Świniobicie. Fragment książki „Bo trzeba żyć. Gabrynia"

Data: 2020-02-20 14:43:30 Autor: Sławomir Krempa

Apolonia, wdowa i matka czwórki dzieci, mimo że wyszła po raz drugi za mąż, nie do końca czuje się szczęśliwa. Martwi się o swoje pociechy. Powieść Ewy Szymańskiej Bo trzeba żyć. Gabrynia poświęcona jest najstarszej i najzdolniejszej z nich. Gabrynia odkrywa budzący się w niej erotyzm, przeżywa pierwszą miłość i pierwsze rozczarowania. Kończy szkołę i rozpoczyna pracę. Odnosi zawodowe sukcesy i poznaje mężczyznę swego życia. Gabrynia jest szczęśliwa i z ufnością patrzy w przyszłość, tym bardziej że marzenia się spełniają jedno po drugim.

Obrazek w treści

Wybucha jednak wojna, która wywraca wszystko do góry nogami – nie tylko życie bohaterek, ale także ich poglądy na wiele spraw, nawet tak fundamentalnych jak dobro i zło. Wojenny terror, codzienne życie pod okupacją niemiecką, ukrywanie młodej Żydówki, strach przed śmiercią – świat wokół się wali. Jednak... trzeba żyć. Dla Gabryni i jej bliskich to czas wielkiej próby i niesamowitych zrządzeń losu.

Czytaj także: Najciekawsze książki – luty 2020. Nowości wydawnicze, premiery, zapowiedzi

Cykl książek Bo trzeba żyć jest opowieścią o rodzinie, tożsamości i prawdziwej miłości. Fabuła tej sagi rodzinnej rozgrywa się na Podlasiu, a jej tło stanowią wielkie wydarzenia pierwszej połowy XX wieku – od wybuchu pierwszej wojny światowej aż po śmierć Stalina.

– Nawet jeśli momentami traci się wiarę w to, że nasze życie ma jakiś sens, trzeba żyć. Trzeba, bo nie żyjemy tylko dla siebie, bo nasze życie nadaje sens życiu innych.

- przeczytajcie wywiad z Ewą Szymańską, autorką cyklu „Bo trzeba żyć"

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Szara Godzina. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Bo trzeba żyć. Gabrynia. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii. W przygotowaniu trzeci tom sagi: Bo trzeba żyć. Rodzina.

Świniobicie planowali już od lata, ale przeciągali, żeby było bliżej zimy, w chłodzie łatwiej mięso przechować, a poza tym wieprzek jakoś wolno rósł. Zresztą jak miał rosnąć na tych rzadkich pomyjach, którymi go karmili? Dawniej świnie ziemniakami i osypką się tuczyło, to i rosły. Teraz większość cherlawa. Ten wieprzek i tak lepiej miał niż pozostałe, bo był niezakolczykowany i od początku dla siebie go przeznaczyli. Apolonia czasem nawet mlekiem mu żarcie zabieliła, ale i tak szczególnie spasiony nie był. Słoniny to na nim może na dwa palce. Dłużej jednak trzymać już go nie chcieli. We wsi ostatnio coraz częściej zdarzały się patrole i ryzyko, że go zarekwirują, było spore. Od początku wojny Jagielscy raz tylko zabili świniaka, bo Niemcy szybko wprowadzili zakaz uboju. Chociaż u nich i tak nie było najgorzej, czasem w niedzielę Apolonia ugotowała rosół z kury albo z kuropatwy, jak się Romanowi jakaś w sidła złapała. Mimo to na myśl o świeżynie Tadzikowi ślina do ust napływała.

– Z cebulą mama usmaży, co? I może kiszkę ziemniaczaną ze skwarkami by mama zrobiła? – dopytywał podekscytowany, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie rozbiorą mięso.

– O to, to. Taką chrupiącą – wtórował mu Roman, którego też oskoma brała. – I pasztetu można by zrobić. Wędzić za duże ryzyko, ale pasztet w duchówkę wstawisz.

– No i kiełbasy palcówki warto naszykować. Suszona długo poleży. Tylko musi dużo czosnku mieć, żeby było czuć. Kiełbasa bez czosnku do niczego – dołączył do nich Andrzej.

