Oto świat, gdzie nawet wierzby wiedzą więcej niż rodzina. Gdzie powrót do domu boli bardziej niż wyjazd. „Dzieci wierzby" Małgorzaty Stasiak

Data: 2025-09-29 15:30:02 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 10 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Kuba po latach emigracji wraca do Polic. Nie z tęsknoty, tylko z obowiązku – matka potrzebuje opieki. Karolina właśnie dowiedziała się, że jej mąż uciekł z towarem na kilkaset tysięcy. Życie zaczyna przypominać zły reality show. Ale gdzieś między kolejną diagnozą a szlabanem na emocje zaczyna się coś, czego żadne z nich nie planowało: uczucie. I właśnie wtedy wychodzi na jaw to, co miało nigdy nie wyjść.

Dzieci wierzby Małgorzata Stasiak grafika promująca książkę

Dzieci wierzby Małgorzaty Stasiak to powieść o opiece, miłości, która się nie prosi, i prawdzie, która czekała za długo. Tu każdy ma korzenie, tylko nie każdy chce do nich wracać. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Mięta. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Dzieci wierzby:

ROZDZIAŁ 1

Matcha latte

Komuna niejedno ma imię. Paradoksalnie ich dzieciństwo nie było szare jak ówczesny papier toaletowy, choć niewątpliwie miało z nim coś wspólnego – też było do dupy. Choć kolorowe i na wskroś antysystemowe, spędzili je, podglądając świat tak zwanych dorosłych zza firanki haszyszowego dymu. Mimo że nie znali pojęcia granic, to w jej pokoju dziewczęca ręka kredą nakreśliła podział na część jej i jego. Tu twoje, tam moje. Ułożone jestestwo Karoliny stanowiło przeciwwagę dla chaosu, jaki generowali rodzice wraz z nieskończoną liczbą cioć i wujków. Choć trajkotała jak bazarowa przekupa, każde słowo miała przemyślane i do bólu synaps racjonalne. Jako pięćdziesięciotrzyletnia kobieta wciąż szukała rzeczy i zjawisk takimi, jakie one są. Próbowała jak najdokładniej zdefiniować świat, zasady, nadać imiona swoim emocjom. Zrozumieć, dlaczego potrafią tak gwałtownie targnąć się na jej wewnętrzny ład.

Kiedy więc świat stwarzał jej możliwości wyraźniejszego dostrzeżenia swoich kształtów, nie mogła przejść obok nich obojętnie. I o ile sama mogła przemykać ulicami ukryta pod dopasowanym czarnym golfem i fałdami równie żałobnej spódnicy, o tyle jej okulary nie były w stanie zostać niezauważone. Karolina dzieliła bowiem kobiety na te, które kolekcjonują buty, torebki, lakiery do paznokci, i – na siebie.

Jej namiętność do opraw okularowych bywała nieopanowana, a wraz z napisem WYPRZEDAŻ 50% potrafiła przezwyciężyć nawet niewygody w postaci otępiających doszczętnie świateł galerii handlowej i działała jak bilet wstępu do Disneylandu na przedszkolaka. Skuszona stanęła więc przed gablotą przeznaczoną dla mężczyzn. W tym temacie nie uznawała żadnej przynależności do płci, tym bardziej że jej uwagę przykuły te w kolorze matcha latte na męskim właśnie. Czy zostało już powiedziane, że w temacie okularów nie uznawała żadnych półśrodków? Nie interesowały jej małe popierdółki, ginące gdzieś między nosem a polikami. Sięgnęła po miętowe, okrągłe jak spodki. Nawoływały ją, odkąd przestąpiła progi optycznej świątyni.

– Damski regał jest po przeciwnej stronie. – W lustrze za jej plecami wyrosła postać. Jedynie po głosie mogła domyślić się, że to kobieta. Przecież zdjęła okulary, a przy minus siedmiu dioptriach każda twarz przypominała tę z Krzyku Munka.

– Och! Przepraszam. Faktycznie. Nie zauważyłam tłumaczyła się tonem przyłapanego na kradzieży nastolatka.

Mając pięćdziesiąt trzy lata, nadal nie umiała brnąć przed siebie z pewnością co do swoich wyborów. Poukładana, do bólu racjonalna, ale niepewna jak przyszłość. Byle obca osoba była w stanie zatrząść jej ugruntowaną (jak do tej pory sądziła) decyzją. I gdy tak przepraszała, próbowała jednocześnie z powrotem umościć miętowe oprawy na półce, a swoje wielkie czerwone bryle – na nosie. Jeśli nie chciała zwracać na siebie uwagi, to żywiołową i nieskoordynowaną mową ciała osiągnęła efekt raczej odwrotny do zamierzonego. Kurka wodna, ptasia kokoszka – tak właśnie musiała wyglądać. Baba w czerni, z czerwonymi oprawami na nosie, szamocząca się w zasadzie sama ze sobą i swoim lichym wzrokiem. Coś próbowała wsadzić gdzieś, ale że nie bardzo widziała, to wyszło widowiskowo. Jedyne więc, czego teraz najbardziej pragnęła, to jak najszybciej opuścić ten przybytek.

