Adam, pięćdziesięcioletni mężczyzna, żyje u boku młodszego partnera, Kacpra. Łączy ich wspólna codzienność, dzieli – to, czego przez lata nie potrafili sobie powiedzieć. Niedokończone rozmowy, urazy i przemilczana przeszłość osiadły między nimi jak cień, którego nie sposób przegonić.
Pewnego dnia Adam odbiera telefon od Sebastiana – przyjaciela sprzed lat, z którym wiąże go więcej niż tylko dawne relacje. Nie tłumacząc niczego Kacprowi, wyrusza w podróż, która może okazać się zarówno misją ratunkową… jak i spóźnionym pożegnaniem.
Adam wie, że Sebastian zbyt długo dryfował w stronę autodestrukcji. A telefon, który wykonał, mógł być jego ostatnim wołaniem o pomoc.

Bezruch Macieja Zakliczyńskiego to intymna opowieść o emocjonalnym paraliżu, który odbiera głos, zatrzymuje ruch i zamraża uczucia. Historia mężczyzny, który odkrywa, że nie da się kochać, nie biorąc za to odpowiedzialności. I że czasem tylko bliskość może przywrócić puls życiu. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach przeczytać możecie premierowy fragment książki Bezruch. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Z wiekiem stawałem się bardziej wrażliwy na ruch wewnątrz ciała, głównie puls, ciśnienie krwi, bicie serca, oddychanie, trawienie i wydalanie, ale niezmiennie najbardziej pochłaniały mnie moje własne myśli. Nauczyłem się je rozwlekać, medytować z ich pomocą, dozować je jak lekarstwo i fantazjować o ich braku, myśleć o niemyśleniu. Zorientowałem się, że mogę oszukiwać sam siebie i mylić wątki, hakować dostępne mi zasoby, udawać, że poszczególne sprawy nadal stanowią tajemnice, ograniczać prywatne odkrycia, przedłużać przyjemność kreowania albo kontemplować agonię umierania wątku, chociaż jeszcze przed chwilą wydawał mi się atrakcyjną ciekawostką. Niedawno zauważyłem, że mniej było we mnie spostrzegawczości, zachwytu, a więcej cynizmu i zgorzknienia. Ani grama dziecka, za to tony starca.
Obserwacje zbierałem jak znaczki, po czym wkładałem je do klaserów rozłożonych na błyszczącej politurze blatu stołu. Bardzo delikatnie odchylałem folię myślowym kancerem, aby wsunąć za transparentny pasek nowy okaz, nową sytuację, a wraz z nią nową historię. Niektóre z nich, te najbardziej intensywne, kolorowe, umieszczałem w zbiorach w białych rękawiczkach. Te ulotne i niewyraźne musiały się tam znaleźć natychmiast. Zdarzało się, że chociaż miałem czyste i suche ręce, to na delikatnych jak skrzydła motyla znaczkach po bezpośrednim kontakcie ze skórą pozostawał trwały ślad. Gdy traciłem obiektywizm i za bardzo fantazjowałem, pozostawiałem na nich odbicia linii papilarnych, przez co unikatowość tych okazów malała. Podobnie jak tych z powyginanymi rogami, bo wydawało mi się, że skoro nic nowego w nich nie dostrzegam, przestały być coś warte. Przez lata precyzyjnie i mozolnie powiększałem kolekcję, aby systematycznie do niej wracać, ale nie było kiedy, bo co chwilę pojawiały się kolejne zdziwienia, ciekawsze, piękniejsze. Zaglądałem do niej tylko wyjątkowo podczas jubileuszy, kłótni o fakty, po odpowiedzi na pytania w teleturniejach, po zagubione przedmioty, imiona, miejsca. Zapatrzony w jeden punkt, wyłączałem się na chwilę, by wbiec do nieskończonego archiwum w mojej głowie, wybrać dział, regał i półkę, wreszcie wziąć do ręki odpowiedni klaser i wertować strony, aby znaleźć właściwy znaczek.