Apolonia przysłuchiwała się im z rozbawieniem. Tak, jednak dla chłopa, czy młody, czy stary, jedzenie najważniejsze. Nawet siedmioletni Janek wygląda, jakby nie mógł się doczekać tych wszystkich przysmaków, o których rozmawiają starsi. A tym to się oczy świecą, jakby nigdy wcześniej mięsa nie jedli. No przecież Roman wygląda wypisz wymaluj jak ten kocur, co zawsze wyczekuje przy Tadziku, gdy chłopak sprawia ryby na ganku. Język tak samo mu się wysuwa, jakby chciał wąsy oblizać. Pozostali dwaj zresztą podobnie. Parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie, jak rzuca im rybie flaki, a oni walczą między sobą o zdobycz. Spojrzeli na nią zdziwieni, odwróciła się więc szybko i złapawszy chustkę wiszącą przy drzwiach, wyszła, tłumacząc, że idzie po beczkę do solenia mięsa.

Przytoczyła ją już przez gumno i właśnie miała otwierać furtkę na podwórze, gdy nagle zamarła, dostrzegłszy za płotem niemieckie mundury. Na szczęście żaden jej nie zauważył, więc porzuciwszy beczkę, pędem wpadła do domu, gdzie Andrzej właśnie zaczynał dzielić tuszę.

– Patrol!

Więcej nie musiała mówić. Trzej mężczyźni na moment zdrętwieli, ale już po chwili Andrzej oprzytomniał:

– Do piwnicy!

– Zawalona ziemniakami po samą klapę, nie da rady – zaprotestował Jagielski.

– Do alkierza, prędko – rzuciła dziewczyna.

Spojrzeli po sobie nie rozumiejąc, co Apolonia ma na myśli.

– Tadzik, miski pod ławę pochowaj – komenderowała dalej. – A wy dawajcie go do alkierza.

Posłusznie złapali rozpłataną tuszę ze stołu i ponieśli za nią. Dostrzegła zdumienie w ich oczach, gdy błyskawicznie odsunęła pościel z łóżka.

– Kładźcie go, nie ma czasu!

Przywaliła wieprzka pierzyną, a potem przykrywszy łóżko kapą, ułożyła na niej piętrowo obie poduchy, na wierzchu kładąc jeszcze falbaniastego jaśka.

– Do kuchni – wydała następną komendę. – Tadzik, weź chłopców do pokoju! Zajmij ich czymś, żeby byli cicho.

Potem złapała ścierkę i szybko wytarła stół. Rozejrzawszy się wokół, wyszła jeszcze do sieni, skąd przyniosła wiadro z ziemniakami, a potem przysunąwszy sobie stołek spod pieca, zaczęła je obierać. Może czwarty lub piąty plusnął w garnku z wodą, gdy żołnierskie buty załomotały w sieni. Było ich trzech, zazwyczaj chodzili trójkami, dwóch żołnierzy i dowódca. Zwykły patrol, ale Apolonia czuła, że serce wali jej jak oszalałe. Na szczęście Roman nie stracił zimnej krwi i chociaż widziała po nim, że się denerwuje, zupełnie normalnym głosem odpowiedział coś po niemiecku temu z najwyższą rangą. Niemiec, chyba lekko zdziwiony jego doskonałą niemczyzną, zadał kolejne pytanie. Uzyskawszy odpowiedź, zwrócił się z kolei do siedzącego przy stole Andrzeja, który jednak pokręcił głową na znak, że nie rozumie. Jagielski znów coś powiedział i Niemiec pokiwał głową. Na nią nawet nie spojrzał. Stał chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, i już się odwracał do wyjścia, gdy zza przymkniętych drzwi usłyszeli jakiś stukot. Niemiec odruchowo sięgnął do kabury, ale nie wyjął pistoletu, tylko znowu o coś spytał. Nie czekając, aż Jagielski skończy wyjaśnienia, pchnął drzwi i zajrzał do pokoju, gdzie na krześle pod oknem siedział Tadzik z małym Franusiem na kolanach. Janek, trochę przestraszony, ale bardziej chyba jeszcze zaciekawiony, wystawiał ciemną główkę spoza drugiego, przewróconego, krzesła. Zobaczywszy w drzwiach Apolonię, odzyskał widocznie utraconą na chwilę odwagę, bo nagle się poderwał i smyrgnąwszy obok stojącego mu na drodze Niemca, przypadł do niej i złapał ją za rękę.

– Babciu, ja nie chciałem, to się samo przewróciło!

– To nic, nic się nie stało – uspokoiła go, sama z niepokojem obserwując Niemca, który rozglądał się po pokoju.

Był najwyraźniej zdziwiony. Pochylił się i podniósł przewrócone krzesło, a potem delikatnie postawił je na miejsce przy stole nakrytym koronkowym obrusem. Jakby machinalnie wziął do ręki stojącą na nim kryształową popielniczkę, zerknął na wiklinową etażerkę, na której Apolonia ustawiła doniczki z kwiatami i kolekcję fajansowych figurek. Zatrzymał się przy tremo i odruchowo zlustrował swoje w nim odbicie. Później podszedł do przeszklonej witryny i dłuższą chwilę przyglądał się ustawionym w niej książkom.