– Zdarza się. Może coś doradzę. Widzę, że oprawy, które pani nosi, są za duże. Pani twarz ginie – poradziła jej okularowa ekspertka, choć Karolinie wcale nie zależało na poznaniu jej opinii na temat złych proporcji twarzy do okularów.

– Naprawdę nie trzeba. – Starała się być grzeczna. Jej stopy zrozumiały powagę sytuacji i z werwą niosły ją w stronę elektronicznych bramek. Irytowali ją ci wszędobylscy eksperci, profesjonalni doradcy, gotowi wytknąć każdą wadę. Duży nos, małą twarz, zakryte łuki brwiowe. Fałdy pod pachami, mikry biust, ale to nic nie szkodzi, bo u brafitterki okazuje się, że każda kobieta ma jego zapas na plecach. Wystarczy sięgnąć i przepchnąć. To, o czym do tej pory myślałaś, że jest nieestetycznym wałkiem tłuszczu, wepchnięte w koronki okazuje się spełnieniem marzeń o prawdziwej kobiecości. Wchodzisz do sklepu z miseczką B, wychodzisz z D. Cuda!

– Badanie wzroku jest w cenie, jeśli zdecydowałaby się pani na okulary. – Doradczyni nie dawała za wygraną, ale czarna spódnica Karoliny wiła się wokół kostek i machała spoza bram salonu.

„Głupia, głupia, głupia” – beształa się w myślach, truchtając w stronę sapiącego na przystanku autobusu.

Telefon zwiastujący połączenie z matką wcale nie poprawiał jej nastroju.

– Nie zgadniesz, jaką zrobiłam z siebie idiotkę u optyka – dyszała matce do ucha. Dopadła drzwi autobusu w ostatniej chwili.

– Skoro twierdzisz, że nie zgadnę, nie będę nawet próbowała. – Słyszała, jak matka wciąga dym do płuc, i oczyma wyobraźni widziała ją ślęczącą nad jolką. – Z Dzidzią dzieje się coś dziwnego od pewnego czasu – kontynuowała i Karolina słyszała, jak memła papierosa z jednego kącika ust w drugi. Odkąd zmarł ojciec, to właśnie na krzyżówkach i Dzidzi matka skupiała całą swoją uwagę.

– Pewnie ma raka – oznajmiła najoczywistszą rzecz Karolina.

Na twarzy faceta siedzącego obok Karoliny współczucie ścigało się ze zdziwieniem, bo gdzież tu smutek u tej dziwnej kobiety w obliczu tak dramatycznego rozpoznania?

Nie znał matki, a ta nie brała innych schorzeń pod uwagę. Zawsze zaczynała od najczarniejszego scenariusza, żeby – jak twierdziła – oswoić się z ponurą myślą, a potem dać się miło zaskoczyć diagnozie.

– Oj, nie wygłupiaj się. Poważnie mówię. Coś z głową się dzieje. Gubi słowa, dwa razy robi to samo, myli osoby.

– Czyli guz mózgu? – brnęła bezlitośnie Karolina.

– A ta swoje! Mówię ci, że nie żartuję.

– No cholernie zabawna w takim razie byłaś przez całe moje dzieciństwo, kiedy obsesyjnie wysyłałaś mnie na morfologię, a na wyniki czekałaś, jakbyś obstawiała szóstkę w totka. Byłam kłuta jak poduszeczka na szpilki u krawcowej, a po ponad pięćdziesięciu latach okazuje się, że to tylko takie żarty były. Kończę, bo wysiadam. Adam nad ranem wyjeżdża w trasę. Wpadnę do was jutro, jak zamknę kwiaciarnię, to mi wszystko opowiesz. – Po tym monologu wcisnęła czerwoną słuchawkę. Wstała i zaczęła przepychać się przed kolanami towarzysza na sąsiednim siedzeniu.

– Współczuję – wypalił znienacka.

Nie wiedziała za bardzo czego, więc odpowiedziała beztrosko:

– Nie trzeba. To tylko starzejąca się matka z wypalonymi od zioła dziurami w mózgu. Do widzenia. Nie miała wątpliwości, że tymi słowy wzbogaciła grono tych, na których robiła wrażenie nieco szurniętej.