Wystarczył mi rzut oka, by szybko skojarzyć ów znak z twarzą, miastem, porą roku, przypomnieć sobie, co i dlaczego mnie wówczas zatrzymało. Kolekcja powiększała się błyskawicznie, każdego roku, każdego miesiąca, niemal każdego dnia dokładałem nowe tomy, aż odniosłem wrażenie, że mózg dostał zadyszki, powiedział: zwolnij, zatrzymaj się. Zbuntował się i przestał mi udostępniać swoją nieograniczoną pojemność. Pozostawił niewiele miejsca na wszystko, co do tej pory mnie spotkało, zafascynowało, zaniepokoiło. Z roku na rok myśli i osłupienia stawały się męczącym obciążeniem, strychem zawalonym stertą szpargałów, piwnicą wyładowaną po brzegi wszystkim, co szkoda wyrzucić, pokoleniowym postkomunistycznym piętnem przydasiów. A moja fenomenalna kolekcja oryginalnych spostrzeżeń, zarchiwizowanych niczym dumbledorowska myślodsiewnia, stała się wysypiskiem, złomowiskiem, którego już nigdy nie zdołam uporządkować.
Kurz dołączył do moich zbiorów, gdy byłem dorosłym mężczyzną. Zapamiętałem ów dzień lepiej od innych, bo nigdy wcześniej promienie słońca nie przebiły się do wnętrza mojego niewielkiego mieszkania przez okno sypialni. Wróciłem poprzedniej nocy z dalekiej podróży i zasnąłem kamiennym snem, a gdy światło nowego dnia mnie obudziło, spostrzegłem, że między czterema ścianami rozpościera się mgła z niezliczonych ilości oscylujących w powietrzu ledwie widocznych punktów. To było jak objawienie, smugi światła obnażyły grubą warstwę szarego pyłu na wszystkich powierzchniach wokół mnie. Zerwałem się, aby otworzyć okna, wywietrzyć mieszkanie, zrobić przeciąg i zetrzeć kurz wilgotną szmatą, ale on nigdzie się nie wybierał, sprawiał wrażenie, jakby czekał na tę zabawę i od pierwszego kroku tańczył ze mną i moimi rekwizytami. W przód, w tył, w górę i w dół, umykał spod niebieskiej irchy, wznosił się i opadał, robił piruety i za nic miał moje plany. W pewnej chwili stanąłem bezradnie i zacząłem się przyglądać paprochom wokół mnie. Odniosłem wrażenie, że uśmiechały się prowokująco, grały ze mną w berka, a po chwili zmęczone opadały na świeżo starte rozległości mebli. Samotny, na środku sypialni, z wilgotną ścierką w dłoni uznałem kurz za niechcianego współlokatora. Świadomy, że nigdy się go nie pozbędę, nadal podpatrywałem, jak jego różnorakie molekuły próbują pokonać grawitację. Pogodziłem się z faktem, że sprzątanie to syzyfowa praca, i nie zamierzałem przestać. Natomiast od tamtego dnia postrzegałem kurz jako stałego, mimowolnego obserwatora zdarzeń, akceptującego eksterminację swojego gatunku w trakcie domowych porządków.
Pomyślałem, że gdyby kurz miał ramiona, mógłby nimi wzruszyć, a gdyby miał twarz, z uśmiechem rzekłby mi, że nie mam się czym martwić. Zazdrościłem mu spokoju i pewności siebie. Zagłada z rąk odkurzacza, szmaty czy miotły stanowiła dla niego i jego rodziny śmierć naturalną, oczekiwaną i spokojną, symboliczną bramę, przejście, etap. Gdy nadchodził właściwy czas, los wskazywał, skąd kurz powinien zniknąć, więc jego kolejne warstwy ginęły spełnione, pogodzone z przeznaczeniem, szczęśliwe i gotowe na ostatnią drogę: śmieciarką do spalarni albo rurą kanalizacyjną aż do morza, ewentualnie unoszone na wietrze. Nie musiały wierzyć w życie pozagrobowe jak człowiek przerażony tym, co czeka go po śmierci. Kurz od chwili zaistnienia wiedział, że życie jest nieskończonym ciągiem chwil, dłuższych i krótszych, dlatego aktywnie uczestniczył w logicznym procesie wymiany starych pokoleń na nowe. Ginął na chwilę, by pojawić się na nowo, transmigrować i rozpocząć życie w nieznanym dotąd miejscu. Dla kurzu liczyło się wyłącznie to, że nikt nigdy nie pozbędzie się go całkowicie, bo jest wieczny.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Bezruch. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
