jubilera…
– Dalej…
– Napad na kasę pożyczkową…
– Niżej – ponagliłam. Wciąż zerkałam na chuderlaka sprzedającego ciapciusie. Stał w miejscu, rozglądał się. Miałam nadzieję, że nas nie widzi.
– Ze sklepów zoologicznych ukradziono kilkadziesiąt worków z karmą dla psów? Poważnie? Komu to potrzebne?
– No właśnie. To mnie też zaintrygowało. Najdziwniejsza kradzież z możliwych, no… jedna z najdziwniejszych.
– Masz przeczucie, co?
Popatrzyłam na Ankę ze zdziwieniem.
– Nie rozumiem?
– Sławne przeczucie Zuzy Wróbel – zaśmiała się Sikora na widok mojej miny niewiniątka. – Masz nosa do takich spraw. Wpadniemy zaraz w kłopoty, prawda? Zawsze wpadasz w kłopoty – skwitowała.
– Nie tym razem – zapewniłam. – Tym razem wpadanie w kłopoty pisane jest komuś innemu. Temu, kto porwał moją siostrę!
Anka skinęła głową.
– Jestem z tobą. Jaki masz plan?
– Pokręćmy się tu chwilę. Wydaje mi się, że ten sprzedawca, z którym rozmawiałyśmy, coś wie…
– Dobrze – zgodziła się Sikora.
Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Zapachniało tu jedzeniem z ogromnych kotłów ustawionych na drewnianych stołach.
– Flaki! Serdelki z musztardą! – krzyczała jedna z kucharek. Mężu, mężu, nie bądź głupi, niech ci żona pyzy kupi!
– Lizolin, amerykański środek na porost włosów. Jak posmarujesz nim palto, to wyrosną na nim włosy i zamieni się w futro! przekrzykiwał kobietę osobnik siedzący na składanym krzesełku. Miał przed sobą rozłożoną walizeczkę pełną dziwnych buteleczek.
Parsknęłam śmiechem. Anka też. Trochę poprawił nam się humor.
– Lepszy lizolin niż greckie pająki – zauważyła Anka.
– Sprzedają tu greckie pająki? – zdziwiłam się.
– Tak, nie wiedziałaś? Zjadają podobno pluskwy i karaluchy.
– Bleeee. To ściema. Pajęczaki na pewno są polskie, z jakiejś piwnicy albo strychu. – Trochę się wzdrygnęłam na myśl o włochatych pająkach trzymanych w słoiku.
Znów dyskretnie popatrzyłam w kierunku sprzedawcy psów. Zachowywał się bardzo podejrzanie.
– Coś kombinuje – wyszeptałam. – Idziemy za nim.
Wyżeł zakręcił się przy płocie, a potem za nim zniknął. Dotarłyśmy do tego miejsca sekundę później. Nie zastanawiając się, przykucnęłam i także przedostałam się przez dziurę w ogrodzeniu. Anka zrobiła to samo.
Znalazłyśmy się na podwórzu, na którym także kręcili się ludzie. Ręczniak. Część targowiska, w której towar sprzedawano prosto z walizek i rozłożonych na ziemi chust i koców. Tak zwana drobnica. Szklanki, filiżanki, porcelanowe figurki, guziki, narzędzia, zabawki, przedmioty, które nikomu nie były do niczego potrzebne. Sprzedawca psów nie był zainteresowany tym asortymentem. Szybkim krokiem przemierzył placyk i rozpłynął się w bramie kamienicy.
Oczywiście ruszyłyśmy jego śladem. Dopiero po chwili przypomniałam sobie o Wysockim! Nawet nie próbowałam go zgubić, a przepadł jak kamień w wodę. Gdy wujek się o tym dowie, na pewno nie będzie zadowolony.
Zatrzymałyśmy się w zacienionym przejściu. Spojrzałam znacząco na Ankę, dając jej znak, żeby na mnie poczekała.
– Uważaj na siebie, nie wpadnij w jakieś tarapaty – ostrzegła mnie przyjaciółka.
– Będę uważać, jak zawsze – zapewniłam.
– Tego się właśnie obawiam…
Książkę Człowiek Zagadka i Liga Złoczyńców. Zuza Wróbel na tropie kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