W mieszkaniu na szczęście nic jej nie zaskoczyło. Adam leżał jak gałgan ciuchów na kanapie. Jakby wywaliła z miski pranie do segregowania. Dwie bluzy i trzecia typu koc na mężu wydawały jej się zupełnie bezzasadne. Wprawdzie zima w tym roku na dobre rozgościła się już w listopadzie, bo gdy Karolina nakładała swój stary płaszcz i wychodziła na zewnątrz, miała wrażenie, że wkracza do przerębla, jednak kawalerka była na tyle niewielka, że dwie osoby mogły w niej nagrzać oddechem, nie mówiąc o jej wyposażeniu w cały system centralnego ogrzewania, którego żyły bulgotały teraz wodą spływającą do brzuchów kaloryferów i oddawały przyjemne ciepło.

Adam machnął nogą, już nawet nie ręką. Całus i rozmowy o minionym dniu nigdy nie stanowiły w ich związku stałego elementu powitania. W gruncie rzeczy to nie mogła mieć o to do niego pretensji, też nie była nad wyraz wylewna. Dziś stawianie granic nie szło jej tak łatwo jak dawniej w dziecięcym pokoju. Trudno jej było wyznaczyć moment, od którego zaczęli się rozchodzić jak stara skarpeta na pięcie. Miała wrażenie, że już od samego początku, zamiast się docierać, zaczęli się przecierać. Pierwsze włókno puściło w niezbyt fascynującą noc poślubną. Adam schlał się do nieprzytomności, nażarł tatara, a potem pół nocy w półśnie, przewieszony przez klozet jak szmaciana lalka, oddawał wszystko, co w siebie wepchnął. Najwidoczniej wraz z siekaną wołowiną i niezbyt wyborną wyborową oddał również całe pożądanie i uczucie.

Trach! Kolejne włókno puściło być może wtedy, kiedy przestali jadać wspólnie posiłki, potem kolejne trzasnęły, kiedy on, uzbrojony w pilota, strzelał w stronę telewizora, jakby wymierzał mu karę za to, że nie jest w stanie mu nic interesującego zaprezentować. Nad taką egzekucją potrafił spędzać całe wieczory. Ona z kolei gmerała w garnkach bądź po długiej, bezowocnej marszrucie po galeriach handlowych próbowała zaprojektować dla siebie jakiś ciuch. Rysowała od dawna oversizowe marynarki, długie spódnice z podwyższonym stanem i patchworkowe płaszcze, ale żaden z projektów nie doczekał się realizacji, więc garderoba Karoliny – uzdolnionej absolwentki liceum plastycznego – oscylowała gdzieś między habitem siostry zakonnej a burką. W tym, co oferowały jej wieszaki w sieciówkach, wstydziłaby się wyjść. Wolała już swój złachany, podszyty mrozem płaszcz.

Po pewnym czasie, pochylona nad biurkiem z ołówkiem w ręku, zauważyła, że Adam już nawet przestał ją denerwować, a mądre gazety pisały, że skoro ona przestała się czepiać i nie drze mordy, to związek sięgnął dna i zaczęli brodzić w mule obojętności. A z tego wyjście bez terapeutycznego wsparcia jest niemal niemożliwe. Nie próbowali. Grzęźli coraz głębiej i nawet miała wrażenie, że zaczęli się tam wygodnie mościć.

Nie kłócili się. Żyli praktycznie w milczeniu. Jego obecność niczym nie różniła się od nieobecności. Proces wygrzebywania się z tego mułu w ich przypadku oznaczałby otwarcie puszki szwedzkiego śledzia, który – zakopany pod ziemią – zgnił, skisł, sfermentował, zaśmierdł. Ona nie była gotowa na ten eksperyment, on również nie przejawiał chęci, więc tkwili nieruchomo w takim małżeńskim niebycie. Ona się nie czepiała, nie oczekiwała. On w życiu raczej jej nie przeszkadzał, a stanowił do niego jakiś dodatek. Kręcił się po mieszkaniu, więc nie czuła się całkiem sama. Grzał dupsko pod tą kocobluzą, żarł, srał, ale kibel po sobie czyścił. Powodów do awantury więc nie miała. On kręcił się jak kot, ona stała przy nim wiernie jak kobyła – zawsze to fajnie mieć jakieś zwierzątko.

Książkę Dzieci wierzby kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dzieci wierzby
Małgorzata Stasiak 3
Okładka książki - Dzieci wierzby

Oto świat, gdzie nawet wierzby wiedzą więcej niż rodzina. Gdzie powrót do domu boli bardziej niż wyjazd. Kuba po latach emigracji wraca do Polic. Nie...

Wydawnictwo