Jagielski zaczął mu coś tłumaczyć, ale widząc, że Niemiec nie wykazuje zainteresowania, zamilkł. Wtem Niemiec uchylił drzwi do alkierza. Obydwoje zamarli, gdy – najwyraźniej wiedziony ciekawością – zaczął się rozglądać po ich sypialni tak samo skrupulatnie jak wcześniej po pokoju. Z wyraźną aprobatą pogładził lśniącą krawędź trzydrzwiowej szafy, obrzucił wzrokiem komodę przykrytą szydełkową serwetką i stojący na niej bukiet suszonych kwiatów – zwyczaj przejęty przez Apolonię od Marianny.

– Schöne Spitzen haben auch meiner Mutter gefallen.[1] – Odwrócił się z lekkim uśmiechem do Apolonii, która spłoszona stała w drzwiach alkierza.

Chociaż nie zrozumiała jego słów, odgadła, o co mu chodzi. Najwyraźniej nie spodziewał się tego, co zobaczył w chłopskim domu. Nie mogąc odpowiedzieć, chciała się uśmiechnąć, lecz uśmiech nie zdążył jeszcze do końca wykluć się na jej wargach, gdy zastąpił go mimowolny grymas zaskoczenia. Zanim zrozumiała, że sama się zdradza, Niemiec podążył za jej wzrokiem i spojrzał w bok na zasłane dwukolorową kapą łóżko. W pierwszej chwili chyba nic nie dostrzegł, bo podniósł wzrok wyżej, na przysłonięte nicianą firanką okno u jego wezgłowia. Jednak w momencie gdy odwracał głowę w jej stronę, coś przykuło jego uwagę w lustrzanym odbiciu stojącej obok szafy. Z niedowierzaniem patrzył, jak wzorzysta kapa na trochę nierówno zaścielonym łóżku unosi się, a spod niej wychyla się świńska noga z raciczką uniesioną jakby w geście Heil Hitler.

Apolonia poczuła, że miękną jej nogi. Z rozpaczą spojrzała na męża, który patrzył na nią zdziwiony, kompletnie nie rozumiejąc, o co jej chodzi. Zauważył zmianę w jej twarzy, ale stojąc nieco z tyłu, nie mógł dostrzec, co ją spowodowało. Z niepokojem zerknął więc na Niemca, który właśnie odwrócił się, żeby wyjść z alkierza. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że ten, mijając stojącą w drzwiach Apolonię, zawahał się na ułamek sekundy, po czym skinął jej głową. W pokoju zatrzymał się na chwilę, jakby się namyślał, a potem jeszcze raz rozejrzawszy się dokoła, wszedł do kuchni i dał żołnierzom znak, że opuszczają dom.

Jagielski dyskretnie wyjrzał za nimi przez okno, a potem cofnął się do alkierza.

– Pola, na litość boską, co się stało? Przecież ten Niemiec cię chwalił, więc czemu…?

Przerwał zaskoczony. Świńska noga sterczała niemal pionowo w górę. Nagle i do niego dotarła cała groza tej groteskowej sytuacji. Mogli wszyscy zapłacić za to życiem, lecz jakimś cudem Niemiec udał, że niczego nie dostrzegł. A przecież domyślił się wszystkiego, mina, z jaką wychodził z alkierza, nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. Dlaczego ich nie wydał? Czyżby z powodu tych szydełkowych cudeniek, które Apolonia wszędzie rozkłada? Jego matka miała podobne, sam mówił, więc może to z sentymentu, bo jak to inaczej wytłumaczyć?

– Nie wiem – westchnęła Apolonia, przysiadając, nagle osłabła, w nogach łóżka – naprawdę nie wiem. Widać po prostu trafiło na dobrego człowieka.


[1] Schöne Spitzen haben auch meiner Mutter gefallen. – (niem.) Ładne mieszkanie, moja mama także lubiła koronki.

Książkę Bo trzeba żyć. Gabrynia możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Bo trzeba żyć. Gabrynia
Ewa Szymańska0
Okładka książki - Bo trzeba żyć. Gabrynia

Apolonia, wdowa i matka czwórki dzieci, mimo że wyszła po raz drugi za mąż, nie do końca czuje się szczęśliwa. Martwi się o swoje pociechy. Najstarsza...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Nasz azyl
Marta Józefczyk
Nasz azyl
Pokaż wszystkie recenzje